Wolność słowa a prawo własności, czyli unijna nowelizacja prawa autorskiego

0

Ujęty w tytule prawno-ekonomiczny dylemat mógłby zapowiadać zamiar wywołania akademickiej polemiki, bądź wprowadzenia zamieszania w różnych kategoriach aksjologii, logiki, czy też kpiny z etyki prawa. Mógłby, gdyby nie to, że tak sformułowany zawiera jednak zasadnicze elementy sporu pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami projektu dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym (zwanej w skrócie dyrektywą DSM), będącej od ponad dwóch lat przedmiotem prac w Parlamencie Europejskim. Od września br. czekamy na ostateczne rozwiązanie w sprawie unijnej nowelizacji prawa autorskiego. Parlament Europejski 12 września 2018 r. w głosowaniu plenarnym poparł (z przewagą ponad 200 głosów) projekt kluczowych regulacji obowiązków operatorów platform internetowych w stosunku do uprawnionych z tytułu praw autorskich i praw pokrewnych – twórców oraz wydawców. Obradom towarzyszyło zrozumiałe zainteresowanie prasy, polityków, jak i indywidualnych użytkowników sieci. W nr. 20/2018 „Magazynu ZAiKS” Rafał Kownacki omawiając przepisy projektu odniósł się do treści najbardziej kontrowersyjnych – art. 11 i art. 13, zwracając uwagę, że zgodnie z uzasadnieniem Komisji Europejskiej, mają one „doprowadzić do zniwelowania problemu tzw. luki wartości (ang. value gap) pomiędzy przychodami operatorów platform a przychodami twórców, których utwory stanowią główne treści rozpowszechniane przez użytkowników serwisów”, szczególnie takich jak YouTube, Facebook, SoundCloud, Daolymotion. Chodziło też, co podkreślono w wielu publikacjach, o przyznanie wydawcom prasy praw pokrewnych.

Dyrektywę popierają środowiska twórcze; organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, wydawcy, artyści, traktując tę nowelizację jako akt „ostatniej szansy”. Natomiast przeciwnicy dyrektywy, akcentując, że „efektem ubocznym nowego prawa będzie większa cenzura w sieci”[1], pomijają m.in. fakt, iż regulacje nie dotyczą indywidualnych użytkowników sieci i że wyłączono z niej popularne linkowanie do artykułów. Pojawił się też niestety, jak to w Polsce bywa, zaczyn walki politycznej, i to wcale nie na marginesie dyrektywy, bo tyczący rzekomo zawartego w projekcie, ukrytego w nim, potencjału zamachu na wolność słowa. I tak Anna Mierzejewska we wrześniu pisała: „PiS forsuje przekaz o poparciu przez PO wprowadzenia cenzury w internecie. »ACTA2 – to właśnie opozycja. Chcieli zamknąć usta w Internecie. Europosłowie Platformy Obywatelskiej głosowali za czymś, co nazywa się ACTA2« – mówił na wiecu wyborczym w Sochaczewie premier Mateusz Morawiecki”[2].

Projekt od września negocjowany jest z każdym z państw członkowskich UE, a dochodzące z Brukseli wieści wskazują, że proces ten może się zakończyć za kilka tygodni(?). W Polsce po wyborach samorządowych, wspomniany polityczny aspekt projektu i jego uzgodnień na razie jakby wygasł, rozmył się w dziwnych, bo pojawiających się i zanikających inicjatywach rządowych.

Tytułem wstępu konieczna jest tu jeszcze porządkująca uwaga, dotycząca powszechnych w Internecie kradzieży własności intelektualnej i ich konsekwencji. Związek internetowego piractwa – generującego ewidentne straty ekonomiczne w przemyśle kultury (producenci, wydawcy, twórcy) – z ograniczeniami wolności słowa i dostępu do treści rozpowszechnianych w sieci, wydaje się tylko z pozoru dość odległy. Zależności tak ujęte występują bowiem faktycznie i można je wykazać poprzez analizę stopnia skorelowania wymienionych współczynników, przynoszących – w rezultacie stosowania prawnych środków mających ograniczać kradzieże intelektualne – także negatywne skutki w zakresie rzeczywistych ograniczeń swobód dostępu do treści rozpowszechnianych w sieci, jak i dość specyficznie rozumianej wolności słowa. Wielu młodych internautów (i nie tylko oni) utożsamia wolność słowa głównie ze wspomnianą wolnością dostępu, traktując oba pojęcia niczym synonimy. Jedni bezwiednie, a niektórzy świadomie, wspierają złodziei internetowych, stając się częścią ich intratnego przemysłu. Jednocześnie to właśnie oni padają ofiarami obostrzeń legislacyjnych, wprowadzanych przez UE dla skuteczniejszego zwalczania m.in. piractwa. Wychodzą na ulicę, by protestować wobec ograniczeń, które odbierają jako zamach na wolność słowa. Tymczasem serwisy pirackie, mnożąc sfery nieskrępowanej wolności, umożliwiają penetrowanie i przyswajanie wielu atrakcyjnych dóbr kultury poza kontrolowaną dystrybucją, co użytkownicy czynnie wspierają, domagając się liberalizacji prawa autorskiego. Tak ocenia to Ryszard Markiewicz: „W moim przekonaniu jednak niektóre postulaty wolnościowe są nadmierne, a ich forma często nie jest stosowna”[3].

ZAPRZESZŁY PRZYPADEK ACTA (1)

Przypomnijmy, że umowa Anti-Counterfeiting Trade Agreement z 2011 r. (zobowiązująca jej sygnatariuszy do walki z łamaniem prawa własności intelektualnej oraz handlem podrobionymi towarami), zawarta pomiędzy Australią, Kanadą, Japonią, Koreą Południową, Meksykiem, Maroko, Nową Zelandią, Singapurem, Szwajcarią i USA, do której miała dołączyć UE, wymagała podpisania jej przez rządy poszczególnych państw unijnych, a następnie ratyfikowania przez krajowe parlamenty. Polski rząd, podobnie jak rządy kilku innych państw UE, zapowiedział podpisanie umowy i wolę przystąpienie do ACTA. Już w styczniu 2012 r. w całej Europie rozpoczęły się protesty[4], wyrażane tak w sieci, jak i na ulicach wielu miast w postaci coraz gwałtowniejszych demonstracji; organizowano dni akcji „ACTA ad acta!”, gromadzące tysiące młodych osób obawiających się cenzury online oraz ograniczeń ich praw. Natychmiast w zainicjowanej „walce o wolność” uaktywnili się politycy różnych ugrupowań, a także europejscy hakerzy z grupy Anonymous, Zielonych oraz Partii Piratów (Szwecja). Oświadczenia przeciwko ACTA wydawały liczne stowarzyszenia dziennikarskie, a sprzeciw wobec ACTA jednoczył opozycję nie tylko w Polsce, gdzie domagano się referendum, zaś lider jednej z głównych partii opozycyjnych (wówczas) stwierdził, że wskutek ACTA „demokracja sprowadzana jest do fikcji, my takiego świata nie chcemy”. W stolicy Czech do ogólnoeuropejskich protestów wezwała Czeska Partia Piracka (jak najbardziej legalna), co wstrzymało tam proces ratyfikacji porozumienia[5].

W takim wybiórczym, skrótowym z konieczności, więc i nieco uproszczonym oglądzie owe protesty wydają się dziś nie do końca zrozumiałe. Rzecz w tym, że opinia publiczna nie była wprowadzona w meritum sprawy, media nie objaśniały istoty sporu, ekscytując się głównie protestami, demonstracjami; większość polskich obywateli nie znało ani treści umowy ACTA, ani jej rzeczywistych konsekwencji. Przeprowadzone w styczniu 2012 r. badania przez Millward Brown SMG/KRC i Centrum Cyfrowe Projekt: Polska, fakt ten potwierdzają, wskazując jednocześnie, że protesty miały charakter pokoleniowy. Zasadnicze kwestie zawarte w ACTA, dotyczące ponoszonych przez twórców i przemysł kultury strat wskutek kradzieży intelektualnych, piractwa i nieuczciwej konkurencji oraz konieczności przeciwdziałania tym praktykom, media w zasadzie zagłuszyły ekscytującymi opinię publiczną relacjami z wieców i demonstracji, organizowanych – co prasa podkreślała w nagłówkach gazet – w imię „wolności słowa”.

ZAGROŻENIA WOLNOŚCI (CENZURA?)

Niejako na uboczu dość długo pozostawało podejrzenie, że największym zagrożeniem dla wolności słowa w internecie, może się stać napastliwe i obraźliwe tweetowanie, kłamliwe kampanie z użyciem tzw. cyborgów, naganne (nieetyczne, czy wręcz przestępcze hejtowanie), a także inne niedozwolone formy wykorzystywania anonimowości w sieci. Z czasem ofensywa źle pojmowanej wolności słowa przyniosła nagminne obrażanie, perfidne znieważanie, naruszanie dóbr osobistych, a także coraz niższy poziom publicznych, politycznych „debat” nie tylko w serwisach społecznościowych, co przyczyniało się do wprowadzania aktywniejszych form ochrony praw osób pokrzywdzonych. Jednocześnie ten sam internet, kojarzony z wolnością wypowiedzi, stawał się coraz częściej narzędziem inwigilacji i swoistego nadzoru nad obywatelami.

Późną wiosną (potem samorządowa kampania wyborcza przyćmiła owe spory) żyliśmy ekscytującą debatą, mieszczącą się w nurcie bulwersującej „afery postfacebookowej” i jej prób zdefiniowania jako przejawu zagrożeń dla prywatności użytkowników. Afery skutkującej całym szeregiem wprowadzanych ograniczeń dla internautów. Dyskutowanych już znacznie wcześniej, bo jeszcze przed wyborami prezydenckimi w USA i tegorocznymi zeznaniami Marka Zukerberga przed Komisją Senatu, gdzie przyznał on, że utracił kontrolę nad stworzonym przez siebie światem. Już w 2016 r. Komisja Europejska wprowadziła zmiany do prawa autorskiego, w których zobowiązywano operatorów serwisów online działających jako platformy zamieszczające materiały muzyczne i filmowe do bieżącego monitorowania tego, co wrzucają (np. do YuoTube) jego użytkownicy. W regulacjach tych chodziło o „zwiększenie odpowiedzialności firm internetowych za bezprawnie wrzucane treści”[6]. Jednocześnie KE zapowiadała kolejne regulacje zobowiązujące portale do uprzedniego filtrowania publikowanych na nich materiałów, co część zajmujących się tym problemem publicystów, uznała za formę cenzury.

Obecnie zaś na wokandę weszła unijna dyrektywa DSM, wprowadzająca nowe normy respektowania praw własności twórców i producentów. Porządkowanie tej sfery zarządzania własnością intelektualną w internecie okazuje się równie trudne jak wcześniejsze cywilizowanie zasad ruchu w obszarze tego imperium bez granic i państwowej przynależności. Cyber wynalazki, wręcz kosmiczne technologie, napędzające rozwój internetu, nie czekały aż powolne w swej rozwadze prawo, zakończy mozolną kodyfikację adekwatną dla wcześniejszego bogactwa sieci. Stan ten nazbyt często określamy jednym zdaniem, że prawo nie nadąża za rozwojem technologii. Ale czy ten fakt wszystko usprawiedliwia? Na pewno nie usprawiedliwia akceptowania kradzieży własności intelektualnej oraz krzywdzącego twórców rozdziału wpływów z rozpowszechniania utworów podlegających ochronie. A to są główne problemy do rozwiązania zawarte w omawianej dyrektywie. Celem jest, jak podkreśla w swym dokumencie KE, stworzenie „bardziej zharmonizowanego systemu praw autorskich, który będzie podstawą do tworzenia oraz inwestowania, a jednocześnie pozwoli na przekazywanie i konsumowanie treści ponad granicami, współtworząc naszą bogatą różnorodność kulturową”. Tak wyrażona idea brzmi zachęcająco, wszakże spory wokół tego, jak wcielić ją w życie, budzą szereg kontrowersji.

Historia zatoczyła koło. Problem ujęty w tytule, pozostawiony w 2012 r. (z konieczności) do załatwienia na później, dziś odżywa i okazuje się równie gorący; okraszony teraz nowszymi kontekstami, ale i gasnącą skutecznością PE, nabiera aktualności jako rzekome ACTA2 i wykorzystywany bywa w doraźnej walce politycznej. Nie tylko w Polsce, choć jak można się obawiać, wkrótce nabierze tu nad Wisłą nowych przymiotników, by mamić i skłaniać do kolejnej odsłony „walki o wolność”.

[1] J. Mikulski, Parlament Europejski poparł projekt dyrektywy o prawie autorskim[w:] https://www.rp.pl/Unia-Europejska/180919787-Parlament, dostęp 15.09.2018.

[2] A. Mierzyńska, Jak wrobiono Platformę w ACTA2, czyli kto stoi za tą polityczną narracją w polskiej sieci [w:] https://oko.press/jak-wrobiono-platforme-w-acta2, dostęp 10.11.2018.

[3] R. Markiewicz, Internet i prawo autorskie – wykaz problemów i propozycji ich rozwiązania, [w:] „Prace własności intelektualnej”, UJ Kraków 2013, z. 121, s. 18.

[4] Europa przeciw ACTA. Masowe protesty [w:] www.newsweek.pl/swiat/europa-przeciwko-acta-masowe-protesty [dostęp z dn. 09.05.2018].

[5] Ostatecznie również Polska nie przystąpiła do ACTA.

[6] E. Świętochowska, Walka z piratami zagraża cenzurą w sieci [w:] „Dziennik Gazeta Prawna” z 20.09.2016 r., s. B6.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here