Ptaszki pięknie zanoszą się śpiewem, trawa wesoło rośnie, słońce coraz mocniej grzeje. Jest wiosna 1981 w Kampinoskim Parku Narodowym, na północ od Warszawy. Dookoła las.
Z żoną idę ścieżką w tym lesie, gdzieś w trójkącie między Łomiankami, Truskawem a Laskami. Cały czas dramatycznie dyskutujemy, czy na zawsze opuścić naszą ojczyznę. A ta jest od 1944 roku komunistycznej proweniencji. To była brzemienna w skutki dyskusja.
Dyskutujemy i dyskutujemy, argumenty pro i contra fruwają w leśnym świeżym powietrzu, strasząc wykluwające się ptaszki. W tym momencie widzę na ścieżce leżący nóż. Nota bene wyemigrowaliśmy na stałe parę miesięcy później.
Właściwie trudno to coś nazwać nożem. To taki kozik, niebywale prymitywny, widocznie zgubiony przez robotnika leśnego. Kozik ma uchwyt drewniany, bardzo już sterany wiekiem. Weteran pracy. Sam nożyk nawet dość ostry, u nasady troszeczkę zardzewiały. Prymityw okropny. Ostrze chowa się po zgięciu 180° do metalowej wąskiej szpary. Tylko jedno ostrze. Nic, absolutnie nic poza tym. Prostota.
Podniosłem z ziemi ten metalowy symbol ataku i obrony. Stał się refrenem naszej emigracji. Dlaczego? Zabraliśmy go ze sobą do „malucha”, czyli malutkiego „fiata”. Wyjechał ten chyba najprymitywniejszy nóż świata z nami latem 1981 przez Szwecję do Norwegii. A potem jesienią owego roku przez Niemcy do Austrii.
Ciągle nam towarzyszył. Przyzwyczailiśmy się do niego a on do nas. Zawsze bardzo pożyteczny. Kroił kromki chleba, smarował masło, najpierw cienko norweskie, z czasem grubiej austriackie…
Nóż-Nóż-Nóż
Zaczęliśmy podróżować, zmieniając kolejne emigracyjne adresy. Braliśmy go ze sobą na wyprawy zagraniczne. Stał się prostym użytecznym talizmanem, stopniowo czymś więcej niż nóż. Oczywiście był brany przez nas, jedynie wtedy, kiedy podróżowaliśmy samochodem. Miał w nim zresztą swoją skrytkę.
Czasem nawet się gubił. Ale o dziwo ponownie odnajdywał się nasz niemy towarzysz niegdysiejszych dysput „czy wyemigrować z PRL?”.
Do samolotu go nie braliśmy, wiedząc, iż detektor na każdym lotnisku wykryje go w torebce, położonej i popychanej przez specjalny tunel na taśmie kontrolnej. Nawet czyściłem i smarowałem jego rdzawe plamy tłuszczem. Nie wyobrażaliśmy sobie życia bez niego. W kolejno kupowanych samochodach znajdował zawsze swe miejsce, skrytkę – czekała na niego. Tam gdzie CD, albo w glove-box. Nasz ukłon rytualny wobec talizmanu.
Nadszedł rok 2022. Pojechaliśmy z żoną w okresie wiosenno-pandemicznym do Włoch pociągiem z Wiednia przez Graz, potem przez Słowenię do Triestu. Oczywiście nóż kampinoski tkwił w swej przegródce w mojej torebce na ramieniu. Na granicy Austria-Słowenia ani na granicy Słowenia-Włochy żadnych kontroli.
Po zwiedzaniu Triestu nastąpiła Wenecja a potem pobyt kilkudniowy we Florencji. Ponowne zwiedzanie wielkich sławnych muzeów. Po to tu przyjechaliśmy przecież! Po koniecznym kupieniu biletów nowocześnie online, ustawiam się w kolejce z biletem w dłoni przed „Uffizi”, głównym adresem wielbicieli sztuki tu nad Arno. A jednak, mimo online, trzeba stać! Stoimy jeszcze pod podcieniami, z dwustu turystami przed i trzystu za nami na zewnątrz budynku. Powoli posuwamy się. Na szczęście ciepło. Wreszcie jesteśmy przy wytęsknionych drzwiach po 40 minutach stojąc i posuwając się w kierunku wejścia.
Zbaraniałem na progu! Nie przewidziałem, iż tu jest jak na lotnisku. Patrzę do środka. Bramka kontrolna w holu, ostrzegająca przed metalami, bzycząca alarmistycznie oraz migocząca czerwonym światłem przy obecności ostrego metalu! Przede mną ludzie. Cholera, co mam robić? Ukochanego mojego noża przecież moimi rękoma nie wyrzucę. Puentę wszak znam: zaraz stracę nóż na zawsze. Oceniam, iż do punktu „bramka+taśma”, na której muszę położyć smartfon i torebkę, mam jakieś 2-3 minuty przy tym tempie posuwania się.
Wyciągam z kieszeni spodni chusteczkę, drugą ręką biorę nóż w dłoń, obejmując go czule. Upuszczam celowo czystą chusteczkę na brudną podłogę (nie odwrotnie!), klękam, biorę chusteczkę do jednej ręki a drugą wpycham nieduży nóż do buta. Podnoszę się z kolan. Nikt w kolejce niczego nie zauważył. Wszyscy wpatrzeni w bramkę kontrolną i policjantów. Żona zdenerwowana szeptem prorokuje mi do ucha marny koniec tej akcji: „-Zobaczysz! Włosi zaaresztują cię!” Podchodzę do punktu kontrolnego, kładę torebkę bez noża (jest w moim bucie) na taśmę. Patrzę, iż sama bramka ma taki cokół od dołu o wysokości 20 cm, a dopiero nad nim zaczyna się kontrolna metalowa „framuga”. Liczę na ten margines obuwniczy od dołu. Przechodzę. Uff! Udało się! Nic nie piszczało! Radość z turystycznego przestępstwa!
Wszedłem do światowej sławy muzeum „Uffizi” z nożem w skarpetce buta. Ale nóż uwierał i w pierwszej lepszej toalecie muzeum wyjąłem go z buta! Bardzo mu się obrazy na płótnie w solidnych ramach z perspektywy torebki podobały! W kolejnych salach nikt mnie przecież na ich progach nie kontrolował detektorem. A uratowany nożyk śpi w torebce!

Nóż-Nóż-Nóż
Tego samego dnia, po paru godzinach, utulony bohaterskim sukcesem, zapomniawszy, iż mam trefny nóż w torebce na prawym biodrze, poszedłem z żoną do „Bargello”, czyli do następnego muzeum o randze przybytku kultury narodowej we Florencji.
Tak, sytuacja kontrolna powtórzyła się. Tym razem bez kolejki, z biletami kupionymi ponownie nowocześnie online, wchodzimy z ulicy od razu do ciasnego przedpokoju. Centralny punkt to facet w mundurze z marsową miną i bramką detektorową i taśmą na przedmioty. To jego krąg władzy. Kładę torebkę na taśmę (nie było czasoprzestrzeni w tych kameralnych warunkach na sztuczkę z butem!), przechodzę przez bramkę. Facet zerka na ekran komputera i mówi spokojnie znudzonym tonem, jakby stwierdzał „Ale się ociepliło!” na cały głos, słyszany przez kolejnych turystów za mną: „-Ma Lei ha un coltellino nella borsa!”, czyli „-Ale pan ma nożyk w torebce!”. Zapamiętałem, iż powiedział właśnie „nożyk” a nie un coltello – „nóż”, gdyż od razu zobaczył w skali 1:1 niesztyletowe rozmiary mego prymitywnego scyzoryka. Myślę z podziwem: „Ale mają świetne detektory tutaj…”
I natychmiast, zabrawszy mi „kampinożyk”, podając mi znudzonym ruchem świstek z numerem „135”, dodał: „-Jak pan skończy zwiedzać muzeum, to pan tu do mnie wróci. Oddam panu nożyk!”. I tak też się stało! Po obejrzeniu cudownych skarbów sztuki, podszedłem do faceta w mundurze. Zwrócił mi nóż i było po krzyku… Nadal byłem właścicielem noża, towarzyszącego mi od Kampinosu przez Skandynawię do Austrii i Włoch przez 41 lat! Tyle ryzykanckich pokonanych sytuacji! Ciągle jestem właścicielem znalezionego pod Warszawą noża Anno Domini 1981. Los mi sprzyja…
Nóż-Nóż-Nóż
Ale nadszedł dzień wyjazdu z Włoch. Celowo napisałem nieprawidłowo „wyjazdu”, bowiem to nie był wyjazd, lecz „wylot”. Na śmierć zapomniałem, iż o ile przyjechaliśmy bez kontroli dwa tygodnie wcześniej do Włoch pociągiem, to dnia 21 kwietnia 2022 mamy odlecieć z Florencji bezpośrednio do Wiednia! Niekonwencjonalna podróż. Bilety lotnicze w kieszeni, skarpetki w butach, nóż w torebce. A odloty odbywają się samolotami, startującymi na lotniskach. A tam są kontrole typu „bramka dla ludzi + taśma na przedmioty”.
W myślach pożegnałem się definitywnie z moim kampinożykiem. Koniec! Tyle starań, potu, nerwów, sztuczek z butami – wszystko na nic! Pocałowawszy z afektem sterane drewno noża na pożegnanie, pogłaskałem go i włożyłem do torebki. Żona solidarnie przeżywała ze mną nadchodzący moment definitywnego rozstania. Czuła, iż kończy się ważny moment naszej emigracji. Żegnaj, żelazny przyjacielu! Detektor na lotnisku wykryje cię w mig, niestety! Nie bój się! Sam ciebie nie wyrzucę do kosza! Nie jestem świnią! Zrobią to legalnie za mnie Włosi!
Z hotelu taksówką na lotnisko florenckie. Kontrola dokumentów już była a teraz kontrola na taśmie. Torebka z nożem wjeżdża do tunelu. Moje serce łomocze się w sercu. Widzę – torebka wyjechała. I nic!! Nic nie piszczy. Nikt nie bierze mojej torebki do dodatkowej kontroli. Cisza! Uff! Nie wierzę tej chwili… Chwilo, trwaj wiecznie! Po drugiej stronie tunelu biorę drżącą ręką torebkę z obracających się rolek, wiedząc, jaki tam mam ostry skarb!
Incredibile! Inaudito! – „Niewiarygodne! Niesłychane!”
Uzbrojony w mój kampinoski prymitywny nóż, po wydarzeniach we Florencji, niczego się już na emigracji nie boję! Oczywiście, czekając na lot do Wiednia, rozparty w fotelu, ucałowałem go już w poczekalni lotniska we Florencji, udając przed innymi współpasażerami bawiącymi się smartfonami, iż wycieram sobie usta czystą chusteczką…
Wiesław PIECHOCKI, Florencja, lotnisko, 21 kwietnia 2022












