„Złapcie go!” (fragment nowej – jeszcze nieopublikowanej – książki Jana Chruślińskiego)

2
Prof. Karol Czejarek i Jan Chruśliński

Szanowni Czytelnicy PD – koniecznie PRZECZYTAJCIE! Namówiłem pisarza, którego odkryłem i lansuję (pisałem już o nim w PD) do napisania kolejnej książki „Złapcie go!”. Będzie to książka niezwykła: o żołnierskich przygodach na wesoło! Ale głównym bohaterom tych opowiadań („żołnierskim fajtłapom”) na pewno nie było wesoło z racji ich traktowania przez przełożonych.

Opowiedziane „przygody” są prawdziwe i dotyczą tzw. „fali”, jaka miała miejsce w Ludowym Wojsku Polskim. Zatem nie tylko słynny „Szwejk” Has’ka, czy Gefreiter Asch z powieści Kirsta „08/15 w koszarach” mieli bardzo podobne, z których pękaliśmy ze śmiechu.

Sam byłem wielokrotnie świadkiem opisanych przez Jana Chruślińskiego „przygód”. Także i autorowi „Złapcie go!”, który doszedł w LWP aż do stopnia pełnego pułkownika, podobne „historie” są doskonale znane.

Cieszę się, że Jan Chruśliński (a także Naczelny PD Paweł Rogaliński) zgodzili się, aby fragment NOWEJ (będącej jeszcze w pisaniu) książki opublikować. Zatem wybrałem z już napisanego tekstu trzy opowieści, z których pierwszą zatytułowaną „Szeregowy Mrówka” dziś publikujemy (następne dwie „przygody” ukażą się w kolejnych wydaniach PD, czyli w styczniu i lutym już przyszłego – 2019 – roku). Podobnie „zabawnych”, ale jednocześnie tragicznie żałosnych dla tych, którzy byli ich ofiarami, będzie w książce Jana Chruślińskiego kilkanaście. Tylko nazwiska i imiona zostały w nich zmienione.

Z góry przepraszam PT Czytelników za wulgaryzmy, ale zdecydowałem się zostawić je wszystkie, gdyż bez nich nie byłoby tego swoistego zawartego „smaczku”. Zresztą jest to język powszechnie używany przez „wojskowych”. Nie wiem, czy pod tym względem (choć teraz mamy „armię zawodową”) coś się zmieniło?!

I jeszcze kilka słów.

Z Janem Chruślińskim w latach 50. i 60. ub. wieku ścigałem się na rowerze. On odnosił sukcesy na szosie, był nawet członkiem kadry narodowej kolarzy LZS, ja „raczej” uprawiałem kolarstwo na torze (choć i szosą, ani też wyścigami przełajowymi nie gardziłem). Ponownie spotkaliśmy się kilka lat temu, gdy odszukał mnie w Warszawie, prosząc o ocenę swoich pierwszych prób pisarskich. Zachłysnąłem się nimi i zacząłem do tych powieści pisać „wstępy” i „posłowia”, przekonany o wielkim talencie pisarza. Tak stałem się jego fanem.

Dla mnie Jan Chruśliński jest odkryciem pisarskim, choć zaczął pisać dopiero, gdy już pożegnał się z wojskowym mundurem. (Ale i mój ulubiony pisarz Hans Hellmut Kirst, o którym napisałem monografię i którego sporo powieści przetłumaczyłem, a „Dzieła zebrane” redagowałem, też zaczął pisać swoje słynne (m.in. „08/15”) książki już w bardzo dojrzałym wieku i zdążył ich wydać ponad 50! Jankowi Chruślińskiemu życzę podobnego powodzenia!

I jeszcze jedno zdanie: „Złapcie go!” powstało przypadkowo, gdy któregoś dnia (przy dobrym winku) wspominaliśmy na wesoło naszą służbę wojskową. Z naszych opowieści śmiały się też nasze żony! Zatem będzie to książka, jak i dotychczasowe – dla każdego.

„Szeregowy Mrówka”

(fragment z książki „Złapcie go!” autorstwa Jana Chruślińskiego)

W wojsku, jak wszędzie, w pewnych przypadkach znajdzie się ktoś nieustępliwy, który z trudem dostosowuje się do istniejącej rzeczywistości. Takim charakternym żołnierzem był w kompanii szeregowy Mrówka. Był to normalny chłopak z przeciętnymi przymiotami. Miał w sobie coś, co nazywa się chłopskim rozumem, pod względem fizycznym odpowiadał wymogom służby wojskowej. Kłopoty miał za to ze swoim usposobieniem. W domu pomagał matce w pracach domowych. W szkole był pilny i na ogół zdyscyplinowany. Zawsze zachowywał się po dżentelmeńsku wobec dziewcząt. Łobuzował ze swoimi kolegami szkolnymi, był słaby w matematyce, uwielbiał muzykę i taniec, sport sprawiał mu niesłychaną przyjemność, w nauce języka polskiego i historii był zawsze najlepszy w klasie. Jego otoczenie niepokoiło tylko jedno: Wojtek Mrówka pozwalał sobie na luksus samodzielnego myślenia.

W ciągu kilkunastu dni od wcielenia do wojska zrozumiał, że to, czego nauczył się dotychczas, to był „pryszcz”. Teraz wmawiano mu, że wreszcie stanie się „człowiekiem”. Posiadał na tyle rozumu, by z tej prostackiej doktryny wychowawczej dla skoszarowanych mężczyzn ostrożnie pokpiwać – pozwalało mu na to jego zdrowie i uprawianie sportu. Ale niebawem świadomie, posiadając zdolność przewidywania, poddał się mimowolnie funkcjonującemu drylowi i dyscyplinie wojskowej.

Rozszyfrował szybko, że podporządkowanie się przynosi korzyści, przeważnie tylko fizyczne. Zorientował się również, że przy skupieniu wielkiej masy żołnierzy na niewielkim obszarze konieczny jest ostry reżim. Udręką dla niego był jednak przymus, który przeważnie wydawał mu się pozbawiony sensu, wymagał ściśle określonego sposobu chodzenia, salutowania, jednolitego ubioru, wspólnego maszerowania, wspólnie śpiewanej pieśni i dziwacznego języka. Wojtek, który obszerne fragmenty Mickiewicza i Sienkiewicza cytował z pamięci, był naprawdę zdeklarowanym idealistą, odczuwał potrzebę promieniowania tym idealizmem z własnej woli, a nie pozwalać na to, by ten idealizm w głupi sposób z niego wyciskano.

– Nie słyszeliście pobudki? – Wyskakuje z łóżka – już, raz, dwa! Sam nie wiem dlaczego się do was odzywam. Macie zdziwioną minę, jakbyście spali w domu u mamusi i czekali, że wam poda do łóżka jajecznicę na bekonie?

No co? Pytam po raz drugi. Nie słyszeliście pobudki? Wstawajcie szybko w mordę jeża, co się tak na mnie gapicie, jak szpak w pizdę?

Wojtek poczuł, że ma wilgotne i zimne nogi, że od spodu kłuje go w plecy słoma z siennika, a z wierzchu drapie koc, że w ustach ma niesmak i szum w głowie, że jest mu w głowę i ręce lodowato, a pod kocem w miarę ciepło, że wokół zgrzytają podkute buty i słychać gwar, a oddalający się kapral oznacza koszary, a nie niedzielny poranek w rodzinnym domu.

Jest drugi tydzień w jednostce wojskowej.

W nocy ma jakieś przyjemne sny, a rano budzi się z uczuciem, że mu ktoś nerwy powiązał w supełki i z opóźnieniem wyskakuje z łóżka na pobudkę.

Opuszcza nogi na zimną podłogę, ubiera się dość szybko, ale niestarannie, i ma taką kotłowaninę we łbie, że nie wie gdzie się znajduje i po co ubiera.

Kiedy był już gotów, wybiegł z izby żołnierskiej na zbiórkę kompanii, ale plutony już opuściły pododdział i udały się na zaprawę poranną, i nie może nadążyć za tempem tego wszystkiego, co się tu dzieje.

Wczoraj zgubił pas główny, został za to zwymyślany przez szefa kompanii. Capstrzyk też przyniósł ze sobą wiele niespodzianek, ale potem szybko usnął, nad ranem miał piękny sen i nagle brutalna pobudka, twarzą w twarz z kapralem Nowakiem. Brrr!

Przybiegł z zaprawy porannej.

Teraz słanie łóżek.

Prawie wszystkie, te górne i te dolne już prawie zostały posłane, równo, gładko, z zakładką pośrodku.

Ubiera się szybko, jak tylko potrafi, jest mu już wszystko jedno, bo i tak jest spóźniony.

Mnóstwo łóżek, a on wśród nich zdenerwowany stoi jak słoń w składzie porcelany.

Nie zdążył jeszcze włożyć munduru, czy kurtki, nie wiedział jeszcze jak to się nazywa, kiedy tuż za sobą usłyszał stuk butów, to kapral Nowak pojawił się przed nim, jak spod ziemi i ironicznie mówił:

– Pozwólcie, pomogę się wam ubrać. Ja dla was, jeszcze przez jakiś czas będę taki grzeczny i dobry, bo mnie interesujecie swoją straszliwą nieporadnością. Co nie możecie trafić? Rękaw tu, o tutaj. Inteligencik po maturze, który jest ponad szarym życiem pułkowym. Czekajcie, już ja się postaram, byście zeszli na ziemię i poczuli smak życia wojskowego. Zapnijcie pas, co nie macie pasa?

Racja, żeście go już wczoraj nie mieli, zapewne żeście go w sraczu zaprzepaścili.

 – Obywatelu kapralu, pasy chyba ktoś kradnie.

 – To pilnujcie. Jasne?! A teraz, zameldujecie się do szefa kompanii, to wyda wam inny, a przy żołdzie zapłacicie za niego. Powiadam wam jeszcze raz – cichutko na ucho, że jeszcze przez jakiś czas będę dla was dobry i miły, ale potem dobiorę wam się do dupy, oj dobiorę!

Ja choć bez wykształcenia, ale jestem psychologiem i na ludziach się znam, gadać też potrafię, jak słyszycie. A postawili mnie na dowódcę drużyny, żebym was na żołnierza przerobił. Szyderczą macie tę swoją mordeczkę.

 No poczekajcie! Jeszcze trochę, a ja was… No co tak stoicie, jak wór popiołu?

 Biegiem do szefa kompanii!

Wykonał zwrot w tył z zamiarem wykonania polecenia. W tym momencie usłyszał:

– Szeregowiec Mrówka!

– Słucham?

– Co, nie wiecie jak się odpowiada? – usłyszałem za sobą. To starszy sierżant Blaszka, szef kompanii, zwrócił się do niego.

– Tak jest panie sierżancie…

– Nie „tak jest”, a „melduję się”. I nie „panie sierżancie”, a „obywatelu sierżancie”.

 Zapamiętajcie:

 W Polsce Ludowej nie ma już panów, bo wszyscy wyjechali do Londynu! Jasne?

– Tak jest.

– Dobrze, że choć tyle już umiecie. Reszty was nauczymy.

– Tak jest, panie… obywatelu sierżancie.

– No, już dobrze…

Wojtek ruszył do przodu skonfundowany tym strofowaniem. W tym momencie usłyszał cichy chichot chłopaków, ale głośno żaden się nie odezwał. Nie mieli odwagi otwarcie okazać uciechy z tego, że nie oni dostają tę lekcję…

 – No to chodźmy do magazynu, wydam wam pas główny, no i spodnie, bo widzę, że macie za krótkie.

Sierżant przekręcił jeden i drugi klucz w zamku, otworzył pokaźnych rozmiarów kłódkę i za chwilę znaleźli się w magazynie mundurowym. Właściwie nie był to magazyn, ale sanktuarium. Wszędzie panowała przesadna czystość i wzorowy porządek. W magazynie szeregowy Mrówka stanął skromnie na miejscu wskazanym przez sierżanta i spokojnie czekał, aż ten przyniesie mu obiecane przedmioty mundurowe. Trwało to trochę i po dłuższej chwili pomocnik sierżanta rzucił na barierkę przegrody kilka par spodni.

– Niech przymierzy!

Mrówka, sięgnął po pierwsze z brzegu.

– Te chyba będą dobre? – zapytał.

Sierżant Blaszka nie słuchał. Nie obchodziło go, o co Mrówka pyta i co robi.

Przechadzał się dostojnym krokiem między regałami i półkami, strząsając palcami jakieś niewidoczne pyłki. Pomocnik sierżanta podał Wojtkowi asygnatę na wydane rzeczy do podpisu, bo wiadomo, że wszystko w magazynie musi się zgadzać.

– Podpisz tu! – wskazał miejsce na dole asygnaty.

– Tylko nie nabazgraj! – zażartował, wymieniając spojrzenie z sierżantem.

– Zaraz, tylko najpierw się przebiorę.

Odsunął od siebie asygnatę, sięgając po rozrzucone na barierce przedmioty mundurowe, bo chciał być pewny, czy otrzymał wszystko dopasowane do jego wzrostu.

– Popierdzieliło cię? – najeżył się kapral, wyraźnie zły i niezadowolony.

– Będziesz nam dzwonił swoimi jajcami; my nie ciekawi twoich skarbów! Podpisuj i zabieraj cały ten majdan i spadaj! Sięgnął po rozrzucone rzeczy na barierce, jakby chciał je zabrać z powrotem. – Twój wybór. Ja nie mam czasu na takie pieszczoty.

Kapral sprawiał wrażenie, jakby rozmowę uważał za zakończoną. Sierżant udawał, że jest zajęty wypisywaniem kolejnych asygnat. Wobec tego Wojtek Mrówka podsuniętą mu asygnatę podpisał drukowanymi literami, zabrał wydane mu przedmioty mundurowe i opuścił magazyn.

– Jak się przebierzecie, dołączycie do drużyny, która sprząta pułkowe garaże. Zrozumiano?

– Tak jest obywatelu sierżancie.

W sali szybko założył spodnie, pas zapiął na mundurze i wybiegł przed budynek, czuł się oszołomiony, że już od samego rana tyle się uwag nasłuchał od przełożonych. Na placu koszarowym było pusto, powietrze wilgotne, zimne, przejmujące i wietrzne. Co jakiś czas zza chmur zaświeciło jesienne słońce. Z głośnika od strony Klubu Żołnierskiego dolatywała znana, swojsko brzmiąca melodia:

„Spoza gór i rzek. Wyszliśmy na brzeg”.

Spojrzał w lewo, ze sztabu pułku wybiegł żołnierz z torbą polową przewieszoną przez ramię i drobnym kroczkiem pędził przez plac alarmowy; ręce miał wciśnięte w rękawy…; tyłem ustawiał się do wiejącego wiatru, cały był zgarbiony i pokręcony. Wojtek szerokim łukiem ominął sztab, żeby nie natknąć się na kogoś z kadry. Idąc rozglądał się niespokojnie, odczuwał przykre osamotnienie. Sadził kroki po warstwie sypkiego żużlu, który miał kształt morskiej bryzy.

Po wschodniej stronie placu alarmowego między budynkami koszar wypłynęło słońce, duże okrągłe jak patelnia z korynckiej miedzi, po brzegach pozłacane, w środku krwisto purpurowe. Zatrzymał się, uniósł głowę i zastanowił się nad pięknem tego widoku.

Ruszył jednak szybko naprzód, żeby dołączyć do drużyny sprzątającej. Przyśpieszył kroku, kiedy usłyszał za sobą ostry, nieprzyjemny głos.

– Żołnierzu zatrzymajcie się!

Biegł jednak dalej nie odwracając głowy, gdy wezwanie do zatrzymania dotarło do niego po raz drugi:

– Żołnierzu do mnie! Co ogłuchliście do ciężkiej cholery?

Zatrzymał się i poznał, porucznika Kowalskiego, postać na krótkich krzywych nogach, dowódcę swojego plutonu. Podbiegł do porucznika. Zatrzymał się.

– Co tak stoicie, jak widły w gnój wbite? Do was mówię! Meldujcie się natychmiast!

Głos jego huczał nad placem zbiórki i odbijał się od koszarowych murów.

Był to głos potężny, syty, zadowolony z siebie; naoliwiony i zahartowany wyziewami piwa i dymem papierosowym.

Stał w rozkroku z rękami założonymi z tyłu, w płaszczu z grubego sukna i butach z miękką pomarszczoną cholewką.

Czapka okrągła z czerwonym otokiem, z okutym na brzegu daszkiem założona była na bakier.

Okrągła, zdrowa, lśniąca twarz wydłużyła się, a spierzchnięte rozchylone wargi ukazały ładne białe zęby.

– Co wy chodzicie taki poskręcany? Wyprostujcie się. Stańcie na baczność!

– Jest zimno i dlatego jestem taki skulony.

– Żołnierzowi nigdy nie może być zimno. Przebiegniecie kilka razy plac alarmowy dookoła i od razu będzie wam cieplej.

– Tak jest!

Porucznik Kowalski mówił szeptem i powoli, stał nieruchomo i wyglądał odpychająco.

– A co wy tam trzymacie w ręku?

– Ze stołówki zabrałem sobie drugie śniadanie.

– To nie do uwierzenia. Co wy żołnierzu, u babci jesteście na wakacjach? Drugie śniadanie sobie wyfasował i szwenda się po placu alarmowym, jak w Ciechocinku po deptaku i patrzy się na słońce. Z tego można wnioskować, że nie macie zamiaru dołączyć do swojej drużyny i wykonywać powierzone wam zadanie. Oj, niedobrze to dla was rokuje! Myślicie, że przyjemnie mi to wam mówić?

– Przykro mi z tego powodu obywatelu poruczniku.

– Wam przykro, a mnie myślicie miło?

Kowalski odwrócił się powoli i kołysząc się charakterystycznie ruszył w jego stronę.

– Mrówka – powiedział naoliwiając swój donośny głos życzliwością.

– Chcecie wyświadczyć mi przysługę?

Mrówka poczuł, że zbladł.

 – Tak jest, obywatelu poruczniku! – zawołał gromko.

 – Nie musicie, jeżeli nie chcecie. Nie jest to rozkaz. Nie mogę tego rozkazać. Jeżeli nie macie ochoty, proszę mi to spokojnie powiedzieć. Wtedy zajmiecie się czyszczeniem pisuarów w ubikacji. Chcecie?

– Tak jest obywatelu poruczniku!

– Co? Czyścić pisuary?

– Co obywatel porucznik rozkaże!

– No zuch! – powiedział Kowalski z zadowoleniem. Nie oczekiwałem niczego innego. Zameldujcie się do starszego szeregowca Świerczyńskiego. Wspólnie wysprzątacie mój garaż.

Poprzedni artykułWolność słowa a prawo własności, czyli unijna nowelizacja prawa autorskiego
Następny artykułPremier League: Manchester City poradzi sobie na kilku frontach…
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here