Szeregowy Mrówka (kolejny fragment książki „Złapcie go!” Jana Chruślińskiego)

1

W poprzednim numerze PD (grudniowym) opublikowałem opowiadanie Jana Chruślińskiego „Szeregowy Mrówka”; pisarza, którego uważam za niebywały talent i którego niezwykle cenię za dotychczasowy dorobek. Dziś zamieszczam kolejny odcinek z jego przygotowywanej do druku książki pt. „Przygody szeregowego Mrówki – ciąg dalszy”

Namawiam P.T. Czytelników do przeczytania i tego fragmentu. Nie było bowiem dotąd w literaturze polskiej takiej książki, opisującej przygody „żołnierza-rekruta”, jaki wyłania się spod pióra pisarza! Można śmiać się do rozpuku z przeżyć szeregowego Wojciecha Mrówki, ale w sumie zapoznajemy się z tragikomicznymi sytuacjami, które zdarzyły się naprawdę. I potwierdzam ich autentyczność, gdyż sam byłem świadkiem podobnych „przygód”, gdy odbywałem – w latach 1959-1961 – zasadniczą służbę wojskową.

To, co dzisiaj Państwo mogą przeczytać, jest zaledwie fragmentem większej całości książki pt. „Złapcie go!” (bo taki tytuł będzie miała kolejna książka Jana Chruślińskiego). NIEBYWAŁE SĄ TO W KAŻDYM PRZYGODY! Przezabawne, gdy się je czyta, ale tragiczne, gdy się o nich pomyśli „na poważnie”. Dokumentują tzw. falę w wojsku, której doznają od pokoleń młodzi żołnierze.

Wulgaryzmy zawarte w opowiadaniu pozostawiłem świadomie; gdyż tak się mówiło w wojsku za „moich czasów” i pewnie dalej mówi…, choć armię mamy teraz zawodową.

Cieszę się, że red. nacz. PD Paweł Rogaliński przystał na opublikowanie tych fragmentów; dziś jest drugi, za miesiąc będzie trzeci. Ich autor (Jan Chruśliński)jest nadal (mimo zaawansowanego wieku) „w intelektualnym napędzie” (jak ja to określam) i bez wątpienia fenomenem w krytyce, którą zawarł, także w tym opowiadaniu!

Przypomnę, że dotychczas Autor opublikował: „Rozstania i powroty” (Kielce 2009), Tak było…wspomnienia oficera wojsk drogowych” (Kielce 2010), „Życie wpisane w historię…” (Kielce 2012), „Miłość i wojna” (Kielce 2012), „Z Chrobrza na wojenną tułaczkę” (Kielce 2016) oraz „Starość zaczęła się wczoraj” (Kielce 2016, której ukazało się już 3 wydanie!)

***

Jan Chruśliński

Przygody szeregowego Mrówki – ciąg dalszy

W kompanii zawsze były jakieś prace porządkowe zlecone przez przełożonych, które wykonywali tylko żołnierze młodego rocznika. Tak nakazywało niepisane prawo, przestrzegane tutaj rygorystycznie. Wedle niego, żołnierze mający za sobą ponad rok służby, nie zajmowali się pracą, a co najwyżej dozorowaniem, żeby młodsi pracowali solidnie. Prawo to funkcjonowało w myśl zasady: kiedyś mnie goniono, teraz ja gonię. Takie było poczucie sprawiedliwości.

I w ten sposób młodzi żołnierze, nieustannie popędzani, wykonywali podwójną robotę. Za siebie i za stary rocznik. W tego rodzaju sytuacjach „wyżywał się” przede wszystkim kapral Golec.

Lubił nadzorować sprzątanie rejonów, co sprawiało mu wielką przyjemność. Przed apelem wieczornym nikt mu nie przeszkadzał, cały rejon kompanii należał wyłącznie do niego. Miał swobodne pole działania, mógł rozsmakowywać się we wszystkich możliwościach, a często przekraczać przepisy zawarte w regulaminach.

Rozkraczywszy nogi stawał pośrodku korytarza i wydawał na cały głos komendę:

– Do sprzątania rejonów zbiórka!

Drużyna sprzątająca pracowała dokładnie według planu, jaki kapral Golec wcześniej ułożył. Wyglądało to tak: po dwóch żołnierzy do czyszczenia ubikacji i klatki schodowej, po jednym do sali podoficerów, umywalni, trzech do sprzątania korytarza łącznie z myciem okien. Ponadto porządki obejmowały schody, piwnice i rejon zewnętrzny.

Żołnierze powinni sprzątanie zakończyć do godziny dwudziestej pierwszej trzydzieści, ale sprzątano znacznie dłużej, mniej więcej do dwudziestej trzeciej. Kapral Golec nie przyjmował wykonanych prac. Nie wysilając się zbytnio, znajdował wciąż miejsca, które nie odpowiadały stuprocentowo jego wymogom czystości

W stosunkach międzyludzkich w wojsku istniał problem daleko ważniejszy, niż kontakty młodzi – starsi. Chodzi o podoficerów służby zasadniczej, czyli kaprali, dowódców drużyn. W pewnym sensie byli to tacy sami żołnierze, jak wszyscy inni. Też z poboru na dwa lata. A jednak – ich wojskowa edukacja przebiegała nieco inaczej. Pierwsze dziesięć miesięcy służby spędzali w szkołach podoficerskich, gdzie uczyli się dowodzenia na szczeblu drużyny. Wiedzieli, że w hierarchii wojskowej stali niżej od żołnierzy zawodowych, ale z drugiej strony byli święcie przekonani, że są kimś daleko lepszym od każdego szeregowego.

Zdarzały się i inne przypadki znęcania nad żołnierzami, jakie stosował np. kapral Nowak. Jego ulubioną szykaną wobec podwładnych było: za niedopięty mundur odrywanie guzików, a potem przyszywanie ich na rozkaz i na czas.

Było to wieczorem, kilkanaście dni po wcieleniu do pułku. Wojtek Mrówka biegł korytarzem kompanii do ubikacji, na korytarzu rozmawiali dowódcy drużyn. Przechodzącego zatrzymał Nowak, kazał mu zawrócić i zameldować się do niego z prośbą o ukaranie. Powód: bo – nie poprosił o pozwolenie przejścia.

Na korytarzu było głośno. Ktoś, napotkany pewnie jak on przed chwilą, biegał karniaka. Ktoś inny domagał się pozwolenia pójścia do ubikacji. Przekleństwa, krzyki, wymówki, ogólny harmider i zamieszanie…

Za karę, kapral Nowak nakazał Wojtkowi wyczyścić ubikację – a tak naprawdę kilkanaście pisuarów, których ścianki pokryte były kamieniem i brudem z oddawanego moczu. Zadaniem Wojtka było usunąć ten kamień i brud za pomocą żyletki do golenia i szczoteczki do mycia zębów! Wojtek odmówił.

Wtedy Nowak zarządził zbiórkę drużyny na korytarzu.

– Żołnierze! – To niewiarygodne wrzeszczał – szeregowiec Mrówka odmówił wykonania rozkazu, będę musiał przedstawić go do raportu służbowego do dowódcy plutonu.

– Rozkaz wydany przez obywatela kaprala jest niezgodny z Regulaminem Służby Wewnętrznej i dlatego odmówiłem jego wykonania, odezwał się z szyku Wojtek.

– A kto wam, kurwa, pozwolił się odezwać?! Był rozkaz mówić?!

Kapral rozejrzał się po nich z surową miną.

– Nie było takiego rozkazu – odpowiedział sam sobie. – Więc siedź jeden z drugim na dupie i czekaj, aż pozwolę mu się odezwać! Jak będę chciał, aby jakaś mameja odezwała się słowem mówionym, to zwrócę się do niego osobiście! Zrozumiano?!

– Ja to bym mu pogonił kota, aż ogon by mu opadł – „szepnął” kapral Golec do stojących kolegów, ale „szepnął” to na tyle głośno, że wszyscy wokół musieli to słyszeć, a już na pewno kapral Nowak.

– Albo zrobił im nonstopa… Zaklął jeszcze „cicho” pod nosem. Niech „koty” wiedzą, że nie jest tu zwykłym zupakiem, ale mają się go bać, bo inaczej z nimi porozmawia, gdy zostaną sami. Porządek przecież musi być…

Dwuszereg stał nieruchomo i nikt nawet się nie uśmiechnął, choć wszyscy wszystko słyszeli. Kapral Nowak wytrzymał długą chwilę milczenia i uśmiechnął się do stojących, którym już się wydawało, że nie stać go na żaden ludzki odruch.

– Widzę, że na dobranoc muszę was trochę wyedukować. – Podziękujcie za to szeregowcowi Mrówce, może zapamięta, że wszystkie rozkazy należy bezwzględnie wykonywać.

– Wyprowadzono ich przed budynek koszarowy i tu na rozkaz kaprala musieli chodzić, trzymając się za kostki. Było to niesamowicie wyczerpujące. Po pewnym czasie znowu rozkaz:

– Na korytarzu kompanii w dwuszeregu zbiórka!

I kolejne zadanie: razem z szeregowcem Piotrem Wieczorkiem wymyć cały korytarz przy użyciu tylko własnych szczoteczek do zębów! Tysiące płytek, które trzeba było pocierać szczoteczką i polewać wodą. Syzyfowa praca, szczególnie kiedy kapral specjalnie i z drwiną przechodził po czystych płytkach, rysował butem brudny ślad; wtedy od tego miejsca rozpoczynało się pracę od początku. Pot zalewał oczy i nerwy wysiadały. Dopiero około drugiej w nocy, wspaniałomyślnie, dano sprzątającym szansę na sen. Ale po nieprzespanej nocy i przy odczuwanym zmęczeniu zaprawa poranna była następnym nadludzkim wysiłkiem.

Wojtek, słuchając takich pełnych poetyckiej metafory komend, patrzył z podziwem na kaprali, a gdy jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem któregoś z dowódców to najczęściej słyszał:

– Co tak się kurwa gapicie! Kaprala Wojska Polskiego nie widzieliście?!
A może się wam kurwa Wojsko Polskie nie podoba?! Co tak wytrzeszczacie gały, jak kocur co sra w sieczkę?!

Z placu alarmowego Wojtek wrócił „skruszony” i bez sprzeciwu, za pomocą cegły drapał porcelanowe muszle i kafelki. Sanitariaty kadry z klozetowymi sedesami były zamykane. Zmęczony postanowił na jednym z nich usiąść i nieco odpocząć. Sam nie wiedział kiedy zmorzył go sen. Śnił mu się dom rodzinny, praca, koleżanki i koledzy. Nagle zerwał się nie mogąc złapać tchu. Nie wiedział w pierwszej chwili, co się z nim dzieje i gdzie się znajduje. Ocierając rękoma wodę spływającą mu do oczu zauważył podoficera dyżurnego kompanii z pustym już metalowym wiadrem. Podoficer widząc, że na chwilę zasnął zakradł się i wykorzystał to w perfidny sposób, wylewając na niego kubeł wody.

– Co jest młody? Spać się wam zachciało, a sracz się sam posprząta – odezwał się do niego.

– Obywatelu kapralu – melduję, że usiadłem za potrzebą!

– Co wy mnie, prawie już rezerwistę chcecie w ciula robić?! I zaraz potem jak nie wrzasnął. – Sraliście przy zamkniętej desce?

– Dobrze, pójdziecie spać, jak nawalicie kupę, wówczas zawołacie mnie, a ja sprawdzę, czy zadanie zostało wykonane – zrozumiano?

– Tak jest obywatelu kapralu! – odparł Wojtek bez namysłu.

– A teraz biegiem na salę założyć suchy dres, czas wykonania polecenia dwie minuty.
Wojtek ruszył galopem, niby koń na gonitwie. Sala żołnierska była pusta, koledzy podobnie jak on zmagali się z „rezerwą”, a raczej z ich pomysłami. W suchym dresie wrócił do ubikacji, ogarnął wzrokiem ile jeszcze pracy pozostało mu do końca. Cała złość i chęć buntu, która w nim drzemała, gdzieś uleciała.

Stojąc w ubikacji nad sedesem, zastanawiał się – skąd ja teraz
gówno znajdę? Na siebie nie mógł liczyć. Jakoś ta czynność wydalania na początku służby u każdego z poborowych szwankowała. Przez ostatni tydzień nie mógł się załatwić, a teraz ma to zrobić na rozkaz. Jednak niezbadane są wyroki boskie. Kiedy stojąc koło kabiny prysznicowej rozmyślał, jak postawione zadanie wykonać – usłyszał huknięcie drzwiami. Odskoczył od ściany i z zapałem zaczął czyścić wielkie lustro wiszące nad umywalką.

– Ja pierdolę, kocie niemyty, znów podpadłeś – oj Mrówka, weź ty się w garść, bo zginiesz, jak Andzia w parku! – Bełkotał kapral Fluder, który za kilka dni też już wychodził do cywila.

– Nic się nie bój, za mało mi na liczniku zostało, żeby tu ciebie jebać, ja już jestem Pan Fluder, rozumiesz? – Pan Fluder! Czuć było od niego, zapach alkoholu.

– Wysram się i już mnie tu nie ma!

Zatoczył się ciężko, rozejrzał przekrwawionymi od namiaru gorzałki oczami.

– O wysram się w kibelku dla kadry – stwierdził radośnie.

Wojtek usłużnie otworzył mu drzwi. Usłyszał odgłos stęknięcia i charakterystyczny dźwięk wydalanych gazów. Wojtek z radości zacierał ręce, w spłuczce nie było wody.

Fluder wytoczywszy się z kabiny, zaklął jeszcze szpetnie – kurwa, dlaczego w spłuczce nie ma wody, zaraz tu przyjdę z wiadrem i spłuczę.

– Obywatelu kapralu, proszę się nie kłopotać, ja to załatwię, wszystko będzie w porządku – odpowiedział Mrówka.

Wojtka niepokoiło tylko, czy pełniący służbę podoficer dyżurny widział, że ktoś korzystał z toalety. Z największą ostrożnością uchylił drzwi i przez szparę zerknął w kierunku stolika podoficera dyżurnego. Na szczęście nikogo przy nim było.

Wojtek stanął nad muszlą, w której leżało jego wybawienie i nadzieja na sen. Była kupa i to ogromna, widocznie kapral, albo zjadł dużo, albo co najmniej od dwóch dni nie korzystał z wychodka – pomyślał

Aby nie dać się ponieść emocjom, odczekał kilkanaście minut. Kiedy uznał, że nadszedł stosowny czas wyprysł z kibelka jak z procy, biegnąc w kierunku podoficera dyżurnego. Stanął na baczność i zameldował:

– Obywatelu kapralu, szeregowiec Mrówka, melduje wykonanie polecenia!
– Ano chodźmy – zobaczymy!

Podoficer dyżurny podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku ubikacji. Za nim Wojtek ciekawy, jak zareaguje. Otworzył drzwi i spojrzał w muszlę.

– Fiu, fiu – gwizdnął pełen podziwu. – Najebaliście wedle rozkazu, nawet za dużo, ale rozkaz to rozkaz.

– Spłukać mi to gówno i wypad na salę! – Koniec na dzisiaj!

Wojtkowi fortel udał się nad podziw dobrze i o godzinie pierwszej, drżąc z zima, leżał już w swoim wyrku. Zasnął momentalnie i … wydawało mu się, że błyskawicznie nastąpiła pobudka.

Poprzedni artykułPiłka ręczna: Mistrzostwa Świata w Danii i Niemczech bez udziału Reprezentacji Polski
Następny artykułJanusz Kaczmarski – malarz, pedagog, profesor sztuk plastycznych
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here