„Wszystko (…), co istotne, zaczęło się dla mnie 20 lipca 1944 roku na terenie Chełma”

1

Słowa te Jerzy Tuszewski, wybitny dziennikarz, dokumentalista, reżyser radiowy i teatralny, realizator, reżyser i scenarzysta filmów dokumentalnych, krytyk muzyczny i filmowy, dramaturg, poeta, wieloletni pracownik polskiego radia, nestor polskiej radiofonii, napisał 2010 r. w artykule pt. Szkoła samodzielności czyli notatki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat wydrukowanym w Księdze pamiątkowej Czarniecczyków, wydanej w Chełmie z okazji IX Zjazdu Wychowawców i Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego oraz Liceum Ogólnokształcącego im. Królowej Jadwigi w Chełmie.

Na początku pragnę wyznać, że jestem maturzystą rocznika 1950 r. Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego (w Chełmie – przyp. zwo), którego słowa pozwolę sobie strawestować: „Ani z roli, ani z soli, ale z tego co mnie boli i cieszy Wyrosłem…”. Wszystko bowiem, co istotne, zaczęło się dla mnie 20 lipca 1944 roku na terenie Chełma”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s. 137).

Notatki te (wspomnienia) ukazują Jerzego Tuszewskiego w całkiem nowym świetle. Nie tylko – powtórzmy – jako legendarnego polskiego dziennikarza radiowego, dokumentalistę, reżysera radiowego, filmowego i teatralnego, nestora polskiej radiofonii o pozycji międzynarodowej, współpracującego z największymi rozgłośniami radiowymi w Europie i na świecie, lecz jako ucznia Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie, dla którego „wszystko (…), co istotne, zaczęło się 20 lipca 1944 roku na terenie Chełma”, w roku, gdy został on uczniem tej szkoły.

Ukazują też, a może – przede wszystkim –jego młodzieńczą świadomość, gdy mieszkał w Chełmie i w tym mieście uczył się w szkole, która była „szkołą samodzielności (…), piękną szkołą entuzjazmu, bogatą w różne inspiracje”.

Jerzy Tuszewski urodził się 12 marca 1931 r. w Chełmie.

Dzieciństwo i młodość spędził w Chełmie. O tamtych latach tak wspominał w wywiadzie udzielonym Jerzemu Uherkowi w „Zwierciadle Chełmskim” w 1991 r.

„Przyszedłem na świat w domu przy ulicy Kolejowej, a potem przenieśliśmy się wraz z rodzicami na Reformacką, Piramowicza i Lubelską. (…) Chodziłem do Szkoły Ćwiczeń zwanej popularnie „ćwiczeniówką” przy Liceum Pedagogicznym”. (Jerzy Uherek, Chełmianie znani i nieznani. Jerzy Tuszewski. „Zwierciadło Chełmskie” [4(61)91]: przedruk [w]: Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom V. Chełm 2005, s. 223).

Okupację niemiecką Jerzy Tuszewski przeżył w Chełmie.

Potem przyszła wojna i okupacja – czasy dla mnie, jak dla większości, bardzo ponure.

Ale były również jasne karty tego okresu: miałem przyjemność i zaszczyt być członkiem Koła Ministrantów, które pod kierunkiem księdza profesora Berezeckiego działało w kościele pod wezwaniem Rozesłania Świętych Apostołów. W tamtych czasach nienawiści i grozy była to prawdziwa oaza spokoju, miłości i wzajemnego szacunku. Byli tam chłopcy z rodzin akowskich i środowisk lewicowych, ale czuliśmy się jedną rodziną.

Przez całą niemal okupację hitlerowską w Chełmie (…) w każdą niedzielę spotykaliśmy się na nielegalnych zebraniach tegoż Koła pod opieką niezapomnianego księdza profesora Zygfryda Berezeckiego”. (Jerzy Uherek, Chełmianie znani i nieznani. Jerzy Tuszewski. „Zwierciadło Chełmskie” [4(61)91]: przedruk [w]: Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom V. Chełm 2005, s. 223).

„Niezapomniany ksiądz profesor” Zygfryd Berezecki (1907-1963) był wybitnym kapłanem i pedagogiem, skromnym i szlachetnym człowiekiem, przyjacielem ludzi. W latach 2005 – 2019 Gimnazjum nr 2 w Chełmie nosiło imię ks. Zygfryda Berezeckiego (do czasu ustawowej likwidacji w dniu 31 sierpnia 2019 r. gimnazjów w Polsce).

Ksiądz Zygfryd mieszkał w niewielkim, siermiężnie wyposażonym pokoiku przy parafii Rozesłania Świętych Apostołów w Chełmie (biurko, biblioteczka, parę krzeseł, leżanka). Wspierał przez całe życie jałmużną biednych i potrzebujących. Swoje niewielkie dochody wielokrotnie przeznaczał na potrzeby Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w którym swe powołanie kapłańskie realizowali jego ukochani wychowankowie i ministranci, nigdy nie zabiegał o dobra materialne, zaszczyty czy kościelne stanowiska, pokornie i z oddaniem wypełniając obowiązki prefekta i nauczyciela religii. Był fundatorem stypendium dla biednych kleryków. W testamencie swój rodzinny dom oraz ziemię, które odziedziczył po rodzicach, zapisał Siostrom Służebniczkom z Dębicy, pracującym w Chełmie. Ze skromnej pensji prefekta i środków, które zgromadził po sprzedaniu części ziemi rodziców, ufundował między innymi tabernakulum w kościele seminaryjnym KUL-u, ołtarz główny i dwa konfesjonały w kościele Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Chełmie (Bazylice Narodzenia Najświętszej Marii Panny), wspierał datkami odbudowujący się ze zniszczeń wojennych kraj i powstającą z gruzów Warszawę.

Dziś ksiądz Zygfryd Berezecki jest kandydatem na ołtarze i jest „przez społeczność Chełma uznawany za świętego kapłana” (Ks. Kazimierz Bownik, W służbie Chełmskiej Bogurodzicy Sanktuarium na Górze Chełmskiej w latach 1919 – 2909. Chełm 2015, s.201).

W czasie okupacji Jerzy Tuszewski występował w Chełmie w Teatrze Polskiego Czerwonego Krzyża, pod szyldem którego działał istniejący od 1904 r. Teatr Ziemi Chełmskiej.

Do teatru tego – pisze Jerzy Tuszewski – „zostałem wciągnięty jeszcze w czasie okupacji zarówno przez naszą rodzinną sąsiadkę przy ul. Piramowicza – panią Elżbietę Szybowiczową, aktywną w tzw. ruchu podziemnym, jak i przez Jerzego Ukleję. On to – już po wojnie znany w Polsce reżyser i scenograf – został wówczas pierwszym reżyserem powstającego w roku 1942 Teatru Polskiego Czerwonego Krzyża, któremu szefowała administracyjnie m. in. Sabina Donajkowa, znana wtedy działaczka PCK – instytucji ściśle współpracującej z R. G. O czyli Radą Główną Opiekuńczą, legalną organizacją pomocy ofiarom wojny działającą już od lutego 1940 r. (…). No i właśnie miałem szczęście wystąpić w pierwszym spektaklu jasełek według scenariusza znanej pisarki Ewy Szelburg-Zarembiny pt. ”Lulaj-że Jezuniu”. Zagrałem rolę Pastuszka i Diabełka”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s. 144, 145).

22 lipca 1944 r. – do Chełma wkroczyły pierwsze oddziały wojskowe, które po gwałtownym zaatakowaniu garnizonu niemieckiego wyzwoliły miasto.

W stalinowskiej propagandzie Chełm „stał się pierwszym wyzwolonym miastem na ziemiach polskich”. Jeszcze tego samego dnia – 22 lipca 1944 r. – „radio moskiewskie poinformowało o powstaniu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i przedstawiło treść Manifestu PKWN. Jako miejsce powstania nowej władzy oraz wydania Manifestu podano Chełm”, mimo że:

Manifest PKWN został sporządzony i podpisany przez Stalina w Moskwie 20 lipca 1944 r., dopiero 26 lipca 1944 r. Drukarnia „Zwierciadło w Chełmie „wydrukowała chełmską edycję manifestu PKWN (dwuszpaltową w odróżnieniu od moskiewskiej – trzyszpaltowej)”, a dzień później „27 lipca z Moskwy do Chełma przybył (2 samolotami) podstawowy trzon PKWN z Edwardem Osóbką-Morawskim na czele. Siedzibą PKWN stał się gmach Dyrekcji PKP. Po pięciu dniach pobytu w Chełmie ekipa PKWN przeniosła sie do Lubli na (. ..).

 „23 lipca 1944 r. Drukarnia polowa wydała pierwszy numer „Rzeczypospolitej” – oficjalnego organu PKWN. Zawierał on informacje o utworzeniu PKWN, jego skład personalny i pełny tekst Manifestu. Jako miejsce wydania podano Chełm”. (powyższe cytaty [z]: Andrzej Rybak, Dzieje Ziemi Chełmskiej Kalendarium. Chełm 1998, s. 184, 185; Tadeusz Żenczykowski w książce Polska Lubelska 1944. Warszawa 1990, s. 31 podaje datę 21 lipca jako datę zdobycia Chełma przez Armię Czerwoną i przez współdziałających z nią żołnierzy Armii Krajowej; Wielka Encyklopedia PWN. Warszawa 2001, t. 5, s. 353-354, ISBN 83-01-13443-7 podaje, że w tym czasie Chełm przez kilka dni był nieformalną stolicą Polski).

24 lipca do Chełma wkroczyły oddziały I Armii Wojska Polskiego (I Dywizji im. T. Kościuszki) dowodzonej przez gen. Zygmunta Berlinga. Żołnierze polscy przynieśli do Chełma na swych ramionach drewniany, wyciosany przez nich krzyż „gdzieś zza Bugu, z polskiej ziemi“ i ustawili go na placu kościoła pw. Rozesłania Świętych Apostołów. Krzyż ten, będący świadectwem ich wiary w Boga i miłości do Polski, wolności, nadziei i zwycięstwa, stoi tam do dzisiaj.

Jerzy Tuszewski:

„Wsiąkała wtedy krew. Stygło żelazo. Na wielkich schodach największego gmachu (siedzibie PKWN – przyp. zwo) dzielnicy zwanej Dyrekcją zwyciężcy śpiewali: „Ech, ty Dunia!…“.

A niebawem na tych samych schodach siwy, ogłuchły od huku dział i starości człowiek w białym ornacie śpiewał: „…Pax Vobiscum! Per omnia secula seculorum!

Amen“! – odpowiadali mołojcy spod Lenino.

To była Msza św. odprawiana dla dużej części I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. A w pierwszym rzędzie krzeseł siedział m. in. gen. Zygmunt Berling.

A ja wraz z kilkoma kolegami służyliśmy do Mszy św. jako ministranci. Bo muszę tu dodać, że przez całą niemal okupację hitlerowską w Chełmie byłem członkiem Koła Ministrantów przy kościele pw. Rozesłania Świętych Apostołów i w każdą niedzielę spotykaliśmy się na nielegalnych zebraniach tegoż Koła pod opieką niezapomnianego księdza Zygfryda Berezeckiego.

Wtedy to podszas tej Mszy św. usłyszeliśmy: „…Przysięgamy skrwawionej Ziemi Polskiej i Narodowi Polskiemu!…– wołali chórem młodzieniaszki znad Buga i spod Chełmskiej Góry. A niewiele później tam właśnie ogłoszono po raz pierwszy „wszem i wobec i każdemu z osobna, że…ziemia dla ludu, a praca i nauka dla wszystkich!

Tak można by w jednym zdaniu streścić Manifest tzw. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, który wówczas odczytywano.

Któż z nas młodych, nie znających jeszcze wtedy tragicznych zawikłań i kompromitujących wręcz zakłamań lewicowych idei naszego radzieckiego wyzwoliciela, mógł pomyśleć, że Manifest zredagowany w Moskwie, a drukowany w chełmskiej drukarni „Zwierciadło“ głosił „ćwierć prawdy“ jedynie (pogrubienie zaznaczone przez J. Tuszewskiego – przyp. zwo).

No, może jeszcze niektórzy z moich kolegów wychowanych w domach superprawicowych z kręgu idei Romana Dmowskiego przekreślali owe hasła a priori.

Ale nigdy nie zgodzę się z tezą, że totalnie wszystko było wrogie i zakłamane, że całą tę przeszłość należy wrzucić do jednego worka.

Uważam bowiem, iż należy co jakiś czas sięgać do przeszłości, przypatrywać się z bliska niektórym ważnym jej zjawiskom, rozsądnie weryfikować pewne fakty, czy postacie dawnej epoki, ale bez politycznej namiętności lub niekiedy nawet oszalałej wrogości, ażeby całej przeszłości nie wrzucać b e z k r t.y c z n i e co pewien czas do „śmietnika rzeczywistości“ nie tylko naszego kraju. Co wcale nie znaczy, by od czasu do czasu nie weryfikować precyzyjnie naszej społeczno-politycznej głupoty czy bezmyślności z różnych okresów naszego życia.

Warto też może przywołać czasami niezwykle mądrą myśl hiszpańskiego filozofa – Ortegi’y Gasseta, która brzmi: „Historia jest najbardziej pracyzyjną nauką o tereźniejszości“, mając na uwadze nie tylko literaturę i sztukę.

Przypomnijmy zatem naszą pierwszą lekcję samodzielności, kiedy przyszedł dla naszej Chełmskiej Ziemi pierwszy w o l n y s i e r p i e ń – oczywiście mam tu na myśli wolność od hitlerowskiego okupanta.

Tamci w mundurach poszli na Berlin.

Tu ogłoszono pierwszy zaciąg. Zaciąg do pierwszej polskiej szkoły“. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s. 138).

3 września 1944 r. Jerzy Tuszewski rozpoczął naukę jako uczeń kl. I„b” w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie.

Jerzy Tuszewski:

„Wyglądało to tak, jak pospolite ruszenie.

Jedni wyłazili z lasu – cuchnęli prochem. Drudzy ciągnęli z okolicznych wiosek – z rękami spękanymi od pługa. A jeszcze inni po prostu – z ciepłych matczynych kojców, uchowani od zawieruchy wojennej w dobrych, zacnych, nieskanalizowanych domach naszego tysiącletniego miasta, założonego na kredzie i marglu…

Pracowaliśmy wszyscy bez wyjątku. Ledwie jedna grupa młodych zdążyła ochłonąć z wrażenia pierwszego egzaminu wstępnego w poklasztarnych murach „Pedagogium“, a już zmieniała inną przy oczyszczaniu ze zwałów siennikowej słomy wnętrza żółtego gmachu, który w czasie wojny pełnił funkcję żołnierskiego lazaretu, że pozwolę sobie nazwać z niemiecka były wojenny szpitał Wehrmachtu.

Pracowaliśmy wszyscy bez wyjątku. Starzy woźni obok młodych byłych partyzantów, chłopi z rejonu Chełma obok starych profesorów. Do wideł i miotły pchały się młode, krzepkie dziewczęta. Nawet maminsynkowie zacnych chełmskich rodów chwytali za taczki pełne gruzów i śmiecia…

Jeden z kolegów przyniósł naszej grupie chłopców pracujących, kopię Manifestu Lipcowego i usiłował zwrócić naszą uwagę, głośno czytając jego fragment:

Jednym z najpilniejszych zadań Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego będzie na terenach oswobodzonych odbudowa szkolnictwa i zapewnienie bezpłatnego nauczanie na wszystkich szczeblach. Odbudowa szkół zostanie natychmiast podjęta. Tak jak w roku 1915 w Chełmie powstała pierwsza szkoła średnia po upadku caratu, tak samo w trzydzieści lat później po zdławieniu faszyzmu powstaje w Chełmie pierwsza demokratyczna polska szkoła nosząca to samo miano: imienia Stefana Czarnieckiego

„(…) No, patrzcie! Mimo, że redagowali ten Manifest w Moskwie, aż się wierzyć nie chce, ile tam rozsądku nawypisywali!“– zawołał jeden z kolegów, którego nie mogłem zaliczyć wtedy do tzw. przyjaciół Związku Radzieckiego, bo jeszcze niedawno był w partyzantce mocno „prawicowej…”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notatki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. T. VI, s. 137-139).

Podczas nauki w liceum Jerzy Tuszewski należał do Koła Literackiego im. Jana Kasprowicza oraz Teatru Szkolnego im. Aleksandra hr. Fredry.

Jerzy Tuszewski:

Któregoś dnia po lekcjach zebrała się grupa młodych ludzi i obwołali się Kołem Literackim im. Jana Kasprowicza. Patronowała im „Zosia” to jest – chciałem powiedzieć – pani profesor, polonistka, Zofia Książkówna (…). Starszy ode mnie Marek Jaworski i Stefan Kudełko, który jakiś czas siedział ze mną w jednej ławce w naszej klasie, redagowali naszą gazetkę ścienną pt. „Młoda Myśl”, do której niekiedy i ja się dokładałem.

Pełne dynamiki rozgrzane mózgi. Nikt nikogo nie naganiał. Przychodzili sami. Ktoś kiedyś krzyknął: robimy teatr. No i zrobiliśmy. Co oczywiście jest pełną zasługą „Zosi”. Pani profesor Zosia mimo kłopotów ze swoimi nogami, pełna młodzieńczych iskier, przedwojenna polonistka, okazała się niezwykle twórczym, cierpliwym reżyserem. ”Kosibiec” czyli nieco młodszy profesor historii Ferdynand Kosiba, stał się przyjacielem wszelkiego entuzjazmu. Po wierzchu – sceptyczny ironista, a w środku – gorący romantyk.

Na początku tryumfuje staropolski Aleksander Fredro. Nawet mówiło się na korytarzach szkoły, że będziemy mieli Teatr Szkolny imienia Aleksandra hr. Fredry (…). Na pewno jednak zaczęliśmy od sztuki pt. „Pan Geldhalb”. Wszyscy pracowaliśmy jak woły. Na długie tygodnie większość wieczorów zajęta. (…). Znalazłem się w środku całej sprawy. Otrzymałem rolę Majora w sztuce pt. „Pan Geldhalb”, a w roku następnym przyszło „Dożywocie”, w którym to przedstawieniu przyszło mi zagrać starego Ordona.

Niezwykłą współpracę z Panią Reżyser Zofią Książkówną do dziś żywo pamiętam”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s. 142, 143, 145).

Zosia. Tak profesor Zofię Książek (1908 – 2015) – nazywali – i nazywają wszystkie pokolenia Czarniecczyków – absolwentów I Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie. Była ona już za życia – i pozostała – legendą chełmskiego liceum, człowiekiem wolności, gorących serc, wrażliwych dusz, nieskażonych sumień, czystych rąk. Wykształcona w intelektualnej atmosferze przedwojennego Krakowa, wierna jego wielkim, kulturowym, patriotycznym tradycjom i ideałom, pozostała w świecie wartości, którego granice wyznaczał humanizm, godność i niezależność człowieka oraz jego religijne, moralne, filozoficzne i patriotyczne horyzonty. Tego – ja także jestem jej uczniem – uczyła nas w chełmskiej szkole, której była przedwojenną absolwentką. Tego uczyła swoich uczniów w czasie niemieckiej okupacji w latach 1941-1944 jako nauczycielka języka polskiego na tajnych kompletach nauczania (m. in. z ks. Zygfrydem Berezeckim). Tego uczyła nas w liceum, w którym pracowała w latach 1944-1972 i z którego absolwentami – już po jej przejściu na emeryturę – pisała listy i spotykała się w jej skromnym mieszkaniu kilkadziesiąt razy w roku.

Zofia Książek o swoich uczniach – aktorach Teatru Szkolnego imienia Aleksandra hr. Fredry:

Młodzież wykazywała wiele inwencji. Na próbach przejęła reżyserię samorzutnie i „na żywioł”. Zespół był bardzo zdolny. W jego skład wchodziły takie tuzy, jak Wojtek Schejbal, dystyngowany Paweł Misiuna, basujący Henryk Dybalski, statysta Jerzy Tuszewski.

Szastali się po scenie, my zaś, dyżurujący z urzędu: prof. Kosiba i ja, wpadający na chwilę dyr. Lipski (dyrektor szkoły w latach 1935-1939 i 1944-1950 – przyp. zwo), zaśmiewaliśmy się „za darmo”.

Obecnie, gdy wracam pamięcią do tamtych lat, oceniam pewne zjawiska i treści z perspektywy połowy wieku w nieco inny sposób, bardzo specyficzny.

Widzę tych moich chłopców, pra-prawnuków Zanów, Suzinów, Sobolewskich, grających wybrane role, a nieświadomych tego, że rzeczywistość, w której los ich umieścił, była nie tylko powtórzeniem przeszłości, lecz zaktualizowaniem jej w jeszcze bardziej twardych konturach.

Odtwarzanej bowiem „teatralnie” minionej tragedii narodowej towarzyszyły dymy snujące się nad spaloną Warszawą, kłamstwa kryjące zbrodnię katyńską, cierpienie bohaterów narodowych, traconych w więzieniach, tropionych jak zwierzęta oraz systemy dławiące wolność. Dobrze, że o tym nie wiedzieli. Ich młodość była mniej gorzka. Czas przeminął, aktorzy zeszli ze sceny, kurtyna sama zapadłą”. (Zofia Książek, Moi aktorzy. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom II. Chełm 1997. s. 182).

W 1950 r. Jerzy Tuszewski został aktorem Teatru Ziemi Chełmskiej.

„Już wtedy – wspomina Jerzy Tuszewski – gdzieś tam w głowie zakiełkowała mi medycyna – być może poprzez jednego z moich dziadków, który był lekarzem? Ale już w roku mojej matury (1950) dopadł mnie Teatr Ziemi Chełmskiej, który działał w ówczesnej Resurcie Obywatelskiej pod tzw. Górką (Górą Chełmską, na której stoi Bazylika Narodzenia Najświętszej Marii Panny – przyp. zwo). Gdy kierownictwo literackie i reżyserowanie objęła Kazimiera Pieracka z d. Świerkowska – znana już od roku 1915 aktorka, pochodząca ze sławnej chełmskiej rodziny – jej ojciec był malarzem, a mąż Józef Pieracki znanym (w późniejszych latach) aktorem, dostałem propozycję zagrania roli Jaszy w sztuce Antoniego Czechowa pt. „Wiśniowy sad”. Partnerowałem z samą panią reżyser i aktorką Kazimierą Pieracką. Ten epizod jest dla mnie nie do zapomnienia.

I tu muszę dorzucić: nasz Teatr Szkolny im. Aleksandra Fredry do pewnego momentu był piękną szkołą entuzjazmu, bogatą w różne inspiracje”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s. 145).

Podczas pobytu w liceum duży wpływ na „późniejsze życie zawodowe” Jerzego Tuszewskiego wywarł także profesor historii Jan Wasilewski (1889-1968) – również jedna z legendarnych od 1918 r. postaci chełmskiego szkolnictwa: wielki erudyta i niezrównany krasomówca, wspaniały pedagog o genialnej pamięci, dużej kulturze i poczuciu humoru. Piłsudczyk oddany idei niepodległości Polski, upowszechniający idee niepodległościowe na lekcjach historii, w czasie II wojny światowej nauczyciel tajnego nauczanie w Chełmie: towarzyski, dystyngowany, cieszący się sympatią młodzieży.

Profesor Jan Wasilewski – wspomina Jerzy Tuszewski – „był uważany przez wielu za złego nauczyciela historii. Może dlatego, że beztrosko odnosił się do dat i statystycznych wykresów (…), że w czasie lekcji miał otwarty, wciąż obowiązujący przedwojenny – o dziwo! – podręcznik znanych pań: Moszczeńskiej i Mrozowskiej. Udawał przy tym, że jego wykład jest streszczeniem tego obowiązującego podręcznika.

Cała wartość i urok Wasilewskiego polegały właśnie na tym udawaniu.

Jestem o tym przekonany. Chronił nas bowiem od kobiecego braku konsekwencji, tudzież od XIX- wiecznej zmory, jaka wisiała nad kartami naszych dziejów: „ku pokrzepieniu serc”. A więc: daty panujących i daty wojen oraz który król był dobry a który zły?

Wasilewski po prostu cudownie opowiadał. Odbrązawiał i krasił swoje lekcyjne opowieści historyczną sensacją i anegdotą. Słowem – fascynował młodych słuchaczy. Wielu z nich jeszcze do niedawna tworzyło przecież historię. Tego nie można było przecież nie brać pod uwagę. Dzięki Wasilewskiemu figury historycznej szachownicy stawały się podobne do ludzi, bardziej bliskie, autentyczne; zaś wydarzenia – zrozumiałe i logiczne. Nawet jeśli mówił po raz pierwszy dla wielu o tzw. Rewolucji Październikowej. Umiał przekazać żarliwość jej działaczy, ale i niezbyt pozytywną prawdę, która niemal od początku związana była z bolszewizmem…(…).

Mówił pobudliwie, inspirująco – rozwijał w nas historyczną wyobraźnię.

Nigdy nie zapomnę, na przykład, jego lekcyjnej opowieści o zakamarkach intymnych stosunków ostatniego polskiego monarchy – Stanisława Augusta Poniatowskiego z carycą Katarzyną II zanim jeszcze oboje nosili korony: to znaczy w czasach, kiedy Katarzyna była Księżną Anhalt-Zerbst wywodzącą się z małego księstwa niemieckiego leżącego opodal Magdeburga, zaś Stanisław August był posłem – swego rodzaju konsulem w Szczecinie, a potem posłem w randze ambasadora w Londynie.

Właśnie w tym porcie bałtyckim oboje się poznali i trochę czasu później spędzili razem nad Tamizą. Ale niestety, książę Stanisław August Poniatowski zlekceważył młodą, niemiecką księżniczkę Katarzynę, kiedy się okazało, że w Warszawie czeka na niego korona. I tego nie mogła mu wybaczyć niezwykle ambitna i przesadnie niekiedy dynamiczna późniejsza caryca Katarzyną II. Kto to może dzisiaj wiedzieć, czy przypadkiem nie z jej inicjatywy dokonano I rozbioru Polski przy współpracy niemieckiego cesarza Wilhelma i cesarskiej głowy austrowęgierskiej monarchii Marii Teresy?… (…).

Muszę wreszcie dodać na zakończenie (…) o moim profesorze historii (Janie Wasilewskim – przyp. zwo), że to właśnie dzięki jego inspiracjom i metodyce edukacyjnej, niemal całe swoje późniejsze życie zawodowe poświęciłem twórczości dokumentalnej zarówno w dziedzinie radia publicznego w kraju i zagranicą, jak i w zakresie filmu dokumentalnego i publikacji książkowych”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s.140-141).

(Natomiast ja od siebie muszę dodać, że gdy w latach 1959-1963 uczęszczałem do Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego profesor Jan Wasilewski nie był już nauczycielem historii: zabroniono mu jej uczyć – musiał nauczać języka rosyjskiego).

W 1950 r., po zdaniu matury, Jerzy Tuszewski rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Lublinie.

„Ale lekarzem nie zostałem – powie w wywiadzie z Jerzym Uherkiem. Bardziej interesował i pociągał mnie teatr. No i tam rozpocząłem moje dziennikarstwo. W 1954 roku przeniosłem się do Warszawy. Kontynuowałem dziennikarstwo – pisałem w „Życiu Warszawy”, „Po Prostu” i „Filmie”. Studiowałem przez dwa lata teorię i historię filmu, by powrócić do teatru przez wydział reżyserii. Byłem asystentem reżysera w Teatrze Narodowym i Współczesnym, a później już samodzielnie reżyserowałem w kilku teatrach dramatycznych. Ale wcześniej, bo w 1955 roku rozpocząłem współpracę z radiem, by na stałe związać się z tym medium słuchowym od roku 1965”. (Jerzy Uherek, Chełmianie znani i nieznani. Jerzy Tuszewski. „Zwierciadło Chełmskie” [4(61)91]: przedruk [w]: Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom V. Chełm 2005, s. 224).

Uzupełnijmy tę wypowiedź:

W 1957 roku Jerzy Tuszewski ukończył dwuletnie Studium Teorii i Historii Filmu przy Państwowym Instytucie Sztuki w Warszawie. Rozpoczął wówczas pisać recenzje filmowe. W latach 1960-1961 w Teatrze Narodowym, w latach 1961-1962 w Teatrze Współczesnym w Warszawie pracował na stanowisku asystenta reżysera. W Katowicach wystawił we własnym przekładzie adaptację sceniczną Małego księcia Antoine’a de Saint-Exupèry’ego.

Od 1955 r. do 1965 r. był współpracownikiem Polskiego Radia: od 1965 r. do 1993 r. był jego stały pracownikiem – reżyserem radiowym.

W Programie 2. Polskiego Radia prowadził Studio Form Dokumentalnych.

W tygodniku „Radio i Telewizja” publikował stały cykl felietonów pt. „Porozmawiajmy o sztuce słuchowej”.

Liczne artykuły, w tym z zakresu teorii i praktyki radiowej, drukował m. in. na łamach „Życia Literackiego”, „Odry”, „Ruchu Muzycznego”, „Pamiętnika Literackiego”, „Zeszytów Prasoznawczych”, „Życia Warszawy”, „Po Prostu”, „Filmie” oraz w prasie zagranicznej.

Od 1976 współpracował z wieloma rozgłośniami zagranicznymi, m. in. w Berlinie, Brukseli, Budapeszcie, Helsinkach, Kolonii, Londynie, Paryżu, Pradze, Rzymie, Saarbücken, Sidney.

Od 1996 roku uczestniczył w pracach Rady Administracyjnej (jako radca artystyczny) stowarzyszenia twórców radiowych i artystów akustycznych z krajów frankofońskich ACSR.

Był m. in.:

*członkiem i założycielem Międzynarodowej Grupy Ars Acustica przy EBU w Genewie oraz członkiem Zarządu Atelier de Création Sonore et Radiophonique przy frankofońskim Stowarzyszeniu Autorów Dramatycznych SACD w Brukseli;

*wielokrotnym uczestnikiem międzynarodowych sesji Letniego Uniwersytetu Radiowego Phonurgia Nova w Arles i Uniwersytetu Bretanii w Rennes we Francji;

*jurorem Międzynarodowych Konkursów Sztuki Radiowej i TV Prix Futura oraz Prix Europa w Berlinie;

*inicjatorem i koordynatorem artystyczno-programowym trzech sesji Międzynarodowego Forum Sztuki Radiowej MACROPHON, które odbywały się pod patronatem Europejskiej Unii Nadawców, EBU (w latach 1989-1994).

Zapytany o organizację II Międzynarodowego Forum Sztuki Radiowej MACROPHON we Wrocławiu w 1991 r. odpowiedział:

To wielkie międzynarodowe spotkanie czołówki twórców dzieł radiowych i akustycznych odbyło się w dniach 9-13 października 1991 r. we Wrocławiu. Forum to zostało wpisane do kalendarza ważnych międzynarodowych spotkań Europejskiej Unii Radiowej w Genewie. Uczestniczyli w niej przedstawiciele wielu stacji radiowych z USA i Europy – najwybitniejsi twórcy akustycznych, reżyserzy i realizatorzy. Obok spotkań i dyskusji ludzi, którym sztuka akustyczna nie jest obojętna, odbyły się prezentacje najciekawszych utworów akustycznych w różnych salach (również w Hali Ludowej) oraz w przestrzeni – między innymi na Placu Solnym i Rynku. Udowodniliśmy, że sztuka radiowa nie ma granic i wciąż działa na wyobraźnię ludzi wychowanych w naszym „obrazkowym” świecie”. (Jerzy Uherek, Chełmianie znani i nieznani. Jerzy Tuszewski. „Zwierciadło Chełmskie” [4(61)91]: przedruk [w]: Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom V. Chełm 2005, s. 225-226).

Wydał m. in.:

Paradoks o słowie i dźwięku. Rozważania o sztuce radiowej (2001), Moja mała mistyfikacja (poezje, 2003), Armand Hubert Brutus Trzy oblicza agenta (2005), Jean Bol odkrywa karty (2008).

Jerzy Tuszewski był laureatem wielu nagród m. in. Niemieckiej Akademii Sztuk DADK we Frankfurcie nad Menem (1983); Kriegsblinden Hörspiel-Preis (1990) za utwór radiowy „Messe für Massen (1989); Hommage dla narodów Europy Środkowej i Wschodniej”; Złotego Mikrofonu za radiową twórczość dokumentalną i artystyczną nagrody Polskiego Radia (1993); im. Witolda Hulewicz (2002).

Otrzymał złotą odznakę honorową Polskiego Radia (1997); odznaczenie honorowe Stowarzyszenia Autorów ZAIKS (1998), Srebrny Wawrzyn Literacki (2009).

Na zadane przez Jerzego Uherka pytanie:

Twoja twórczość radiowa znana jest na całym świecie. Jesteś laureatem wielu nagród. Którą z nich najwyżej sobie cenisz?”.

Jerzy Tuszewski odpowiedział:

Trudno się zdecydować, ale powiem o jednej. Jest to bardzo prestiżowe wyróżnienie Stowarzyszenia Ociemniałych Inwalidów Wojennych w RFN. Jego laureatami byli między innymi Durrenmatt i Max Frisch. Jestem pierwszym Polakiem, który otrzymał to wyróżnienie – wspólnie z Niemcem Ronaldein Steckelem za utwór radiowy zatytułowany „1989 – Msza dla mas”, którego premiera na antenie Radia WDR odbyła się 6 listopada 1990 roku”. (Jerzy Uherek, Chełmianie znani i nieznani. Jerzy Tuszewski. „Zwierciadło Chełmskie” [4(61)91]: przedruk [w]: Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom V. Chełm 2005, s. 225).

Jerzy Tuszewski nigdy nie zerwał kontaktów z rodzinnym miastem.

Brałem udział w dwóch zjazdach absolwentów naszego liceum. Pierwszy odbył się, o ile pamiętam, w 1957 roku. Potem przyjeżdżałem wielokrotnie. Pamiętam moje długie rozmowy z nieodżałowanej pamięci Krystyną Drzewińską (przewodniczącą Komitetu Organizacyjnego V Zjazdu Wychowawców i Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w 1985 r. – przyp. zwo) na temat wystawienia w Chełmie utworów Różewicza. Miałem również częste kontakty z profesorem Kazimierzem Janczykowskim – znanym geografem i historiografem Chełmszczyzny, założycielem Muzeum w Chełmie (profesorem Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego w latach 1918 – 1966, założycielem z Wiktorem Ambroziewiczem Muzeum Ziemi Chełmskiej w Chełmie – przyp. zwo.). Potem te wizyty w rodzinnym mieście był coraz rzadsze. Teraz w Chełmie są jedynie groby moich rodziców, bo ostatnia ciotka przeniosła się dwa lata temu do Lublina. Sentyment do miasta dzieciństwa i młodości jednak pozostał” (Jerzy Uherek, Chełmianie znani i nieznani. Jerzy Tuszewski. „Zwierciadło Chełmskie” [4(61)91]: przedruk [w]: Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom V. Chełm 2005, s. 225).

Ten „sentyment do miasta dzieciństwa i młodości” kazał mu powracać do Chełma bardzo często, szczególnie po 2005 roku. Od tego czasu Jerzy Tuszewski przyjeżdżał do Chełma m. in. na kolejne, co pięcioletnie, Zjazdy Wychowawców i Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego oraz Liceum Ogólnokształcącego im. Królowej Jadwigi w Chełmie; uczestniczył też w Światowym Zjeździe Chełmian. Na stronie internetowej Światowego Zjazdu Chełmian znajduje się charakterystyczny o nim wpis:

Jerzy Tuszewski – legenda radiowego dokumentu. Laureat prestiżowych nagród za dokumentalne audycje telewizyjne i radiowe. Dziś kręci w Londynie, jutro w Paryżu – i tak od kilkudziesięciu lat. Również poeta i prozaik. Prywatnie znakomity gawędziarz i znawca pięknych kobiet. Warszawiak, ciągle powracający do Chełma. Oczywiście czarniecczyk. (http://unitron.aplus.pl/zjazdchelmian/onas.htm).

Jerzy Tuszewski był członkiem Chełmskiej Grupy Literackiej „Lubelska 36”, działającej w Chełmie od 2004 roku.

Jerzego Tuszewskiego poznałem w 1966 r. na warszawskim spotkaniu Koła Przyjaciół Ziemi Chełmskiej, które założyli mieszkający w Warszawie i jej okolicach chełmianie, przede wszystkim absolwenci Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego. Było to spotkanie tego Koła z delegacją Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Chełmskiej. Byłem wtedy m. in. „młodym” członkiem Stowarzyszenia, początkującym pisarzem, trzyletnim absolwentem chełmskiego liceum i studentem trzeciego roku polonistyki UMCS w Lublinie. Współpracowałem z Radiem Akademickim w Lublinie: – rozmowa – bardzo długa i serdeczna – ze sławnym dziennikarzem radiowym, a takim był już wtedy Jerzy Tuszewski, jego „mikrofonowo-reżyserskie” rady i wskazówki, jakich mnie udzielił, bezpośredni, uskrzydlający, koleżeński stosunek do mnie – „młodego” czarniecczyka i chełmianina, pamiętam do dzisiaj. Od tego spotkania, śledząc losy twórców związanych z Chełmem, w tym losy absolwentów chełmskiego liceum, interesowałem się jego twórczością oraz jego polskimi i międzynarodowymi sukcesami radiowymi.

Bliższą znajomość z Jerzym Tuszewskim – z Jurkiem – zawarłem w 1995 r., gdy byłem przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego VI Zjazdu Wychowawców i Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego i zaproponowałem mu napisanie artykułu „o czasie, gdy był uczniem naszej szkoły”. Wówczas odmówił, tłumacząc się – o ile pamiętam – pobytem zagranicą, ale obiecał, że coś „napisze później” – i z tej obietnicy znakomicie się w latach następnych wywiązywał. Na przykład: w 2010 r. na IX Zjeździe Wychowawców i Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego oraz Liceum im. Królowej Jadwigi byliśmy członkami Zespołu Wydawniczego VI Tomu Księgi Pamiątkowej Czarniecczyków (Chełm 2010) i autorami zamieszczonych w tej księdze artykułów.

Od tego czasu nasilały się i zacieśniały moje z Jurkiem kontakty. Odwiedzałem go nieraz w Warszawie. Gdy on przyjeżdżał do Chełma, odwiedzał najpierw groby swoich rodziców, gdy z Chełma wyjeżdżał – na grobach rodziców zapalał zawsze pożegnalne znicze i składał świeże kwiaty.

W Chełmie toczyliśmy z Jurkiem długie – dzienne, rzadziej nocne, „rodaków rozmowy”. Jurek był niezrównanym mówcą, urzekającym gawędziarzem, wspaniałym przyjacielem. Ze swadą, reżyserską wyrazistością, z radiową ekspresją, historyczną dokładnością i dziejową patyną, z humorem i bez jakiegokolwiek dystansu opowiadał m. in. o swoich spotkaniach – w różnych miejscach i w różnym czasie – z absolwentami chełmskiego gimnazjum i liceum.

Na przykład:

*z Jerzym Morawiczem, absolwentem Gimnazjum im. Stefana Czarnieckiego z 1931 r., generałem i ostatnim ministrem spraw wojskowych Rządu Emigracyjnego w Londynie, który w 1990 r. wspólnie z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim, ostatnim polskim prezydentem na uchodźstwie, wręczał w 1990 r. insygnia prezydenckie Lechowi Wałęsie.

Z kolegami – aktorami Teatru Szkolnego imienia Aleksandra hr. Fredry:

*Henrykiem Dybalskim, „Dybalem”, aktorsko wyjątkowo utalentowanym Henrykiem, który – „aż trudno było zrozumieć – zaraz po maturze poszedł na księdza”;

*Jaśkiem Kurmanem, „w latach późniejszych brodatym Konstantym Janem Kurmanem, który zaistniał jako politechniczna powaga naukowa w automatyce”;

*Pawłem Misiuną, który „po latach podjął drogę habilitowanego chirurga naczyniowego obok stołka profesorskiego lubelskiej Akademii Medycznej”;

*Ryśkiem Dzwonnikiem, głównym inżynierem TVP, którego spotkał na jednym z korytarzy Telewizji Polskiej centrali warszawskiej, a który „w naszym szkolnym teatrzyku od samego początku ustawiał światła na scenie”;

*Wojtkiem Schejbalem ze słynnej chełmskiej rodziny, przyjacielu jeszcze ze szkolnej harcerskiej Szmaragdowej Jedynki, czołowym amancie ich fredrowskiego teatru, który miał dwie siostry: Hanię i Basię oraz ośmiu braci, których imiona zaczynały się na literę W, a który „zaraz po maturze wdepnął do Teatru Rapsodycznego w Krakowie, a później przekwalifikował się na prokuratora nowohuckiego kombinatu”;

*jego starszym bratem Witoldem, aktorem – kombatantem II wojny światowej, którego „w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku spotkał w Ognisku Polskim nad Tamizą w Londynie, gdzie wówczas istniała londyńska scena Polskiego Teatru”.

W naszych rozmowach namawiałem Jurka, aby wydał „drugi” tom „Mojej małej mistyfikacji”, tom poezji, w którym rozwinąłby stworzony przez niego nowy gatunek liryki: „dokumentalne ballady” oparte o warsztat radiowy, które Jacek Kajtoch (1933-2019), doktor nauk humanistycznych, eseista i krytyk literacki, recenzując „Moją małą mistyfikację” uznał za prekursorskie w polskiej literaturze a ich autora za bezprecedensowego nowatora.

W literaturze polskiej nikt dotychczas, tak jak Jerzy Tuszyński, łącząc doświadczenia radiowego dokumentalisty, erudycję, mistrzowskie posługiwanie się aluzją, ironią, cytatem i mottem, nie stworzył nowego gatunku literackiego (w tym przypadku „dokumentalnej ballady”), w którym – co podkreślam – nowatorsko, na najwyższym poziomie artystycznym, wykorzystał w wierszu wartości dźwiękowe języka polskiego.

Planowaliśmy z Jurkiem na XI Zjazd Czarniecczyków w 2020 r. napisać „wspólne” wspomnienia o naszym liceum – szczególnie o „ciekawych” latach, w których byliśmy jego uczniami (Jurek „zrobił” maturę w 1950, ja w 1963 roku) oraz o losach jego „wybranych” absolwentów.

Nie zdążyliśmy.

Jurek – Jerzy Tuszewski – zmarł 16 października 2016 r. w Lublinie.

22 października, po żałobnym nabożeństwie w Kościele Rozesłania Św. Apostołów w Chełmie, spoczął obok grobu swojej matki na cmentarzu przy ul. Lwowskiej w Chełmie.

Wzruszającą mowę pożegnalną w kościele wygłosił ks. Krzysztof Ołdakowski.

Na cmentarzu – w imieniu środowiska literacko-kulturalnego i władz miasta, przyjaciół i kolegów oraz licznie przybyłych mieszkańców Chełma Jerzego Tuszewskiego pożegnała Elżbieta Bajkiewicz-Kaliszczuk, dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta, aktorka Teatru Ziemi Chełmskiej. Mogiłę pokryły wieńce i kwiaty, zapłonęły znicze pamięci.

XI Zjazd Wychowawców i Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Czarnieckiego oraz Liceum im. Królowej Jadwigi w Chełmie nie odbył się w 2020 r. z powodu pandemii covid -19.

Waldemar Taurogiński, redaktor naczelny „Egerii”, pisma literacko-artystycznego wydawanego w Chełmie, w artykule wspomnieniowym o zmarłych pisarzach: Arkadiuszu Sanie (1959-2016), Jerzym Tuszewskim (1931-2016), Marianie Januszu Kawałko (1947-2017), Longinie Janie Okoniu (1927-2020) pisał:

„Jerzy Tuszewski (…) radiowy obieżyświat. Ciągle w rozjazdach. Nie zapomniał o Chełmie, który na mapie jego wędrowania miał swoje szczególne miejsce, wpisane między Warszawę czy Londyn, Paryż czy Monachium. Przyjeżdżał na grób rodziców, odwiedzał ukochane I LO. Marzył o chełmskim teatrze, a gdy ten poradził sobie bez niego, z życzliwością, po cichu, dobrze mu życzył. Jako wytrawny radiowiec spotykał się z wieloma ciekawymi ludźmi, z którymi na falach radiowych prowadził pasjonujące rozmowy. Marzył o wydaniu wspomnień kojarzących mu się z mikrofonem, jego zawodowym komunikatorem, który nazywał, z wrodzoną uszczypliwością, „swoją globalną wioską”. Miał ją (ten świat) zaklętą w niewielkiej gałce, jak na dłoni (na dziesiątkach kaset i płyt). W Chełmie szukał artystycznego przytuliska. Tak naturalnie do nas przystał, dyskretnie, tak – od słowa do słowa. Bywał na promocji kolejnych tomików, uczestniczył w różnych wydarzeniach kulturalnych. Pewnego razu przekazał artykuł do „Egerii”, potem następne, a potem zaglądał do wydawnictwa i naszej redakcji przy każdej wizycie w Chełmie. Po prostu był i – jak pozostali – nagle znikł, i uporczywie go nie ma”. (Waldemar Taurogiński, „...uporczywie ich nie ma”. Egeria” Nr 1(18)2020, s. 3).

Jacek Kajtoch w zakończeniu recenzji Mojej małej mistyfikacji” Jerzego Tuszewskiego stwierdził:

Tylko twórcy z dużym doświadczeniem, również nabywanym w ciągu kilkudziesięciu lat życia, otwierają nowe horyzonty i dokładają do tradycji kolejne segmenty”.

Takim twórcą w historii polskiego radia, w dziedzictwie kulturowym Polski i świata, był – i pozostał – Jerzy Tuszewski.

Jerzy Tuszewski w swoim 85-letnim życiu „otwierał nowe radiowe horyzonty i dokładał do tradycji kolejne segmenty” w polskiej i światowej kulturze. Przemierzał – często ze spotkanymi po drodze przyjaciółmi – artystyczną teatralną, filmową i literacką dal, przekraczał wielokrotnie wymiary twórczości radiowej i tradycji kulturowej w Polsce i w różnych częściach świata.

Był jak jego nauczyciele z chełmskiej szkoły: jak profesor Zofia Książek, jak profesor Jan Wasilewski i jak profesor łaciny Michał Kińczyk (1883-1962, nauczyciel języka łacińskiego w latach 1923-1962), szkolny Trybun, który na lekcjach „obywatelskie larum grał”, którego lekcje były – dla wszystkich Czarniecczyków – „lekcjami obywatelskiej godności” i który odszedł „po obywatelsku, do końca nie tracąc bystrości umysłu, ambicji rzymskiego trybuna i …ogromnego poczucia humoru”.

„Nie stawało mu (prof. Michałowi Kińczykowi – przyp. zwo) poczucia humoru, – cytuję Twoje słowa Jurku, ale to są słowa o Tobie – kiedy miewał do czynienia z brakiem uczciwości. Bezlitośnie tępił bezmyślność i „papugowanie”. Przestrzegał przed zmową idiotów, wyciągając wnioski z „historii głupoty w Polsce”. Czasami mawiał odważnie: „Wy tylko, albo Londyn, albo Moskwa – sami myśleć nie potraficie!”(…). Demokracja na nieuctwie i chamstwie polegać nie może (…), socjalizm znaczy też – a może przede wszystkim – i godność obywatelską” (…). Zwracał uwagę na niebezpieczeństwa społeczne, jakim bywają „gwoździe w mózgach”. (Jerzy Tuszewski, Szkoła samodzielności czyli notki krótkie z perspektywy sześćdziesięciu sześciu lat. [w:] Księga pamiątkowa Czarniecczyków. Tom VI. Chełm 2010, s. 146).

Jerzy Tuszewski powracał zawsze do tego, co było dla niego bliskie, najbliższe – do rodzinnego miasta, na groby swoich rodziców, do swojej szkoły, do przyjaciół. Odszedł od nas „po obywatelsku, do końca nie tracąc bystrości umysłu, ambicji rzymskiego trybuna i …ogromnego poczucia humoru”, tak jak na Czarniecczyka przystało.

Poprzedni artykułNiezwykłe wydarzenie na Estadio Azteca
Następny artykułBundesliga: VfL Wolfsburg z dużą precyzją
Zbigniew Waldemar Okoń
Zbigniew Waldemar Okoń - pisarz, animator kultury, regionalista. Ukończył filologię polską na UMCS w Lublinie (1968) oraz 3-letnie studia podyplomowe na Uniwersytecie Warszawskim (1991). Dyrektor Zasadniczej Szkoły Zawodowej (1969-1974), wizytator Kuratorium Oświaty i Wychowania (1975), dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Chełmie (1975-1987), wicedyrektor d/s naukowych i konserwatorskich Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie (1987-1991), nauczyciel dyplomowany szkół chełmskich (1982-1989, 1991-2002). Od 2003 roku na emeryturze. Redaktor naczelny studenckiego, ogólnopolskiego, naukowego pisma „Językoznawca” (1965-1968), współzałożyciel i wiceprzewodniczący Studenckiej Grupy Literackiej „Kontrapunkty” w Lublinie (1965-1968). Współredaktor „Ziemi Chełmskiej” oraz wydawnictw poświęconych chełmskiemu szkolnictwu (1968-2005). Członek Grupy Literackiej „Pryzmaty” w Chełmie (1969-1990, przewodniczący 1983-1990), Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Chełmskiej (sekretarz Zarządu 1975-1987). Lubelskiego Oddziału Związku Literatów Polskich (1984-, wiceprezes Oddziału 2006-2010, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Oddziału 2010-,). Debiutował w „Ziemi Chełmskiej” (1962). Autor 7 tomów poetyckich, 1 powieści, 11 monografii twórców i regionalistów chełmskich.

1 KOMENTARZ

  1. Ciekawy artykuł. Nie wiedziałem, że ten znany dziennikarz i radiowiec był związany z Chełmem i naszą szkołą! Jestem pewien Zbigniewie, że znajdziesz innych znanych „czarniecczyków” i przedstawisz ich na łamach Przeglądu Dziennikarskiego. Może napiszesz coś o Waldemarze Babiniczu, mało o nim się mówi, a zdaje się, że miał znaczący dorobek literacki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here