Arcymistrz Mieczysław (Miguel) Najdorf i jego dwie ojczyzny

0

Był jednym z trzech polskich szachistów i 27 zawodników z całego świata, którym Międzynarodowa Federacja Szachowa (FIDE) w 1950 roku przyznała tytuł arcymistrza. Obok Akiby Rubinsteina i Ksawerego Tartakowera (pisałem o nich w Przeglądzie Dziennikarskim). Wszyscy oni pochodzili z Polski, jednak później mieszkali za granicą, występowali w barwach innych krajów. Wszyscy byli pochodzenia żydowskiego. Mieczysław (Miguel, Mendel) Najdorf był z nich najmłodszy. Urodził się 15 kwietnia 1910 roku w Grodzisku Mazowieckim (choć niektóre źródła podają Warszawę jako miejsce urodzenia), mniej więcej od 10. roku życia mieszkał już w stolicy, gdzie jego ojciec był właścicielem dużego sklepu mięsnego (inne źródła mówią, że zajmował się handlem skórami) w żydowskiej dzielnicy Nalewki.

Rodzice chcieli, aby został lekarzem, ale o jego losie zdecydowało pewne wydarzenie z czasów, gdy Mendel Najdorf był 9-letnim chłopcem. – W szachy nauczył mnie grać ojciec mojego kolegi, Rubena Fridelbauma, i to, można powiedzieć, zupełnie przypadkowo. Leżał wówczas w łóżku i bardzo się nudził, więc gdy przyszedłem go odwiedzić, zapytał się, czy umiem grać w szachy. Po negatywnej odpowiedzi wyciągnął komplet szachów i zaczął objaśniać reguły. Tak zostałem zarażony bakcylem szachowym – wspominał Najdorf, który podobno dla swego pierwszego nauczyciela stał się przeciwnikiem nie do ogrania już… po tygodniu od pierwszej lekcji szachów. Później swój talent rozwijał pod okiem wybitnych szachistów: Dawida Przepiórki i Ksawerego Tartakowera. W roku 1931 był drugi (za P. Frydmanem) w mistrzostwach Warszawy, a w roku 1934 zdobył mistrzostwo stolicy. Rok później został wicemistrzem Polski – za Tartakowerem (z którym w bezpośrednim pojedynku wygrał).

W przedwojennej gazecie „Nasz Przegląd” dr Stanisław Kohn tak pisał o młodym Najdorfie: „Dalej nad trzecią szachownicą pochyla się najmłodszy talent krajowy, Najdorf. Natura poskąpiła mu urody, ale szachiści rokują mu wielkie sukcesy. Jest to dziwak szalony, pocieszny… Nieoczekiwanie podnosi się nad szachownicą i ziewa. Z nadmiaru emocji. Bo trudno przypuszczać, żeby nudziła go ta zabawa drewnianymi figurkami, uprawiana nawet przez sędziwych starców. Najdorf zazwyczaj nie może usiedzieć w miejscu. Podczas namysłu przeciwnika spaceruje między stolikami. Zapuszcza żurawia w cudze szachownice, szukają go po sali, kiedy wypadnie kolej na jego posunięcie”.

Taki pozostał do końca życia, żywotny, w rozmowie czasem nazbyt szybko przeskakujący z tematu na temat. – Kiedyś Che Guevara zaprosił mnie na Kubę i pewnego popołudnia rozegrałem dziesięć gier jednocześnie. Powiem wam: kilku rywali: pod numerem jeden Fidel Castro; pod drugim jego brat Raul; pod numerem cztery Camilo Cienfuegos; pod piątym prezydent Dorticos; pod szóstym Che … Zaproponowałem Che remis, a on nie przyjął. Powiedział mi: „Z tobą wygrywam lub przegrywam”. Wygrałem dziewięć partii, zrobiłem remis z Fidelem, na wszelki wypadek… – wspominał Najdorf.

Występował w polskiej drużynie w olimpiadach szachowych w roku 1935 (Warszawa, medal brązowy) i 1937 (Sztokholm, również medal brązowy), wreszcie w roku 1939 (medal srebrny).

To właśnie na czas VIII olimpiady, która odbyła się w Buenos Aires w dniach 21.08 – 19.09. 1939 r. przypadł wybuch II wojny światowej. 1 września do jej uczestników dotarła informacja o ataku Niemiec na Polskę. Z rywalizacji wycofała się drużyna Anglii, a spotkanie naszej reprezentacji z ekipą III Rzeszy organizatorzy uznali – bez rozgrywania meczu – za zakończone wynikiem 2–2.

Tymczasem 17 września, podczas meczu Polski z Holandią, ambasador polski w Buenos Aires przyniósł szachistom wiadomość, że Związek Radziecki bez wypowiedzenia wojny wkroczył na polskie terytorium. Zdenerwowany Najdorf popełnił kilka błędów i musiał poddać swoją partię. Polacy finiszowali jednak znakomicie, Najdorf osiągnął – w całym turnieju – najlepszy wynik na drugiej szachownicy, a nasza reprezentacja zajęła drugie miejsce, przegrywając o pół punktu z Niemcami.

Najdorf nie zdecydował się na powrót do ogarniętej wojną Polski, pozostał w Argentynie, uzyskując w roku 1944 argentyńskie obywatelstwo.

A miało być inaczej. Razem z nim do Argentyny (wypłynął na pokładzie statku „Pirapolis” z Antwerpii 27 lipca 1939) miała płynąć jego żona Lusia, ale zrezygnowała, gdyż zachorowała na grypę. Została w Polsce razem z trzyletnią córeczką. Najdorf: – Wojny nie przeżył nikt z mojej rodziny. żona, dziecko, czterech braci, ojciec…

Znów oddajmy głos Najdorfowi, który po latach tak opowiadał w rozmowie z magazynem „El Grafico”:

– Spotkałem jednego Polaka, który mieszkał w tym samym hotelu. Był nadąsany, ale powiedział mi, że ma się dobrze. Znajomy przekonywał mnie, że Argentyna jest jak raj. Zostałem. Sprzedałem swój bilet powrotny za 300 dolarów i to był cały mój majątek w nowym dla mnie kraju.

Ten nadąsany Polak to był prawdopodobnie Witold Gombrowicz, choć sam Gombrowicz o tej znajomości nie wspomina. Obaj panowie znali się bardzo dobrze i przynajmniej w początkach przebywania na argentyńskiej ziemi dużo czasu spędzili wspólnie. Spotykali się w kawiarni szachowej Rex, którą po pewnym czasie zaczął kierować kolejny z osiadłych Argentynie z powodu wojny polskich olimpijczyków Paulino Frydman. Zachowały się nawet ich wspólne zdjęcia, natomiast zdjęć Najdorfa z Gombrowiczem brak. Wszystko wskazuje na to, że to raczej autor „Ferdydurke” miał problem z Najdorfem, a nie szachista z nim. Niektórzy przypuszczają, że pisarz, któremu powodziło się nienajlepiej pod względem finansowym, zwyczajnie na Najdorfa był obrażony. Bo choć na początku życia w Argentynie obydwaj klepali biedę, to jednak szachista bardzo szybko, dzięki swoim talentom sportowym, ale też własnej sporej obrotności, zaczął finansowo stawać na nogi, i wkrótce stał się niezwykle zamożnym człowiekiem. Po paru latach firma Najdorfa staje się największym towarzystwem ubezpieczeniowym w Argentynie. Czego świadectwem było wystawienie dla swojej firmy okazałego biurowca w Buenos Aires.

To jednak królewska gra sprawiła, że siedział twarzą w twarz – ale przy szachownicy – z takimi postaciami jak Winston Churchill, Nikita Chruszczow, szach Iranu, Josip Broz Tito.

Mieczysław Najdorf zwykł mówić, że w Argentynie po prostu urodził się po raz drugi i dlatego przez ponad pięćdziesiąt lat ten kraj uznawał za ojczyznę i czuł się Argentyńczykiem.

Były prezes Polskiego Związku Szachowego (w latach 1988 – 2000) Jacek Żemantowski w tygodniku „Polityka” przytacza taki oto fragment swojej rozmowy z Najdorfem, a raczej opowieści samego szachisty: „Pewnego dnia otrzymałem telegram z Nowego Jorku. Samuel Reshevsky, też Polak z pochodzenia, mistrz USA i całej Ameryki Północnej, wzywał mnie na pojedynek o tytuł mistrza obu Ameryk. Poleciałem samolotem. Po wylądowaniu, w drodze do stacji metra, dostrzegłem w trafiku polską gazetę! Natychmiast ją kupiłem. Łaknąłem pisanego polskiego języka, mimo iż w Argentynie miałem stałe kontakty z Polakami, byłem w wielkiej przyjaźni z Witoldem Gombrowiczem, który czas między pisaniem »Trans-Atlantyka« i »Dzienników« chętnie spędzał nad szachami, bawił nas swoim wspaniałym humorem artysta Kazimierz Krukowski, popularny Lopek, rewelacyjny opowiadacz szmoncesów. Ale gazety po polsku dawno nie miałem w rękach. Co piszą? Może coś o mojej rodzinie? Może odnajdę jakiś ślad? „

Dalej opowiada Najdorf, że w wagonie metra zagadnął człowieka, który czytał polską gazetę. Okazało się, że on też pochodzi z Grodziska.

Paweł Kozioł, pisarz, krytyk, szachista i autor programu szachowego Rodent, który Najdorfowi poświęcił szeroką opowieść, pisał o nim: „Brzydal, elegant, blagier, nieuleczalny optymista, co przez pół życia kłamał, że był przed wojną mistrzem Polski, choć do niczego tego kłamstwa nie potrzebował, bo późniejsze sukcesy mówiły same za siebie”. Cytaty przytaczam za: Szachy: Mieczysław Najdorf – sylwetka – Sport (onet.pl)

Decydując się na pozostanie za granicą nasz szachista postanawia dać znać rodzinie w Polsce, że żyje, że jest w Argentynie, chce przekazać wiadomość na ogarnięty wojną daleki kontynent, przebić się przez wojenną niemiecką cenzurę. Robi to w swoim brawurowym stylu: występuje na argentyńskich stadionach, bijąc kolejne rekordy najpierw w grze symultanicznej, a więc z wieloma przeciwnikami jednocześnie, a potem w grze bez patrzenia na szachownicę! Siedzi w osobnym pomieszczeniu, pozbawiony nawet przyborów do notowania, popija dostarczone przez sponsora soczki, ktoś mu przynosi informacje o wykonanych przez przeciwników ruchach, a Najdorf odpowiada przez mikrofon. Grał takich partii „na ślepo” po czterdzieści (!) i większość z nich wygrywał. I rzeczywiście nawet niemiecka prasa, nawet gadzinówki czuły się zobowiązane, by pisać o jego rekordach. Podobno informacja dotarła do żony, ale w getcie czy w Auschwitz nie mogła nic z nią zrobić. Nie przeżyła, dziecko też nie. Wiadomość o tym, że jego rodzina zginęła, dotarła do niego podczas turnieju rozgrywanego w Holandii dopiero w 1946 roku.

Choć największe wyniki w symultanach osiągnął już po wojnie, grając w Brazylii. W Sao Paulo w 1947 r. rozegrał 45 pojedynków „na ślepo”, wygrywając 39 partii, 4 remisując i tylko 2 przegrywając (seans trwał 19 godzin i 40 minut). W 1950 r. – również w Sao Paulo, ale już nie grając na ślepo – w 11 godzin rozegrał 250 partii jednocześnie, osiągając wynik: 226 zwycięstw, 10 porażek i 14 remisów. Stanisław Gawlikowski pisze, że Najdorf rozegrał kiedyś 400 (!) partii naraz. Wyczyny wręcz oszałamiające! Jeszcze lepszy wynik osiągnął podobno amerykański szachista George Koltanowsky, który w roku 1960 ustanowił rekord, grając jednocześnie 56 (!) partii z zawiązanymi oczami, z czego 50 wygrał, pozostałe zremisował. Nawiasem mówiąc Koltanowsky urodził się w polskiej rodzinie żydowskiej w Antwerpii, w roku 1903. A niektórzy mówią, że szachy to nie sport. Rywalizacja, walka, jej ścisłe reguły, wreszcie bicie rekordów to przecież istota sportu!

Po wojnie Najdorf należał do najsilniejszych szachistów na świecie. Grał dwukrotnie (choć bez powodzenia) w turnieju pretendentów, czyli elitarnej grupie zawodników, walczących o prawo walki o mistrzostwo świata z aktualnym mistrzem. Jako szachista argentyński kilkakrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny, reprezentował też barwy Argentyny na kolejnych olimpiadach szachowych w latach 1950, 1952, 1954, 1956, 1960, 1966, 1968, 1970)(zawsze na I szachownicy) i w r. 1974 (na III szachownicy).

Pod koniec lat czterdziestych i w latach piędziesiątych grał na poziomie pierwszej dziesiątki na świecie. Jeszcze w wieku 69 lat wyprzedzał w turniejach byłych mistrzów świata. – Ci, którym dane było go poznać, zapamiętali go jako kopalnię anegdot, miłośnika żartów, fascynującą osobowość – słowem, niewielu było ludzi, których życie zostawiało taki szeroki, taki piękny ślad – pisze o Najdorfie wspomniany przez nas Paweł Kozioł. W swojej długiej szachowej karierze nasz bohater grał z powodzeniem w wielu turniejach, ma na swoim koncie wygrane z mistrzami świata, z Botwinnikiem, Smysłowem, Talem, Petrosjanem, Fischerem.

Najdorf grał w szachy do końca życia, a było ono długie i udane. W roku 1947 ponownie się ożenił i ze swoją drugą żoną Adelą miał dwie córki. Wkrótce po jej śmierci w roku 1977 ożenił się z wdową po swoim przyjacielu Ritą (zmarła w roku 1996). Miguel Najdorf umiera rok później 5 lipca 1997 roku w hiszpańskiej Maladze.

Oto jak wspomina swojego ojca Liliana Najdorf, psychoterapeutka, absolwentka wydziału psychologii uniwersytetu w Buenos Aires, gdzie urodziła się 8 marca 1952 roku. „Kiedy przyjdzie mój czas, chciałbym, żeby życie dało mi mata w jednym ruchu” – mówił. Uważał, że człowiek jest dla siebie najlepszym lekarzem. Nalegałyśmy, żeby bardziej o siebie dbał, a on na to: „Jeśli się wycofam, nigdy nie wygram, trzeba walczyć dalej. Jak umrę, to umrę, ale co przeżyję, to moje. Nie będę siedział, czekając na śmierć, kochane córki” – powtarzał. (…) Pojechał na turniej do Europy „na przekór radom lekarzy, zdecydowany spotkać się ze śmiercią, żyjąc pełnią życia, tak jak on to rozumiał. (…) Zasłabł, grając …w kasynie. W Buenos Aires wsiadałam z siostrą do samolotu w chwili, kiedy lekarze rozpoczynali u niego operację zastawki aorty. (…) W dniu pogrzebu, po powrocie z cmentarza La Tablada w Buenos Aires, poczułam, że nadszedł moment, żeby zapisać świadectwo o tym starym szaleńcu, nieznośnym i cudownym.” W 1999 roku ukazała się jej książka „Najdorf X Najdorf”, która ukazała się też w wersji polskiej jako „Najdorf o Najdorfe”. https://dzieje.pl/rozmaitosci/liliana-najdorf-ojcu-braklo-cierpliwosci-uczyc-szachow.

Mieczysław Miguel Najdorf wniósł znaczące idee do teorii debiutów. Śledząc niedawno w Internecie na żywo superelitarny turniej szachowy (z udziałem naszego Jana-Krzysztofa Dudy) słyszałem kilkakrotnie od komentatorów, że uczestnicy turnieju często grają „najdorfa” – to popularny do dziś wariant obrony sycylijskiej.

Na zakończenie jeszcze raz oddajmy głos bohaterowi naszego artykułu:

– Szachy to moja pasja. Codziennie przy partii szachowej, zwłaszcza przy blitzach zapominam o wszystkich zmartwieniach dnia codziennego. Czuję się, jakbym słuchał muzyki, bo partia szachów to dla mnie jakby symfonia Mozarta. Inspiruje nowe idee, odradza ducha walki.

– Budzę się o szóstej rano. To, co utrzymuje mnie w młodości, to pasja i miłość do szachów – mówił o sobie Najdorf już pod koniec życia.

Jedna z największych postaci polskich i argentyńskich, a również światowych szachów.

  •  

Korzystałem m.in. z następujących źródeł:

Tymiński, Rafał (2020): Żydowski geniusz z Polski, kolega Gombrowicza, który został argentyńskim milionerem. Szachy: Mieczysław Najdorf – sylwetka – Sport (onet.pl) 25.11.2020

Litmanowicz, Władysław/Giżycki, Jerzy (1987): Szachy od A do Z. Warszawa: Wydawnictwo „Sport i Turystyka”

Gawlikowski, Stanisław (1976): Szachy. Warszawa: RSW „Prasa-Książka-Ruch”

Wawrzynowski, Marek (2016): Stefan Gawlikowski: Polska była światową potęgą, wojna wszystko zniszczyła. Stefan Gawlikowski: Polska była światową potęgą, wojna wszystko zniszczyła – 3 – Sport WP SportoweFakty

Kalinowski, Janusz (2016): Liliana Najdorf: ojcu brakło cierpliwości, by uczyć szachów. https://dzieje.pl/rozmaitosci/liliana-najdorf-ojcu-braklo-cierpliwosci-uczyc-szachow

Poprzedni artykułParlament Europejski murem za osobami LGBTIQ
Następny artykułNiepolitycznie o największych słownikach języka polskiego
Ryszard Lipczuk
Prof. dr hab. Ryszard Lipczuk – germanista, językoznawca, pracownik naukowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (w latach 1970–1993) i Uniwersytetu Szczecińskiego (1993– 2018). Ukończył studia germanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim (1970), tam też obronił rozprawę doktorską (1977). Habilitacja w roku 1986 na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1990 prof. nadzw., w r. 2002 uzyskał tytuł profesora, 2004 prof. zw. Na Uniwersytecie Szczecińskim pełnił w latach 1993–1997 i 2005–2012 funkcję dyrektora Instytutu Filologii Germańskiej, w latach 1993–2015 był kierownikiem Zakładu Języka Niemieckiego tegoż Instytutu. Od 1.X.2018 prof. emerytowany. Redaktor naczelny serii naukowej „Stettiner Beiträge zur Sprachwissenschaft” (od r. 2008) wydawanej w Hamburgu. Jest autorem licznych monografii naukowych, artykułów, recenzji, redaktorem i współredaktorem kilku słowników polsko-niemieckich, leksykonów i podręczników do nauki języka niemieckiego. Poza tym: autor trzech tomików reportaży (m.in. „Germanista w podróży”, „Sławni ludzie Trasy Romantycznej”) i czterech tomików rymowanek (m.in. „Limeryki i inne wybryki”, „Wybryki rymowane nowe”). Występował z referatami i wykładami gościnnymi w Tokio, Vancouver, Wiedniu, Graz, Angers, Sztokholmie, Gandawie, Lubljanie, Arhus oraz (wielokrotnie) w Niemczech. Homepage: http://lipczuk.univ.szczecin.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here