W pogoni za żółtą koszulką

0

Zbliżający się warkot motoru przywrócił ich do rzeczywistości. Cała czwórka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki podniosła głowy, pochylone już przez dłuższy czas głęboko nad kierownicą i spojrzała na tablicę. Brytyjczyk – Tommy Buttler – na moment nawet wyprostował się, stając na pedały i kiwnął motocyklistom ręką, uśmiechając się do nich. Trzymający na motorze tablicę łącznik, w odpowiedzi także kiwnął mu przyjaźnie ręką. Również kierowca motocykla uśmiechnął się z sympatią, omijając szerokim łukiem czwórkę uciekinierów. Potem zwolnił, wyrównał szybkość z uciekającymi śmiałkami. Sędzia, siedzący na tylnym siedzeniu czerwonej Jawy, miał na plecach tablicę, która kiedyś była czarna, ale w tym momencie, od ciągłego pospiesznego wycierania kredy przedstawiała mętny obraz. Mimo wszystko każdy z nich „pożerał” cyfry, które dopiero co wypisała na niej, skostniała z zimna ręka. Wiedzieli dokładnie, co oznaczają. W górnym lewym rogu tablicy widoczne było koślawe 57, tuż obok dało się rozpoznać dwie literki „km”. Mniej więcej na środku tablicy można było odczytać „4”, potem inne znaki informacyjne: 2:30, trochę niżej „77” i wreszcie w dolnej części tablicy była liczba „82”; tuż nad nią – ledwie czytelnymi cyferkami zostało napisane „200 m”.

Cała czwórka pochyliła się znowu nad kierownicami i mocno naciskając pedały mknęła dalej!

Tommy Buttler mamrotał coś po nosem, czego nikt z pozostałej trójki nie mógł zrozumieć. Motocykl sędziowski z tablicą informacyjną dodał gazu i szybko zniknął im z oczu. Z twarzy uciekającej czwórki można było odczytać, że każdy z nich analizował teraz w pamięci dowiezione im przed chwileczką informacje. Ich przewaga na 57 kilometrze wynosiła dwie i pół minuty. Za nimi znajdował się w pościgu pojedynczy zawodnik z numerem startowym 77. Jeśli nawet nie pamiętali nazwiska znajdującego się w pościgu rywala, wiedzieli, że jest to numer jednego z kolarzy rosyjskich. On z kolei miał około 200 metrów przewagi nad liczącym 82 kolarzy peletonem. 200 metrów to bardzo niewiele i peleton na pewno miał go „na oku”. Jednak to, że sami posiadali dwie i pół minuty przewagi, uspokajało ich. Tommy Buttler z Londynu, Romeo Venturelli ze słonecznej Italii, Bodo Scholze z Lipska i Adam Czerwiński z Łodzi wydawali się być zadowoleni z uzyskanej przewagi. Tylko ten goniący ich numer 77… Znali bowiem moc sportową Rosjan – wtedy jeszcze Związku Radzieckiego. Mieli jednak nadzieję, że w końcu Rosjanin uzna samotną pogoń za niemożliwą i zrezygnuje?! Najlepiej jednak byłoby, gdyby goniącemu ich kolarzowi, jeszcze trochę udało się odskoczyć i dołączyć do nich. Ale jeszcze lepiej, gdyby peleton go jednak dogonił. Wtedy na jakiś czas pewnie znowu by zwolnił, tym bardziej, że dziś jest przecież najdłuższy – blisko 240 km etap. Wówczas szansa ich ucieczki znacznie wzrosłaby. Tym bardziej, iż cała czwórka czuła się w tym dniu wyjątkowo mocna, dlatego właśnie zaryzykowali. Choć może się zdarzyć (a tak jest bardzo często), że na jakieś 20 – 30 km przed metą dojdzie ich jakaś grupa pościgowa? Będzie od nich mniej zmęczona i nie da im żadnych szans „na końcówce”?

Ale uciekająca czwórka postawiła dziś wszystko na JEDNĄ kartę.

Przecież zwycięstwo „po ucieczce” premiowane jest podwojoną bonifikatą i… zostaje dłużej w pamięci kibiców! A oni sami znajdą się wtedy – dzięki sekundom bonifikaty – w czołówce wyścigu „w generalce”, a jeśli nie w czołówce, to i tak znacznie wszyscy poprawią swoje lokaty. Więc gra warta była świeczki! Ale pozostające wciąż do mety 183 kilometry, to jeszcze bardzo, bardzo daleko…

Zmieniali więc regularnie pomiędzy sobą prowadzenie, starając się jechać jak najszybciej, ale jednostajnym tempem. Bez zrywów, aby niepotrzebnie nie marnować sił i aby nikt z czwórki nie odpadł.

A wszystko stało się tak nagle. Najpierw po starcie wyrwał do przodu Czerwiński i przez kilka kilometrów prowadził samotnie wyścig. Bodo Scholze, wcale nie z zamiarem dogonienia Polaka, a raczej dla spróbowania własnych sił, zaryzykował skok i gdy był już dobrze przed peletonem – stwierdził, że ma „na kole” Anglika. Nacisnęli więc mocniej na pedały i szybko doszli Czerwińskiego. Venturelli dopadł ich, gdy wspinali się pod długi podjazd. I tak połykali odtąd kilometry w czwórkę. Tylko od czasu do czasu mówili coś do siebie.

„Czołówkę stanowi czterech kolarzy…” To dodawało sił. Dziś dziewiąty etap… Czerwiński nie mógł wciąż jeszcze pojąć, jak to się stało: był już wiceliderem tego wyścigu. Do żółtej koszulki miał zaledwie 31 sekund, ale wczoraj nie wytrzymał i przyjechał do mety z ogromną stratą – prawie 7 minut! „Nie wszystko jeszcze stracone” – pomyślał i oddał solidną zmianę, po czym zszedł na koniec wachlarzyka. Wiedział, że matka siedzi teraz przy radiu, słuchając komunikatu, a przecież 9 lat temu, gdy wygrał swój pierwszy w życiu wyścig – spaliła w piecu szarfę, którą otrzymał za zwycięstwo.

Przedwczoraj otrzymał jednak od niej telegram: „Adam, synku kochany, wygraj!”, wczoraj po tej klęsce napisała do niego: „Adam, synku kochany, nie przejmuj się – jeszcze wygrasz”. Nagle usłyszał głos trenera, który z wozu technicznego krzyczał: „Adam, macie już ponad 4 minuty przewagi, równo teraz, mocno”. Czerwiński natychmiast odmierzył cztery palce u lewej ręki, aby i pozostała trójka orientowała się w sytuacji.

Anglik nie liczył się już w klasyfikacji generalnej o zwycięstwo, był na odległym 54 miejscu z ogromną stratą, tak jak i jego drużyna. Niemiec natomiast walczył zarówno dla siebie, jak i drużyny. NRD (było to jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec – przyp. autora) miała zaledwie 1.12 min. straty do drużyny ZSRR. Gdyby się ucieczka powiodła i utrzymali dotychczasową przewagę, to Scholze lub Venturelli mogli zdobyć żółtą koszulkę, a Czerwiński awansowałby ponownie do pierwszej dziesiątki, stając się przy okazji – najlepszym z Polaków, co też miało swoje znaczenie.

Wszyscy jednocześnie sięgnęli po bidony. Od czasu do czasu z samochodów technicznych jadących za nimi słychać było tylko „allez, allez” i niekiedy „Ej”, jeśli w wachlarzu ktoś się zachwiał lub nagle zrywał. Zbliżali się bufetu, a to znaczyło, że 210 km poza nimi. Już tylko 30 pozostało do mety. Porwali w biegu torby z cytryną, czekoladą, naleśnikami i zimną herbatą (dziś są żele odżywcze, banany i specjalne – bogate w witaminy i kalorie – płyny; uwaga autora). Czerwiński był zadowolony, łyknął z bidonu i łapczywie jadł naleśnik. Obserwował teraz nogi (i twarze) swoich przeciwników. Anglik – widać było – miał już dość i od wielu kilometrów woził się na końcu wachlarzyka, nie dając zmian. Z jego oczu widać było, że chciał dojechać tylko do mety razem z całą czwórką. Najswobodniej i jak gdyby bez wysiłku – pedałował Venturelli. W międzyczasie otrzymali meldunek, że na punkcie odżywczym od peletonu oderwało się dwóch Rosjan – Melichow i Kapitonow, numery startowe 75 i 76. Mieli już ponad minutę przewagi nad peletonem. Przewaga uciekającej czwórki na 10 km przed metą zmalała do 2.55 min. Pogoń Rosjan oznaczała, że drużyna ZSRR nie odda dziś niebieskich koszulek liderów drużynowych.

Ulica prowadząca do stadionu (etapy Wyścigów Pokoju kończyły się zazwyczaj na bieżniach stadionów) była szeroka i miała dobrą asfaltową nawierzchnię. W bramie stadionu Anglik uzyskał niewielką przewagę. To ten sam Buttler, który na 30 km przed metą ledwie obracał nogami. Wykrzesał z siebie ostatnie siły i zaskoczył wszystkich długim finiszem. Nie przyhamował nawet w bramie stadionu, z której trzeba było ostro skręcić w prawo, aby trafić na bieżnię. Tommy Buttler nie opanował jednak tego wirażu i wyrzuciło go wprost na zieloną murawę stadionu.

Pierwszy na bieżnię wjechał Scholze. Doping blisko 60-tysięcznej widowni był ogromny. Niemiec był skupiony, aby tylko nie wjechać za szybko w wiraż. Tymczasem zrównał się z nim Venturelli. Obaj automatycznie mocniej nacisnęli na pedały! Obaj tak dali się ponieść pasji ścigania, że nieco wyrzuciło ich na wirażu. Czerwiński, który jechał na trzeciej pozycji błyskawicznie wskoczył w tę lukę. Przy wyjściu z wirażu na ostatnią prostą cała trójka była niemal idealnie obok siebie. Teraz, albo nigdy – myślał każdy z nich.

Tylko ci, którzy siedzieli i stali blisko białej linii mety wiedzieli, że Polak uzyskał kilkucentymetrową przewagę. Adam wpadł niemal wprost w ramiona trenera, ominął go jednak w ostatniej chwili i przez moment jechał dalej po bieżni, wypatrując matki. Zdawało mu się, że ją gdzieś dostrzegł wśród tłumu. Minuta bonifikaty i ponad 3.3 min. przewagi ich udanej ucieczki, dały mu w efekcie szóstą lokatę w klasyfikacji generalnej po etapach. Do Warszawy jednak jeszcze 680 km. Wieczorem otrzymał telegram:

„Adam, synku kochany, WYGRAJ JESZCZE. Życzę Ci żółtej koszulki i zwycięstwa w całym wyścigu: mama”.

-/-

(Może to opowiadanie przerodzi się w powieść? Kolarstwo to bowiem sport jedyny w swoim rodzaju: wymagający kilkuletniej wyjątkowo systematycznej pracy, uczący wiary w siebie! Za plecami zwycięzcy, muszą pozostać wszyscy startujący w wyścigu. (Okręg szczeciński na przełomie lat 50. i 60. ub. wieku, był tak silnym okręgiem, że mógł wystawić reprezentację Polski na torze, jak i na Wyścig Pokoju. Autor).

Opowiadane dedykuję zwycięzcy tegorocznego Wyścigu Dookoła Polski, b. mistrzowi świata – Michałowi Kwiatkowskiemu. Ale i moim rywalom (z lat „kolarskich” w moim życiu): Staszkowi Królakowi, Tadeuszowi Drążkowskiemu, Bernardowi Pruskiemu, Janowi Kudrze, Janowi Chtiejowi (to na szosie), a na torze: Jerzemu Bekowi, Stefanowi Boruczowi, Lucjanowi Józefowiczowi i Zbigniewowi Mąkowskiemu!

Dedykuję także „Dziadkowi” – śp. Leonowi Bestremu, wieloletniemu prezesowi OZKol w Szczecinie, jego synowi – Tadeuszowi (który był moim, po Tadeuszu Drążkowskim – trenerem oraz p. Władysławowi Boczoniowi – b. szefowi Klubu „Arkonia” w Szczecinie, którego byłem przez wiele lat zawodnikiem.

Dedykuję też „szczecińskim” kolarzom – moim kolegom, z którymi przejechałem setki, a w zasadzie – tysiące kilometrów na treningach i wyścigach: Edwardowi Owczarkowi, Janowi Chruślińskiemu, Marianowi Hałuszczakowi, Januszowi Hałdysowi, Andrzejowi Gabrielowi, Waldemarowi Mosbauerowi, Mieczysławowi Andrzejakowi (który jednocześnie – jako „mechanik” dbał o niezawodność mojego roweru), Grzegorzowi Wiśniewskiemu, Piotrowi Szematowiczowi, Krzysztofowi Olszewskiemu i Adolfowi Amborskiemu. Przy okazji życzliwie wspominam Romana Butkiewicza, Sławka Zacharewicza, Rajmunda Zielińskiego, Mariana Bednarka i Zbigniewa Zająca.

Z wszystkimi w/w i jeszcze wielu innymi, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku, rywalizowałem w „dostaniu się” do krajowej czołówki (przede wszystkim na torze, ale i na szosie, w przełajach oraz wyścigach „za motorami”, bo wtedy jeździło się „wszystko” (nie było jeszcze dzisiejszych specjalizacji). M.in. byłem drużynowym mistrzem Polski na 2000 m. i wicemistrzem na 4 tys. na torze; zdobyłem też indywidualne mistrzostwo okręgu na 1 km na torze (pokonując m.in. Zbigniewa Zająca) oraz w jeździe na czas na szosie i wygrywając wiele innych wyścigów. Moim marzeniem był – popularny wówczas – Wyścig Pokoju i Igrzyska Olimpijskie w r. 1960 w Rzymie. Celów tych – niestety – nie udało mi się osiągnąć. Zadecydowały o tym – w tamtych latach – czynniki pozasportowe.

Opowiadanie dedykuję też dwóm swoim ukochanym wnukom: Jonaszowi i Bartkowi, z nadzieją, że również „posmakują” w swoim życiu KOLARSTWA… sportu uczącego walki, ale przede wszystkim pokory.

Karol Czejarek

Poniżej prezentuję wiersz Andrzeja Ryszarda Gabriela, mojego kolegi szkolnego, który w latach pięćdziesiątych zaraził mnie „ściganiem”, a wznowił kontakt ze mną po wielu latach, odwiedzając mnie któregoś dnia z żoną w Warszawie.

      Wyścig

Świszcze wicher, pędzi wiara
Każdy się być pierwszym stara
A przed nimi tuż na przedzie
Pilot na motorze jedzie.
Mocni zgodnie współpracują
Krótkie zmiany dokonują
Sprinterzy się oszczędzają
O finiszu rozmyślają.
Monotonii pękła struna
To „strzeliła” komuś guma.
Szybko Zbyszek atakuje (Borowski)
Potem Wojtek go kontruje (Radliński)
Nagle Jurek „puszcza koło” (Konicki)
I się robi niewesoło.
Pękł peleton, już się dzieli
I współpracę diabli wzięli
Grupka grupkę teraz goni
My dojdziemy albo oni.
Każdy z siebie wszystko daje
Kto jest słaby ten odstaje.
Duże tępo Jan dyktuje (Zawistowski)
Sławek głośno pokrzykuje (Zacharewicz)
„Jak robota, to robota”
Irek przekleństwami miota (Musialski)
Tadek zmiany mu nie daje (Małecki)
Nie są dobre to zwyczaje.
Zgrzyt przerzutki i niestety
Słychać brzydkie epitety.
Rzecz się nagle smutna stała
Wielka kraksa tu powstała.
Ktoś na plecach, ktoś na głowie
Sędzia wzywa pogotowie.
Część się zrywa, część próbuje
A czołówka odskakuje.
Co sił w nogach teraz „pchają”
I do mety się zbliżają.
Czterdziestu wyjechało
Tylko tuzin dojechało.
Kto zwyciężył wszyscy wiecie
Karol pierwszym był na mecie (Czejarek)
Jest silny i myślał głową
Finisz rozegrał wzorcowo
Trzeci na metę przyjechałem (Andrzej Gabriel)
I to wszystko opisałem.

Andrzej Ryszard Gabriel – inżynier mechanik budowy okrętów, dyplomat Studiów podyplomowych w specjalizacji zarządzanie przedsiębiorstwami przemysłowymi, mgr ekonomii; obecnie emeryt. Były kolarz klubu Start a po zmianie jego nazwy Czarni-Szczecin.

Poprzedni artykułFotel wędkarski czy krzesło wędkarskie – co wybrać?
Następny artykułTadeusz Kaczmarek: uruchomienie Fundacji Kulisiewicza było bardzo trudne
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here