„SEN O VICTORII”
„Dzisiaj miałem piękny sen,
naprawdę piękny sen,
wolności moja, śniłem, że
wziąłem z Tobą ślub”
…
„O Victorio, moja Victorio!
Dlaczego mam Cię tylko w snach?”
Ta piękna, dramatyczna piosenka Ryśka Riedla, jest jego modlitwą o wolności nie tylko od narkotykowych demonów, ale od wszystkich rujnujących umysł i duszę, w tym także politycznych, równie zabójczych jak te chemiczne.
Napisana i skomponowana przed laty przez frontmena „Dżemu” piosenka okazała się prorocza. Coraz częściej, nie tylko ja, zadaję sobie pytanie Ryśka Riedla: Victorio, dlaczego mam cię tylko w snach?
Ale ostatnio nawet sny coraz bardziej przypominają „paździerzową” jawę, niż nieskrępowaną niczym krainę sennych marzeń, i bliżej im do horrorów, filmów grozy z politycznym tłem, niż do sennej przygody.
Nie dawniej niż wczoraj wchłonąłem tak obfitą porcję wydarzeń i komentarzy politycznych, że długo jeszcze po nakryciu głowy kołdrą nie mogłem zasnąć. To bardzo przykry stan, mieszanina bezsilności z rozdzierającym marzeniem o przeciwstawieniu się próbom sprowadzania nas do roli, jaką znamy z czasów feudalnego uzależnienia od władz świeckich i kościelnych, w pełni zjednoczonych w dziele sprowadzania obywatela do roli posłusznego, uległego idioty z łapami wielkimi jak bochny czerstwego chleba od ustawicznej, ciężkiej pracy. To refleksja bolesna jak zapalenie okostnej. Dopadają mnie takie stany coraz częściej, wtedy przewracam się z boku na bok i zgrzytam zębami nie rozumiejąc dlaczego pozwalamy tak sobą pomiatać? Gdzie tylko zwrócę oczy i uszy, widzę i słyszę, że „władza” nie ma dla mnie krztyny szacunku! Jej przedstawiciele opowiadają dyrdymały tak niedorzeczne i niemające nic wspólnego z minimum wiedzy, niezbędnym dla formowania opinii i planowania w obszarach dziedzin, którymi „światłe” ministerstwa i ich szefowie się zajmują, że powodują tym bolesny szczękościsk i gorące łzy bezsilności.
To oczywiste! Mają mnie za kompletnego idiotę, któremu niemal wszystko trzeba tłumaczyć, nawet to, że aby się „załatwić”, należy przede wszystkim zdjąć spodnie. No nie! Skoro sami fajdają w gacie przed ich opuszczeniem, bo nikt ich wcześniej nie nauczył kolejności tej nader ważnej czynności, to nie znaczy, że wszyscy pozostali pochodzą z planety niedorozwoju emocjonalnego i przaśnego intelektu.
Boże, co czynić?! Jak się tej hucpie przeciwstawić? Przecież tak dalej nie może być!
W końcu umęczony takimi i podobnymi dylematami, zapadłem w ciężki, nieprzyjemny sen. Po chwili unoszenia się w bezprzedmiotowej ciemności, senny mrok zaczął przekształcać się w przedziwne, pełne jaskrawych barw i rozgorączkowanego tłumu okoliczności, z wybijającym się na pierwszy plan orszakiem godnym filmów Felliniego.
Ni stąd, ni zowąd, jak to we śnie bywa, znalazłem się pośród stłoczonej gawiedzi, pozdrawiającej wybuchami entuzjazmu przebijającą się na wskroś tłumu, jak lodołamacz przez pole spiętrzonej kry, kolumnę tak niedorzeczną, jak wspólna parada rodzimych narodowców z tancerzami z ulic Rio de Janerio.
Uwagę przykuwała platforma, opleciona girlandami kwiatów pozbawionymi kolorów, ciągnięta przez kilkudziesięciu mężczyzn odzianych w długie, czarne suknie, ze spiczastymi czapami na głowach, podobnymi do tych używanych przez Ku – Klux – Klan. Mężczyźni kołysali się miarowo – raz w lewo, raz w prawo, powtarzając w takt kroków jak mantrę: Ave… primus… inter… pares… Ave… primus… Natomiast na wielkim tronie umocowanym na platformie, oplecionym złotą folią, siedział pozdrawiany Primus w otoczeniu najbardziej oddanych mu zauszników, sług i najzwyklejszych „podnóżków”, co jasno wyzierało z ich wybłyszczonych wazelinowym zachwytem twarzy.
Za platformą sunął samochód ciężarowy z ustawioną na pace konstrukcją przypominającą wielką klatkę, ale zamiast ptaków za prętami widniała postać nagiego człowieka. Nagle kolumna zatrzymała się, a siedzący na tronie Primus, mężczyzna niewielkich rozmiarów podniósł rękę, i w tym samym momencie z głośników zamontowanych wokół tronu rozległ się wielokrotnie wzmocniony sopranowy głos ni to skrzywdzonego chłopca, ni to poirytowanego mężczyzny.
– Cisza! Będę mówił do was ja, wasz nauczyciel i ojciec, osoba o niespotykanej inteligencji, więc spijajcie z ust moich z uwagą i szacunkiem każde moje słowo. Nie od dziś prowadzę was przez ugór, pustynię moralną, dzieło poprzedniej, zbójeckiej ekipy, do lepszego, sprawiedliwego świata, niczym Mojżesz swój naród do ziemi obiecanej. Tylko że on przegrał, poniósł historyczną klęskę, która dzieje się również dzisiaj, bo naród na który postawił okazał się niegodny boskich rekomendacji. Co innego my! Sumienie i mądrość planety od bieguna do bieguna! Jest tak jak mówię, albowiem ja to mówię, wasz nieomylny przewodnik!
Zarzucają mi przeciwnicy, których na szczęście systematycznie wyłapujemy, że ignoruję wszelkie międzynarodowe umowy i prawne regulacje. I mają rację! A czynię tak, bo nikt nie będzie dumnemu przywódcy , ojcu narodu mówił co jest dobre, a co nie. Otóż dobre jest wszystko co postanowię, a moi pretorianie wcielą w życie. Tak, moi drodzy rodacy, nikt nie będzie nami rządził oprócz mnie, boskiego pomazańca! Cały świat nam mnie zazdrości! Taka jest prawda!
Karawanę nie z tej ziemi otoczoną wielotysięcznym tłumem, owładniętych miłością do Ojca narodu i jego pretorian, otaczał z kolei szczelny kordon zmechanizowanych oddziałów stróżów ładu i sprawiedliwości. Właśnie obrońcy bliźniego i jego praw do wychwalania Ojca narodu, zaczęli czynić powierzone im obowiązki. Rzeczone oddziały całą mocą swoich siłowych uprawnień starały się nie dopuścić do bezpośredniego kontaktu między miłującymi Ojca i wodza jedynego, a wielotysięczną hordą wyrzutków, zdemoralizowanych nihilistów. Z armatek wodnych umieszczonych na pękatych beczkowozach, trysnęły pod wysokim ciśnieniem bicze wodne, zaprowadzające chłodnymi smagnięciami porządek w rozgorączkowanych głowach tych, którzy nie potrafili uszanować i bezrefleksyjnie odrzucali miłość Ojca narodu. Ponieważ wodne cięgi nie na wiele się zdały, obrońcy ładu sięgnęli po wężowato giętkie i długie narzędzia perswazji bezpośredniej, i z wielkim przejęciem perswadowali zaprzańcom, że są zaprzańcami.
Tymczasem na platformie tronowej depozytariusz serc i umysłów narodu, pozwolił zabrać głos ministrowi wiedzy, piewcy prawdy jedynej i niepodważalnej, zwolennikowi umysłów prostych ale wiernych. Przejęty wagą misji raził za pomocą potężnych głośników podległych mu edukacyjnie bliźnich swoim twardym niczym pejcz głosem:
– Zapamiętaj, drogi narodzie, że nie istnieje dla uczciwego obywatela, czyli patrioty, inna droga rozwoju, jak ta prowadząca przez nasze królestwo, do królestwa bożego! Krótko mówiąc, Bóg musi wrócić na powrót pod strzechy szkół i każdej rodziny! Wszystko co sytuuje się poza kościołem, to nihilizm w najgorszej postaci. Nota bene inne postacie nihilizmu nie istnieją! A wszyscy, którzy odrzucą nasze miłosierdzie jednorodne z miłosierdziem bożym, skończą jak ten – minister wskazał za siebie na wielką klatkę – znany nam wszystkim, do niedawna kroczący z nami w jednym szeregu, a dzisiaj występujący przeciw nam… „zdrajca” Tomasz Terlikowski!
A teraz patrzcie i zapamiętajcie co czeka takich jak on. Szanowni księża, bracia nasi, ustawią nowiutką, dopiero co poświęconą przez biskupa gilotynę, i za chwilę na waszych oczach odejmiemy temu zaprzańcowi zdradziecką głowę ku ogólnej przestrodze i na chwałę Pana naszego! Radujmy się wszyscy! Weźmy się za ręce i chwalmy Pana śpiewem i tańcem! Grajmy Panu na harfie, grajmy Panu na cytrze, chwalmy śpiewem i tańcem Jego cuda tak fantastyczne! Kiwajmy się i śpiewajmy… śpiewajmy i kiwajmy się… śpiewajmy…
Nagle piekielną ceremonię przerwał czyjś krótki, ale donośny krzyk trwogi! To ja sam, wyrwany z koszmaru, spocony jak mysz w pazurach kota, siedziałem w wilgotnej, skotłowanej pościeli i ciężko oddychałem mrocznym, nocnym powietrzem. Dzisiaj już nie zasnę – pomyślałem i poszedłem do saloniku. Otworzyłem chłodne piwo i włączyłem telewizor. Trafiłem na powtórkę „Szkła Kontaktowego”, a w nim nadziałem się na skrót występu w sejmie posła Kowalskiego.
„Brawo!”, „Brawo!” – pokrzykiwał unoszony gorączkowym podnieceniem. – „Powstańmy wszyscy i podziękujmy naszym wspaniałym ministrom! Brawo! Brawo! Brawo…”
Tego było mi tej nocy już za wiele. Szklanka z piwem wypadła mi z rąk i pogrążyłem się w nieprzeniknionym mroku.






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)




