Splątanie

0
Jan Stępień

„Kiedy człowiek boi się coś zrobić, wtedy wie, że żyje”

(Wiliam Faulkner)

Michał nie wiedział co się dzieje. Gubił się w swoich fantasmagoriach, lękach. Tylko zasypianie było dość sympatyczne. Noce natomiast były upiorne. Od zawsze. Kiedy się budził był innym człowiekiem niż poprzedniego dnia. Nie wiedział co gorsze – noc czy poranek. Miał złamane serce, mózg. Nie wiedział, skąd się to brało. Po prostu było, a gdy patrzył przez okno na stary modrzew wiedział, że podobnie jak on i on, i inni, i wszyscy najpierw zgubi sierść i gły, a potem życie. Popatrzył raz jeszcze.

Nagle pojawiły się przedziwne obrazy, zaskakująca muzyka, przedziwne książki. Wszystko mieszało się jakby w jedno, bo być może też jednym było. Tak jakby czarnoksiężnik do wielkiej misy wrzucał książki, obrazy, muzykę. Mieszał i mieszał. Podgrzewał, studził, odparowywał. Powstawała z tego jakaś dziwna mikstura, która Michał pił haustami. Jak narkotyk, jak czarowny płyn. Nie mógł się powstrzymać. Drżały mu ręce, ciało stawało się wiotkie.

Pojawił się „Siedzący Byk” Tatanka Yotanka, Siuks Hunkapa, zwycięzca spod Little Bighorn, kiedy to razem z „Szalonym Koniem” Tashunka Witko z plemienia Dakotów rozbił wojska pewnego siebie generała Georga Custera. Uśmiechał się do Michała, a on do niego. Sprawiali wrażenie jakby znali się od dwustu lat, jakby się przyjaźnili, bo chyba się rzeczywiście przyjaźnili. Tak, „Siedzący Byk” to był ktoś. Gość, siłacz. „Szalony Koń”? Bohater, jedna z najtragiczniejszych postaci. Odważny przywódca. Znakomity jeździec, który zaśnieżone prerie i zmrożone stepy przemierzał bez lęku. Znalazł się w rezerwacie, bo pasmo jego sukcesów nagle się skończyło. Walczył z białymi do utraty tchu, a zginął dlatego że pomylił się tłumacz: „będę walczył z bladymi twarzami do ostatka…” zamiast „będę walczył z plemieniem Nez- Perces do ostatka…” Amerykański dowódca opuścił spotkanie będąc przekonanym, że „Szalony Koń” zawsze będzie jego wrogiem. Kilkanaście dni później „Szalony Koń”, kiedy wiózł umierającą zonę do lekarza został aresztowany. Podczas walki jeden z żołnierzy pchnął go bagnetem… Porażki i sukcesy przeplatają się i na ogół stanowią serię. Tym razem było to pasmo porażek.

Michał myślał o tych wszystkich oszustwach w stylu „dopóki płynąć będą rzeki i rosnąć trawa”, którymi raczono Indian obiecując wieczny pokój, zgodę, wręcz przyjaźń z białym człowiekiem. „Wszystko było oszustwem, życie jest oszustwem, świat jest oszustwem…” – „Siedzący byk” uśmiechnął się, bo nie było to dla niego już żadnym zaskoczeniem. Szepnął tylko: „Jakże mnie to boli.”

Michał zastanawiał się co z nim jest nie tak? Dlaczego ciągle wracają do niego bohaterowie książek Maya, Coopera, Szczepańskiej, Fiedlera, Szklarskiego czy Grey Owla lub Pierro Pieroniego. Odpowiedział sobie naiwnie: „To proste. Dzisiaj nie są w cenie honor, uczciwość, poczucie sprawiedliwości.” Wówczas może też nie były, ale Michał, kiedy czytał owe powieści na pewno o tym nie wiedział. Tęsknił za tymi wartościami. Teraz natomiast wiedział o wiele więcej. Znał prawdę, może pół-prawdy o sztucznej inteligencji i o człowieku.

„Vincent van Gogh i jego ascetyczne krzesła. Gauguina, Dickensa i jego własne. To, na którym leży fajka i woreczek z tytoniem i to, na którym płonie świeca. W końcu zgaśnie. Ten jego brak przynależności do czegokolwiek i kogokolwiek. Wszystko w żółciach i niebieskopopielatych kolorach, czasem w ostrych czerwieniach. Gdzieś z tyłu, niewidoczny, ale jednak czai się Gauguin. W przedmiotach jest dusza. W krzesłach jest nieobecność… To są portrety. One żyją, żyją. Słyszysz!” – brzmiało w głowie Michała. Lekko się zatoczył, patrzył na cytrynę rosnącą w jego patio, na pobliskie góry i ruiny domów. Obraz jakby z okolic Carbonares, ale nie, to Wrocław. Kanał Odry na Bartoszowicach, most – jaz, gdzie w zakamarkach filarów jako dziecko krył się z kumplami. A cytryna to piękne, czerwone jabłko, poniemieckie, jak mówili.

Gonili ich wówczas działkowcy podejrzewając, że to oni kradli czereśnie. Nie kradli, chyba. Michał nie pamiętał. Bał się wtedy, boi się dzisiaj. Nie, nie, że go obiją, ale tego, że go podejrzewali. Tam, nad Odrą, ileś lat później pił wódkę mocną z sokiem pomidorowym. Ohydną. Łowili wtedy klenie, ale wódka odebrała im cała przyjemność z połowu. Zamąciła w głowach. Wszystko się miesza.

I znowu wraca obraz, tym razem „Upadek Phaetona” Rubensa. Gna rydwan po sklepieniu niebieskim. Phaeton jednak traci kontrolę, nie jest w stanie okiełznać rumaków. Ziemia płonie. Hory są przerażone. Świat się wali. Szaleństwo. Teraz Michał słyszy „Metamorfozy” Owidiusza, które mu czytał uwielbiany nauczyciel języka łacińskiego: „Jowisz zagrzmiał i zamachnąwszy się prawicą, piorun w rydwan cisnął, roztrzaskał wóz razem z woźnicą. Ogniem tłumił ogień…” Michał czuje się coraz gorzej: „Upadek świata i bezsilność. Mój upadek, moja bezsilność, niezrozumienie. Wszystko w ogniu, w suchym, gorącym wietrze. Gdzie jestem? Gdzie jesteś mamo?”

Czajkowski, tak, Michał dobrze pamiętał. Jakiś dom, jakiś pokój. Koty, mnóstwo kotów. Wrocław i ona leżąca nago na starym, sprężynowym tapczanie. Butelki wódki, sterty niedopałków od „Sportów”w popielniczkach. I Czajkowski, i Grechuta z „Szaloną lokomotywą”. Utrata przytomności, ptaki w ogrodzie, łomotanie do drzwi. Strach przed utratą siebie, jej utratą też. Taniec na stole, to Cyganka, a obok Fred Aster. Na fotelu leży magazyn „Esquire” z rok 1936. Pojawia się Harry i Helena. Śniegi Kilimandżaro. Gangrena, zamarznięty lampart. „Przez ciebie nie mogę pisać. Te twoje pieniądze, cholera, boli. Słyszysz hienę? To znak, że już koniec, że nie mam szans. Nie kocham cię Heleno… Nikogo nigdy nie kochałem…” Michał nie rozumie tego co się dzieje. Widzi Chaplina, to „Światła rampy”. Calvero, śmierć, samobójstwo, tancerka, kochana Thereza. Łzy. Czyje? Michała czy Calvero, a może Therezy? Nie, nie Therezy, kobiety nie płaczą. A więc Michała. „Nie umiem się przed tym obronić. Te myśli mnie zabijają. Muszę być silniejszy. Precz z przeszłością, precz z kochankami, precz z miłością. Precz ze wszystkim!” – Michał wykrzykuje to w pustkę, w tunel, w strugi brudnej wody spiętrzonej na Jazie Opatowickim. Gdzieniegdzie pluszcze kleń, w innym miejscu spławia się leszcz do tarła.

I pojawia się jeden przyjaciel, drugi, trzeci, kolejni, ale tak naprawdę żaden z nich nie był jego przyjacielem. A może jednak byli? Michał tego nie wie. Płacze. Rozpacz powtarzalna. Niepowtarzalna jest za to każda wygrana. Każda. W zyciu można wygrać raz, nigdy więcej.

Patrzy, zastanawia się. Tylu ludzi, którzy rzadko myślą, ale dzięki temu są szczęśliwi. Czy warto żyć? Wzdłuż wału nad Odrą sunie powolutku stado krów. Dostojne, w ogóle nieobsrane. Te ich piękne, smutne oczy. Jedna za drugą zmierzają do brodu, ale brodu nie ma. Odra tu głęboka. One idą, stają, idą. Wracając.

Teraz widzi, bardziej wyobraża sobie, Jerzego Szczygła, niewidomego pisarza, mężczyznę silnego i odważnego, który został kaleką, kiedy wybuchła mina na Polach Mokotowskich. A jednak? A jednak miał tyle siły, że skończył polonistykę. Pisał wzruszające powieści nie tylko dla młodzieży. Michał już w dzieciństwie się utożsamiał z bohaterami „Powodzi” czy „Tarniny”. Kto zna dzisiaj te książki? Kto dzisiaj wie, może ktoś wie, że był taki człowiek, siłacz, świetny, wrażliwy pisarz. Teraz go nie ma. Tak jak nie ma wielu innych, ale nie dlatego że umarli, ale dlatego, że o nich zapomniano. Wszystko i każdy – uciekają w niepamięć.

Jest zima, mokre buty, Agnieszka. Michał idzie za nią, ona spaceruje ze swoim psem. Spotykają się, dotykają swoich zimnych dłoni. Uśmiech i drżenie. Jest śnieg, a na nim czarne drobiny sadzy. Michał ją kocha, chociaż ma dopiero 14 lat. Kocha ją przez kilka lat, ale w tym czasie zakochuje się następne kilka razy. Pamięta jednak jej długie włosy, szczupłą sylwetkę, trzyma listy, które do siebie pisali przez długi czas. Bo wyjechała. Zniknęła dla niego na zawsze. To były czasy, kiedy ludzie znikali dla siebie gdzieś zagranicą. Teraz są łzy, wtedy też były, teraz są bardziej słone. Twarz człowieka nie zawsze potrafi, może nie chce, wyrazić cierpienia, które tli, pali, rozwala, niszczy, doprowadza w końcu do pełnej destrukcji naszą osobowość, nasze emocje. Michał widzi swoje oblicze w lustrze. Ono nie chce z nim rozmawiać, ono jest jak obca twarz. Bo to jest ONO.

Matka mówi: „Michałku nie wracaj za późno do domu. Zjedz kanapkę zanim wyjdziesz, nie pij, nie pal. Ubierz się ciepło, a gdzie kalesony? Nie wyjeżdżaj. Uważaj na siebie, napisz do mnie…” Michał: „Kochasz mnie mamo”, „ale głupie pytanie.” To pytanie zawsze zadawał jej, kiedy już leżał w łóżku, w wykrochmalonej pościeli, w piżamie, a przez okno zaglądał do niego blask lamp ulicznych i strachy, które nazywał zmorami i których się bał. Ale też na pobliski stary modrzew wróciła para szarokremowych sierpówek z czarnymi półobrożami. Te ich odgłosy to był cud dla Michała. Pohukiwania. Tak było przez 10 lat. Patrzył jak wiosną wiły gniazdo. Akrobatyczne loty. Ostro w górę, później w dół z rozpostartymi skrzydłami. Ta sama para mieszkała przez wiele lat na owym, starym modrzewiu, do czasu aż uschnięte drzewo zostało ścięte. Michał   nie wie co stało się z ptakami. Może umarły razem z drzewem?

Klasa, chyba 6 a. Jak to zwykle bywa, jest grubas, prześladowany, bo nie ćwiczy na wuefie, bo nie bije się z chłopakami i do tego głupkowaty. Wszyscy, ale to wszyscy, no prawie, bo w jego obronie stawała zawsze Agnieszka, prześladowali grubego. A on nawet się nie bronił. Michał czasem patrzył na jego bezradne, jakby misiowate ruchy, gdy usiłował bić się z którymś z chłopaków, kiedy już nie miał siły bronić się przed psychicznym maltretowaniem. Zwykle pochlipując wracał do domu. Nikt nie chciał się z nim kolegować, a co dopiero przyjaźnić. Zwłaszcza, że jak się bał to obrzydliwie pierdział. Ten smród zabijał wszystko do koła. Taka obrona to była. Jak zwierzę, wystraszony ssak. Michał spotkała grubasa wiele lat później. Był agresywnym prokuratorem. „Nie cierpię ludzi, całe życie będę się mścił za czasy, kiedy byłem gruby. Ty nie byłeś najgorszy, ale tak chciałem się z tobą zaprzyjaźnić. I co? Nic pusto! Wolałeś innych chłopaków, bo łowili ryby, bo byli wysportowani, bo…” Michał nic nie odpowiedział, ale pomyślał „głupi grubas.”

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu, zarośnięty, zniszczone nagrobki, wiele z nich ukradzionych. To były lata 70. Daleko od wrocławskiego Biskupina, ale oni tam jeździli. Nie wiadomo co ich tam ciągnęło. Jakaś tajemnica. Poszukiwanie przeszłości, poszukiwania czasów zagłady. Kiedyś przegnało ich stamtąd dwóch właścicieli zakładu kamieniarskiego, którzy kradli nagrobki i później cenny kamień przerabiali na nowoczesny płyty.

Starszy brat Michała był wredny. Od czasu do czasu bili się nie wiadomo o co, pewnie o matczyną miłość, bo ojciec był im obojętny. Zresztą pił. Michał nie mógł wybaczyć Olkowi, kiedy ten z procy zabijał ptaki. Mówił, że to polowanie. Nigdy się nie polubili, właściwie w dorosłym życiu się nie spotykali.

I znowu tętent końskich kopyt. Najlepsi jeźdźcy świata, Indianie pędzą na swoich rumakach. Z oddali słychać trąbkę amerykańskiego żołnierza. Mordują kobiety i dzieci, bez żadnej potrzeby, bez bólu na twarzach. Ku radości. Płaczą góry, płaczą rzeki i liście na drzewach.

Na prerii leżą setki zabitych bizonów. Pędzi Mały Kruk, któremu udało się uciec od szubienicy. Siuksowie jako jedni z pierwszych rozpoczęli od początku skazana na porażkę walkę w obronie swojego życia – życia wolnych ludzi, wędrowców preriowych, swoich kobiet i dzieci. Michał nigdy nie mógł zrozumieć dlaczego? Dlaczego kolor skóry tak potrafił poróżnić człowieka z człowiekiem. Dlaczego inność była i jest nieznośna? „To banalne, to takie banalne, ale cały czas mnie boli. Ech, te pieniądze, nugety” – myślał Michał. „Niech już nas zdominuje sztuczna inteligencja, niech pokona, niech stworzy nowy świat. Czy gorszy czy lepszy? Na pewno inny.

Znowu inny widok. Jezioro. Pijany Gałczyński powoli kroczy leśną ścieżką. „Geniusz. Wiatr w zaułku. Rozkurzawił się, rozszalał, piaskiem o   bruk chlusnął, trzasnął. Szlag, jak moje życie…” – Michał już nie myślał. Był w amoku. Opętany. Prawie nieżywy. Chciał krzyczeć. Żadnego głosu jednak nie mógł wydobyć z gardła. Przypomniał sobie tylko Dzień Matki. Miał wówczas chyba 10 lat. Zrobił laurkę i zacytował: „Ona mi pierwsza pokazała księżyc/i pierwszy śnieg na świerkach,/i pierwszy deszcz./Byłem wtedy mały jak muszelka/ a czarna suknia matki szumiała jak Morze Czarne…” Te strofy tkwiły w nim. Matka nauczyła, kazała kochać mu Gałczyńskiego.

Lata chyba 60. Michał dobrze pamięta ten deszczowy dzień. Matka wróciła późno do domu. Była podekscytowana. „To jest teatr. Boże. Jestem oszołomiona. Nie zapomnę tego do końca życia…” – mówiła. Michał dopiero kilka lat później zrozumiał, dowiedział się i zrozumiał, kiedy sam, mając już jakieś 18 lat poszedł w to miejsce na wrocławskim rynku. Tajemnicze, przeklęte przez kościół ustami kardynała Stefana Wyszyńskiego. Chyba najbardziej radykalne przedstawienie Jerzego Grotowskiego – „Apocalypsis cum figuris”. Kiedy Michał siedział w mrocznej sali teatru i słyszał cytaty z Biblii, Eliota, Dostojewskiego po raz kolejny w swoim życiu poczuł, że mdleje. Różne myśli świdrowały jego mózg. I Ciemny, czyli Ryszard Cieślak, i Zbigniew Cynkutis, czyli Łazarz, i Rena Mirecka, czyli Maria Magdalena. Jezus, bluźniercza procesja, czerń i biel, ławy dla widzów, a obok Maria, która trzymała Michała za rękę. Ta piękna ciemnowłosa studentka psychologii była jego największa miłością. Miłością życia. On ją zabrał do „Laboratorium”, bo tak mu kazała mama, która oglądała, przeżywała „Apocalypsis” jakieś 5-10 lat wcześniej. Michał wówczas, w teatrze miał przed oczami drzeworyty Dűrera ilustrujące „Apokalipsę świętego Jana”. Dűrerowska interpretacja symboliki. Nie zapomni też, a nie wie skąd mu się to wzięło w głowie, „Apokaliptycznej niewiasty” – „I ukazał się/ wielki znak/ na niebie: /niewiasta/ odziana w/ słońce i księżyc/pod stopami jej,/ a na głowie jej/ korona/ z dwunastu gwiazd…” Michał wiedział, że to Maria, tak, ta która chwilę później trzymała go za rękę, a dwie chwile później pokładała się w łóżku z jego przyjacielem. Co kryje nasza natura? Wyszydzony Chrystus? Bracia Karamazow? Księga Hioba? Korzenie europejskiej cywilizacji? Archetyp chrześcijaństwa? Dojście do absolutu? Na jakim poziomie idei jesteśmy? Metafizyka czy materializm?

Splątanie Michała dochodziło zenitu. Nic już nie wiedział i mało co rozumiał. „Czasoprzestrzeń coraz bardziej mi się zakrzywia. Widzę „Dziady”, Konrada-Gustawa. I wraca Indianin Czarnych Stóp…” Bał się coraz bardziej, siebie samego, swoich myśli przeszłych, które zagarniały mu teraźniejszość i przechwytywały przyszłość. Na nic zdawały się podróże przez łąki zielone, wędrówki tratwą po Amazonce wśród brunatnych wód, wykrzykiwań ptasich, rozpaczliwego, jednostajnego jazgotu dżungli.

To wszystko. To koniec.

Michał dusi się, ale jeszcze jest w nim dużo siły, aby trwać. I ci wszyscy, którzy go nie rozumieli i nadal nie rozumieją niech przepadną w otchłani. „Splątanie, tak to prawdziwe splątanie” – Michał już to wie. Wie też, że to nie koniec, ale też nie początek. To po prostu splątanie, które gdzieś w głębi swojej duszy lubi. Może lubił kiedyś?

Autor: Maciej Wilczek

(ze zbioru opowiadań „Splątanie”)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj