O mojej niemieckiej matce, polskiej siostrze i jej „niemieckim” mężu, także o moim Ojcu oraz o sprawach polsko-niemieckich (z mojego punktu widzenia)…
…a to dlatego, że ostatnio w Polsce (kiedy piszę te słowa, a jest grudzień 2022r.) rozlewa się fala złych opinii o Niemcach, Niemczech, także o Unii Europejskiej (że jest niemiecka). Wszystko to nie służy dotychczasowemu porozumieniu i współpracy z Niemcami, po tragicznej przeszłości, jaka miała miejsce w latach drugiej wojny światowej.
Podejmuję ten temat, gdyż jestem Polakiem, którym zawsze chciałem być (mimo, że urodziłem się w Berlinie) i pozostanę nim, co zawdzięczam w dużym stopniu swojej Matce, która w 1938 r. zdecydowała się na niemiecko – polskie małżeństwo z moim Ojcem! I…
stała się Polką „ z krwi i kości”!
To Jej zawdzięczam „polskie” wychowanie (gdyż mogło być przecież inaczej), co jest najlepszym dowodem na to, że polsko-niemieckie partnerstwo i współdziałanie jest możliwe.
Ona bowiem z miłości do Polaka (wiedząc o tym kim jest, i że do Polski będzie chciał wrócić) zgodziła się na „polskie” wychowanie swoich dzieci (miałem jeszcze młodszą siostrę) i dokonywała tego, mimo że w latach 1939-1948 mieszkaliśmy w Berlinie. Po czym razem z moim Ojcem (i oczywiście ze mną i moją siostrą), osiedliła się w Szczecinie, uznając Polskę za swoją drugą ojczyznę.
Był to – moim zdaniem – Jej świadomy gest osobistego zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone Polakom przez hitlerowskie Niemcy.
„Drogo” za to zapłaciła, kiedy utrudniano Jej przez długi czas (po śmierci Ojca w 1953r.) znalezienie pracy i okazywano ogólne lekceważenie i pogardę tylko dlatego, że była Niemką.
To zmusiło Ją w roku 1957 do wyjazdu z Polski i powrotu do Niemiec w rodzinne strony, gdzie jeszcze wówczas żyli Jej bracia.
Wyjeżdżała wtedy z Polski razem z moją młodszą siostrą, a dobrze tę chwilę pamiętam, z płaczem i żalem, tym bardziej, że ja nie zgodziłem się na powrót z nimi do Republiki Federalnej Niemiec.
Minęło potem ponad 15 lat, gdy już mniej więcej ułożyły się powojenne stosunki między PRL a Niemcami, jak ponownie spotkałem się z matką i siostrą! Poznałem ich mężów (gdyż matka moja ponownie wyszła po powrocie do Niemiec za mąż, a siostra poślubiła Hellmuta Müllera, wysiedlonego ze swoją babcią w 1945 r. z Przesieki (miejscowości położonej niedaleko Jeleniej Góry) w okolice między Hildesheim i Hannoverem.
A tak naprawdę, to nasze kontakty (moje i mojej rodziny) z matką, siostrą i ich bliskimi, wznowione zostały „na dobre”, dopiero po przemianach ustrojowych Polski, w roku 1990, a zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej.
Dopiero wtedy mogłem ze swoją rodziną bez przeszkód wyjeżdżać w odwiedziny do Ahrbergen (już wspomnianej miejscowości leżącej pomiędzy Hannoverem a Hildesheim), gdzie moja matka się urodziła i od czasu swego powrotu do Niemiec (podobnie jak moja siostra z mężem), mieszkali aż do ich śmierci.
(Razem dzisiaj spoczywają w pobliżu siebie – choć nie we wspólnym grobie – na małym „wiejskim”, przykościelnym cmentarzu w Ahrbergen. Ale dlaczego oddzielnie, wciąż pozostaje dla mnie zagadką).
Może dlatego, iż moja matka nigdy nie zapomniała mowy polskiej, używała jej, gdy przyjeżdżaliśmy w odwiedziny i nie wstydziła się swojej POLSKIEJ przeszłości! Kontynuowała ją także w swoim „drugim” domu (po ponownym zamążpójściu) w postaci tradycji kulinarnych i obyczajów, np. obchodów świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, imienin (gdyż w Niemczech głównie obchodzi się urodziny).
Odwiedzała także chętnie nas, wielokrotnie przyjeżdżając do Warszawy i nawet odwiedzając z nami moich teściów, mieszkających w Nidzicy na Mazurach… Chodziła z nami chętnie do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, w ogóle do teatrów, na koncerty i wystawy i oczywiście do przepięknych, nie tylko Jej zdaniem, warszawskich kościołów.
Wcześniej (gdy jeszcze żył mój Ojciec), w naszym berlińskim mieszkaniu często spotykali się Polacy, wśród których byli m.in. Edmund Jan Osmańczyk, Jan Koprowski i inni byli członkowie zarządu przedwojennego (rozwiązanego w III Rzeszy) Związku Polaków w Niemczech; także działacze powojennej „berlińskiej” Polonii. Wielu z nich także wróciło do Polski, osiedlając się m.in. w Szczecinie.
Do końca życia Mama (a zmarła w 2002r.) miała też w Polsce wielu znajomych i przyjaciół, z którymi pozostawała w listownym i telefonicznym kontakcie.
Poznała nie tylko rodziców i liczną rodzinę mojej żony, ale chętnie jeździła z nami na naszą działkę, odwiedzała oczywiście też grób mego śp. Ojca (o który dbają nadal w sposób nadzwyczajny Ela i Mirek Górni – moja szwagierka i szwagier, mieszkający do dziś w Szczecinie).
Na Jej pogrzebie w Ahrbergen do mogiły, w której spoczęła, dosypaliśmy z żoną woreczek polskiej ziemi przywiezionej specjalnie z tej okazji z Warszawy, mając żal do niemieckiego księdza, który żegnając Ją, nie wspomniał nawet słowem o Jej polskim, wieloletnim fragmencie życia. Uczyniłem to ja i mój szwagier (mąż siostry).
Ja uczyniłem to podczas mszy pogrzebowej,
a Helmut (jak miał na imię mój szwagier)
– podczas przyjęcia pożegnalnego po pogrzebie.
Mamo kochana pozwól, że raz jeszcze Cię z Magdą i naszymi dziećmi Anią i Hubertem w tym momencie pożegnamy,
Dziękując Ci za ODWAGĘ i Miłość, którą okazałaś nie tylko nam, ale i Polsce,
wierząc, że kiedyś nastąpi to
prawdziwe polsko-niemieckie przebaczenie i pojednanie,
aby zbrodnie dokonane przez hitlerowskie Niemcy na Polakach i Polsce
więcej nie się powtórzyły!
Dlatego też chyba nigdy nie miałaś do mnie pretensji, że pozostałem w Polsce, oddając się m.in. spełnieniu Twego osobistego marzenia, jakim powinna być pokojowa
współpraca i przyjaźń między Niemcami i Polakami.
Podobne życzenia płynęły do nas także ze strony mojej siostry i Jej męża!
Gdy przyjeżdżaliśmy do nich w odwiedziny (zwykle w okresie ferii letnich), „Helmutowie” stali zwykle przed swym domem, śpiewając na naszą cześć, pod wywieszoną polską flagą…
Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy…
Ania – moja siostra, poznała Helmuta w sąsiednim miasteczku; kupował codziennie u niej pieczywo, gdy pracowała przez pierwsze lata po przyjeździe do Ahrbergen w piekarni, która była własnością najstarszego brata Mamy.
Ich małżeństwo – oceniając je po latach – gdyż oboje od kilku lat już nie żyją, było bardzo udane.
On – wyraził zgodę na zaproponowane przez siostrę wprowadzenie do ich domu polskich zwyczajów odnośnie tradycji: świąt, spożywania m.in. wigilijnego karpia (mimo, iż Niemcy zwyczajowo jedzą w ten uroczysty wieczór – danie mięsne, a rybę w Nowy Rok);
Popierał też nasze dążenia do zbudowania trwałego pomostu porozumienia między Polakami a Niemcami
(ponad głowami NRD, z którym mu – jak i jego sąsiadom – nie było „po drodze”).
O Helmucie jeszcze napiszę, więc w tym miejscu najpierw kilka zdań o siostrze, która po mężu nazywała się Müller.
Stworzyła w Ahrbergen, z poparciem swego męża – prawdziwie POLSKI DOM! Rozsławiając nasz kraj nie tylko wśród miejscowych mieszkańców, ale i wśród licznych przyjaciół Jej męża, którzy chętnie odwiedzali ich dom jako, że Helmut był znanym dziennikarzem sportowym (niezależnie od pracy w dziale reklamy Volkswagena).
W ich domu w każdym razie
(czego z żoną byliśmy wielokrotnie świadkami),
z szacunkiem mówiło się, nie tylko o naszych sportowcach,
szczególnie piłkarzach (którzy przecież w Niemczech zdobyli kiedyś – III miejsce w świecie. Ale był to też czas sukcesów naszych kolarzy, bokserów, lekkoatletów), a…
przy okazji
– chwaląc polskich sportowców –
rozmawiano również z podziwem o dokonujących się w Polsce zmianach społeczno-gospodarczych,
przystąpieniu Polski do UE i…
rozszerzającej się współpracy z Niemcami.
Gdy siostra przyjeżdżała do Polski (na ogół z mężem i dziećmi) odwiedzali nie tylko nas w Warszawie, ale i
Kraków, Zakopane, Częstochowę, Poznań, Wrocław, Nidzicę (odwiedzając tam moich teściów), także
Śląsk z Zabrzem na czele (skąd pochodził nasz Ojciec),
a także Jelenią Górę (w której Helmut się urodził) i…
zawsze też obowiązkowo odwiedzali Szczecin, w którym oboje chodziliśmy do szkoły (po przyjeździe w roku 1948 z Berlina do Polski) i gdzie od roku 1953 nasz Ojciec spoczywa na Cmentarzu Centralnym.
Ania, przez wszystkie te lata, o których tu piszę, utrzymywała też przyjacielskie kontakty ze swymi byłymi koleżankami i kolegami szkolnymi.
W ogóle była
niezwykle dumna ze swego polskiego ducha, a
gdy już los spowodował, że ponownie znalazła się w Niemczech, najpierw
chciała wracać, ale zatrzymywały ją obowiązki związane z własnymi dziećmi, matką (gdy jeszcze żyła), pracą zawodową i… z czego byliśmy też zawsze dumni –
pomagania Polakom, którzy w Niemczech po wyjazdach (czy ucieczkach w stanie wojennym i wcześniej) z Polski,
szukając u „Müllerów” pomocy w poszukiwaniu pracy.
Przez długie lata siostra tryskała energią, a Jej dom z czasem (i to nie tylko po naszych pobytach) coraz bardziej wypełniał się polskimi pamiątkami, sztuką, wzornictwem, a nade wszystko klimatem, dialogiem kultur.
Jej dom stał się swego rodzaju OAZĄ powrotu do normalności w kontaktach między Polakami a Niemcami.
Aniu, NIGDY CIĘ ZA TO NIE PRZESTANIEMY KOCHAĆ!
Żyjesz nadal w naszej pamięci, w której przywołujemy Twój optymizm i Twoją wiarę w ludzi i ich DOBRO.
Bardzo boli nas, że Cię już nie ma.
Że się już nie spotkamy i nie będziemy mogli sobie nawzajem opowiedzieć o sprawach, które były przez te wszystkie minione lata treścią naszego życia!
Byłaś nie tylko piękną kobietą, kochaną siostrą, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem!
Jeszcze kilka zdań o naszym śp. Ojcu,
tym bardziej, iż mija 70 lat od Jego śmierci.
Do dziś nie mogę pogodzić się z Jego przedwczesnym odejściem,
miał zaledwie 40 lat (a ja niespełna 14).
Z wykształcenia – przypomnę – był lingwistą.
Przed 1939 rokiem pracował jako docent na Uniwersytecie Berlińskim i działał w Związku Polaków w Niemczech.
Po wojnie pracował w Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie, skąd
poprzez Urząd Repatriacyjny
wrócił (wraz całą rodziną tj. naszą Mamą, moją siostrą i ze mną)
do wymarzonej Polski!
Ale nie dostał pracy w żadnej z już działających wtedy w Szczecinie wyższych uczelni.
(Co bardzo przeżył, gdyż obiecywano Mu świetlaną przyszłość, w mającym powstać już wtedy uniwersytecie, który nie powstał),
więc do śmierci „wyżywał” się na podrzędnych stanowiskach związanych z doskonaleniem kadr, najpierw Urzędzie Morskim,
potem w Zarządzie Portu,
w Zakładzie Doskonalenia Rzemiosła,
a na końcu – w Szczecińskim Zarządzie Aptek.
Tato –
jeśli mnie w tej chwili słyszysz
– zawsze starałem się naśladować Ciebie, wypełniając Twoje marzenia
(o których, mimo mojego młodego wieku, często rozmawialiśmy).
Dumny jestem z tego, że Szczecin ma dziś uniwersytet, a Twój ukochany Śląsk, jest ważną częścią Polski! I…, że
Polska i Niemcy stanowią integralną część Unii Europejskiej, w…
ramach której realne jest dalsze pokojowe współistnienie
naszych państw i narodów,
gwarantujące Europie (a w szerokim rozumieniu tego słowa – także światu)
pojednanie i pomyślność.
A to, o co przez całe życie Ty zabiegałeś
– ja kontynuuję,
wierząc, że trudna i tragiczna przeszłość nie powróci już!
Dlaczego?
Gdyż Niemcy po brutalnej eksterminacji narodu polskiego
(nie tylko żydowskiego)
w latach 1939-1945, są nie tylko naszym największym partnerem handlowym,
ale państwem które bardzo aktywnie popierało starania Polski o uzyskanie członkostwa w UE!
Dzięki czemu nasz kraj (korzystając z unijnych przyznanych nam funduszy) odrobił w dużej mierze nie tylko dystans cywilizacyjny w stosunku do tzw. świata zachodniego, ale jest dziś państwem, któremu udało się:
– przełamać wiekowe uprzedzenia między Niemcami a Polakami,
– rozwinąć współczesną dynamikę partnerskich kontaktów,
zwłaszcza gospodarczych,
– doprowadzić do „normalności” wzajemne relacje,
zwłaszcza młodego pokolenia, już nie – obciążonego przeszłością,
choć daleko nam jeszcze do stanu idealnego,
Jestem za też za tym, aby
– zintensyfikować obecną wymianę młodzieży szkolnej (PAMIĘTAJĄC O TYM, ŻE poszczególne „Landy” – a nie rząd federalny (!)
– podejmują w tej sprawie samodzielne decyzje),
– dotyczy to również współpracy naukowej na poziomie akademickim, oraz
– wymiany kulturalnej, sportowej i turystycznej.
Przy okazji dziękuję b. rektorowi Akademii Humanistycznej w Pułtusku, prof. dr. hab. ADAMOWI KOSESKIEMU za wspieranie działań Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych Akademii oraz
popieranie jego współpracy ze Stowarzyszeniem „Ost-west-forum Gut Gödelitz”, którego efektem są m.in.
2 publikacje biografii polsko-niemieckich oraz
książka „Polska między Niemcami a Rosją”, a także
kilka znaczących, zorganizowanych wspólnie z Niemcami – konferencji naukowych.
Przy czym chodzi mi o to, aby wysiłek wielu zaangażowanych ludzi
(jak obok wspomnianego prof. Koseskiego, także m.in. profesorów: Tomasza G. Pszczółkowskiego, Piotra Roguskiego, Dariusza Wojtaszyna, redaktorów: Krzysztofa Czajki i Bartosza Wielińskiego, p. dr Ewy Łastowieckiej, dr Katarzyny Gawor, dr Marty Milewskiej
(i wielu, wielu innych),
a z niemieckiej strony m.in
prof. prof. Petera Brandta (syna Willi Brandta), Christiana, Pfeiffera, Rolfa Karbauma, p. Axela Schmidta-Gödelitz czy dr. Erharda Brödnera), ks. Josefa Krögera, Klausa Hohmanna, Julii Schuch i wielu innych,
zaangażowanych z potrzeby serca i przekonania
w pojednanie i współpracę polsko-niemiecką,
w duchu obowiązującego od ponad 25 lat Traktatu o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie.
Oby ten HISTORYCZNY TRAKTAT był nie tylko kontynuowany, ale też ROZWIJANY!
C.d. nastąpi i będzie miał tytuł
O Danielu Chodowieckim i ks. Josefie Krögerze










Przerośnięte ambicje polityków wielokrotnie na przestrzeni dziejów spowodowały nieszczęścia wielu rodzin .Obecnie oprócz trwającej wojny na Ukrainie toczą się nowe na razie ciche wojny na podlożu finansowym. Czy „Homo sapiens” to tylko wymysł biologów?
Ewa Łastowiecka
W krajach zachodnich młodzież po maturze, często robi sobie przed studiami roczną przerwę i szwenda się po świecie. Wynika to z głodu poznania dalekich zakątków świata, ułatwia dostępność dorywczej pracy na pokrycie kosztów. Mądrzy rodzice nie zabraniają, wiedzą, że taki rodzaj luki w nauce, zawiązywanie bezpośrednich kontaktów, radzenie sobie w sytuacji nowej, praca na kawałek chleba, przyniesie więcej korzyści niż niejeden uniwersytet.
Inaczej wyglądało życie pokolenia młodych w czasach II Wojny. Odbywali przyspieszony kurs dojrzewania. Zamiast przyjacielskiej otwartości napotykali wrogie bariery. Śmierć była codziennością. Stawali przed problemami, które nie powinny się pojawić, musieli podejmować decyzje, których nie powinni rozstrzygać. Przepędzani, wysiedlani z miejsca na miejsce. Powinni żyć, a ginęli. Takie były ich uniwersytety.
I nie jest to czas miniony. To się dzieje i teraz. Jesteśmy jak ONZ – przeciw, ale nie tak bezradni.