Najnowsza książka znanego już Autora Jana Chruślińskiego ukazuje realia życia ludności polskiej na Wołyniu w latach II RP i po jego włączeniu do Związku Sowieckiego i na Syberii. Uwagę zwraca prostota a jednocześnie komunikatywność ukazywania tragicznych wydarzeń z II wojny światowej. To historia przeżyć rodziny Galasińskich a w zasadzie Jerzego. To kawałek historii Polski przedstawiony w sposób beletrystyczno-historyczny w oparciu o wspomnienia Galasińskiego, literaturę wspomnieniową i naukową oraz dokumenty. Podkreślić należy zastosowaną przez autora formę narracji, prosty, zrozumiały dla każdego styl, zaś konkrety stanowią dominantę treściowa. Język przejrzysty w ukazywaniu życia Galasińskiego a w rzeczywistości Polaków wywiezionych przez Sowietów do nieludzkiej ziemi na Syberii oraz tworzenie WP i jego udział w walkach z hitlerowskim agresorem. Rzetelne przedstawienie wydarzeń z tamtych lat sprawia wrażenie, że ich uczestnikiem był Autor. Opracowanie to składa się z 23 rozdziałów i aneksu,
Droga życiowa Galasińskich przedstawiona została w tych rozdziałach. Autor w pierwszych ukazał życie codzienne tej rodziny w okresie międzywojennym. Przedstawił dramatyczne wydarzenia i tragiczne losy ludności polskiej na Wołyniu we wrześniu 1939 r.. Agresje III Rzeszy i Rosji Sowieckiej na Polskę Autor opisuje poprzez przeżycia rodziny Galasińskich. Sedno w tym, że możliwości obronne Polski uwarunkowane były ówczesnymi możliwościami państwa. Państwo było biedne i nie było w stanie uzbroić wojska w nowoczesną technikę, w tym utworzyć dywizji pancernych i rozbudować lotnictwo. Siły III Rzeszy i Związku Sowieckiego zaatakowały Polskę, Żołnierz polski podjął niewykonalne zadanie obrony kraju. Niestety zawiedli sojusznicy–Francja i Wielka Brytania [12 IX 1939 r. premierzy tych państw spotkali się w Abbeville, gdzie uzgodnili wstrzymanie jakichkolwiek akcji przeciwko III Rzeszy, nie informując o tym przedstawiciela Polski]. Agresorzy dysponowali zdecydowaną przewaga nie tylko liczebną, ale też w uzbrojeniu. Siły niemieckie uderzając na Polskę liczyły ok. 1,8 mln żołnierzy, zaś sowieckie początkowo 466 516 żołnierzy i wzrastały w dniach następnych do ponad 700 000 [ np. Front Ukraiński liczył 17 września 265 714 żołnierzy i ich liczebność 24 września wzrosła do 358 498 żołnierzy].
Autor przedstawia dramat ludności we IX 1939 r., która w znacznej liczbie uciekała przed agresorem hitlerowskim. Czytamy „Widok był niesamowity. Cała ta lawina ludzka, ogarnięta paniką, gnała gdzieś przed siebie, często nie wiedząc, dokąd właściwie dąży i gdzie będzie kres tej wędrówki. Paniczna ucieczka z tobołami, walizami, dziećmi.”. Wielu uciekinierów przedostała się na Kresy Wschodnie, które 17 IX 1939 r. zaczęła zajmować Armia Czerwona. Autor zwraca uwagę, że gwałtów, kradzieży i zbrodni dokonywali nie tylko żołnierze sowieccy, ale też ludność ukraińska i tworzone kilkunastoosobowe grupy „z czerwonymi opaskami na rękawach – złodzieje, bandyci i zindoktrynowani chłopi – z bronią palną, szablami i siekierami” napadali na ludność polską. „Kiedy już ich ograbiono z tego, co się dało, byli zabijani niezwykle brutalnie, a rodziny znajdowały ich zwłoki gdzieś w okolicy”.
Rozpoczęła się gehenna ludności polskiej na Kresach Wschodnich. Nie tyko nie można było kupić żywności, lecz zapoczątkowano na szeroką skalę eksterminację, Władze sowieckie zmierzały, co podkreśla autor w rozdziale VI do „wytrzebiona polskości z Kresów fizycznie, historycznie i moralnie”. Cel ten zamierzano realizować m.in. poprzez deportacje ludności polskiej na Syberię. 10 II 1940 r. los taki spotkał nie tylko rodzinę Galasińskich, lecz ok. 6 000 Polaków, którzy w przeciągu 40 minut mieli spakować się i zabrać z sobą worek bagażu na osobę. Przewożeni byli saniami na dworzec kolejowy przy temperaturze minus 30 stopni i ładowani do wagonów, „.W wagonie po jednej i drugiej stronie były prycze z desek. Pośrodku piecyk żelazny z rurą na zewnątrz, w kącie dziura w podłodze (to ubikacja). Po obu stronach wagonu dwa małe okienka”. Przez wiele dni, jak pisze autor, „ trwała ta upiorna podróż. Ludzie cierpieli z głodu. Teraz czuli się tak, jakby krok po kroku wstępowali do piekieł. Starsi ludzie i małe dzieci zaczęli umierać z głodu i zimna. Na postojach martwe ciała kazano wyrzucać z wagonów”.
Po wielu dniach dojechali na obrzeże dziewiczej tajgi, nad rzeką Ałdaną w Jakucji. Autor w rozdziale VII i następnych ukazuje dramat wysiedleńców w nieludzkiej ziemi i niezmiernie ciężką pracę w Północno-Wschodnim Obozie Pracy „Siewwostłag”. Przez więźniów obszar Jakucji nazywany był Przeklętą Wyspą, gdzie zima trwała aż 8 miesięcy. Charakteryzował się ubogą roślinnością, surowym klimatem, ekstremalnie niskimi temperatury sięgające kilkudziesięciu stopni poniżej zera. Pracowano nawet w temperaturze poniżej 53 stopn. Autor podkreśla że w komunistycznym systemie nie miało to większego znaczenia, bo więźniów traktowano jak niewolników przeznaczonych do eksploatacji, a następnie wyniszczenia. Śmiertelność była ogromna a przeżycie pobytu na Kołymie graniczyło z cudem. Ci więźniowie, którzy przeżyli porównywali po wojnie pobyt w obozach pracy do obozu koncentracyjnego w Auschwitz . Autor pisze „Błyskawiczna, potworna śmierć: gaz! – powolne gnicie i ciało odpadające od kości: cynga! Czerwone krematorium i białe! Obozy pracy na Kołymie były czymś w rodzaju odpowiednika niemieckiej selekcji do gazu”.
Skierowani zostali do wyrębu drzew w tajdze. Praca była bardzo ciężką, katorżniczą i niebezpieczną. Wiosną część z Polaków przeniesiona została do budowa drogi Kadykczan–Chandyga, którą nazywano „Drogą na Kościach, bo podczas jej budowy zginęły tysiące zesłańców, których ciała chowano w nasypie drogi. Przy budowie tej drogi upodlenia i śmierci pracował Galasiński, który został brygadzistą. Autor w rozdziale X i kolejnych opisuje warunki pracy i życia, Wykonywali niewolniczą pracę o głodzie, bo otrzymywali na dzień kilogram chleba i zupę z pokrzyw lub liści buraków. Wielu zesłańców umierało z głodu i wycieńczenia i „zostawali” na budowie na zawsze, czyli nasyp drogi był ich grobem. Niestety, ale zbrodniarze sowieckich Gułagu nie ponieśli kary a dramat tysięcy zesłańców i śmierć wielu z nich nie jest znana ludności nie tylko w Polsce, ale światowej opinii publicznej. Ofiary komunistycznego ludobójstwa powinny być upowszechnione w skali światowej podkreśla autor. Zarazem zwraca uwagę, że Polacy wywiezieni na Syberię „ zrozumieli, że jeśli chcą jeszcze kiedyś zobaczyć swoich najbliższych, to nie mogą ujawniać przed sowieckimi barbarzyńcami swych uczuć patriotycznych oraz przywiązania do polskich religijnych tradycji […] Nieśli Polskę w sercach. Choć lasy próbowały ich pogrzebać, choć głód ich wydrążał – przetrwali, bo nie zapomnieli, kim są”. Życie w każdym łagrze było koszmarem z tym że codziennie toczyła się tu walka „ o przetrwanie, między sterroryzowanymi, niewinnymi ludźmi a sowieckim reżimem”.
Rozdziały XII i XIII autor poświęcił zmianie sytuacja polskich zesłańców, która uległa zmianie po napaści III Rzeszy na Związek Sowiecki 22 VI 1941 r. i po podpisaniu układy Sikorski-Majski z 30 VII 1941 r. Na mocy tego układu wszyscy Polacy przebywający w Rosji w wyniku amnestii odzyskali wolność. Rząd sowiecki wyraził zgodę na tworzenie na swoim terytorium Wojska Polskiego. W VIII 1941 r. przystąpiono to jego tworzenia w Buzułuku Tatiszczewie i Tockoje. Dowódcą został gen. dyw. Władysław Anders. Który wspomina „„Kiedy przystąpiłem do tworzenia armii, ze wszystkich stron Związku Sowieckiego ściągać zaczęli byli więźniowie i zesłańcy do miejsca postoju pierwszych jednostek. Mieli nieraz do przebycia tysiące kilometrów i do pokonania wiele trudności ze strony władz, które bynajmniej nie wykonywały lojalnie postanowień układu. Dopóki znajdowaliśmy się w granicach ZSSR, codziennie do oddziałów naszych docierali nędzarze, osłonięci łachmanami, goniąc resztkami sił i zdrowia. Mieli za sobą dwa lata poniżania i niewoli, przymusowej pracy ponad siły, widok śmierci swoich najbliższych, znajdując się tysiące kilometrów od domów i kraju rodzinnego, w atmosferze terroru moralnego, który odmawiał im prawa do własnej narodowości, religii, cywilizacji. Ludzie ci mieli wrażenie, że wydostali się z piekła, o którego istnieniu na ziemi, wychowani w kraju cywilizowanym, nie mieli przedtem wyobrażenia. I to jeszcze nie był koniec ofiar […]”.
Przybyli zesłańcy do ośrodków formowania armii pisze autor „ wyglądali jak „czarna rozpacz”: bladzi, obrzękli, zżarci przez szkorbut, poznaczeni mrozem, wyczerpani głodem, skręceni przez gościec i rwę kulszową, pokryci wrzodami, podrapani do krwi, z nogami opuchłymi, z odmrożonymi palcami, z setkami przepuklin – od taczek, od kloców przymarzłych, od kopalń – z rękami i nogami złamanymi, złożonymi niefachowo, krzywo, ze zniekształconymi klatkami piersiowymi, popękanymi żebrami, z krwią zatrutą malarią”.
Nie wszyscy Polacy zdołali dotrzeć do tworzonej armii gen. Andersa, która została ewakuowana do Iranu w dwóch etapach do IX 1942 r. Z kolei sprawa katyńska posłużył rządowi sowieckiemu do zerwania stosunków dyplomatycznych z Polska 25 IV 1943 r. Konsekwencją tego było zesłańcom odebranie przywróconego im obywatelstwa polskiego i narzucenie obywatelstwa sowieckiego a odmowa jego przyjęcia była traktowana jako akt wrogi wobec tego państwa .
Ocaleniem dla zesłańców była rekrutacja do tworzonego wojska przez Związek Patriotów Polskich w postaci 1 DP im. T. Kościuszki. Do jednego z punktów rekrutacyjnych dotarł Jerzy Galasiński, którego skierowano do formującej się dywizji. Wspomina on „Jechałem do Sielc z mieszanymi uczuciami co do charakteru wojska organizowanego przez polskich komunistów, ale nie miałem innego wyboru” . To była droga powrotu do Ojczyzny jego i innych zesłańców, którzy 12 V 1943 r. zapoczątkowali wyjazd do tworzonej dywizji.
W Sielcach rozpoczęto 1. DP im T. Kościuszki, składającej się z weteranów z: armii zaborczych z I wojny światowej, żołnierzy WP z okresu międzywojennego, uczestników wojny 1939 r. i osób bez przygotowania wojskowego. Do dywizji tej przyjęto też kobiety, z których utworzono batalion fizylierek. Wkrótce stali się wszyscy żołnierzami, zaś, jak pisze autor, „wydawanie polskich mundurów przybrało formę uroczystości religijnej. Żołnierze odbierali je i odchodzili w nabożnym skupieniu. W tym dniu poszły w kąt robocze drelichy. Wszystko, co żyło w dywizji, chodziło ubrane odświętnie”. Wkrótce otrzymano uzbrojenie i przystąpiono do szkolenia wojskowego. Wielu żołnierzy miało wątpliwości, czy to polska dywizja, bo brakowało w niej kapelana.
Rozdział XV i kolejne poświęcone zostały tworzeniu się 1 DP im. T. Kościuszki, Autor krytyczni ocenia jej dowódcę Zygmunta Berlinga. Czytamy „To on dowodził w bitwie pod Lenino, w czasie której niedoposażeni i nie w pełni wyszkoleni żołnierze poszli na rzeź tylko po to, by udowodnić światu, że armia stworzona przez Stalina, a nie przez aliantów zachodnich, walczy z Niemcami.
To on umacniał i sankcjonował kłamstwo katyńskie w wojsku. Pokładając nadzieję w Stalinie, który awansował go do stopnia generała, nie zauważył, że jest tylko marionetką. Nie przeszkodziło mu to jednak w budowaniu legendy, miał złamać rozkazy i rzucić wojsko na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Rozkazów jednak nie złamał i kolejny raz dla celów propagandowych poświęcił życie podwładnych.
Oddelegowany do Lublina zatwierdzał wyroki śmierci za przestępstwa „polityczne” na własnych żołnierzy. Takiego zachowania nie da się nazwać inaczej niż zdradą i kolaboracją”. Przeciwieństwem jest ocena ks. Wilhelma Kupszy [rozdział XVIII], który włączył się w ruch oporo w rejonie Puzicze na Polesiu, gdzie był wikarym. Zarazem jako technik dentystyczny spieszył z pomocą miejscowej ludności. Cieszył się szacunkiem i jej uznaniem. Oskarżony o pomoc partyzantom aresztowany został w maju 1942 r. przez gestapo i osadzony w areszcie śledczym w Baranowicach. Poddany brutalnemu śledztwu nie załamał się a odwrotnie wspomagał psychicznie więźniów. Skazany na karę śmierci uratowany został przez Austriaka, który wyprowadził księdza z więzienia. Wówczas wstąpił do sowieckiego oddziału partyzanckiego płk. Wasilewcowa, gdzie został sanitariuszem a faktycznie dentystą. Z inspiracji Stalina ściągnięty został do Moskwy w V 1943 r. i skierowany na kapelana do dywizji. Słusznie autor zwraca uwagę, że wielu żołnierzy nie było przekonanych, że jest księdzem, chociaż spotykał się z nimi w pododdziałach. Autor pisze. Wszędzie był on, niestety, przyjmowany chłodno i nieufnie. Ksiądz starał się to zrozumieć. Wiedział dobrze, że na zaufanie musi sobie dopiero zapracować. Ludzie ci doświadczyli w swoim życiu wiele fałszu, poniżenia i nietolerancji i musiało upłynąć sporo czasu, zanim otworzyli swoje serca. Dochodziła do tego jeszcze sprawa obecności w armii oficerów sowieckich, których także w przyszłości, gdy powstawały nowe jednostki, było bardzo wielu”.
Ks. Kupsza nie zrażał się nieufnością żołnierzy, bo po 2 miesiącach zdobył ich serce. Awansowany został do stopnia majora i 15 VII 1943 r. po odprawieniu mszy świętej przyjął przysięgę od dowództwa dywizji i żołnierzy z trzech pułków piechoty, pułku artylerii, pułku czołgów, oddziałów pomocniczych, batalionu sanitarnego, batalionu kobiecego, samodzielnej eskadry lotniczej.
W kolejnych tygodniach trwało intensywne szkolenie bojowe w pododdziałach, w którym uczestniczył też ks. mjr Kubsza. 1 IX 1943 r. dywizja rozpoczęła przegrupowanie do rejonu Wiaźmy. W nowym rejonie ześrodkowania żołnierze kontynuowali szkolenie wśród nich awansowany do stopnia ppor. i wyznaczony na dowódcę kompanii Jerzy Galasiński. Tu zostali także zapoznani z nowymi zasadami taktyki i prowadzenia działań bojowych. 23 IX 1943 r. dywizja rozpoczęła marsz w kierunku frontu. Podczas marszu dowództwo otrzymało 1 X 195=43 r. rozkaz o podporządkowana dowódcy 33 Armii- gen, płk. Wasilijemu Nikołajewiczowi Gordowi. Na obszarze zajmowanym przez 33 Armię dowództwo Frontu Zachodniego nie planowało natarcia a tylko wiązanie sił nieprzyjaciela poprzez pozorowanie natarcia [rozdział XXI].
Kolejny rozdział XXII poświecił autor na omówienie zadania przed bitwą pod Lenino i przebiegiem bitwy. Zwrócił uwagę, że dowódca armii lekceważył siły niemieckie i uważał je za pobite i zdemoralizowane. Rozkazał gen. Berlingowi 7 X 1943 r. osiągnięcie pełnej gotowości bojowej na godzinę 20.00 w dniu 11 X 1943 r. Zadaniem dywizji było przełamanie obrony niemieckiej na kierunku wsi Połzuchy, Trygubowa i Puniszcze. Po powrocie ze sztabu armii Berling nakazał wymarsz dywizji do rejonów wyjściowych do natarcia. Żołnierze już byli wyczerpani wielonocnymi marszami a do wyznaczonych pozycji przeszli jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Na trasie panował bałagan; mieszały się kolumny poszczególnych pododdziałów. Dały znać o sobie luki w wyszkoleniu.
Autor zwraca uwagę, że przed bitwą nie przeprowadzono zaplanowanego rekonesansu i nie rozpoznano bagnistej i podmokłej doliny rzeki Mierei, co wywarło znaczący wpływ na przebieg bitwy Z kolei w przededniu bitwy z polecenia gen. Gordowa, skrócono przygotowanie artyleryjskie i ograniczono artyleryjski wał ogniowy. Na kilkanaście godzin przed natarciem, na stronę wroga przeszło 25 żołnierzy, którzy poinformowali Niemców o planowanym natarciu dywizji. Konsekwencje tych decyzji były tragiczne. 12 X 1943 r. dywizja przeszła do natarcia, a w zasadzie jej siły główne , czyli 1. i 2. PP ponosząc wysokie straty. Autor zwraca uwagę, że siły polskie nie tylko ponosiły wysokie straty od lotnictwa niemieckiego i jego artylerii, ale też od artylerii sowieckiej, która pokrywała „ogniem pozycje zajęte przez Polaków. I tak zaczęte przez Junkersy dzieło zniszczenia dopełniają straszliwie skuteczne katiusze”. W bitwie tej toczonej 12 i 13 X 1943 r. straty dywizji wyniosły 3054 żołnierzy [zabici, ranni, zaginieni]. Przez dziesięciolecia wmawiano społeczeństwu. że klęska pod Lenino była zwycięstwem a dzień 12 października ustanowiono Dniem Wojska Polskiego.
Rozdział XXIII poświecił Autor walkom na szlaku od Lenino do Warszawy. Opracowany został na podstawie zapisków, notatek i listów Jerzego Galasińskiego i wspomnień żołnierzy z tej dywizji. Po walce pod Lenino, uzupełnieniu strat i odpoczynku żołnierze ruszyli w kierunku zachodnim, aby wkroczyć na ziemie polskie. Osiągnęli ten cel w 1944 r. Autor pisze „. Kiedy wkroczyli na ziemię polską, każdy padał na kolana i całował ją jak matkę. Któż z nich, tułaczy, myślał, że kiedykolwiek będzie chodził po polskiej ziemi? Brak informacji, czy Autor miał na uwadze granicę polski sprzed 1939 r., czy narzuconą przez Stalina w 1939 r. Faktem jest, że ludność nie tylko kwiatami witała żołnierzy na jej drodze przemarszu aż w okolice Warszawy.
1 VIII 1944 r. wybuchło powstanie w Warszawie, które było decyzja polityczną, ponieważ analiza sił własnych i niemieckich oraz terenu nie potwierdziły słuszności decyzji o jego wybuchu. Należało poczekać na rozwój działań sowieckich [ uchwycenie prawego brzegu Wisły- co nastąpiło w połowie września] lub głębokiego oskrzydlenia stolicy. Nie osiągnięto też zaskoczenia, bo o 16.30 dowództwa garnizonu warszawskiego ogłosiło alarm.
Powstańcy walczyli z siłami hitlerowskimi, lecz nie otrzymali pomocy wystarczającej od Aliantów, zaś Stalin odmówił jej udzielenia. W początkach września Stalin polecił prowadzić ograniczone natarcie częścią sił 1. Frontu Biłoruskiego, aby uniknąć zarzutów ze strony Aliantów i społeczeństwa polskiego, że nie udzielił pomocy powstańcom. W nocy z 13 na 14 września sowieci dokonali pierwszego zrzutu lotniczego dla powstańców, który trwał do 1 października [ zrzucono ok. 150 ton zaopatrzenia i sprzętu bojowego].
Natomiast 10 września rozpoczęła się operacja prasko –warszawska. Udział w niej wzięła 1. DP. Pragę zdobyto nocą z 14 na 15 września. W walkach tych uczestniczyła kompania ppor. Jerzego Galasińskiego, która następnie przeprawiła się przez Wisłę i uczestniczyła w walkach wspólnie z powstańcami. Autor pisze „ przeprawa przez Wisłę na pomoc powstaniu była misją straceńczą–na rozkaz wydany w Moskwie przez sowieckiego dyktatora wysłano ich na niemal pewną śmierć. Operacja była źle zaplanowana, przeprowadzono ją pośpiesznie i nieudolnie. Desant na łodziach i pontonach znalazł się pod ciężkim ostrzałem niemieckim. Wsparcie ze strony sowieckiej artylerii i lotnictwa było dalece niewystarczające, wróg miał miażdżącą przewagę. Na lewy brzeg Wisły udało się przedrzeć około dwóm tysiącom „berlingowców”. Część oddziałów znalazła się tam bez dowództwa i łączności, przez co uległa rozproszeniu”.
Gen Berling. pod koniec rozkazał wycofanie się żołnierzy na prawy brzeg Wisły. Żołnierze przeprawiali się, czym mogli, wykorzystywali deski, drewniane części mebli itd. Z pomocą pospieszyło ok. 2 500 żołnierzy a przeżyło tylko ok. 400. Powstanie upadło 2 października. Rosjanie pozwolili Niemcom dokonać dzieła zniszczenia, a przez Wisłę przeprawili się dopiero w styczniu 1945 roku.
W ostatnim rozdziale autor skoncentrował uwagę na omówieniu walk o Warszawę 17 I 1945 r. Nieliczne siły niemieckie pozostające w mieście zostały rozbite. Uczestniczył w nich ppor. Jerzy Galasiński, któty tak opisał swoje pierwsze wrażenia z wyzwolonej Warszawy:
„Moja kompania maszerowała ulicami miasta. Kłęby dymu spowijały szczątki rozbitych gmachów, snuły się wzdłuż gruzem zawalonych ulic, przenikały przez wybite okna do wnętrz, które szczęśliwie ocalały. Makabryczny był ten widok bestialsko zburzonej przez faszystów pięknej ongiś stolicy Polski. Głęboko wstrząśnięci, powoli, noga za nogą wlekliśmy się Marszałkowską i Alejami Jerozolimskimi, co chwila przeskakując przez zwały cegły i pogiętego żelastwa. Dookoła sterczały dopalające się jeszcze tu i ówdzie kikuty”. Pomimo jej zniszczenia przez Niemów zaczęli do niej wracać Warszawiacy. Przedstawiała wielkie cmentarzysko ludzi i domów, straciła ponad 800 000 mieszkańców. Autor zasygnalizował tylko walki na Wałe Pomorskim oraz o Kołobrzeg i Berlin.
Uwagę zwraca fakt, że Autor uzupełnia wydarzenia historyczne barwnymi opisami literackimi, zwłaszcza przyrody, opisami miast czy życia mieszkańców. W sposób barwny opisuje nie tylko Równe, czyli miejsce zamieszkania rodziny, ale miejsce zesłania na Syberii oraz walki 1 DP im. T. Kościuszki. Warto sięgnąć po tę książkę, bo to niezbyt znany fragment dziejów naszego narodu, zwłaszcza dla młodego pokolenia. Zarazem uwagę zwraca talent autora do syntetycznego ukazywania wydarzeń z tamtych tragicznych lat. Autor podkreśla silne poczucie wspólnoty sąsiedzkiej, zwłaszcza na Syberii, poczucie więzi i religijności, zasad moralnych a zwłaszcza patriotyzmu. Dzięki nim przetrwali najcięższy okres w swoim życiu.
Uwagę zwraca przemyślaną konstrukcją i starannością w ukazywaniu wydarzeń historycznych, chociaż nie jest to książka naukowa.. Autor znakomicie panuje nie tylko nad ich ukazywaniem, ale nad językiem, dialogami, niezwykle sugestywnymi opisami. Po prostu zaprezentował swój literacki talent w tej i poprzednich swoich książkach. Nie unika ocen krytycznych, chociażby gen. Berlinga. Godnym uwagi jest twórczy potencjał Autora, który ujawnił swój talent literacki dopiero po przejściu na emeryturę, czyli w XXI wieku.
Recenzowana praca jest uwieńczeniem zbierania materiałów przez Autora przez wiele lat. Praca ma chronologiczny układ i obejmuję okres XX wieku Struktura chronologiczna pracy umożliwiła autorowi dokładną analizę wydarzeń z tamtych lat, czyli z okresu II RP i okupacji Praca adresowana jest dla szerokiego odbiorcy, ale w pierwszej kolejności do młodzieży, aby poznała tragiczne losy narodu w latach II wojny światowej i jego patriotyczną postawę.
Przyjęta przez Autora koncepcja pracy nie budzi zastrzeżeń, chociaż można połączyć niektóre rozdziały. Zaprezentowany sposób ukazywania faktów pozwala Czytelnikowi na swobodne poruszanie się w podjętej tematyce. Taki sposób prezentowania przeżyć rodziny Galasińskich a w zasadzie Jerzego, pozwala na pozyskanie młodego Czytelnika, dla którego wydarzenia z tamtych lat są tylko historią. Historią, ale przedstawioną w sposób niezmiernie ciekawy, która będzie wciągała Czytelnika w rozwijającą się fabułę, a tym samym pobudzi nie tylko emocje, ale skłoni też do samodzielnych ocen.
Praca posiada wartość poznawczą i dokumentalną. Należy podkreślić, że podstawową jej zaletą jest umiejętność prezentacji zdarzeń w sposób niezmiernie ciekawy, angażujący Czytelnika w poznanie ważnego fragmentu dziejów Polski. Doskonale jest napisana, z zachowaniem bezstronności. Uwagę zwraca pieczołowitość w ukazaniu faktów. Napisana z wielką dbałością, wręcz perfekcyjnie, a każde zdanie jest głęboko przemyślane. Interesujący sposób narracji sprawia, że poszczególne rozdziały czyta się z dużym zainteresowaniem, ponieważ wciągają w rozwijającą się fabułę. Jednocześnie skłaniają do samodzielnych przemyśleń i dociekań.
Autor przedstawił obraz codziennego życia na Wołyniu, na zesłaniu na Syberię i w 1 DP. im T. Kościuszki a jednocześnie dramat Polaków na „nieludzkiej ziemi” oraz terror i prześladowanie przez Sowietów wszystkiego, co polskie. Ich trwanie w polskości i życie składają się na prawdziwe dzieje Polski.
Opracowanie to staje się lekturą interesującą i pożyteczną, zwłaszcza iż wszelkie mitotwórstwo rozwija się bez ograniczeń i skrępowania. Dla niektórych wystarczą nawet pojedyncze, subiektywnie dobrane fakty, często po „drodze” zniekształcone do granic nonsensu, aby przedstawić kogoś jako „bohatera” lub „zdrajcę”. Nie można pominąć też opracowań mniej lub bardziej naukowych, których autorzy nie dążyli do przedstawienia wydarzeń w sposób obiektywny, lecz pisali na zapotrzebowanie danej opcji politycznej. Faktem jest, że dzieje najnowsze zawsze są przedmiotem najostrzejszych sporów i dyskusji. Do problemów szczególnie „gorących” należy między innymi ocena gen. Z. Berlinga,, czy bitwy pod Lenino. Autor zajął jednoznaczne stanowisko, zbieżne z poglądami znacznej liczby historyków. Jednocześnie położył nacisk na ukazanie osobowość, zwłaszcza Jerzego, i zwykłe ludzkie cechy. To świadectwo jego losu i Polaków w niezwykle trudnym okresie historii, Być może po ukazaniu się tej książki rozwinie się dyskusja nad krytyczną oceną niektórych osób i wydarzeń, zaś historycy podejmą ten temat bez wątpienia trudny pod każdym względem. Wydaje się, że obecnie nadszedł czas na spokojniejsze i bardziej wyważone oceny. Dzisiaj potrzeba takich książek, jak opracowanie Autora, aby ocalić pamięć autentycznego bohaterstwa i miłości widzianego jako podstawowy a zarazem prosty obowiązek wierności prawu umiłowania Boga, Ojczyzny i Człowieka. Umiłowania prawdziwego i szczerego, ale bez triumfalizmu i słów bez pokrycia. Na zakończenie prezentacji tej cennej monografii chcę zwrócić uwagę, że napisana jest niezmiernie ciekawie a stylistycznie niemal perfekcyjnie,













![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)