(Przedstawiam kolejny fragment mojej nowej książki, która ukaże się w najbliższym czasie)
Zanim przejąłem we władanie peryferyjne dotąd czasopismo „Wychowanie”, będące w tym czasie i w kilku latach następnych organem prasowym Zarządu Głównego Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej, długo rozglądałem się po ówczesnym czasopiśmiennictwie szukając dobrego pierwowzoru dla realizacji moich ówczesnych, ambitnych zamiarów w dziedzinie wydawania czasopisma pod moim kierownictwem. Z natury rzeczy, uwaga moja zatrzymała się na robiącym wtedy coraz większą karierę tygodniu „Polityka”, które zajmowało w ówczesnym moim życiu coraz bardziej wzrastającą rolę. Nie byłem wtedy zorientowany, że powstało ono na podstawie decyzji z 2.II.1957 roku Sekretariatu KC PZPR, a obsadzając na stanowisku jej redaktora naczelnego prof. Stefana Żółkiewskiego(1), nadano jego powołaniu odpowiednią rangę, do której ja nie mogłem równać w żadnym stopniu w czasie mojej realizacji koncepcji czasopisma, które pragnąłem wydawać. Wiedziałem jednak też doskonale, że w kształtowaniu kierunków rozwojowych mojej ojczyzny, czasopismo to już wtedy odgrywało i zapewne będzie nadal odgrywać niezwykle doniosłą i wzrastającą rolę. Potwierdzało się to już w historii wydawanie słynnego czasopisma „Po prostu”, które wcześniej osobiście znałem i nawet dość często odwiedzałem. Do którego nawet napisałem i opublikowałem w nim kilka peryferyjnych, mało znaczących artykułów, ale w którego historii nie odegrałem większej roli. Ale już wtedy mogłem się przekonać, że czasopismo może odegrać niezwykle ważną rolę w kształtowaniu generalnego oblicza mojej ojczyzny. Dlatego też kupowałem i z uwagą czytałem każdy numer nowo wydanego egzemplarza „Polityki” i myślałem o tym, jak przejąć we władanie jakieś czasopismo (lub stworzyć nowe) i uczynić z niego ważny instrument realizacji już wtedy założonych przeze mnie celów. Zainteresowanie moje „Polityką” po odejściu z niej Stefana Żółkiewskiego i przejęcie funkcji redaktora naczelnego Mieczysława Rakowskiego, nie tylko nie zmalało, ale wzrosło zwłaszcza, gdy w moich rękach znalazło się czasopismo „Wychowanie” ze swoim maleńkim bo wynoszącym zaledwie parę set egzemplarzy faktycznie rozchodzącym się nakładem i raczej opartym na rozdawaniu, niż rozprowadzanym poprzez jego prenumeratę choćby docierającą do szkół i innych placówek oświatowo – wychowawczych oraz jego sprzedaż w kioskach „Ruchu”. Ale moje zainteresowania ewolucją „Polityki” nie tylko ostatecznie nie malało, a wzrastało po rozpoczęciu wydawania „Wychowania”. Zwłaszcza, że dochodziły do mnie coraz częstsze informacje dotyczące tego, iż im bardziej czasopismo „Wychowanie” legitymowało się coraz większym nakładem, a ja w nim coraz skuteczniej inspirowałem w mojej ojczyźnie patriotyczne wychowanie to tym większe budziło zainteresowanie Mieczysława Rakowskiego oczywiście jako redaktora naczelnego „Polityki”. Nie można przy tym powiedzieć, aby Mieczysław Rakowski wydając czasopismo o całkowicie odmiennej orientacji ideowo – politycznej niż moje „Wychowanie”, wchodził na jego łamach w polemikę z „Wychowaniem”. Natomiast publikował wiele obraźliwych sądów na temat „Wychowania” oraz publikował w swoich książkowych biografiach oceny wręcz ubliżające mnie osobiście. Owe sądy i oceny, które coraz wyraźniej i pełniej do mnie dochodziły, powodowały, że moje zainteresowanie tym czasopismem nie malało a w efekcie radykalnie wzrastało. W jeszcze większym stopniu zainteresowanie z mojej strony wzrastało, gdy na łamach poszczególnych tomów wydawanego pamiętnika, Mieczysław Rakowski nie odmawiał sobie czynienia różnych uwag na mój temat, wręcz porównując mnie do hitlerowskich nazistów bez opamiętania zafascynowanych swoją niemiecką ojczyzną i potrzebą jej bardzo służenia. Tymczasem tygodnik „Polityka” pod kierownictwem wspomnianego Mieczysława Rakowskiego coraz bardziej specjalizował się w wychwalaniu rozwiniętych krajów kapitalistycznych na czele z USA, a w pamiętnikach jej redaktora naczelnego pojawiały się coraz bardziej oszczercze teksty próbujące dyskwalifikować moją osobę i przedstawiające na mój temat różne całkowicie wymyślone informacje oraz wręcz obelgi. Przy tym jeśli dla mnie było zrozumiałe, że znaczna część ówczesnej prasy dość bezkrytycznie odnosiła się do ówczesnych rozwiniętych krajów kapitalistycznych, to ograniczone dystansowanie się jej pod tym względem dokonywane systematycznie przez czasopismo „Polityka” wydawało się dziwne i godne głębszego zastanowienia. Zwłaszcza dotyczące przyczyn tego faktu. Była też dla mnie niezrozumiała łatwość, z jaką Mieczysław Rakowski docierał do zagranicznych przedstawicieli politycznych, którzy udzielali mu przeróżnych wywiadów, świadczących o popieraniu go mimo, że przecież reprezentował świat komunistyczny, rzekomo przez wszystkich jego przedstawicieli ostro zwalczający kapitalizm, a zwłaszcza największą ówczesną i współczesną jego potęgę w postaci Stanów Zjednoczonych. Tylko częściowo można to było wytłumaczyć tym, że był mężem jednej z najwybitniejszych skrzypaczek ówczesnego świata w osobie Wandy Wiłkomirskiej, (której moja ówczesna żona była lekarką osobistą) która była narodowości żydowskiej, która wspomniane kontakty mogło mu znacznie ułatwiać ale bynajmniej nie mogła je skutecznie na szeroką skale rozwinąć. Tym bardziej nie mogło to być pełnym wytłumaczeniem efektywności tych kontaktów M .Rakowskiego, bo czasopismo „Polityka” było usytuowane w kręgu prasy komunistycznej formalnie przynajmniej zorientowanej bardziej na afirmację ustroju socjalistycznego pozostającego w ostrym konflikcie z ówczesnym kapitalizmem, niż pozostającego w orbicie wspierania jakiegokolwiek ogniwa świata kapitalistycznego nie mówiąc o wspieraniu i popularyzacji USA jako czołowego mocarstwa ówczesnego kapitalistycznego świata. Przy jednoczesnym zachowaniu zwłaszcza na łamach tego czasopisma ścisłej wstrzemięźliwość w prezentacji ZSSR.
Zatem na terenie jednego z krajów socjalistycznych miała miejsce specyficzna prasowa oaza w postaci tygodnika „Polityka”, która korzystała z wielkiego poparcia nie tylko czołowego mocarstwa kapitalistycznego w postaci USA, ale jak się potem okazało też wielkiego, głębokiego, realnego wsparcia ze strony Izraela, który nie tylko wiernie służył całemu ówczesnemu kapitalizmowi, ale posiadał szczególnie bliskie powiązania z amerykańskim centrum ówczesnego kapitalizmu. Wręcz coraz bardziej się stawał jego odnogą która coraz mocniej wstrząsała ciałem głównego korpusu całej tej konstrukcji. Na dodatek tego wszystkiego zainteresowanie moje czasopismem „Polityka” zwiększał fakt, że na czele tego znaczącego organu prasowego PRL stał chłopski syn bauera bydgoskiego(2). (…) A na dodatek był niezwykle zaciekły w zwalczaniu takich osób jak ja, które chciały w powojennej Polsce rozwoju o wiele większej narodowej identyfikacji ogółu ludności naszej ojczyzny, niż miało to miejsce dotąd? Pytanie takie nie tylko mnie interesowały, ale też znajdowały się w sferze zainteresowania wśród wielu innych osób, które starały się rozwikłać tę trudną do rozwikłania zagadkę. Ponieważ na mój temat a zwłaszcza na temat mojego oblicza ideowo-moralnego i mojego rzekomego nacjonalizmu w swych publikowanych pamiętnikach wspomniany Mieczysław Rakowski napisał tyle dyskwalifikujących mnie sądów, pragnąłem z przyjemnością odwzajemnić mu się podobnym zainteresowaniem rozwikłując skutecznie wspomnianą zagadkę historyczną jego dotyczącą. Nie tylko mnie to interesowało. Jeden z pracowników „Polityki” został w niej zatrudniony tylko po to aby tę zagadkę rozwiązać. Udało mu się. Był inteligentniejszy niż większość pracowników tego tygodnika (…). W rezultacie jego śledztwa okazało się, że ojciec Mieczysława Rakowskiego, dość zamożny gospodarz majątku rolnego usytuowany przed 1939 rokiem na ziemi bydgoskiej, udawał się przed II wojną światową na targi rolnicze do Poznania, i tym sposobem po drodze poznał konduktorkę kolejową, w której się radykalnie zakochał. Problem polegał tylko na tym, że konduktorka ta była żydowskiego pochodzenia i jej pojawienie się w gospodarstwie ojca Mieczysława Rakowskiego, mogło wywołać ostracyzm wobec niego wśród miejscowych gospodarzy zorientowanych nie tylko nacjonalistycznie, ale wręcz antysemicko. Zatem przed ślubem przyszła matka Mieczysława Rakowskiego przemalowała swoje włosy na blond i głęboko zakamuflowała tym samym swoją narodowościową przynależność. Gdy ojca Mieczysława Rakowskiego wraz z jego rodziną składającą się z jego żony ale i syna przesiedlono z bydgoskiego do Poznania w czasie II wojny światowej, już nikt nie podejrzewał jego matki o żydowskie pochodzenie. A tym samym jej syna też o takie pochodzenie. (…) Natomiast po II wojnie światowej, Mieczysław Rakowski wstąpił do Oficerskiej Szkoły Kontrwywiadu Wojskowego w miejscowości Wesołej pod Warszawą i zaczął w centrach tych organów po jej ukończeniu pracować. (…) W sumie więc zagadka historyczna się wyjaśniła, a Mieczysław Rakowski (…) [uzyskał – przyp. red.] w tym czasie różne stanowiska polityczne w PRL łączne ze stanowiskiem premiera PRL ale też pierwszego sekretarza KC PZPR.
Natomiast pod jego kierownictwem funkcjonując ulubiona przez niego „Polityka”, otrzymując w prezencie do druku pamiętniki Eichmanna z Izraela wylansowała się z nisko nakładowego na największy pod tym względem tygodnik wysokonakładowy wychodzący w PRL. Znamienne, że siły prokapitalistyczne (…) wspomnianego tygodnika „Polityka” nie tylko nie zlikwidowały, ale funkcjonuje do dziś i ma się całkiem dobrze do dnia dzisiejszego (…). Zespołowi temu został przekazany ten tygodnik na własność po 1989 roku przez ówczesne władze polskie. Komu on naprawdę służy miałem okazję tego doświadczyć, gdy na jego łamach bezpośrednio oskarżony zostałem, że dla założenia Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej musiałem ukraść znaczne sumy pieniędzy(3). Nie ustosunkowując się osobiście do tego zarzutu w moich publikacjach na te tematy, w pełni natomiast wylegitymowałem się z przychodów, które mi umożliwiły założenie i rozwój WSSE w Warszawie. Szerzej o finansowaniu narodzin Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej w Warszawie napisałem natomiast w mojej książce „Pod górkę”(4).
—
Przypisy:
- Profesor Stefan Żółkiewski to czołowy polityk powojennej Polski żydowskiego pochodzenia aktywnie działający w PPR zarówno w czasie okupacji hitlerowskiej jak zwłaszcza pierwszych .powojennych latach a szczególnie w okresie 1948-1956 oraz kontynuujący nieprzerwalnie swoją dużą aktywność po 1956 r. Należał do czołówki działaczy PPR po II wojnie światowej pełniąc w niej ważne funkcje między innymi ministra szkolnictwa wyższego i nauki ówczesnego jednego z rządów PRL .Należał do ścisłego kierownictwa orientacji puławskiej w dziejach PPR i PZPR.
- Przez bauera bydgoskiego, rozumiemy bogatych posiadaczy ziemskich rejonu bydgoskiego, którzy przed 1939 rokiem byli ostoją nacjonalistyczno – endeckich orientacji w ówczesnej Polsce.
- Oskarżenie mojej osoby na ten temat opublikował na łamach czasopisma „Polityka” ówczesny etatowy, wieloletni pracownik, obecnie nie żyjący tego tygodnika Władysław Markiewicz (nie posiadający żadnego związku rodzinnego z Władysławem i Stanisławem Markiewiczem pozostającymi do końca życia moimi przyjaciółmi). Publikacja wspomnianego Władysława Markiewicza ukazała się w „Polityce” NR 43 (2475) z 23 .10.2004.
- Wojciech Pomykało „Pod górkę. Pamiętnik i refleksie naukowe” Wydawnictwo Fundacji Innowacja, Warszawa 2012.






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)






Dobrze byłoby, gdyby autor przeczytał biografię polityczną Mieczysława F. Rakowskiego, napisaną przez Michała Przeperskiego, wydaną przez IPN w 2021 roku, zanim będzie publikował swoje bzdury.
Zaleconą mi do lektury książkę pana Michała Przeperskiego, zawierającą biografię Mieczysława F. Rakowskiego, przeczytałem dokładnie. Nie rozumiem, dlaczego ja mam przyjmować bez weryfikacji opis tej postaci zawartej w cytowanej książce? Mam inny pogląd na tą postać. Proszę o wykazanie moich błędów w jej prezentacji. A może w cytowanej książce są zawarte bzdury, a nie w moim tekście? Bez konkretów nasza polemika jest bezprzedmiotowa.
Z poważaniem
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem fragment książki profesora Pomykało dotyczący tygodnika „Polityka”, ale na koniec pozostałem z mieszanymi uczuciami. Otóż pamiętam czasy tamtej „Polityki” i czasy premierostwa Mieczysława Rakowskiego. Czytelnik ówczesnej prasy miał do wyboru, oprócz dzienników regionalnych” „Trybunę Ludu”, „Tygodnik Powszechny”, „Przyjaciółkę”, 'Świat”, „Kulisy” ( pierwszy polski tabloid ), „Ty i Ja” – w świetnej, nowatorskiej jak na tamte czasy oprawie graficznej, „Dookoła Świata”, „Świat Młodych” i wiele innych tytułów. Jednak prawdziwie polityczny, bez względu na to, jak dzisiaj określimy jego profil, był tygodnik „Polityka”. Pamiętam jak bardzo dezinformujące były artykuły dotyczących aktualnych, gorących wydarzeń w innych tygodnikach i prasie codziennej, w porównaniu z tymi z „Polityki”. Nawet jeśli Mieczysław Rakowski nie ujawniał całej prawdy tamtych zdarzeń. A jak jest dzisiaj? Przy prawicowej prasie i telewizji, redaktor „Polityki” może uchodzić za rycerza prawdy! Poza tym, jeżeli tak mocno afirmuje się swoje sympatie i antypatie, polityczne i rasowe, to trzeba pamiętać, że spowodują reakcję – na przykład moją. Co ma do rzeczy historia miłości i małżeństwa z Żydówką ojca Mieczysława Rakowskiego. I jeszcze to: Syn(M.R.) bogatego bauera bydgoskiego stanął na czele znaczącego organu prasowego PRL. Wychodzi na to, ze podobnie naganny jest życiorys i obecna funkcja premiera Morawieckiego. Wyciąganie komukolwiek korzeni semickich jest kompromitacją i niegodnym zachowaniem kogoś tak zasłużonego dla nauki, jak profesor Pomykało. Biedny Rakowski nawet wybitną skrzypaczkę światowej sławy miał niesłusznej krwi. Wybitni naukowcy i humaniści, powinni patrzeć dalej, niż w rodowody współobywateli, ponieważ szumowiny, szubrawcy i przestępcy rodzą się, od czasów biblijnych, w każdej społeczności. Idąc dalej drogą prostych skojarzeń, ale nie będę nazbyt złośliwym, przypomnę Panu kontakty z Instytutem Pedagogiki Ogólnej Akademii Nauk Pedagogicznych ZSRR, gdzie obronił Pan pracę habilitacyjną. Trudno dzisiaj tulić do pedagogicznej piersi tamtą, radziecką, ale takie były czasy i takie ludzkie (naukowców także ) losy. Nie będę się dłużej rozpisywał, ponieważ nie czuję się kompetentny w sprawach pedagogiki, ale czuję się kompetentny w sprawach zwykłej przyzwoitości. A dla tych, którzy nie mogą przeżyć obecności Żydów w wielu przeszłych i obecnych dokonaniach, powiem tylko, że gdyby zdrowa, słowiańska pięść nie przegoniła ich z naszej wspólnej ojczyzny, bylibyśmy dzisiaj o wiele wyżej w hierarchii politycznej, gospodarczej i przede wszystkim naukowej. Z wyrazami szacunku dla profesora Wojciecha Pomykało i dla czytelników „Przeglądu” – Szymon Koprowski.