Maria Krystyna na parkowej ławce

0

– O, dziękuję, to miły gest, że rozpiął pan nade mną parasol. Niby dzień majowy, ale zimno i mżawka rządzi tu w parku. W Żywcu to normalne… Góry blisko. Nikt jeszcze nie rozpinał nade mną parasola. Siedzę na tej ławce i nikogo nie obchodzę. Czasem podbiegają dzieci z pobliskiej szkoły i ściskają mi nos. Już kolorystycznie różni się od ciemniejszego brązu, z którego mnie odlano. Mój nos jest jaśniejszy.

Widziałam, jak czytał pan tam, na ścianie zamku, tablicę pamiątkową. Tak, tu przebywał król polski Jan Kazimierz, zanim opuścił definitywnie Polskę. Ach, ci okropni Szwedzi. Brutalny naród. Doprawdy, to był potop. Szwedzi chcieli utopić Polskę. Dawne czasy… Tak dawne, że już mogę się przyznać, zaskoczę pana – w połowie jestem Szwedką. Wiem, co mówię.

Nie, tę tablicę na fasadzie zamku ufundował nie mój ojciec, lecz mój dziadek, arcyksiążę Karol Stefan. Był admirałem floty austro-węgierskiej. Tak! Wtedy Austria miała dostęp do morza, do Adriatyku. Mieszkał z żoną, Marią Teresą Habsburg-Toskania, na wyspie Lussin. Teraz to oczywiście Chorwacja. Wyspa nazywa się Lošinj. Ach tak? Był pan w Rijece? I w Abbazia? No tak, to teraz Opatija… To przecież „nasz“ kurort. Niedaleko. Do dziś architektura świadczy tam, nad brzegiem morza, o wpływie Wiednia na swe byłe prowincje – jak we Lwowie czy w Czerniowcach, na wschodzie bezpowrotnie utraconym…

 

◊ ◊ ◊ ◊

 

Logiczny krok: mój dziadek przeniósł się do Żywca, kiedy odziedziczył krocie: 50 tysięcy ha pól uprawnych, 40 000 ha lasów ze zwierzyną, browar, tartaki i fabryki. To były rubieże monarchii austro-węgierskiej. Podobało panu się zwiedzanie naszego browaru? To miłe, iż on istnieje i sławi Żywiec na świecie, to szczególne miejsce pod chmielowym słońcem. Mój dziadek był oryginalnym Austriakiem. Bardzo do serca wsiąkła mu Polska. Może z powodu spadku? – jak mi pan podpowiada. Synów, Karola Olbrachta i Leona wychowywał na Polaków. Obaj służyli w wojsku polskim. Rok 1920? Nie wahali się ani chwili – poszli na front wojny bolszewickiej. Tam na krótko poznali się z młodym oficerem francuskim, też ochotnikiem, broniącym Europy od bolszewizmu. Nazywał się Charles de Gaulle…

Ale niech pan siądzie! Tu jest obok mego biodra betonowe miejsce dla wdzięcznego słuchacza. Przecież nie będzie pan tak stał i zasłaniał mi moje mieszkanie. Z tej ławki dobrze widać te dwa okna na parterze i drzwi. Przydałoby je się pomalować znowu. Oczywiście, zamek i ten drugi naprzeciw, należały od dawna do naszej rodziny, do Habsburgów. Takie były czasy. A teraz zobaczył pan wreszcie tę tabliczkę, informującą, iż tu mieszkałam, we fragmenciku pałacu-zamku od 2001 do 2012. Niby niedawno… Tak: przedpokój, sypialnia, kuchnia, łazienka. C‘est tout. I dodano na tabliczce, iż jestem „wielką patriotką“. Jak się pan domyśla, wiele razy zastanawiałam się w życiu, co to znaczy patriotyzm. Najczęściej robiłam to na stacjach przesiadkowych, z miasta A do B, oddalając się. Od czego? Później nie brakowało kolejnych liter na kolejowych szlakach. Rozpęd, bieg, perony, gwizd lokomotyw, iskry do oczu, ściskanie biletów w dłoni, szybkie płacenie bagażowemu, podnoszenie do kolan spódnic, aby wejść do wagonu…

Za moich czasów miał patriotyzm zupełnie inną wymowę, niosąc inne treści, niż dzisiaj. Patriotyzm kojarzył się jeszcze z szablą, krwią, ziemią i sztandarami. To było wojownicze słowo. Myślę, iż można mieć w sercu nie tylko jeden, ale kilka patriotyzmów. Proszę się nie śmiać. To dotyczy przecież głównie emigrantów. A ja byłam emigrantką całe życie. Po emigracji, poza Polską, wróciłam po niemal 60 latach tu do Żywca. Na warszawskim lotnisku, tak jak papież Jan Paweł II, chciałam ucałować ziemię polską, tak mi drogą. Ale artretyzm, zbyt sztywne stawy, nie pozwoliły mi na to. Zimne kolana versus gorąca miłość do ojczyzny. Ta realistyczna ziemia o wymiarach metafizycznych przecież, chyba mi wybaczyła, gdyż mnie już dawno do siebie przytuliła, przygarnęła i wreszcie pogrzebała. Klękanie nie jest proste dla nikogo. Tak, dla nikogo. Ciężki symbol…

 

◊ ◊ ◊ ◊

 

Mój dziadek, pyta pan? Przyjął obywatelstwo polskie po pokonaniu komunistów w wojnie, której finałem było podpisanie pokoju w Rydze. Uśmieje się pan, ale wtedy mgławicowo nad Polską zaistniało pytanie, czy aby nie powrócić do systemu monarchii? Nie wiedział pan o tym? Odkurzyć tron? Może wybrać króla ponownie, scalającego naród polski rozszarpany po rozbiorach? Taki pomysł. Nie, nie wiedział pan, że mój dziadek był kandydatem na polskiego wskrzeszonego monarchę!? Z Żywca do Warszawy? Z browaru do zamku. Jak to pogodzić? Wiemy, wiemy – do tego nie doszło. Tak, dziadek zmarł tutaj w 1933 roku. Jeszcze dowiedział się, iż na glebie niemieckiej polityki zakiełkowało nowe nazwisko Adolf Hitler.

Może dlatego mam taką smutną minę na pomniku z brązu? Tyle przeszłam. Wiem, że wyglądam jak smutna panna z tym dekoltem i koralami na szyi, czekająca nie wiadomo na co i na kogo. Nawet te dzieci, wspomniane przeze mnie, wybiegające ze szkoły, dziwią się, szczypiąc mnie po rękach. Ja nigdy nie chodziłam do szkoły. Zapewniono mi prywatne lekcje przez lata. Opanowałam biegle kilka języków, co potem się przydało na emigracji bez końca. Lub prawie bez końca. Odpowiednie egzaminy zdawałam eksternistycznie, jak się wtedy mawiało. Mój ojciec zadbał o to: „W Europie musisz znać języki!“.

Ach, mój ojciec. Dla młodej córki zawsze przykład mężczyzny do naśladowania. Pierwszy męski pomnik na cokole wyobrażeń. On, Karl Albrecht von Habsburg-Lothringen chyba mi podpowiedział myśl o kilku patriotyzmach w jednym sercu. Sam był najpierw pułkownikiem artylerii w wojsku austriackim a potem polskim. Odtąd nazywał się Karol Olbracht. Po 1918 roku administrował tutaj w Żywcu naszym majątkiem. Już w listopadzie 1939 aresztowało go Gestapo. Koniec błogości bytu. Niemcy nie mogli zrozumieć, iż tak wysoki arystokrata austriacki wybrał opcję o nazwie Polska! Verflucht! W więzieniu w Cieszynie torturowano go. Nie krzyczał. Jęczał. Stracił oko z powodu tortur. Nastąpił u niego paraliż połowy ciała. Te słowa mogłabym mówić panu po niemiecku, w języku wielkiej starej kultury a jednocześnie haniebnej polityki prowadzonej przez nazistów.

 

◊ ◊ ◊ ◊

 

Słusznie mi pan podpowiada, iż zapomniałam opowiedzieć o mojej matce. Mimo że jej ojciec, a mój drugi dziadek, był głównym łowczym na dworze szwedzkim, jego ranga nie odpowiadała poziomowi Habsburgów. Tak, mój ojciec poślubi córkę nadwornego łowczego w Sztokholmie, Alicję Ankarcrona w roku 1920. Słucha pan zwierzeń owocu tej miłości – urodziłam się tu w Żywcu, 8 grudnia 1923. Oczywiście nie tu na rogu, na tym dość niskim parterze, gdzie jest to skromne mieszkanko, mój nędzny ostatni adres! Zaczęłam krzyczeć, wyjęta z łona matki, w wielkiej sypialni, na pierwszym piętrze, przed plutonem pielęgniarek. Ponieważ akurat 8 grudnia to święto niepokalanego poczęcia Matki Boskiej, nazwano mnie, malutką dziewczyneczkę – Maria. A Krystyna? Matka ostatniego króla Hiszpanii, Alfonsa XIII, była z Habsburgów i została moją matką chrzestną. A nazywała się Maria Krystyna. Rozumie pan? Tradycja! Noblesse oblige. Nazywam się Maria Krystyna.

Łagodnie traktuję fakt, iż dzieci ściskają mnie za nos, gdyż sama nie wyszłam za mąż, nie miałam dzieci. Przynajmniej w trakcie dzieciństwa powinno się mieć trochę wolności i radości. Wszystko, cała epopeja Habsburgów tej linii, zakończyła się na mnie. Moja szwedzka matka szybko zintegrowała się z żywieckim życiem. Ale ponieważ ojciec nie podpisał „Volkslisty“, cały nasz majątek przeszedł na rzecz Rzeszy. Hitler potrzebował pieniędzy na nowe kampanie. Moja matka pracowała cały czas w politycznym podziemiu dla AK. Internowano ją w Wiśle. Po 1945 odznaczono ją Krzyżem Walecznych. Rodzice zamieszkali w Krakowie. Zdrowotnie ojciec bardzo podupadł. Tortury Gestapo pozostawiły trwałe ślady na jego ciele i psyche. Matka załatwiła transport ojca do Sztokholmu. Tam przebył różne operacje i umarł w 1951 roku.

 

◊ ◊ ◊ ◊

 

Wspomniałam panu, iż matka nie reprezentowała tego samego stanu arystokratycznego co ojciec. Toteż było to tzw. małżeństwo morganatyczne. Co to znaczy? Ta niższa osoba nie nabywa uprawnień wraz z dziećmi do tytułów ani do dziedziczenia. A ta „wyższa“ połowa pary traci te uprawnienia. Dlatego po ślubie moich rodziców wytworzyła się specyficzna sytuacja. Mój ojciec nie mógł nadal nazywać się oficjalnie Habsburg.

To co zrobiono? – pyta pan. Był na to sposób. Są regulaminem przepisane pryncypia w domach arystokratycznych. Najstarszy syn ostatniego cesarza austriackiego, czyli Otto von Habsburg, miał prawo nadać ojcu nowy tytuł. Zrobił to – od 1949 roku nazywamy się von Altenburg. Nazywam się Maria Krystyna Altenburg.

Już jest pan niemal całkiem przemoczony, mimo sporego parasola. Mnie taki deszcz nie przeraża. Gdzie deszcz, gdzie dreszcz? Zostałam wychowana niemal w wojskowej dyscyplinie przez moich rodziców. To było moim orężem i jednocześnie przekleństwem! Nabrałam hartu na drogach emigracji. Toteż równolegle stałam się twarda i odporna. Chłód hartuje. Trochę przesadzam – było podejrzenie gruźlicy u mnie, kiedy wróciłam do Polski w 1947 roku. Nie jestem z żelaza, ale z brązu, ha, ha. Może mnie pan dotknąć. Temperatura dnia. Ciężkie czasy, zaraz po strasznej dla Polski wojnie. Chciałam zostać lekarką. A gruźlicę trzeba było zwalczyć – medice, cura te ipsum! Lekarko, lecz się sama! Rozpoczęłam studia medyczne w Krakowie. Przerwałam te studia. Wyjechałam najpierw do ojczyzny matki a ze Sztokholmu do Szwajcarii, do Davos. Nie, nie zgadł pan! Do innego sanatorium niż opisanego przez Tomasza Manna w jego filozoficznej „Czarodziejskiej górze“, eksplozywnej symfonii o życiu, chorobach i śmierci, hipnozie a także emigracji, oraz o kokonie nowej Europy.

A propos śmierci. Kiedy władze Rzeczpospolitej przywróciły mi obywatelstwo polskie w 1993 roku, zaczęłam się zastanawiać czy aby nie wrócić na stałe do biało-czerwonej ojczyzny? Puentę pan zna: serce biło mocno w samolocie, dusza radowała się na lotnisku, a kolana nie chciały się zgiąć w roku 2001. Przybyłam… byłam.

Już musi pan iść? Spokojnie może mnie pan tu zostawić bez parasola. Jestem przecież przyzwyczajona do różnych klimatów, łagodnych jak letnie chmury i drapieżnych jak głodne wilki. Zimy i wiosny? Co to znaczy? Emigracja uczy więcej i inaczej niż uniwersytety. Nie mówiąc o samotności. Ach…

Kilka minut stąd pieszo, kiedy pan pójdzie w kierunku rynku, ratusza, do konkatedry… Ach, był pan tam już? No tak, to wie pan, iż w katedralnej sporej kaplicy na prawo, od głównego ołtarza, został rozłożony spory dywan. Gdyby go pan zrolował, zobaczyłby pan płytę wejściową do krypty. Tam są moje prawdziwe szczątki. 2 października 2012 przestało bić moje serce w Żywcu.

A tu? Rozmawia pan z lustrem mej byłej egzystencji.

To taka wizualna zabawa. Siedzi sobie kobiecina z brązu i kontempluje. Nikomu nie przeszkadzam. Arystokracja nader neutralna, wyciszona jak inne tradycje w Europie.

Miło było z panem porozmawiać. Nikt mnie nie chroni ani broni. Po co? Trochę chronią mnie parkowe drzewa. Zasłaniają horyzont, za którym przebiegło moje życie. Tych drzew było więcej za moich młodych lat, a na nich więcej ptaków. Czas nieubłaganie ucieka, niezależnie od rubryk naszych dokumentów, od bywania na balach, dworach czy łowach, od coraz szybszych pociągów, od bardziej lub mniej skomplikowanych scenariuszy życia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here