Praktyczne porady: szelki i krawaty

2
914

O stylu i klasie mężczyzny świadczą nie tylko główne składniki ubioru, takie jak: buty, garnitur, koszula, krawat (kolejność nieprzypadkowa), ale także drobiazgi, które są zwykle mało widoczne. 

SZELKI

Choć trudno w to uwierzyć, pasek podtrzymujący spodnie jest stosunkowo niedawnym wynalazkiem. Owszem, różnego rodzaju pasy były znane od zawsze, ale spełniały one rolę ozdobną (np. w mundurach wojskowych). Od czasu, kiedy wymyślono spodnie, przez setki lat do ich podtrzymywania, służyły szelki. Jednak mniej więcej od połowy ubiegłego wieku zaczęły one odchodzić w zapomnienie. Był nawet taki okres, że uważane były za coś niegodnego prawdziwego mężczyzny. Bardzo niesłusznie, bowiem szelki są elementem spełniającym ważną rolę w każdej starannej stylizacji, a do smokingu są wręcz obowiązkowe.

Dlaczego uważam, że szelki odgrywają tak ważną rolę? Z trzech powodów:

  1. dają komfort znacznie większy, niż można uzyskać przy zastosowaniu paska;
  2. utrzymują spodnie we właściwym położeniu przez cały czas, co uniemożliwia ich obsunięcie i utworzenie harmonijki nad butami;
  3. są bardzo stylowe.

Komfort noszenia szelek wynika z faktu, że spodnie mogą (i powinny) być wtedy nieco luźniejsze w pasie, co jest po prostu wygodniejsze. No i nie ma paska ściskającego brzuch. Najważniejszą cechą szelek jest jednak ich zdolność do utrzymywania spodni we właściwym położeniu. Trzeba pamiętać, że brzuch jest zawsze nieco wypukły (w wielu przypadkach słowo ‚nieco’ należałoby zastąpić innym – bardziej adekwatnym), zatem pasek ma tendencję do zsuwania się pod tę wypukłość. A wtedy spodnie źle się układają (tył jest uniesiony w stosunku do przodu), a nogawki stają się zbyt długie tworząc nieestetyczną harmonijkę nad butami. Niekwestionowana jest też stylowość szelek; przecież noszą je mężczyźni dbający o swój wygląd i świadomi efektów, jakie chcą uzyskać. Czyli mężczyźni stylowi.

Szelki nie są towarem zalegającym na sklepowych półkach. Występują rzadko, a jeśli już, to przeważnie w postaci z żabkami, którymi przypina się je do gurtu spodni. Nie polecam takiego rozwiązania. Raz, że żabki niszczą gurt a dwa, że nie wygląda to dobrze. Rasowe szelki to szelki na guziki. Guziki mogą być przyszyte zarówno od wewnętrznej, jak i zewnętrznej strony gurtu. Przyjęło się, że z przodu guziki z reguły przyszywa się od wewnętrznej strony. Natomiast z tyłu bywają przyszywane od zewnętrznej strony, chociaż częściej też są od strony wewnętrznej. Warto tu dodać, że szelki mogą mieć konstrukcję typu ‚X’ lub typu ‚Y’. Konstrukcja ‚Y’ to taka, w której przednie paski łączą się ze sobą na plecach i dalej jest już jeden pasek sięgający gurtu. W konstrukcji ‚X’ paski krzyżują się na plecach. Nie ma większego znaczenia, który typ szelek wybierzemy. Moim zdaniem w codziennym użytkowaniu wygodniejsze są szelki ‚Y’ i one też są częściej spotykane na sklepowych półach.

Noszący szelki muszą nieco skorygować swoje podejście do kwestii wiązania krawata. Każdy zna zasadę, że krawat ma sięgać do klamerki paska. No a jak nie ma paska? Przez analogię można by zakładać, że do gurtu spodni. Ale jednak nie. Bowiem spodnie na szelkach są uniesione w porównaniu ze spodniami z paskiem. Poza tym, jeśli są szyte specjalnie do szelek, to mają podniesiony stan. Więc krawat powinien kończyć się nieco niżej niż gurt spodni. Nie ma uniwersalnej zasady, która by mówiła o ile niżej. Trzeba to dostosować to do wysokości stanu spodni. Gdy niecały miesiąc temu zaprezentowałem stylizację formalną z granatowym, dwurzędowym garniturem, wielu czytelników pytało, czy nie pomyliłem się z długością krawata – ich zdaniem był za długi. Nie pomyliłem się: w zestawieniu ze spodniami z szelkami, miał prawidłową długość.

Szelki są elementem, który powinien pozostawać ukryty; przecież elegancki mężczyzna nie zdejmuje marynarki. Oczywiście pozując do zdjęcia, którego celem jest pokazanie szelek, marynarkę trzeba jednak zdjąć. I takich sytuacji nie należy traktować jako odstępstwa od zasady. Ale skoro szelki pozostają ukryte, to właściwie można by nie przywiązywać wagi do tego jak wyglądają i mieć jedną parę do wszystkiego. O nie! Dobrowolnie pozbywać się frajdy dobierania szelek do pozostałych składników ubioru? Nigdy w życiu!

Bywało, że szelki grały ważne role w popularnych filmach. Chyba najbardziej zapamiętane zostały, jako element ubioru Gordona Gekko, granego przez Michaela Douglasa w filmie Wall Street. Szelek używał także James Bond – zawsze wtedy, gdy był w smokingu. W filmie Skyfall nosił je nie tylko Daniel Craig odtwarzający rolę Bonda, ale także Ralph Fiennes jako Mallory.

Zdarzają się także nieformalne stylizacje bez marynarki, w których szelki odgrywają istotną rolę. Mnie się takie stylizacje przeważnie nie podobają ale muszę przyznać, że czasami nie sposób odmówić im swoistego uroku. Starsi czytelnicy pamiętają zapewne debiut Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, w roku 1991. Telewizja pokazała maklerów w białych koszulach i czerwonych szelkach. Było to w pewnym sensie szokiem estetycznym dla widzów przyzwyczajonych do szarej i siermiężnej rzeczywistości PRL-u. Ale niosło też z sobą powiew wielkiego i mitycznego Zachodu i zapowiedź zmian w sposobie ubierania się polskich mężczyzn. Niestety na zmiany te musieliśmy jeszcze trochę poczekać.

Bez wątpienia najsłynniejszą postacią, która z szelek uczyniła swój znak firmowy, jest Larry King – człowiek, który przez dziesięciolecia prowadził w telewizji CNN, słynny program Larry King Live. Występował zawsze w kolorowym krawacie i kolorowych szelkach, ale bez marynarki. Było to dość pretensjonalne, ale to przecież Ameryka. Po latach odszedł na emeryturę, ale tylko po to, żeby wkrótce powrócić w innej telewizji z programem Larry King Now. Znów bez marynarki i w szelkach, ale w kolorystyce znacznie bardziej stonowanej.

Ostatnia kwestia, jaka pozostaje do wyjaśnienia, to gdzie kupić szelki. Wiem, że są tacy, którzy nie lubią kompromisów i sięgają po produkty z najwyższej półki. Im mogę polecić szelki firmy Albert Thurston. Szelki tej firmy nosili Gordon Gekko i James Bond. Szelki firmy Profuomo są także znakomitej jakości, przy zdecydowanie niższej cenie. Najbardziej przystępne cenowo będą szelki polskiej produkcji. Jeśli ktoś chciałby wydać jeszcze mniej, może próbować np. na Allegro. Znajdzie tam szelki na guziki w cenie od 60 zł, a szelki na żabki nawet od kilku, kilkunastu złotych. Jakość tych szelek nie jest mi znana, ale nie pałam chęcią wejścia w ich posiadanie.

KRAWATY

O długości krawatów pisałem już wielokrotnie. Dziwi mnie bowiem niezmiernie fakt, że producenci krawatów nie chcą przyjąć do wiadomości, iż w zależności od rodzaju zastosowanego węzła oraz wzrostu osoby noszącej krawat, powinien on mieć różną długość. Wydaje mi się, że wszyscy producenci przyjęli założenie, że jedyne dopuszczalne węzły to półwindsor i windsor, a wzrost wszystkich mężczyzn mieści się w przedziale 175 – 185 cm. Przy takich parametrach, długość dostępnych na naszym rynku krawatów jest w sam raz. Jeśli mężczyzna o wzroście poniżej 180 cm, zechce zawiązać taki krawat węzłem four in hand, to węższy jego koniec będzie wystawał spod szerszego o kilkanaście, a niekiedy nawet ponad 20 centymetrów. A więc krawat będzie za długi.

Warto jeszcze zwrócić uwagę, że wielkość nadmiarowego odcinka krawata będzie zależna nie tylko od jego długości, ale także sposobu wykonania. W krawatach z grubym i sztywnym wkładem, więcej z ich długości zostanie pochłonięte przez węzeł. Może się zatem zdarzyć, że z dwóch krawatów o tej samej długości – jeden będzie za długi, a drugi – w sam raz. Prowadzi to do wniosku, który chciałbym, aby był jedną z głównych myśli tego wpisu: krawaty należy przymierzać przed kupieniem! To znaczy należy je w sklepie zawiązać swoim ulubionym węzłem i sprawdzić jaki węzeł się tworzy (jedne krawaty dają ładne węzły, inne wręcz przeciwnie) i czy wąski koniec chowa się pod szerszym. I nie kupować, jeśli w jednym z tych przypadków (a tym bardziej w obu) efekt jest niezadowalający.

Jeśli jednak ma się już trochę krawatów, czy to kupionych bez zwracania uwagi na długość, czy to otrzymanych w prezencie, trzeba sobie jakoś radzić z problemem za dużej długości. Sposobów jest kilka, ale są one albo nieeleganckie, albo kłopotliwe. Najprostszym sposobem jest ignorowanie dyndającego się w okolicach rozporka, węższego końca krawata. Wiele osób tak robi. Ja jednak czuję wewnętrzny sprzeciw wobec tego rozwiązania. Uważam je za dopuszczalne, jeśli węższy koniec wystaje nie więcej niż o 3 – 4 cm (choć i wtedy nie wygląda to zbyt dobrze). W przypadku wystawania o 10 cm lub więcej, zaczyna to już wyglądać groteskowo i trzeba coś z tym zrobić. Można wetknąć za pasek spodni, albo pomiędzy guziki koszuli, ale oba sposoby są nieszczególne. Można oczywiście zastosować inny węzeł krawata (np. któryś z podwójnych: Albert lub Victoria), jednak wiele osób uważa four in hand za węzeł najbardziej stylowy (całkiem słusznie!) i nie chce z niego rezygnować. Pozostaje wtedy skrócenie krawata, co wiąże się z dodatkowymi kosztami, zaś przy nieumiejętnym podejściu do sprawy ze strony krawcowej, może wyglądać niezbyt elegancko. Wszystkie te rozważania nieuchronnie prowadzą do wniosku, że producenci krawatów powinni je oferować w różnych długościach.

Wiązanie krawata. O wiązaniu krawata napisano już absolutnie wszystko, co było do napisania. Więc myślę, że jest to najlepszy moment, żebym napisał coś jeszcze. Bowiem wiązanie krawata, choć z pozoru jest czynnością czysto manualną, w rzeczywistości jest działaniem z obszaru psychologii, a nawet magii. Tyle tylko, że jest to magia nie dla wszystkich dostępna.

Większość mężczyzn w Polsce nie potrafi samodzielnie zawiązać krawata, zaś większość z tych, którzy potrafią – wiąże zawsze ten sam węzeł, bowiem opanowała sztukę wiązania tylko tego jednego i nie odczuwa potrzeby jakichkolwiek zmian. Nie zadaje też sobie pytania, czy wybrany węzeł pasuje do ich twarzy, kołnierzyka koszuli lub tkaniny z jakiej uszyty jest krawat. Wreszcie, czy jest stylowy, elegancki, modny itp.

Kiedyś rozmawiałem z moją znajomą i rozmowa zeszła na temat wiązania krawatów. Znajoma wyznała, że ani jej mąż, ani dwaj dorośli synowie, nie potrafią zawiązać krawata i ona musi to robić za nich. Bardzo się zdziwiła, gdy zapytałem jakiego używa węzła. Jak to jakiego? Krawatowego! Odpowiedziała. Po wnikliwych dociekaniach udało mi się ustalić, że używa pełnego windsora. Wtedy ja się zdziwiłem i zapytałem, czy węzły nie są za duże. Dowiedziałem się, że węzły są w sam raz, ale krawaty są za krótkie. Musi je wiązać na szyjach swoich panów, bowiem nie da się ich poluzować na tyle, żeby pętla przeszła przez głowę. Pomyślałem, że jest z tego przynajmniej taka korzyść, że krawat raz zawiązany nie pozostaje w takim stanie na zawsze, lecz jest po użyciu rozwiązywany. Przytaczam tę historię, gdyż dobrze obrazuje ona krawatową sytuację w Polsce: krawaty wiążą mężczyznom kobiety i stosują do tego węzeł windsorski (albo półwindsorski). W tym, że kobiety stosują węzeł windsorski, jest nawet pewna logika. Otóż kobiety na ogół lubią symetrię, a węzeł windsorski jest właśnie węzłem symetrycznym. W przeciwieństwie do węzła four in hand, który jest węzłem asymetrycznym. W tym tkwi zresztą jego urok, o czym napiszę w dalszej części.

Z nieumiejętnością wiązania krawatów przez większość mężczyzn, wiąże się jeszcze jeden problem. Mianowicie krawat raz zawiązany (np. przez sprzedawcę w sklepie), pozostaje w takim stanie na zawsze. Zdejmując go, luzuje się tylko pętlę, zdejmuje przez głowę i odwiesza w szafie, albo wrzuca do szuflady. Jest to zachowanie równie naganne, jak np. nie pranie skarpetek. Krawaty muszą być rozwiązywane, gdyż po kilku założeniach bez rozwiązywania, węzeł zaczyna wyglądać wyjątkowo odstręczająco, po kilkunastu założeniach pojawiają się widoczne przybrudzenia, co czyni go po prostu ohydnym. Przysłuchiwałem się kiedyś rozmowie, w której pewien pan szczycił się tym, że posiada tylko jeden krawat, który kupił do ślubu. Krawat jest na stałe zawiązany i zakładany kilka razy w ciągu roku. Od ponad 30 lat. Nie widziałem tego krawata, ale łatwo mogłem sobie wyobrazić, jak on wygląda. Szokujące było to, że pan, który to opowiadał, był wyraźnie z siebie zadowolony; uważał się za bardzo rozsądnego, który nie trwoni pieniędzy bez sensu. Zupełnie nie zauważał, że na papierosy – które palił w dużych ilościach – trwoni tyle, że mógłby za to kupić wiele innych rzeczy, przydatnych w życiu.

A wracając do węzła windsorskiego muszę zauważyć, że jest z nim pewien kłopot. Otóż węzeł ten został wymyślony przez Edwarda, Księcia Windsoru (warto wiedzieć, że tytuł Księcia Windsoru uzyskał po abdykacji – wcześniej był królem Edwardem VIII) w czasach, gdy krawaty były szyte z cienkiego materiału i albo nie miały wkładów wewnętrznych, albo miały je bardzo cienkie. Windsor, który wymaga wielokrotnego przełożenia końcówki krawata, dawał wtedy ładnie wypełniony węzeł. Cienkie krawaty szyto jeszcze długo później i ja sam nosiłem takie w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku. Wiązałem je w węzeł półwindsorski, gdyż próba zawiązania węzła prostego dawała fatalny efekt w postaci węzła cienkiego jak palec. Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, że sam Książę Windsoru… nie używał windsora. Specjalnie dla niego szyte były krawaty z grubymi wkładami, które zawiązywał węzłem four-in-hand. Zawiązywał pięknie!

Dziś nie szyje się już cienkich krawatów. Krawaty mają solidny wkład, który nadaje im grubości i ‚mięsistości’. Często są też szyte z dość grubych tkanin – np. z flaneli wełnianej. Taki krawat zawiązany węzłem półwindsorskim (nie mówiąc już o pełnym windsorze), daje efekt przytłaczającej masywności i po prostu nie wygląda dobrze. O ile jeszcze jako tako broni się w przypadku pociągłej twarzy i kołnierzyka z szeroko rozstawionymi wyłogami, o tyle w przypadku okrągłej twarzy i kołnierzyka kent, wygląda dramatycznie źle. Dlatego zdecydowanie odradzam stosowanie tego węzła, zalecam natomiast węzeł four-in-hand, a w niektórych przypadkach węzeł Albert. Ja sam stosuję jeden z tych dwóch węzłów w większości przypadków.

Węzeł four in hand bywa nazywany też węzłem prostym. Warto jednak wiedzieć, że istnieje węzeł jeszcze prostszy, który powstaje w trzech ruchach (four in hand, jak sama nazwa wskazuje, powstaje w czterech ruchach). Zgodnie z logiką powinien on nosić nazwę: ‚najprostszy’, jednak w rzeczywistości nazywa się: ‚orientalny’. Ciekawe jest to, że nazwa ‚węzeł prosty’ jest wypierana przez anglojęzyczne zapożyczenie: ‚four in hand’, które brzmi bardzo nieporęcznie i jest długie.

Myślę, że czas już najwyższy, żeby przejść do konkretów i pokazać na przykładach, kilka wybranych sposobów wiązania krawata. W celu umożliwienia bezpośredniego porównania różnych węzłów, zrobiłem poniższe zestawienie.

krawat wezelWęzeł orientalny – najprostszy i najłatwiejszy do zawiązania węzeł. Bardzo łatwo uzyskać w nim ‚łezkę’, czyli fałdkę pod węzłem. Wygląda ładnie i stylowo, ale ma jedną irytującą wadę: ma tendencję do samoluzowania się. Zatem nie nadaje się do krawatów wykonanych z gładkich, ‚śliskich’ tkanin. Można go stosować do krawatów z wełny, grenadyny, szantungu itp., ale i tak będzie się luzował i często trzeba go będzie poprawiać.

Four in hand – węzeł bardzo łatwy do zawiązania, a przy tym piękny i stylowy. Szczególnie sprawdza się przy grubych, ‚mięsistych’ krawatach. Jest wyraźnie asymetryczny, co nadaje mu swoistego uroku. We Włoszech wiążą go prawie wszyscy; gdy ogląda się zdjęcia z Pitti Uomo, to trudno wypatrzyć inny węzeł. Wiążą go znani politycy, ale tylko ci ze świata zachodniego: Barack Obama, David Cameron, Matteo Renzi. Politycy z Europy środkowo-wschodniej i Rosji, unikają go jak diabeł święconej wody.

Jest to fenomen, którego nie jestem w stanie zrozumieć: przytłaczająca większość producentów krawatów uważa, że węzeł four-in-hand nie jest właściwy i produkuje krawaty o takiej długości, która kwalifikuje je do wiązania węzłem windsorskim. Przy węźle four in hand są po prostu za długie. Taka standardowa długość krawata to 146 – 150 cm. Rozmawiałem z kilkoma producentami krawatów, próbując przekonać ich do podjęcia produkcji krawatów w dwóch rozmiarach: 148 cm dla miłośników windsora i 135 cm dla miłośników węzła four-in-hand. Jak dotąd nie znalazłem zrozumienia. No, ale czy mogłem liczyć na zrozumienie jednego z nich, który sam mierzy 195 cm wzrostu?

Osobom, które mimo wszystko zechcą wiązać węzeł four in hand, pozostaje do wyboru jedna z trzech możliwości: skrócenie krawata, wkładanie długiego końca za pasek lub wkładanie długiego końca pomiędzy guziki koszuli. To trzecie rozwiązanie jest najgorsze, gdyż stykanie się końcówki krawata z pocącą się skórą jest wielce niekomfortowe. Z kolei wkładanie za pasek jest rozwiązaniem idealnym, w przypadku gdy nosi się szelki, a spodnie są luźne w pasie. Ale większość mężczyzn nosi jednak pasek, a w takim przypadku końcówka krawata będzie się wysuwać i tworzyć odstającą fałdę na brzuchu. Pozostaje skrócenie krawata albo… czekanie aż któryś z producentów zdecyduje się na szycie krótszych krawatów. Jest na to szansa, gdyż moje namowy trafiły na podatny grunt u jednego z dużych producentów. Zdecydował on o wprowadzeniu na rynek krótszych krawatów. Być może za nim pójdą inni.

Albert – mój ulubiony rodzaj węzła, który ma same zalety: (1) jest bardzo ładny i lekko asymetryczny; (2) jest stosunkowo łatwy do zawiązania i bez problemu uzyskuje się w nim ‚łezkę’; (3) jest rzadko stosowany, zatem wzbudza zainteresowanie innych; (4) dobrze się trzyma w swoim położeniu, czyli nie ma tendencji do samoluzowania się; (5) nie powoduje powstania problemu za długiej końcówki.

Przy okazji węzła Albert muszę jeszcze wspomnieć o węźle Victoria. W ostatniej fazie wiązania mamy do wyboru sposób przełożenia szerszego końca; możemy go przełożyć pod obiema pętlami, albo pomiędzy jedną pętlą a drugą. Jeśli wybierzemy tę drugą opcję, powstanie węzeł Victoria. Ja jednak nie stosuję tego węzła, gdyż wydaje mi się mniej stylowy od Alberta. Ale ma nad nim pewną przewagę. Otóż gdy rozwiązujemy krawat wyciągając z węzła węższy koniec, to węzeł Victoria ‚sam się rozpadnie’, podczas gdy Albert pozostanie zapętlony i musimy go rozplątywać.

Kelvin – ten węzeł jest ciekawą alternatywą dla węzła four in hand. Wygląda podobnie, wychodzi na nim bardzo ładna ‚łezka’, a nie ma wady w postaci za długiej końcówki, którą trzeba gdzieś utykać.

Półwindsor – pisząc o wiązaniu krawata nie mogłem pominąć węzłów windsorskich: półwindsora i pełnego windsora. Mają one swoich zwolenników, którzy przedkładają je nad inne. Nie mam nic przeciwko temu, jeśli ktoś świadomie dokonuje takiego wyboru gdyż uważa, że będzie to lepsze dla jego stylu. Odradzam jednak te węzły wszystkim, którzy wiążą je wyłącznie z przyzwyczajenia. Jeśli, drogi czytelniku, należysz do tej grupy to oświadczam ci stanowczo: czas na zmianę! I zapewniam, że będzie to ‚dobra zmiana’.

Windsor – proszę! Nie róbcie tego! Wystarczy, że robią to takie osobistości jak Władimir Putin, Jarosław Kaczyński, Aleksander Łukaszenka czy Mariusz Kamiński.

Przeczytaj też inne praktyczne porady:

Jan Adamski, http://janadamski.eu

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułEuropa moich marzeń
Następny artykułAlaska z rosyjskiej na amerykańską
Jan Adamski

Jan Adamski jest z wykształcenia inżynierem, absolwentem Politechniki Warszawskiej. W przeszłości był m.in. właścicielem firmy ENCORE, która była prekursorem we wprowadzaniu na polski rynek gier fabularnych (np. takie kultowe tytuły jak „Gwiezdny kupiec” czy „Wojna o pierścień”). Pracował w różnych firmach na stanowiskach dyrektora biura zarządu lub członka zarządu (PLL LOT, Polenergia, Brasco, Totalizator Sportowy). Obecnie prowadzi firmę doradczą w obszarze spraw korporacyjnych i organizacyjnych. Jest autorem blogu http://janadamski.eu, a także prowadzi wykłady o męskich ubiorach, praktycznych aspektach ich doboru i zasadach kodu ubraniowego. W swoich tekstach publicystycznych proponuje indywidualne, nierzadko kontrowersyjne, spojrzenie na znane problemy, znacznie odbiegające od powszechnie obowiązujących wykładni poprawności politycznej. Z pasją i zaangażowaniem pisze też o modzie męskiej.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here