(Choć przyjaciół – jak m.in. w/w twórcy – miałem oczywiście w swoim życiu więcej)
Przede wszystkim należała do nich także: Bronisława Wilimowska – Szlekys (o której piszę jednak oddzielną książkę, której fragmenty ukazują się w PD, więc nie muszę o niej pisać w tym miejscu).
Do grupy naszych (gdyż również i mojej żony) bliskich przyjaciół należał też Wojciech Pykosz – b. zast. red. nacz. „Życia Literackiego” i jego mama – Jadwiga, która dopiero pod koniec swego życia zaczęła malować znakomite miniaturowe pejzaże, szczególnie „górskie”, z powodzeniem wystawiane w latach 80. ub. wieku, m.in. w Warszawie, Krakowie i Zakopanem.
Naszym bliskim przyjacielem był też Henryk Albin Tomaszewski (jedyny w swym rodzaju w polskiej sztuce współczesnej „rzeźbiarz w szkle”), oraz takie Indywidualności twórcze, jak: Eugeniusz Eibisch, Tadeusz Kulisiewicz, Władysław Hasior, Zbigniew Lengren, Michał Sprusiński, Wojciech Siemion, Urszula Plewka-Schmidt, Andrzej Kreutz-Majewski i… jeszcze wiele, naprawdę wybitnych osobowości z niemal wszystkich dziedzin sztuki i twórczości ( w tym sztuki ludowej i amatorskiej twórczości artystycznej). A jeśli chodzi o nasze aktualne blisko-przyjacielskie znajomości, kontynuujemy je m.in. z Andrzejem Fogttem, Marią Wollenberg-Kluzą, państwem Ewą i Józefem Łastowieckimi, Zofią Tyszkiewicz, profesorami UMFC Elżbietą Gajewską i jej mężem Tadeuszem Gadziną. Do grona tych osób zaliczamy też Jana i Izę Chruślińskich, Zbigniewa i Halinę Okoniów, Szymona i Wiesławę Koprowskich. Także nasze kochane „szwagrostwo” – Elżbietę i Mirosława Górnych mieszkających w Szczecinie.
W ogóle trudno byłoby sobie wyobrazić nasze obecne „życie” bez nich, zwłaszcza kiedy jesteśmy już na emeryturze (choć na bezczynność nadal nie narzekamy).
To grono przyjaciół, na pewno pospieszyłoby nam w razie potrzeby z pomocą (także my im), ale przede wszystkim sprawiają, że nadal jesteśmy w „ruchu życiowym”, czujemy się potrzebni, doinformowani o problemach, którymi żyje nasz kraj, Europa i… w ogóle świat.
Oni też – obok naszych dzieci, wnuków i krewnych – stanowią naszą szeroko rozumianą RODZINĘ, a ci, którzy już nie żyją – pozostają w naszej dozgonnej i życzliwej pamięci, jak np.
Eryk Lipiński.
Człowiek legenda, „instytucja”, satyryk i karykaturzysta, grafik, także autor piosenek, a przede wszystkim wielu niezwykłych dowcipów rysunkowych; ongiś redaktor naczelny popularnego przed laty pisma satyrycznego „Szpilki”. Pomysłodawca i twórca Muzeum Karykatury (przy ul. Koziej) w Warszawie.
Był też (o czym nie wszyscy już pamiętają) projektantem niektórych dekoracji do telewizyjnych kabaretów Olgi Lipińskiej. A wcześniej jeszcze, twórcą związanym z kabaretem „Dudek” Edwarda Dziewońskiego.
Będąc z nim w przyjacielskich kontaktach, skorzystałem wiele z Jego wiedzy i pasji w podejmowaniu spraw związanych z poprawą warunków pracy środowiska plastycznego. Poznałem też wielu byłych i wtedy aktualnych polityków (np. Józefa Cyrankiewicza), którzy chętnie przychodzili na wernisaże „na Kozią”, a nade wszystko – podobnych Erykowi, zaangażowanych społecznie artystów plastyków, także ze środowiska teatralno-telewizyjnego, krytyków sztuki i pisarzy.
Według legend rodzinnych dalekimi przodkami rodziny Eryka Lipińskiego byli Tatarzy, jeńcy wojenni którzy w roku 1605 otrzymali polskie szlachectwo. On sam, choć urodzony w Krakowie (w 1908r.), uważał się przez całe swoje życie za rodowitego warszawiaka; uczęszczał najpierw do słynnej Szkoły Rysunków im. Wojciecha Gersona, a potem ukończył warszawską Akademię Sztuk Pięknych.
Zbliżył nas także do siebie sport. Eryk grał m.in w siatkówkę w drużynie, która zdobyła mistrzostwo Polski. Grał też świetnie w ping-ponga i… nawet komentował – jako znawca piłki nożnej – Mundial ’82! Pozostawił po sobie arcyciekawą galerię karykatur sportowych mistrzów, którą na pewno warto byłoby wznowić.
Marzy mi się też, abym mógł w książce o nim utrwalić Jego przebogatą spuściznę – jako twórcy i społecznika. Starczyłoby na kilka albumów.
Podobny charakter miała też moja przyjaźń z Krzysztofem Gąsiorowskim,
która też miała niemały wpływ na moje działania kulturalne, począwszy od Warszawskiej Jesieni Poezji i Warszawskiej Książki Miesiąca, a skończywszy na sesji stołecznej Rady Narodowej nt. rozwoju kultury w Warszawie.
Krzysztof walczył jak lew o kontynuację zawieszonych w okresie stanu wojennego pism literackich, festiwali, równouprawnienie dla wydawnictw, m.in. działających w tzw. II obiegu. Zabiegał też o dofinansowywanie tomików poetyckich, debiutów literackich, a nade wszystko dążył do uchwalenia nowego demokratycznego prawa autorskiego i likwidację cenzury.
Był w tych zagadnieniach – co chciałbym podkreślić – służących nie tylko literaturze i środowisku literackiemu (ale wszelkich działań kulturalnych), działaczem niezwykle odważnym, choć choroba, która niebawem doprowadziła go do przedwczesnej śmieci, mocno dawała mu się we znaki.
Krzysztofie, przyjacielu niezawodny – oddaję Ci za te działania swój głęboki hołd, w tym także za Twoje osobiste dokonania jako poety, eseisty i pisarza. A nade wszystko, za niedającą się określić słowami postawę społeczno-patriotyczną (byłem tego naocznym świadkiem, m.in. jako dyrektor stołecznego Wydziału Kultury, a potem departamentu Książki w MKiS, kiedy Ty byłeś zastępcą red. nacz. „Poezji” i prezesem warszawskiego oddziału ZLP oraz przewodniczącym Komisji Kultury Stołecznej Rady Narodowej). Wielka chwała Ci za podjęcie się – w tamtym czasie – tych wszystkich funkcji.
I tylko żal, że podobnie jak Eryk Lipiński, także nie doczekałeś się dotąd monografii, która potwierdziłaby sens Twojego życia i społecznego działania na rzecz kultury; także dokumentowała Twój talent literacki i… Twoje romantyczne wizje tego wszystkiego, co ludzkie, składa się na państwo i… wzbogaca naród. A to właśnie KULTURA.
Dumny jestem Krzysztofie, że mogłem Cię poznać, zdobyć Twoje zaufanie i przyjaźń, a przede wszystkim być z Tobą bezpośrednio w wielu sytuacjach służebnych wobec potrzeb środowisk twórczych, rozwoju i upowszechniania literatury, ale także teatru, muzyki i sztuk plastycznych…
Dodam jeszcze – choć było to już bardzo dawno temu, w ramach istniejącej wtedy „sceny teatralnej” w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu (należącego dziś do ZLP i SPP) – miałem możność przysłuchiwania się jednej z Twoich sztuk pt. „Mała cząstka innych ludzi”. Spektakl prezentowali wówczas Krystyna Królówna i Roman Bartosiewicz, a wspominam o tym spektaklu dlatego, iż to właśnie Ty pozostaniesz na zawsze (nie tylko dla mnie) taką… „małą cząstką innych ludzi”, człowiekiem zmagającym się z życiem, by go nie przegrać, a poświęcić innym. I to Ci się udało!
Na pewno pozostanie w polskiej literaturze współczesnej wiele Twoich utworów, tomików poetyckich i książek, jak m.in. „Z punktu widzenia UFO” czy „Wyprawa ratunkowa”. Pozostaniesz też jako twórca orientacji literackiej „Hybrydy”.
Byłeś człowiekiem o złożonej filozoficzno-refleksyjnej naturze, reagujący piórem i… czynami kulturotwórczymi na dziejące się wokół Ciebie sprawy publiczne.
Takim wzorem pozostaje też dla mnie
Teodor Parnicki,
którego miałem zaszczyt poznać, gdy był już bliski odejścia z naszego świata. Zaprowadził mnie wtedy do niego jego serdeczny przyjaciel Edmund Jan Osmańczyk, chcąc abym na całe życie zapamiętał i stosownie wykorzystał naukę płynącą z jego wielkiej literackiej i życiowej spuścizny.
(Osmańczyk był bliskim kolegą mojego śp. Ojca, z którym poznali się, wspólnie działając w Związku Polaków w Niemczech, m.in. przy redagowaniu „Młodego Polaka w Niemczech”). Ale wracam do „dostojnego polskiego pisarza”, jakim był i niewątpliwie pozostanie w historii polskiej literatury Teodor Parnicki!
Właśnie z Janem Edmundem Osmańczykiem odwiedziłem go z okazji 80. rocznicy urodzin, w jego skromnym, maleńkim mieszkaniu przy ul. Zimorowica w Warszawie (w którym mieszkał od 1965 r., kiedy wrócił na stałe do Polski).
Każdy, kto go w tym dniu odwiedził (a byłem tego świadkiem), prosił dostojnego Jubilata o podpis na książce, którą ze sobą przynosił. Wtedy nie było łatwo kupić książki Parnickiego.
Kilka dni później zatelefonowałem do pisarza, by mu podziękować za spotkanie i umówić się na kolejne, na co chętnie przystał. I wówczas m.in. usłyszałem od Niego:
„tylko w Polsce znajduję właściwe miejsce dla odbioru mojego pisarstwa i dlatego nie wahałem się, by wrócić po latach do kraju, który zawsze był dla mnie jedyną Ojczyzną!”
Tym cenniejsze to stwierdzenie, że większość życia spędził zagranicą.
Urodził się w Berlinie w 1908 roku, jako Polak pochodzący z Wielkopolski. Potem znalazł się z rodziną w Moskwie, następnie w Mandżurii. To było w latach 1911-1926.
W tym czasie ukończył polskie gimnazjum, następnie pojechał na studia do Wilna (wtedy było polskie) i tam w 1926 r. rozpoczęła się Jego WIELKA kariera literacka, która jest odzwierciedleniem wydarzeń losowych miotających nim samym i naszą ojczyzną.
Parnicki osobiście doświadczył losu Polaka na obczyźnie, odrodzenia się Państwa Polskiego w 1918 r., a potem dramatycznych wydarzeń w 1939 r., zakończonych klęską, aresztowaniem i wywiezieniem.
Potem przebywał na Bliskim Wschodzie, w Jerozolimie. Był w służbie dyplomatycznej rządu gen. Sikorskiego; wreszcie ponad 20 lat mieszkał w Meksyku. I tam powstało aż 13 jego wielkich powieści historycznych, m.in.:
„Aecjusz ostatni Rzymianin”, „Srebrne orły”, „Koniec zgody narodów”, „Słowo i ciało”, „Tylko Beatrycze”, „Nowa baśń”, „Tożsamość”, „Przeobrażenie”.
Do dziś pozostaję pod wrażeniem nie tylko spotkania z tym wielkim pisarzem i rozmów z nim, ale przede wszystkim jego pisarstwa, wiedzy historycznej, wielką pracowitości… i myślenia o Polsce!
POLSCE – jak sam określił – MOGĄCEJ BYĆ WIELKĄ!
Jego książki są powieściami o prawdziwych, wielce złożonych losach naszego narodu, który również według niego – MA NIEOGRANICZONE MOŻLIWOŚCI. To przekonanie płynie z wszystkich powieści pisarza.
Podobnie, jak z refleksji nad spuścizną życia i twórczości
Edmunda Jana Osmańczyka,
który żyje w mojej pamięci przede wszystkim jako wielki PATRIOTA, który nigdy nie uległ chwilowym modom czy opcjom politycznym; który nie był (co pragnę podkreślić) ani nacjonalistą, ani narodowcem, ani socjalistą, a zawsze TYLKO POLAKIEM!
Mój podziw dla niego pogłębiała dodatkowo Jego znajomość z moim śp. Ojcem. A gdy bywałem w jego warszawskim mieszkaniu (opodal Zamku Królewskiego), zawsze ociągałem się z wyjściem z niego, gdyż było ono „skarbnicą” pamiątek dotyczących spraw, m.in. Konferencji Poczdamskiej, Procesu Norymberskiego i wielu zagadnień, które opisał Osmańczyk w swoich książkach, gdy był korespondentem wojennym, a wcześniej jednym z czołowych działaczy Związku Polaków w Niemczech.
Szczególnie Jego dwie publikacje ukształtowały moje patriotyczne poglądy: „Sprawy Polaków” i „ Był rok 1945”.
Zaimponował mi swoją „Encyklopedią Spraw Międzynarodowych i ONZ”, stanowiącą nadal ważne źródło wiedzy o stosunkach i organizacjach międzynarodowych XIX i XX wieku.
Był autorem wielu innych ważnych książek, jak chociażby „Dokumenty Pruskie”, „Niemcy 1945 – 1950” czy „Współczesna Ameryka”.
Jednak Osmańczyk był nade wszystko niezmordowanym rzecznikiem granicy na Odrze, Nysie i… Bałtyku. Uczestnikiem Powstania Warszawskiego, orędownikiem Polski nowoczesnej, demokratycznej (PROZACHODNIEJ) i gospodarnej. Był współtwórcą pięciu prawd Polaków ogłoszonych przez Związek Polaków w Niemczech w 1938 roku. (Przypomnę je, jako że do dziś niewiele straciły na aktualności). Głosiły wszem wobec, że:
JESTEŚMY POLAKAMI
WIARA OJCOW NASZYCH JEST WIARĄ NASZYCH DZIECI
POLAK POLAKOWI BRATEM
CO DZIEŃ POLAK NARODOWI SŁUŻY
POLSKA MATKĄ NASZĄ, NIE WOLNO O MATCE MÓWIĆ ŻLE!
Skomentował mi też kiedyś osobiście ich znaczenie:
otóż prawda pierwsza miała na celu zjednoczenie polskiego ludu w Rzeszy. (W dzisiejszej RFN mniejszość polska jest nadal organizacyjnie bardzo rozproszona).
Wokół prawdy drugiej zawsze toczyły się dyskusje interpretacyjne, gdyż nie o wiarę w Boga w niej chodziło, lecz o powrót Nadodrza do Polski, jak i o wiarę w Polskę i wytrwanie w polskości.
Prawdy – trzecia i czwarta – nie wymagają komentarza. Natomiast piąta ma historię niezwykłą.
Oto siedemnastoletni chłopak, urodzony w Westfalii pojechał po raz pierwszy do krewnych w Polsce. Wrócił po tygodniu i zatrzymał się w Berlinie, prosząc Centralę Związku Polaków o opiekę przed gniewem ojca, bowiem uderzył w twarz swego stryja za to, że ten źle o Polsce się wyrażał. A przecież mówił ów chłopiec –
POLSKA TO MATKA NASZA, a o Matce nie wolno mówić źle. (Cóż do tego dodać? Oto cały Osmańczyk)!
Człowiek, który od urodzenia do końca życia był Polakiem (zmarł 4 października 1989 roku w Warszawie), ale zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany w Opolu, w centrum miasta, przy pięknym barokowym kościele „Na Górce”. Miałem zaszczyt uczestniczyć w pochówku i nawet przemówić z upoważnienia ówczesnego ministra kultury).
Urodził się w 1913 roku w powiecie strzelińskim na Dolnym Śląsku, „z paszportem niemieckim, ale – jak zwykł mówić – z polskim sercem!”. ON też – Edmund Jan Osmańczyk – wymyślił nazwę „Rodło”, znak Polaków w Niemczech, który graficznie opracowała Janina Kłopocka. Za którego noszenie – jeszcze po wojnie – groziły represje, gdyż oznaczał, że jesteśmy Polakami, dla których kolebką kultury jest Kraków, a granicą na Zachodzie – rzeka Odra, a od północy ponad 500- kilometrowy dostęp do morza.
A jakim był Osmańczyk prywatnie? Człowiekiem zawsze bardzo starannie ubranym, z charakterystyczną, wiązaną muszką ;
człowiekiem przyjaznym każdemu, uprzejmym, szarmanckim, nieco w starym stylu.
Polakom zawsze mówił prawdę!
Cd. nastąpi i…
będzie kontynuacją tego odcinka, dodając do osób wyżej wspomnianych osobistości twórczych:
Andrzeja Kreutz-Majewskiego, Urszulę Plewkę-Schmidt, Andrzeja Fogtta i Marię Wollenberg Kluzę










Drogi Karolu! Jak zwykle bardzo pięknie przedstawiłeś ludzi, których znałeś osobiście. Ich nazwiska są także i mnie bliskie, choć w różnym stopniu. Znam Edmunda J. Osmańczyka z lektury jego „Spraw Polaków”, o których opowiadałem niejednokrotnie na swoich wykładach zarówno na UW, jak i w Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Jakże aktualne były myśli tego wybitnego Polaka o przyszłości naszego kraju, pisane latem 1946 roku na łamach krakowskiego „Przekroju” i wielokrotnie wznawiane – ja posiadam wydanie 7, z 1982 roku, z czasów stanu wojennego, kiedy to książka nabrała szczególnego wydźwięku…
Zbigniewa Lengrena znałem osobiście.Chodziłem z jego córką Kasią do podstawówki (tylko 3 pierwsze klasy, potem wyjechałem z rodzicami do Berlina Wschodniego). Później poznałem go bliżej jako tłumacz Biura Współpracy z Zagranicą Radiokomitetu, z ramienia którego byłem u w mieszkaniu artysty na ul. Brzozowej z gościem z NRD – reżyserem przygotowującym program telewizyjny o Warszawie z udziałem stworzonej przez pana Zbigniewa postaci profesora Filutka spacerującego po naszej stolicy. W tę sympatyczną postać z „Przekroju” wcielił się wówczas student III roku warszawskiej PWST… Marek Kondrat. A ja asystowałem jako tłumacz w nagraniach, które nadzorował p. Lengren, a na zlecenie którego wykonano także maskę Filutka, którą nosił na głowie wspomniany wówczas jeszcze adept aktorstwa.
Wspomnienia Karola Czejarka z tamtych czasów ewokują także osobiste wspomnienia z czasów mojej współpracy z Komitetem ds. Radia i Telewizji (jeszcze za Włodzimierza Sokorskiego, a następnie Macieja Szczepańskiego). O Sokorskim krążyły różne legendy: kombatant, jowialny starszy pan, ale i kobieciarz… O Szczepańskim, który był zaprzeczeniem Sokorskiego, mówiło się „krwawy Maciek”… Jednak pracowali w Radiokomitecie także całkiem sympatyczni ludzie, jak dyrektor BWzZ Sergiusz Mikulicz. Jego zastępcą był przeuroczy płk w st. sp. Tadeusz Kędzierski – starszy pan z sumiastym wąsem, dusza towarzystwa, smakosz dobrego jedzenia i napitków spożywanych z zagranicznymi gośćmi m.in. w sali Malinowej ówczesnego hotelu „Bristol”. Także urzędnicy średniego szczebla byli mimo czasów uważanych dziś za „słusznie minione” mili i uczynni, chociaż Telewizja Polska była instytucją na wskroś upolitycznioną, „na pierwszej linii frontu ideologicznego”… Kierowniczką Działu Niemieckojęzycznego w tym BWzZ była pani Grażyna Witwicka, którą w czasie jej urlopów zastępowałem…
Cóż, pod wpływem lektury zapisków biograficznych Karola Czejarka ożywają wspomnienia także ludzi pamiętających tamte czasy. A było ich jeszcze więcej, choć nie takie spektakularne jak Karola, bo w czasach mojej pracy tłumacza (poza Radiokomitetem jeszcze w CRZZ, Interpressie, MSZ, Komitecie Warszawskim i Komitecie Centralnym PZPR także w kilku innych instytucjach) byłem tylko studentem, a potem młodym absolwentem germanistyki.
Jeszcze raz dziękuję Autorowi za ciekawe wspomnienia!
Tomasz G. Pszczółkowski
Drogi Tomaszu, Panie Profesorze, serdecznie DZIĘKUJĘ (jestem bardzo zadowolony z Twojego spontanicznego wpisu); i jednocześnie gratuluję Ci tego bardzo ciekawego tekstu! Jest ważnym dopełnieniem moich wspomnień; stąd namawiam i Ciebie do spisania swoich przeżyć, które były (są) dowodem pozytywnej służby dla Polski; takiej jaka wówczas była. Z wielkim szacunkiem i poważaniem: karol
Dobrze, że Autor przypomniał wybitnych przedstawicieli polskiej inteligencji, o których zapomina się w obecnej RP. Teraz na piedestały stawia się inny „sort”: BMW – bierny, mierny ale wierny, którego zadowala artystyczny poziom disco polo. Na szczęście mieliśmy i mamy w kulturze wybitnych twórców, odpornych na wdzięki inżynierów dusz. Dorobek Eryka Lipińskiego, Edmunda Osmańczyka, Teodora Parnickiego i Krzysztofa Gąsiorowskiego jest tego przykładem. Podziękowania dla Autora, który nie tylko wiele wie, ale potrafi podzielić się swoją wiedzą z innymi.