Niepolitycznie o największych słownikach języka polskiego

0

Słowniki w ogóle, jako takie, są wytworem, dobrem kultury narodowej; im liczniejszy i mądrzejszy naród, tym więcej słowników tworzy. W Polsce pierwsze słowniki były z reguły słownikami przekładowymi, z językiem łacińskim, niemieckim i in.; powstawały w średniowieczu. Słowniki jednojęzyczne, polsko-polskie, objaśniające wyrazy polskie polskimi słowami, zaczęły powstawać dopiero od XIX w. Owo stulecie dla pokoleń współczesnych jest już bardzo odległe, jest im bezpośrednio nieznane, nie żyją przecież ludzie z datą urodzenia sprzed roku 1901. Zatem słowniki XIX-wieczne obchodzą obecnie nielicznych.

Inaczej się ma rzecz ze słownikami wydanymi w okresie 1901-2000. Wymienię tu dwa największe i zarazem najważniejsze – z punktu widzenia historii polskiej leksykografii, jak też historii kultury i nauki Polski: (1) Słownik języka polskiego w 8 tomach, nazywany czasem skrótowo słownikiem warszawskim, z lat 1900-1927, pod red. J. Karłowicza, A. A. Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego, oraz (2) Słownik języka polskiego w 11 tomach, również wydany w Warszawie, w latach 1958-1969, pod red. W. Doroszewskiego. Pierwszy zarejestrował ok. 270 000 wyrazów, drugi tylko ok. 125 000, ale ta różnica ilościowa nie przemawia bezwzględnie na korzyść słownika starszego, ponieważ notuje on bardzo wiele haseł archaicznych, nawet staropolskich, gwarowych, nie skąpi odmianek fonetyczno-pi­sow­niowych.

Największy słownik PRL-owski, nazywany potocznie słownikiem Doroszewskiego, mimo znacznego ograniczenia siatki haseł wygrał walkę z czasem, okazał się przydatny i ceniony do dziś, podając bogaty i róż­norodny materiał cytatowy wiernie, z reguły bez skrótów, bez adaptacji (jeśli nie liczyć uwspółcześnienia ortografii cytatów z tekstów XVIII i XIX w.), z dokładnymi adresami bibliograficznymi, ze wskazaniem – rzecz wyjątkowa, cenna – strony cytowanego źródła.

Bez obu tych największych dzieł – jak też kilku innych, pomniejszych, tu nie wymie­nionych – trudno sobie wyobrazić rozwój polskiej kultury, hu­manistyki w XX w.; na pewno byłby on słabszy, wolniejszy, mniej owocny językowo i literacko, inaczej mówiąc mielibyśmy uboższą kulturę, bo nasi uczniowie, studenci, inteligencja, pisarze, dziennikarze nie mogliby pogłębiać swojej wiedzy o języku, korzystać z bezcennego dorobku literackiego minionych pokoleń.

W wieku XXI pojawiło się jednak coś zupełnie nowego: słowniki elektroniczne, dostępne w Internecie, wszędzie tam, gdzie on jest (w Polsce tymczasem jeszcze nadal nie wszędzie), przez 24 godziny na dobę. Korzystając z praw gatunku (wypowiedź prasowa!), nie będę tu pisał o osiągnięciach naszych konkurentów naukowych na polu leksykografii cyfrowej, lecz skupię się na słowniku „zawieszonym” na stronie www.nfjp.pl. Dlaczego w jego nazwie występuje tak poważny, nobilitujący przymiotnik: narodowy? Bo jedno z dzieł kolegów również zostało nim ozdobione.

Nowością natomiast jest u nas określenie fotokorpus. Wiąże się ono bezpośrednio z terminem słownik. Te opisane wyżej, warszawski i „Doroszewski”, to też korpusy, czyli zbiory wyrazów, ale zbudowane ręcznie, z udziałem maszyny do pisania: ekscerptorzy, redaktorzy czytali teksty źródłowe i wybierali z nich odpowiednie cytaty; te, przepisane na maszynie, na karteczkach, fiszkach, tworzyły właśnie wielki korpus tekstowy danego słownika. Była to ciężka praca, zajmowała lata, i, z konieczności nie mogła gwarantować z powodu zmęczenia fizycznego redaktorów stuprocentowej wierności wypisków. Nasz fotokorpus powstał i jest wciąż rozbudowywany również na bazie drukowanych tekstów źródłowych (ponad 12 000 pozycji, w wypadku znakomitego „Doroszewskiego” było to poniżej 4 000 tytułów), które trzeba było uprzednio zeskanować i przekształcić w teksty elektroniczne.

Forma elektroniczna zapewnia wierność cytatu bezwzględną w stosunku do źródła drukowanego na papierze  i – co równie istotne – przyspiesza feno­menalnie tworzenie fotokorpusów. Korzystaliśmy w tej pracy także z przebogatych zasobów tzw. regionalnych bibliotekach cyfrowych (a jest ich obecnie w Polsce ponad 50). Zbiory cyfrowe własne i owych bibliotek umożliwiły nam zgromadzenie w ciągu kilku lat znacznej liczby fotocytatów (ok. 220 000), pochodzących z tekstów opublikowanych w latach 1901-2000. Fotocytaty te poświadczają istnienie w polszczyźnie ponad 250 000 wyrazów, i to tylko dla wieku XX, podczas gdy „Doroszewski” udokumentował cytatowo jedynie ok. 125 000 haseł, i to dla okresu dłuższego: od lat 70. wieku XVIII do r. 1967.

Tak radykalne zawężenie chronologiczne tekstów źródłowych przy jednoczesnym zwielokrotnieniu ich liczby w naszym Fotokorpusie sprawiło, że stał się on wyjątkową skarbnicą leksykalną polszczyzny, ujawniającą ogromną różnorodność tematyczną dorobku tekstowego Polaków, wydawanego nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami (w słowniku pod red. W. Doroszewskiego nie mogły oczywiście znaleźć się cytaty choćby z paryskiej „Kultury” – nie tylko z powodu ich niedopuszczalnych politycznie, niecenzuralnych treści). Por. wybrany przez nas cytat do hasła stalinowski:

Przytoczony wycinek pochodzi z numeru grudniowego 1953 r. Takiej szaty graficznej, oryginalne obrazki cyfrowe wypełniają cały nasz Fotokorpus od A do Ż; jest ich. ok. 220 tys.

Ta unikatowa – nowego typu – dokumentacja, zbliża leksykografię z archiwistyką; jest to archiwistyka wyrazowa. Wyszukane elektronicznie cytaty są w większości kilkuzdaniowe, dzięki czemu dokumentują one – mimo że jest ich „tylko” niecałe 220 tys. – w rzeczywistości ponad ćwierć miliona haseł słownikowych polszczyzny.

Co daje owa wielka masa cytatów, udostępniana w Internecie? Słowa są znakami-świadectwami teraźniejszości i historii narodu, zapisywanie ich i utrwalanie jest zatem obowiązkiem leksykografów. Od 30 lat nie są już oni krępowani w tej odpowiedzialnej pracy żadną cenzurą polityczną, politycy nie zgłaszają do nich żadnych postulatów co do doboru treści słownikowych. Leksykografowie muszą być bezwzględnie apolityczni.

W tych warunkach Fotokorpus – tak bogaty w artykuły hasłowe z ilustracjami zdaniowymi, jak żaden inny słownik ogólny języka polskiego – nie mógł nie stać się, by tak rzec, „Księgą świata fotocytatami malowaną”, nie największą, rzecz oczywista, niemniej jakoś interesującą i użyteczną, także dla nienaukowców.

Polska w świecie to kraj sąsiedztwa przede wszystkim niemieckiego i rosyjskiego. Jego długie i skomplikowane dzieje odzwierciedlają się w słownictwie polszczyzny wyraziście i znacząco.

Przedstawię tu niewielki, spośród tysięcy, wybór haseł Fotokorpusu, które odnoszą się w swej treści do Niemiec, niemieckości (a po części i austriackości), języka i kultury. Są to bardzo różne wyrazy, zapożyczenia bezpośrednie bądź zasymilowane, w różnym stopniu spolszczone, jak też pochodne słowotwórczo, zawierające tylko rdzenie, morfemy niemieckie.

Por. absmak, abszmak, abszyt, ansztalt, antybeethovenowski, antyhi­tle­ryzm, antyniemieckość, bergsteiger, burszenszaft, dirndl, folksdojczka, forszmak, hajlekryst, hakenkreutz, heglowsko-kantowski, heisenbergowski, himmlerowski, hinterland, kantyzm, kapedowski, katzenjammer, kurfirszt, mozartowsko-włoski, neobachowski, niemieckohitlerowski, niemieckość, nowowschodniopruski, po­hitlerowski, półpruski, proniemieckość, pruskość, schuhhaus, schutzbundowiec, szpas, unteroficyjer, weltschmertz, werkschutz, wermachtowiec, witz, wunderwaffe.

Lista jest alfabetyczna, ale jej uważny ogląd pozwala uprzytomnić czy­tającym ją, jak wiele w ponadtysiącletniej historii stosunków polsko-nie­mieckich spraw, problemów, tematów, mniej czy bardziej szczegółowych, konkretnych i ogólniejszych, ten nadzwyczaj skromny wybór leksemów sygnalizuje i dokumentuje.

Nasz wielki wschodni sąsiad zaznaczył swoją obecność w rozwoju leksyki języka polskiego równie mocno.  Oto analogiczna, maleńka grupa przy­kładów:

antyrosyjskość, bajkalsko-amurski, bałałajka, bolszewiczka, bolszewizm, breżniewowski, budionnówka, chruszczowowski, destalinizować, dobol­szewizować się, filorosyjskość, gieroj, gubkom, gułagowy, kokosznik, komsomołka, lefowiec, leningradka, leninowiec, leniński, matrioszka, mo­skwianin, nie-leninowski, niemiecko-petersburski, obłomowiec, peters­burżanka, pierestrojka, pochruszczowowski, propetersburski, resta­linizacja, rosyjskość, rubaszka, rubaszka-kosoworotka, rubaszyństwo, rubeleczek, rubelians, sarafan, smoleńszczanin, sowieckość, stachanówka, stalinowski, taczanka, tułup, zmoskwiczyć.

Także ten wybór jest bardzo pouczający, zasługuje na uwagę i głębszą analizę. Zachęcam do studiowania Fotokorpusu, poszukiwania w nim znaków (nie tylko) niemieckości i rosyjskości.

Repertuar tych znaków w niedalekiej przyszłości zostanie znacznie poszerzony. Fotokorpus powstał w latach 2014-2020 dzięki wsparciu rządu (w formie ministerialnego grantu). Otrzymane środki wystarczyły na realizację jedynie podstawowych zadań projektu. Zadania te nie obejmowały do­kumentacji haseł onomastycznych, tj. nazw własnych różnego rodzaju. Informacja onomastyczna występuje w naszych fotocytatach, i to w bardzo szerokim zakresie, ale nie została uwidoczniona w indeksie haseł Fotokorpusu. Obecnie pracujemy nad specjalnym aneksem odsyłaczowym do niego, który ujawni wszystkie nazwy własne, tymczasem ukryte w ilustracjach cytatowych. Odsyłacze będą w tym aneksie wskazywać hasło z odpowiednim wycinkiem cyfrowym, w którym „ukrywa się” dana nazwa własna umieszczona przed strzałką; por. Beethoven  ®  mannheimczyk, Berlin Zachodni  ®  DERGU, Wittelsbach  ®  górnobawarski i Armia Radziecka  ®  gnębiciel-bauer, Czechow ®  wodewilowość, Puszkin  ®  albrechtowa.

Takiego materiału, niezwykle cen­nego jako znaki niemieckości resp. rosyjskości, czekającego na opracowanie, jest na stronie www.nfjp.pl. wiele. A co z pozostałymi wątkami narodowo-językowo-kulturowymi: amerykańskim, angielskim, białoruskim, chińskim, czeskim, duńskim itd.?

Muszą poczekać.

 

Autor tekstu: prof. Jan Wawrzyńczyk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here