Prof. Tomasz Kaczmarek: Aktorstwo ma wiele wspólnego z polityką

0

– Polityk jest swoistym performerem, który musi zadbać nie tylko o swoją „mowę”, mimikę, gest i ruch, ale również o całość „obrazu scenicznego” – mówi w wywiadzie przeprowadzonym przez Pawła Rogalińskiego prof. Tomasz Kaczmarek, dramatopisarz.

Paweł Rogaliński: – Czym jest język teatru? Czy określenie „język teatru politycznego” jest pana zdaniem poprawne i czy słusznym jest porównywanie teatru z konwencjami i wiecami wyborczymi, a aktorów teatralnych z politykami?

Prof. Tomasz Kaczmarek: – Dzisiaj uważa się, że język teatru współczesnego to przede wszystkim ciało aktora, głos, ruch sceniczny, oświetlenie, efekty akustyczne i inne środki artystyczne składające się na spektakl; słowo zaś wykorzystywane jest w ograniczonym zakresie. Definicja ta odnosi się do – panującego od dłuższego czasu „stanu ducha”, bo na pewno nie estetyki – tak zwanego „teatru postdramatycznego”, w którym tekst jest, w mniejszym lub większym stopniu, jedynie pretekstem do realizacji scenicznej. Można by tu nieco złośliwie stwierdzić, że niektórym współczesnym nam politykom bliżej jest do tak pojmowanego „języka teatru”, w którym słowo, o ile występuje, stanowi akustyczny dźwięk, niczym głosowy ornament politycznego one man show. Nie chcę przez to powiedzieć, że współczesny teatr „postdramatyczny” niczego nie chce przekazać widzowi.

– Czyli na pierwszy plan wysuwa się przekaz niewerbalny?

– Pragnę jedynie zwrócić uwagę na fakt, że obecnie kładzie się większy nacisk na „cielesność”, „spektakularność” kosztem „literackości” tekstu dramatycznego, jak gdyby jedno miało przeszkadzać drugiemu.

– Jak to, pana zdaniem, wygląda w realiach politycznych i publicznych przemowach?

– Podczas konwencji czy wieców wyborczych dba się właśnie o ten wymiar widowiskowy bardziej niż w przeszłości. Niekiedy można odnieść wrażenie, że pewne spotkania polityka z wyborcami przybierają formę quasi spektakli (brylują w tym Amerykanie), gdzie główny bohater wychodzi na scenę, w świetle reflektorów i przy sugestywnej muzyce, niczym gwiazda muzyki pop. Właściwie należałoby tu mówić o koncercie gromadzącym licznych wielbicieli politycznego guru. Niektórym kojarzy się to z cyrkiem.

– Powrót do starożytnego panem et circenses – chleba i igrzysk?

– Politycy od najdawniejszych czasów, a szczególnie od czasów parlamentaryzmu, zawsze musieli zabiegać o głosy mas, uciekając się często do niezbyt uczciwych form perswazji, to strasząc, to wabiąc obietnicami bez pokrycia. Cel zawsze uświęca środki. Gustave Le Bon dokładnie to opisał. Dla niektórych jego „Psychologia tłumu” (1895) stała się wzorcowym podręcznikiem jak dorwać się do władzy, nie naruszając demokratycznych reguł. Od czasów publikacji tego poczytnego dzieła nic właściwie w tej materii nie zmieniło się. Dzisiaj wykorzystuje się najnowsze środki przekazu, jednak retoryka pozostała ta sama. Teatr często wykorzystywany był w celach propagandowych zwłaszcza od czasu, kiedy wzrosło znaczenie mas. W ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku zrodził się ruch robotniczy, który organizował wiece podczas np. w Uniwersytetach Ludowych, gdzie wygłaszane były płomienne mowy o niegodziwości systemu kapitalistycznego. Szybko zrozumiano, że sztuka jest lepszą formą agitacji niż najbardziej zagrzewające do boju przemówienie. Przedstawienia poruszające problemy ludzi wykluczonych mogły w rzeczy samej skuteczniej przyczynić się do emancypacji pokrzywdzonych klas społecznych. Rozumiał to Lenin. Twórcy sowieckiego imperium zależało na dotarciu do jak największej liczby odbiorców – żyjących przede wszystkim na wsiach analfabetów – teatr miał być tubą władzy przekonującą do nowego komunistycznego porządku. Tak rodziła się propaganda, choć trzeba tu wspomnieć, iż samo słowo „propaganda” nie posiada w języku rosyjskim negatywnych konotacji. Niemniej teatr agit-prop stał się, nie tylko w Związku Radzieckim, groźną bronią przeciw burżuazyjnej dominacji.

– Teatr musiał być więc potężnym narzędziem propagandowym…

– Siła teatru, kiedy kino jeszcze raczkowało, była nie do przecenienia! Teatr polityczny programowo stawia sobie bowiem za cel zwycięstwo pewnej ideologii. Jako narzędzie oddziaływania społecznego stworzył swój język, który bez wątpienia można porównać do różnych technik propagandy. W takim teatrze występują schematyczne postacie bazujące na bipolarności: dobry-zły. Ten pierwszy jest inkarnacją cnót, waleczności i miłości bliźniego, podczas gdy ten drugi jest przeciwieństwem wszelakich cech pozytywnych, podkreśla się jego chciwość, egoizm i okrucieństwo. Tak uproszczony rys postaci pozwalał łatwiej utożsamiać się widzom z bohaterem pozytywnym, wzbudzając niechęć wobec „czarnego charakteru”.

– Uprzedmiotowienie teatru i sprowadzenie go do roli tuby propagandowej musiało mieć jakieś negatywne skutki dla tego rodzaju sztuki widowiskowej, prawda?

– Podporządkowanie teatru ideologii grozi zazwyczaj utratą estetycznych walorów sztuki teatralnej. Niemniej, studiując francuski teatr sprzeciwu społecznego z przełomu XIX i XX wieku, napotkałem wiele dramatów, których bezdyskusyjna wartość była przemilczana przez prawie sto lat z powodów politycznych. Choć teatr ten antycypował pewne formalne rozwiązania teatru politycznego czy epickiego i propaganda nie była mu obca, to jednak jego „agitacyjność”, zdaniem Alain Badiou, pozbawiona była moralności. Nie stała za nim jednolita organizacja ideologiczna, teatr ten charakteryzował się wielogłosem. Według francuskiego filozofa i dramatopisarza nie brakuje sztuk ukazujących niedolę biednych i cudowne życie bogatych. To „litowanie się“ twórców nie przyczynia się bynajmniej do zmiany tego stanu rzeczy, a wręcz przeciwnie – utrwala niesprawiedliwy porządek społeczny, który postrzegany jest jako „naturalny” (pisał o tym Louis Althusser). Teatr powinien więc demaskować „Wielki Mechanizm”, który sankcjonuje owe niesprawiedliwości. Samo ich pokazywanie nie doprowadzi do zmian, a teatr powinien pobudzić świadomość krytyczną widza. Tego mogą też oczekiwać wyborcy od swych polityków.

– Dziękuję, to bardzo ciekawe spostrzeżenie. Powróćmy jednak jeszcze na moment do języka teatru – które jego elementy można odnaleźć na scenie politycznej, a których z kolei brakuje?

– W „Karierze Artura Ui” Bertolta Brechta jest scena, w której bezrobotny aktor udziela lekcji aktorstwa gangsterowi marzącemu o zdobyciu władzy nad bezrozumnymi masami. Na początku uczy go odpowiedniego sposobu chodzenia i przybierania gestów, które pomogą mówcy wstępnie zapanować nad tłumem i stworzyć stosowną atmosferę zanim zabierze głos. Co się zaś tyczy sztuki oratorskiej, to aktor poleca Szekspira: mowa Antoniusza przeciw Brutusowi to wzór ludowego przemówienia, stary a wciąż nośny, a zwłaszcza przekonujący. Tak więc Ui-Hitler musiał pojąć dwie podstawowe zasady, których skuteczny trybun musi przestrzegać: nie tylko to, co się mówi, ale jak.

– Bardzo interesujący przykład. W kwestii wykorzystania aktorstwa w polityce, warto przytoczyć postać prezydenta Ronalda Reagana, który był przecież zawodowym aktorem. Kiedy podczas wywiadów pytano go, czy aktor może być prezydentem, zawsze odpowiadał: „Zastanawiam się czasem, jak można być prezydentem, nie będąc aktorem”.

– Aktorstwo słusznie utożsamiano niegdyś z „krasomówstwem”, bowiem dobry aktor musiał opanować po mistrzowsku jeden z klasycznych elementów retoryki – wykonania (z łacińskiego actio lub executio). Przez wieki podziwiano nie tyle grę aktora, co jego kunszt deklamatorski. Widz po prostu słuchał aktora – tak było w okresie klasycyzmu, kiedy zachwycano się rytmem aleksandrynu. Z czasem odchodzono od deklamacji na rzecz codziennego sposobu mówienia, to jednak nigdy nie zrezygnowano ze specyficznej wyrazistości mowy scenicznej. Do dzisiaj studentów na wydziałach aktorskich uczy się emisji głosu, regulacji oddechu, poprawnego artykułowania każdej głoski.

– A czy politycy również powinni się tego uczyć?

– Owszem. Polityk musi mieć talent lub nauczyć się, jak wypaść przekonująco przed odbiorcami. Ważnym elementem jest intonacja – jeden z podstawowych środków ekspresji głosowej. Wytworny polityk wie, kiedy zrobić pauzę, aby jego audytorium mogło zebrać myśli lub ochłonąć po tym, co właśnie usłyszało. Czasami podnosi głos, aby zwrócić na siebie większą uwagę. Wreszcie polityk mógłby nauczyć się wiele ze sztuki aktorskiej w kwestiach „odpowiedniego” sposobu zachowania się na „politycznej scenie” – w tym jednak przypadku, musiałby się odwołać do historycznych konwencji. Jeszcze w XVIII wieku starano się przemieszczać po scenie „z gracją”, tak by nie zaburzyć iście malarskiej harmonii widowiska. Trzeba wspomnieć, że do pojawienia się naturalizmu (pod koniec XIX wieku) na scenach teatrów europejskich było nie do pomyślenia, żeby aktor wymawiał kwestie zwrócony plecami do widowni. Nie mógł jeść, pić, siadać w rozkroku, zakładać nogi na nogę, ani wykonywać innych uważanych za wulgarne gestów.

– Dotyczy to też polityków?

– Życie działacza sceny politycznej nie jest bynajmniej usłane różami. Powinien trzymać się ustawicznie na baczności, ponieważ oko kamery wychwyci każdy jego nawet nic nie znaczący grymas, który może przysporzyć mu kłopotów. Od polityka oczekuje się pewnej ogłady, a na pewno savoir-vivre’u. Jak wiemy, z tym różnie bywa. Być może politycy wiedzą, iż teatr zmienił się pod wpływem demokratyzacji stosunków społecznych, które przyczyniły się do odrzucenia przestarzałych konwencji: dzisiaj w teatrze można właściwie pokazać wszystko. Lub prawie wszystko. I politycy nie wahają się nam pokazywać nawet tyleż gorszących, co zaskakujących rzeczy, choć znaczna większość wciąż chowa się za fasadowością dobrych manier. Niech nas nie zmyli jednak przyjemna aparycja, stonowany język, radosny uśmiech polityka szczycącego się swoimi wybielonymi zębami – te atrybuty nie muszą od razu wyrażać jego „szczerości” czy „umiarkowania”, wszak Napoleon przestrzegał: „polityka to [tylko] gra pozorów”. W teatrze wiemy, że aktorzy udają i im bardziej nas „oszukują”, tym bardziej są przez nas nagradzani oklaskami. Z pewnością nie możemy powiedzieć tego samego o wyczynach polityków.

– Politycy których narodowości najlepiej posługują się językiem teatru, bądź też dobrze odnajdują się w sytuacjach szczegółowo wyreżyserowanych konwencji politycznych, scen przemów lub spotkań z wyborcami?

– Trudno jest mi powiedzieć, który naród najlepiej posługuje się językiem teatru. Choć pewne konwencje są uniwersalne, to jednak w szczegółach mogą się różnić: nie oczekuje się przecież tego samego od prezydenta Rosji, co od prezydenta Stanów Zjednoczonych. Śledząc różne zagraniczne media, można zaobserwować pewne cechy, które być może wynikają z charakteru danego narodu.

– Jak choćby?

– Włoscy deputowani są rozgorączkowani i trudno im utrzymać emocje na wodzy, dlatego są głośni, jak gdyby wszyscy wokół nich byli głusi, ale prezydentów mają już bardzo spokojnych, kulturalnych, elokwentnych i budzących zaufanie. Kiedy zabraknie argumentów posłom koreańskim lub ukraińskim (choć można przywołać tu również i inne narodowości), przechodzą płynnie do mowy ciała, atakując pięściami swych adwersarzy. Oglądając zaś francuskie media, szybko doszedłem do przekonania, że nad Sekwaną opanowano do mistrzostwa „nowomowę” czy też „drętwomowę”. Przysłuchując się wypowiedziom chociażby pewnych kandydatów z ostatniej kampanii prezydenckiej z 2017 roku (ale nie tylko!), nieomal popadłem w kompleksy, iż, pomimo, że zajmuję się od wielu lat literaturą francuską, to nie zawsze rozumiem języka Woltera. A przecież to język przejrzysty i logiczny, naznaczony filozoficzną jasnością Kartezjusza. Powiedzieć, że nic się nie rozumie, byłoby przesadą. Rozumie się poszczególne słowa, ba, nawet zawiłe zwroty, nierzadko kwieciste kalambury, krotochwilne neologizmy. Jednak za pięknymi słowami, długimi frazami pełnymi emfazy, czasami humorystycznymi wstawkami, często nie kryje się dosłownie żadna myśl, nawet nędzna. Potwierdzili to moi francuscy przyjaciele, którzy cierpią z tego powodu katusze. Na przeciwległym biegunie – i to dotyczy właściwie wszystkich krajów – plasuje się „bebechomowa”, gdzie, w przeciwieństwie do poprzedniej, prosta myśl jest nader wyeksponowana: nie jest wyrażana, lecz wręcz „wyryczana“ (bo z głębokości trzewi promieniująca). Im głośniej, tym lepiej. Nie trudno się domyślić, który typ mowy przypadnie do gustu, by rzec za Florianem Znanieckim, „potężnej fali ochlokracji”.

– Warto zaznaczyć, ze wspomniane elementy opisów pasują też do niektórych polityków z innych krajów.

– Zgadza się. Pomiędzy tymi wspomnianymi krąży „duszpasterska mowa”, która zapożycza elementy, w zależności od potrzeb, z dorobku dwóch powyższych – tę również można spotkać pod każdą szerokością geograficzną. Politycy uciekający się do tej formy mowy, wygłaszają niejako kazania (często z rycerskim zacięciem i przygryzionymi wargami), w których nakazują nie tylko swym wyborcom, ale całemu narodowi, jak mają żyć. Niczym współcześni ewangeliści pouczają, na czym polega patriotyzm, zdrowa rodzina, duchowa wędrówka człowieka po tym doczesnym łez padole. Ma to niewiele wspólnego z teatrem liturgicznym. Choć polityk pragnie uosabiać (personification) cnoty jak w średniowiecznych moralitetach, to zwykle jego „wzniosłość” zaczyna się i kończy na słowach. Czyny w tym przypadku nie zawsze idą w parze z przekonaniami – wszak wszyscy jesteśmy grzesznikami, a człowiek jest tylko człowiekiem. O urojeniach, na których stworzony jest system władzy, w porażający sposób opowiada Jean Genet w swym dramacie „Balkon”.

– Dziękuję. Mam jeszcze pytanie dotyczące Stanów Zjednoczonych. Czy długa lista amerykańskich aktorów-polityków, takich jak choćby wspomniany już prezydent Ronald Reagan, gubernator Arnold Schwarzenegger, gubernator Jesse Ventura, gubernator John Davis Lodge czy burmistrz Clint Eastwood może świadczyć o tym, że polityka i aktorstwo mają ze sobą wiele wspólnego?

– Kazimierz Dejmek musi przewracać się w grobie na myśl, że aktor – którego główną, jeśli nie najważniejszą rolą, jest granie na scenie – zasiada w ławach poselskich lub porywa się na bardziej eksponowane godności w państwie. W Polsce niektórzy aktorzy wspierają kandydatów podczas różnych kampanii, ale nie sądzę, żeby komuś przyszło do głowy, aby zostać, na przykład, prezydentem kraju.

– Trudno o Jarosławie i Lechu Kaczyńskich mówić jako o aktorach, ale mieli oni swoją filmową przygodę. Podobnie zresztą Paweł Kukiz. Choć zgadzam się, że nie byli to nigdy profesjonalni aktorzy… Czy zawodowy aktor miałby ułatwione czy utrudnione zadanie w zdobyciu pozycji lidera politycznego w Polsce?

– Nie wiem, czy nad Wisłą obdarzono by takiego kandydata zaufaniem społecznym. Polacy mogliby obawiać się, że aktor-polityk nie przestaje grać. Prawdę mówiąc, nie interesowałem się tym zagadnieniem, niemniej odnoszę wrażenie, że kariery polityczne aktorów to raczej domena Amerykanów. Na Starym Kontynencie nie znam podobnych przypadków, a na pewno nie dotyczy to wybitnych aktorów. Przychodzi mi do głowy jedynie Ciocciolina (ale uprawiała ona zgoła inny typ aktorstwa), która nawet założyła partię pod wiele obiecującą nazwą DNA (Demokracja, Natura, Miłość). Nie znam jednak losów tej inicjatywy.

– Dziękuję. Proszę jeszcze o kilka słów podsumowania – jak wiele wspólnego mają ze sobą aktorstwo i polityka?

– Linde w swym Słowniku języka polskiego (1854) wywodził słowo „aktor” z etymologii łacińskiej (od ago, agere – działać), które oznaczało osobę czynnie uczestniczącą w jakichś wydarzeniach. W tym kontekście aktorstwo ma wiele wspólnego z polityką. Dzisiaj powiedzielibyśmy nawet, że polityk jest swoistym performerem, który musi zadbać nie tylko o swoją „mowę”, mimikę, gest i ruch, ale również o całość „obrazu scenicznego”: odpowiednią salę, oświetlenie czy nagłośnienie – potrzebuje więc całego sztabu ludzi, nie wykluczając fryzjerów czy wizażystów, z pewnością również dentystów, a czemu nie i psychiatrów. Tak jak aktor swoją grą musi wywołać wrażenie prawdy scenicznej, tak i polityk powinien być wiarygodny. O ile jednak sprawne „podawanie się za kogoś innego” (impersonation) świadczy o talencie aktora, to już w przypadku polityka ów zabieg może okazać się niebezpieczny dla społeczeństwa, a czasami zgubny nawet dla niego samego.

– Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Poprzedni artykułPrzyjazne stosunki G. H. W. Busha z W. Jaruzelskim
Następny artykułModa męska: pytania i odpowiedzi
Paweł Rogaliński
Paweł Rogaliński jest politologiem, filologiem, rzecznikiem prasowym organizacji pozarządowej oraz twórcą Przeglądu Dziennikarskiego. Od 2015 roku należy do prestiżowej grupy Światowych Odpowiedzialnych Liderów Fundacji BMW Stiftung Herbert Quandt. Za swoje osiągnięcia nagradzany na całym świecie, m.in. w Londynie, Berlinie, Rio de Janeiro, Warszawie, Brukseli i Strasburgu. Ukończył następujące kierunki studiów na Uniwersytecie Łódzkim: stosunki międzynarodowe: nauki polityczne, zarządzanie oraz filologię angielską, osiągając przy tym ogólnokrajowe sukcesy naukowe (m.in. Studencki Nobel). Obecnie przygotowuje rozprawę doktorską w Londynie poświęconą popularności politycznej w krajach anglojęzycznych. Jego ostatnia książka pt. „Jak politycy nami manipulują. Zakazane techniki” (Wydawnictwo Sorus, Poznań 2013) z powodu dużej popularności doczekała się dodruku już w kilka miesięcy po wydaniu. Więcej na stronie oficjalnej: www.rogalinski.eu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here