Niezwykłe wydarzenie na Estadio Azteca

0
Piłkarze przed stadionem Azteca. Na pierwszym planie Wiesław Wraga – kapitan

Działo się to w dniu to 19. czerwca 1983 roku. W stolicy Meksyku odbywał się finał piłkarskich Mistrzostw Świata drużyn młodzieżowych do lat 20. Na jednym z największych stadionów świata walczyły o złoto reprezentacje Argentyny i Brazyli. Podobno kiedyś w tym miejscu był czyny wulkan. Teraz też było gorąco, samo południe, upał prawie 40 stopni. Trybuny pełne kibiców. Co chwila ze 110 tysięcy gardeł słychać było doping : Olé, Olé, Olé!… Mecz toczył się w rytmie południowo-amerykańskiej samby: krótkie podania, drybling, indywidulane sztuczki piłkarzy. Bębny wybijały rytm, falowało tysiące baloników, fruwały podrzucane kapelusze, fiesta na całego. Oficjele w loży honorowej popijali chodne napoje: szef FIFA João Havelange, szef UEFA Artemio Franchi, prezydent Meksyku Miguel de la Madrid.

Kto zdobędzie Puchar La Copa FIFA/Coca-Cola II Campeonato Mundial Juvenil?

Wreszcie w 39 minucie brazylijski napastnik Geovani Faria da Silva strzela bramkę,
a francuski sędzia Gérard Biguet pokazuje środek boiska. Brazyliscy kibice szaleją! I tak do końca meczu, bo wynik już się nie zmienił.

Została jeszcze tylko dekoracja zwycięzców. Wszystko idzie zgodnie z planem. Na murawę boiska wjeżdżają podesty, piłkarze ustawiają się w rzędach, dziewczęta tańczą i podbijają rytm bukietami z kwiatów i długolistnych traw. Oficjele ruszają z loży. Następuje punkt kuluminacyjny – wystrzały fajerwerków.

Nagle różnokolorowe grona baloników zamieniaj się w bryłę ognia. Zostały trafione
z armatek. Hel, którymi były wypełnione, płonie jak benzyna, a przy tej temperaturze widok niczym wybuch na słońcu. Zachwyt kibiców nagle cichnie i pojawia się przerażenie. Płonąca guma baloników spada na gołe ramiona i włosy dziewczynek. Upadają na trawę, kto może podbiega i gasi na nich ogień. Tragedia! Z rykiem syren podjeżdżają karetki i zabierają na nosze poparzone dziewczęta.

Pomimo nieprzewidzianego wydarzenia organizatorzy postanawiają dokończyć uroczystość. Nastrój euforii znikł. Chłopcy w milczeniu odbierali medale. Pierwsi do dekoracji przystąpili Polacy, bo właśnie oni zdobyli na tych mistrzostwach trzecie miejsce i brązowe medale. Po nich medale odebrali Argentyńczycy – srebrne, a na końcu Brazylijczycy – złote.

To wydarzenie piłkarskie sprzed prawie 38. lat jest dotychczas największym sukcesem polskiej młodzieżówki do lat 20. Jak to się stało? Kto był jego autorem?

Pierwszym trenerem był Mieczysław Broniszewski, a drugim Władysław Stachurski. Mietek – młodszy – ale pełen energii, zajmował się juniorami u boku trenera Henryka Apostela i po nim przejął reprezentację. Władek stawiał pierwsze kroki w szkoleniu. Miał za sobą karierę piłkarską w stołecznej Legii i reprezentacji narodowej. Obaj tworzyli zgrany duet. Choć Władek był starszy, to jednak umiał współpracować z Mietkiem, który z kolei doceniał piłkarskie doświadczenie Władka i korzystał z jego rad.

Władysław Stachurski i Mieczysław Broniszewski

W skład reprezentacji wchodziło 18 zawodników z różnych klubów: Jarosław BAKO (ŁKS Łódź) , Bolesław BŁASZCZYK (Bałtyk Gdynia), Janusz DOBROWOLSKI (Stal Mielec), Wojciech GORGOŃ (Wisła Kraków), Roman GRUSZECKI (Stal Mielec), Joachim KLEMENZ (Górnik Zabrze), Wiesław KRAUZE (Bałtyk Gdynia), Marek LEŚNIAK (Pogoń Szczecin), Jarosław LUDWICZAK (ŁKS Łódź), Mirosław MODRZEJEWSKI (Bałtyk Gdynia), Mirosław MYŚLIŃSKI (Widzew Łódź), Marek PIOTROWICZ (Górnik Zabrze), Rafał STROIŃSKI (Lech Poznań), Adrian SZCZEPAŃSKI (Gwardia Warszawa), Józef WANDZIK (Ruch Chorzów), Dariusz WAŚNIEWSKI (Widzew Łódź), Witold WENCLEWSKI (ŁKS Łódź), Wiesław WRAGA (Widzew Łódź).

Żeby pojechać na mundial trzeba było zakwalifikować się i przejść eliminacje europejskie. Odbyły się one na wiosnę 1982 roku w Finlandii. W Polsce był wtedy stan wojenny.

Powołanie zawodników z różnych klubów to była nie lada ekwilibrystyka. Telefony nie działały, biura paszportowe ze szczególną dokładnością rozpatrywały kilkustronicowe wnioski, a w sklepach na półkach stał ocet. Trzeba było reprezentację ubrać nie tylko w stroje sportowe, ale też jakieś garnitury. Dzięki inicjatywie kolegów udało się załatwić w porę paszporty i kupić po znajomości garnitury, chyba w samym Próchniku.

Do Finlandii lecieliśmy w dobrych nastrojach, bo w poprzednim roku nasi juniorzy zajęli drugie miejsce na Mistrzostwach Europy w RFN. Więc liczyliśmy, że i tym razem pójdzie nam dobrze. Na lotnisku w Helsinkach przywitał nas dobry znajomy z Polski, płk Erkki Poroila, który zawodowo był wojskowym i pracował jako attache w ambasadzie Finlandii
w Warszawie. A społecznie działał w Fińskim Związku Piłki Nożnej. Wybitny poliglota, człowiek ogromnej kultury i wiedzy. Prowadził odprawę ze wszystkimi reprezentacjami w kilku językach: fińskim, szwedzkim, angielskim, polskim i rosyjskim. Na tych mistrzostwach graliśmy ze zmiennym szczęściem. Dawały o sobie znać braki treningowe. Mistrzem Europy została Szkocja, drugie miejsce zajęła Czechosłowacja, trzecie ZSRR, a czwarte – Polska, ostatnie premiowane do Mistrzostw Świata.

Natomiast w Meksyku było o wiele lepiej. Zamieszkaliśmy w Leon i tutaj graliśmy mecze grupowe. Łatwo pokonaliśmy Wybrzeże Kości Słoniowej 7:2, ale drugi mecz przegraliśmy z Urugwajem 1:3. Meksykanie kibicowali naszej drużynie i przyszli do hotelu z obrazkami Matki Boskiej z Gwadelupy by nas pocieszyć. W trzeciu meczu pokonaliśmy 2:0 USA i z drugiego miejsca w grupie zakwalifikowaliśmy się do ćwierćfinału. Tutaj trafiliśmy na Szkocję, z którą mieliśmy porachunki z Finlandii. Mecz odbył na stadionie Azteca. Już w 5 minucie Joachim Klemenz strzelił w okienko i rewanż się udał. W półfinale wpadliśmy na Argentynę, która miała więcej szczęścia i dzięki bramce Roberto Zarate wygrała 1:0, choć poziom meczu był wyrównany. O trzecie miejsce walczyliśmy z Koreą Południową w Gudalajarze. Piękne miasto z fontannami i łagodniejszym klimatem. Nasi przeciwnicy mieli dobrą drużynę, która wyeliminowała Urugwaj, pokonała też Meksyk, Australię i Szkocję.W pierwszej połowie Koreańczycy strzelili nam bramkę, ale w drugiej nasi nie załamali się i walczyli o zwycięstwo. Wreszcie w 77 minucie wyrównującą bramkę strzelił Wiesiek Krauze i była dogrywka, w której zwycięskiego gola strzelił Adrian Szczepański. Po meczu nie mogliśmy wyjechać ze stadionu. Kibice otoczyli nasz autokar i chcieli świętować z nami zwycięstwo. Chłopcy zaczęli rozdawać autografy, ale organizatorzy ostrzegli, że w ten sposób to spędzimy z nimi cały wieczór i noc. Niestety, kierowca nie mógł ruszyć, bo kibice otoczyli autokar i zaczęli nim huśtać aż popękały szyby i musieliśmy chować się pod siedzenia. Na szczęście z opresji wybawiła nas policja. Pomimo różnych przygód, atmosfera w zespole była świetna. Chłopcy żartowali i cieszyli się z sukcesu. Zapamiętałem taką dowcipną rozmówkę Józka Wandzika – bramkarza i Joachima Klemenza – napastnika, obaj pochodzili ze Śląska:

Klemenz: „Józek, pierona, ciepnij mi bala.”

Wandzik: „Achim, ja cie nie widza na szpilplacu. Ty chowasz się za richtera.”

Dodam, że Joachim strzelił na mistrzostwach 5 bramek i zajął drugie miejsce wśród snajperów.

Mistrzostwa w Meksyku trwały od 2 czerwca do 19 czerwca, więc mieliśmy też okazję, by trochę poznać ten kraj. Najwięcej najeździł się trener Władysław Stachurski, który obserwował mecze przeciwników w innych miastach. Pomagał mu w tym trener Waldemar Wasilewski, który zaczynał w warszawskim Polonezie, a potem wyjechał Meksyku i tam trenował klub Atlas. W ekipie kierownikiem technicznym był Adam Czopko, lekarzem Jan Orzechowski, a fizykoterapeutą Jan Sińczak. Do Meksyku poleciał też z nami red. Edward Woźniak z gazety „Żołnierz Wolności” z tej racji, że był prezesem Klubu Dziennikarzy Sportowych i wiceprezydentem Europejskiego Stowarzyszenia Prasy Sportowej (UEPS). Najciekawszym przeżyciem było zwiedzanie Doliny Królów z piramidami. Ich potężne bryły sprawiały duże wrażenie, a zwłaszcza płaskorzeźby i konstrukcja schodów, które nie zwężały się ku górze tylko sprawiały wrażenie równoległych linii. Ciekawą wyprawę mieliśmy z red. Woźniakiem do miejscowości Cholula, gdzie znajduje się największa objętościowo piramida świata. Jest przysypana ziemią, a na jej szczycie wybudowana została katolicka katedra.

Wzruszającym spotkaniem były odwiedziny polsko-meksykańskiej rodziny w okolicach miasta Leon, przed meczem z Urugwajem. Tam osiedliła się pani Frania, która po latach tułaczki z armią Andersa, trafiła jako dziecko spod Lwowa do Meksyku. Założyła tu rodzinę i doczekała się licznego potomstwa. Nie było jej łatwo w życiu, bo mąż był typem meksykańskiego lekkoducha. Ale z dumą podkreślała, że dwoje jej dzieci jest lekarzami. Żałowała tylko, że nie nauczyła ich polskiego języka. Za to potrafili zatańczyć krakowiaka i przygotować dla nas czerwony barszcz z pierogami.

W pamięci utkwiło mi też inne spotkanie, które odbyło się w stolicy Meksyku u państwa Hausleberów. Pan Jerzy wielokrotnie był mistrzem Polski w chodzie sportowym na różnych dystansach, a w Meksyku trenował kadrę narodową w tej dysyplinie. Na to spotkanie zaprosił szerokie grono znajomych. Był z nami trener podnoszenia ciężarów Andrzej Skiba i trener Stefan Paszczyk, który wtedy pełni funkcję doradcy Meksykańskiego Komitetu Olimpijskiego. Szczególnie zapamiętałem świetną golonkę, którą przygotowała pani domu według przepisu z Wilna, skąd pochodzili państwo Hausleberowie.

Meksyk opuszczaliśmy w dobrych humorach. Za trzy lata miały tam odbyć się mistrzostwa świata w piłce nożnej z udziałem seniorów, a młodzieżowy turniej był jakby poligonem doświadczalnym. Żegnając nas Prezydent UEFA Artemio Franchi powiedział: „Dziękuję Polsce, która uratowała w Meksyku honor Europy”.

W 2019 roku Polska była gospodarzem XX Mistrzostw Świata do lat 20. Tym razem nasza reprezentacja dotarła do 1/8 finału i odpadła po przegranym meczu z Włochami. Mistrzem świata została Ukraina, wicemistrzem Korea Południowa, a trzecie miejsce zajął Ekwador. Była dobra okazja, by przypomnieć dawny sukces Polski i zaprosić na uroczystość otwarcia lub zamknięcia Mistrzostw zawodników tamtej reprezentacji narodowej. Niestety, naszym władzom piłkarskim zabrakło pomysłu.

Autor tekstu: Paweł Byra

* * *

Wspomnienie to poświęcam pamięci Władysława Stachurskiego, mego Przyjaciela, z którym przeżywaliśmy radosne chwile w Meksyku, świetnego obrońcy w drużynie Legii i narodowej jedenastce, trenera-selekcjonera reprezentacji Polski. Zmarł nagle w dniu 13 marca 2013 roku, gdy szedł spacerkiem ze swego mieszkania na Ochocie do nieodległej siedziby PZPN po bilety na mecz eliminacyjny Polska : Ukraina. Miał 67 lat.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here