Składnica Księgarska. Autobiografia Karola Czejarka, cz. 10

2

Stanowisko I zastępcy dyrektora w „Składnicy” (od 1września 1973r.) zawdzięczam ówczesnemu wiceministrowi Kultury i Sztuki Tadeuszowi Kaczmarkowi, (gdy ministrem był Stanisław Wroński, a po nim Józef Tejchma, który był jednocześnie wicepremierem rządu, tak jak dziś minister i wicepremier prof. Piotr Gliński).

A wspominam o tym dlatego, iż chciałbym, aby i w przyszłości rządzący krajem wyrażali swoje poparcie dla kultury w ten sposób, że minister kultury (BEZ SPORTU jednak), jest jednocześnie wicepremierem! Jest to bowiem WYRAZ UHOROWANIA KULTURY, które oby zawsze owocowało STAŁYM WZROSTEM ŚRODKÓW FINANSOWYCH NA TWÓRCZOŚĆ, ROZWÓJ BAZY MATERIALNEJ oraz UPOWSZECHNIANIE KULTURY w kraju i zagranicą!

Przy czym chciałoby się, aby KULTURA (pisana przez duże „K”) była WOLNA OD JAKICHKOLWIEK NAKAZÓW, a wyrażając to wprost – rozwijała się ponad wszelkimi podziałami politycznymi, jako PONADPARTYJNA i w SŁUŻBIE KAŻDEGO człowieka. Myślę, że po swojej długoletniej pracy „w kulturze” mam prawo o to POSTULOWAĆ. Tym bardziej, iż nie zabiegam już o żadne zaszczyty. A swoją autobiografię piszę nie po to, aby się chwalić tym, co zrobiłem, ale by współczesnemu pokoleniu ukazać, jak wyglądały w kulturze lata, kiedy brałem osobisty udział w jej współtworzeniu i upowszechnianiu.

Chodzi mi przy tym o szacunek dla ciągłości historycznej, gdyż naprawdę nie wszystko, co działo się w kulturze przed rokiem 1990 było złe. NA PEWNO NIE! I nie o powrót do czasów PRL-u chodzi, lecz o ew. kontynuację tego, co w tych działaniach służyło ludziom, twórcom, rozwojowi społecznemu, instytucjom kultury, także związkom twórczym, teatrom, filharmoniom, sztuce estradowej, rozwojowi czytelnictwa czy prezentacji polskiej kultury w świecie!

W moich działaniach ZAWSZE najważniejsze było meritum sprawy, nigdy doraźny interes polityczny i własna kariera, ale awanse oczywiście też cieszyły, za to tym bardziej bolały porażki. W mojej świadomości one tkwią do dziś, choć jednocześnie dopingowały mnie do pracy.

Moja praca w „Składnicy” awansem nie była, ale okazała się w ostateczności korzystnym dla mnie rozwiązaniem, otwierając drogę do dalszej kariery. Jednak po roku 1990 jeszcze raz WSZYSTKO MUSIAŁEM ZACZYNAĆ OD POCZĄTKU. Ale po kolei…

Moim bezpośrednim szefem był odtąd (po przybyciu do stolicy) pan Bronisław Palimąka, „przedwojenny” księgarz z Krakowa, który praktykował jeszcze u „Gebethnera i Wolfa”, czyli w przedwojennej polskiej firmie wydawniczo-księgarskiej, bardzo cenionej w Europie i na świecie. A wspominam o tym dlatego, że nie był On politycznym figurantem (co mu często zarzucano), a na KSIĘGARSTWIE, znał się, jak mało kto.

Zatem współpraca z Nim, co wyraźnie chciałbym podkreślić – od pierwszego dnia, do końca mojego pobytu w SK (Składnicy Księgarskiej – będę odtąd używał tego skrótu) układała się bardzo dobrze! (Podobnie, jak wcześniej z panem kierownikiem Malickim, gdy zaraz po maturze zacząłem terminować w księgarni „Klubowa” w Szczecinie).

Dyr. Palimąka, podobnie jak wcześniej kier. Malicki, po prostu pozwolił mi DZIAŁAĆ, oczywiście po stałych, codziennych konsultacjach na temat moich pomysłów. Od początku zaufał mi.

A jeśli w czymś nie zgadzaliśmy się, dyskutowaliśmy tak długo, aż uzyskiwaliśmy kompromis i wzajemne przekonanie do swoich racji.

Bowiem w „kulturze” NIE POWINNO się zarządzać nakazami lub zakazami! I mogę z dumą podkreślić, że udawało mi się niemal zawsze dochodzić ze swoimi współpracownikami (i szefami) do konsensusu, prowadzącego do osiągnięcia założonego celu. Tak było i w SK. TAK BYŁO NA KAŻDYM STANOWISKU KIEROWNICZYM, jakie pełniłem! Począwszy od kierownika księgarni, poprzez urząd dyrektora Wydziału Kultury w PWRN w Szczecinie, a przede wszystkim w Szczecińskim Towarzystwie Kultury, które było dla mnie WIELKĄ SZKOŁĄ DEMOKRACJI!

ZAWSZE dbałem o to, aby moimi współpracownikami byli fachowcy „Z NAJWYŻSZEJ PÓŁKI” W SWOJEJ DZIEDZINIE!

Stąd cieszę się, że i w SK trafiłem na bardzo kompetentnych współpracowników! Na osoby, które znały się nie tylko na księgarstwie, ale i drukarstwie, nawet produkcji papieru, na procesie wydawniczym, a przede wszystkim na sprzedaży i reklamie książek. A jeśli już ktoś odchodził z grona moich bezpośrednich współpracowników, nigdy nie był ze mną SKONFLIKTOWANY. ZAWSZE DBAŁEM o jak najlepszą ATMOSFERĘ WSPÓŁPRACY .

Swoje „przejście” z księgarstwa detalicznego do hurtowej sprzedaży książek określam jako przypadkowe, jednak w konsekwencji – o czym już wyżej wspomniałem – przyniosło mi i sukces, i zadowolenie.

Moje zatrudnienie w SK ostatecznie nastąpiło za porozumieniem stron, co pozwoliło mi zachować ciągłość pracy.

Ze strony MKiS otrzymałem 3 propozycje, w tym „SKŁADNICĘ KSIĘGARSKĄ”, którą ostatecznie wybrałem! Głównie ze względu na swoje wcześniejsze doświadczenie księgarskie i znajomość branży.

Mój poprzednik na tym stanowisku, pan Stanisław Wolski, w tym czasie przechodził na emeryturę, a ja – z tytułem zawodowym st. księgarza, także magistra filologii germańskiej, a przede wszystkim ze względu na posiadane kwalifikacje i liczącą się praktykę księgarską, spełniałem oczekiwania kierownictwa Zjednoczenia Księgarstwa, które o tym zatrudnieniu decydowało. Za co byłem i jestem do dziś wdzięczny nieżyjącemu od wielu lat dyr. Kazimierzowi Majerowiczowi, który był pasjonatem i kompetentnym znawcą księgarstwa. Przyjąłem Jego propozycję tym bardziej, iż zapewnił mi także przejściowe lokum (u dyr. Dabkusa, szefa przedsiębiorstwa handlującego reprodukcjami malarskimi, współpracującego w tym zakresie ze Zjednoczeniem Księgarstwa). Pan Dabkus wynajął mi pokój w swoim małym mieszkaniu, przy ul. Tamka. I choć było ono przytulne – zapamiętałem je ze względu na straszny hałas, który nie pozwalał na wypoczynek, gdyż tuż pod oknem znajdował się przystanek kilku linii autobusowych).

Kiedy „przechodziłem” do Warszawy – pojawiła się jeszcze jedna propozycja, a dotyczyła ew. powołania mnie na stanowisko wicedyrektora Departamentu Domów Kultury i Działalności Społeczno-Kulturalnej MKiS, na co jednak ówczesne władze polityczne nie wyraziły zgody. („Przeszkodą” okazały się – nie po raz pierwszy – moje rodzinne powiązania „z Niemcami”!).

O to stanowisko dla mnie zabiegał wtedy dyr. tego departamentu – Włodzimierz Sandencki, z którym blisko współpracowałem (będąc jeszcze w Szczecinie) przy organizacji festiwalu FAMA i wyjazdów szczecińskich studenckich zespołów artystycznych – m.in. Chóru Akademickiego Politechniki Szczecińskiej – na festiwale do Irlandii, a następnie do USA. Dyrektor Sandecki był wtedy szefem „kultury” w Radzie Naczelnej ZSP, a gdy znalazł się już w ministerstwie, chciał – korzystając z okazji, że mnie w Szczecinie zwolniono z pracy – uczynić swoim zastępcą. Ja oczywiście zgadzałem się na to! Ale nic z tego nie wyszło.

Pracę w SK rozpocząłem od zapoznania się z dyrektorami „terenowych” ekspozytur: Kumaskim, Korczyńskim, Stetkiewiczem (z Warszawy), Wypychem (wydawnictw Importowanych), Irzyńcem (z Łodzi), Berkanem (z Wrocławia), Percem (z Poznania). Długie rozmowy odbyłem z kierownikami podległych mi działów „na Mazowieckiej”, panami: Jagłą (szefem działu bibliograficznego), Brzęczkowskim (odpowiedzialnym za współpracę z wydawnictwami), Mierzwickim (od „podręczników szkolnych”), Dryjańskim (szefem naszej wewnętrznej drukarni), jak i paniami: Obstawską, Lewińską i wieloma innymi ZACNYMI, BARDZO KOMPETENTNYMI osobami, pracującymi bezpośrednio w centrali SK przy ul. Mazowieckiej 9 w Warszawie. Duży magazyn składowy SK znajdował się w Lubiążu oraz dla podręczników szkolnych w Białymstoku i w Katowicach. Również z ich kierownikami podjąłem natychmiastowy kontakt!

Pojechałem też do podległych mi ekspozytur terenowych na spotkania z ich pracownikami, aby zapoznać się przede wszystkim z trudnościami związanymi z wysyłką nowości wydawniczych do księgarń.

Szczerze mówiąc – spotkałem się wtedy – i to w bardzo krótkim czasie po objęciu funkcji – praktycznie z wszystkimi pracownikami podlegających mi jednostek organizacyjnych, a ich dyrektorów lub kierowników działów poprosiłem, aby w obecności swoich współpracowników przedstawili mi najpilniejsze problemy „do rozwiązania”. (Przy czym każdy z zatrudnionych mógł na ten temat zabrać głos, by zgłosić ew. własne pomysły usprawnienia procesu obsługi księgarń). W ten sposób udało mi się WCIĄGNĄĆ w proces zamierzonych zmian niemal ogół pracowników SK.

Podobne spotkania (w ekspozyturach) odbywałem także w następnych latach, co najmniej 2 razy w roku! A z pracownikami współpracującymi ze mną „bezpośrednio” przy ulicy Mazowieckiej (zawsze z udziałem dyr. Kumaskiego – szefa ekspozytury „na Kolejowej” lub jego przedstawiciela), spotykałem się W KAŻDY PONIEDZIAŁEK!

Tak było i wcześniej i potem, w każdym miejscu, w którym przyszło mi pracować!

Zawsze bowiem (przy czym podkreślam słowo ZAWSZE!) konsultowałem swoje poczynania i decyzje przed ich ostatecznym podjęciem ze swoimi współpracownikami. Kosztowało to oczywiście dużo pracy i wymagało CIERPLIWEGO przekonywania ich do zmian. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż zarówno w dyrekcji SK na Mazowieckiej, jak i w ekspozyturach w Warszawie i w innych miastach, spotkałem wielu wspaniałych ludzi; pracowitych, kochających książki i oddanych ich upowszechnianiu całym sercem! (Czasami nazywałem ich „hobbystami”, gdyż ich wynagrodzenie, w porównaniu z innymi branżami handlowymi, także domami kultury i bibliotekami, było wtedy – i tak jest do dziś – stosunkowo niskie).

Uporządkowawszy w ten sposób tzw. sprawy wymagające „pilnego rozwiązania”; odbyłem kolejno spotkania z pionami handlowymi wydawnictw, które miały swoje zapasy w naszych magazynach. I na tej drodze (naprawdę licznych rozmów, dyskusji i konsultacji) powstał plan krótko- i długofalowy moich działań w SK, uwzględniający przede wszystkim potrzeby wydawców i księgarstwa, a w wielu elementach także bibliotekarstwa publicznego! A przede wszystkim mający na uwadze DOBRO KLIENTÓW!

Nasz plan zakładał: dostarczenie w ciągu jednego tygodnia każdej NOWOŚCI WYDAWNICZEJ do współpracujących z nami księgarń: „Dom Książki”, których było ponad 2000. I co ważne: jednocześnie w całej Polsce.

Podkreślę: nie tylko do księgarń w miastach wojewódzkich, ale i powiatowych; także do księgarń w mniejszych miastach oraz w gminach! I to się udało. Oczywiście nie od razu, ale w okresie ok. 2 lat. To spotkało się z uznaniem i wydawców, i księgarzy.

W jaki sposób udało się to zrobić? Najogólniej tak:

Zaczęliśmy od wysyłki nowości do największych księgarń bezpośrednio z drukarń, a do mniejszych – za pośrednictwem tzw. „zwrotowni” (magazynów, które posiadały wszystkie przedsiębiorstwa wojewódzkie „Dom Książki”). Dla przyspieszenia wysyłki do dużych księgarń – zastosowaliśmy wielokrotność liczby książek znajdujących się w tzw. paczkach standardowych, pakowanych przez drukarnie.

(Wcześniej cały nakład „szedł” do naszego określonego magazynu, który znajdował się najbliżej danej drukarni i w nim był przepakowywany, co zabierało zwykle kilka, albo i więcej dni.

Udanym pomysłem było też wysyłanie książek własnym transportem samochodowym SK, który postanowiliśmy rozbudować! Zajmował się tym specjalny pion w centrali SK z dyr. Matuszewskim na czele.

Czasami „nasz transport” docierał bezpośrednio do bibliotek wojewódzkich (na zlecenia księgarń, które je obsługiwały), a potem biblioteki wojewódzkie wysyłały zakupione książki do swoich placówek powiatowych. Stąd „nowości” przekazywane były księgarniom i bibliotekom w mniejszych miastach i gminach wewnętrznym transportem bibliotek lub wojewódzkich przedsiębiorstw „Dom Książki”.

W ten sposób nowości wydawnicze WRESZCIE zaczęły ukazywać się niemal jednocześnie w całej Polsce, w miejsce dotychczasowego systemu: najpierw były w Warszawie, skąd wysyłano je do miast wojewódzkich, a dopiero w drugiej kolejności czy nawet trzeciej następowała wysyłka do mniejszych miast i gmin.

Dlaczego jak najszybsze dostarczanie nowości do księgarń było tak ważne? Ponieważ dopiero za dostarczenie nakładu do punktów detalicznych nakład uznawano za sprzedany, a wydawcy otrzymywali z SK zwrot zainwestowanych w niego środki finansowe + zyski, które decydowały o ich rentowności. Wówczas mogli te „środki” inwestować w kolejne nakłady, zgodne z ich planami wydawniczymi.

Nasze działania spowodowały (przy okazji) znaczny wzrost nakładów i ich sprzedaży. (Mowa oczywiście o szeroko rozumianej literaturze pięknej, gdyż „specjalistyczna” rządziła się innymi regułami i przekazywana była przede wszystkim wojewódzkim księgarniom specjalistycznym). W każdym województwie były wtedy takie księgarnie, przykładowo: Techniczne, Medyczne, Muzyczne, Naukowe, Podręczników Szkolnych, Książki Importowanej itp.

Książki szkolne podlegały jeszcze innemu trybowi reglamentacji (gdyż ciągle było ich za mało w stosunku do potrzeb)! Dlatego dla rozwiązania tej kwestii powołano w SK specjalny Dział (Podręczników Szkolnych), którym kierował – wspomniany już – pan Jacek Mierzwicki, w kontakcie nie tylko z PZWS, ale i przedstawicielami władz oświatowych (centralnych i terenowych).

Książkom szkolnym nadawaliśmy oczywiście priorytet, szczególnie w miesiącach letnich, kiedy większość z nich rozprowadzana była do wyznaczonych księgarni, te zaś docierały z nimi do szkół i sprzedawały uczniom.

Muszę podkreślić, iż ten system (skrócenia czasu wysyłki nowości i usprawnienia wysyłki zamówień wtórnych) udało się stworzyć dzięki ścisłej współpracy SK z wojewódzkimi przedsiębiorstwami „Dom Książki” oraz Zjednoczeniem Księgarstwa. Pod tym względem tworzyliśmy JEDNĄ RODZINĘ.

Wysokość nakładów NOWOŚCI WYDAWNICZYCH ustalano w porozumieniu z Działem Obrotu Księgarskiego Zjednoczenia Księgarstwa, które miało dane dotyczące ZAPOTRZEBOWANIA z podległych mu przedsiębiorstw.

Nakładem Składnicy Księgarskiej ukazywały się raz w tygodniu tzw. „Zapowiedzi Wydawnicze”, które rozsyłane były przez nas do każdej księgarni i biblioteki publicznej w Polsce, na podstawie których powstawało zamówienie zbiorcze w odniesieniu do poszczególnych tytułów. Te notki o zapowiedzianych książkach informowały „RYNEK” o cenie i orientacyjnym terminie druku danej publikacji oraz o wstępnej wysokości jej nakładu.

Jako wicedyrektor pionu handlowego SK miałem zaszczyt uczestniczenia w dziesiątkach narad wydawniczych ustalających szczegóły produkcji poszczególnych tytułów.

Naszym zadaniem było ciągłe doskonalenie informacji ogłaszanych w zapowiedziach wydawniczych, poprzez dbanie o to, aby nie było zbyt dużej różnicy czasu między zapowiedzią, a rzeczywistym wydaniem książki! I aby były one prawdziwe i rzetelne co do treści zapowiedzianych książek, a nie li tylko ich reklamą. Im większą mieliśmy wiedzę o nowościach wydawniczych, tym precyzyjniej udawało się nam – często z wyprzedzeniem – planować ich dystrybucję!

Mankamentem było to, że z uwagi na brak papieru, nakłady atrakcyjnych tytułów były przeważnie niższe od zgłaszanych przez księgarnie i biblioteki potrzeb! Co powodowało ich reglamentowanie przez wojewódzkie przedsiębiorstwa DK w odniesieniu do „swoich” księgarń. (Prowadziło to oczywiście do wielu pretensji księgarzy do kierowników ich Działów Obrotu Księgarskiego, które tej reglamentacji dokonywały).

 W Warszawie, odnowiłem wszystkie wcześniejsze kontakty dla usprawnienia procesu dystrybucji nowości oraz wzmocnienia reklamy tzw. RESZTÓWEK znajdujących się w naszych magazynach. Ideałem było rozliczenie się z całości nakładu przy jego pierwszej wysyłce. (Ale to zdarzało się rzadko).

Pracując w księgarni „Klubowej”, często bywałem w SK Warszawie i odwiedzałem wtedy nie tylko „Składnicę na Kolejowej”, ale też wielu dyrektorów Wydawnictw. Można nawet powiedzieć, że „zaprzyjaźniłem się” z szefami „na Kolejowej” (która wtedy była wiodącą ekspozyturą SK), jak m.in. z p. Kumaskim, Korczyńskim, Stetkiewiczem, a nawet z szefem transportu – Zielenkiewiczem. Także z szefami poszczególnych Wydawnictw, jak np. Andrzejem Wasilewskim, Stanisławem Bębenkiem, Andrzejem Kurzem, Łukaszem Szymańskim, Michałem Sprusińskim, Michałem Jagiełłą, Jerzym Ziołkiem, Michałem Kabatą, Wacławem Aluchną i panem Szczęsnym (z PAX-u). Jako SK prowadziliśmy intensywną – opartą na wzajemnych korzyściach – współpracę też i z tym wydawnictwem. Zresztą nie tylko z PAX-em, również z Wydawnictwem św. Wojciecha, a także innymi prywatnymi wydawcami, np. im. Ossolińskich. Ale „prywatnych wydawców” było wtedy bardzo mało, nie były one przez rządzących chętnie widziane.

Generalnie sprzyjano „reformie”, która nie tylko skróciła drogę nowości z drukarń do księgarń, ale też znacznie usprawniła proces tzw. zamówień wtórnych, (zapasów znajdujących się w magazynach poszczególnych ekspozytur). Poprawiła się też tym samym kondycja finansowa Wydawnictw, jak i samej Składnicy. Stała się ona FIRMĄ RENTOWNĄ, pozwalającą na zaciąganie kredytów bankowych, których użyczaliśmy często także Wydawcom!

Jeśli chodzi o „zapasy” (pozostałe po wysyłce nowości), skoncentrowane zostały w ekspozyturze warszawskiej, która zamówienia wtórne realizowała co najmniej raz na dwa tygodnie, jeśli „półka” danej księgarni zapełniła się książkami. A każda księgarnia miała taką swoją „PÓŁKĘ” w ekspozyturze warszawskiej!

Gdy zamówienia wtórne trzeba było realizować „od ręki” (w jak najkrótszym czasie) wysyłano je transportem SK do Zwrotowni danego przedsiębiorstwa DK, która swoim transportem wewnętrznym ekspediowała je dalej!

Wspomniałem już, że pozostałości z nakładów udostępniano księgarzom z pomocą przeróżnych druków informacyjno-reklamowych, sporządzanych w SK (na podstawie zapasów). Bardzo lubianymi przez księgarzy, stały się m.in. „Nowości Tygodnia”, „Sprzedałeś – Zamów” oraz liczne kurendy tematyczne np. książek dla dzieci, przewodników turystycznych, książek dla młodzieży, klasyki polskiej i obcej, czy – popularnych książek z wszystkich dyscyplin tematycznych.

Pracy w Składnicy poświęcałem dziennie więcej, niż 8 godzin, ale dawała mi wiele zadowolenia i satysfakcji i doprowadziła mnie w ostateczności do stanowiska …dyrektora departamentu książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Choć – PO DRODZE- były jeszcze stanowiska dyrektorskie w Centralnym Ośrodku Metodyki Upowszechniania Kultury „COMUK”, dyrektora departamentu plastyki MKiS oraz dyrektora Wydziału Kultury w Urzędzie m. st. Warszawy.

Miałem duże szczęście, gdyż mój dyrektor naczelny – Bronisław Palimąka, co jeszcze raz pragnę podkreślić, zostawił mi dużą swobodę działania.

On sam pełnił nadzór nad kadrami, finansami Składnicy, nad importem książek z zagranicy. Decydował o kontaktach z firmami współpracującymi ze Składnicą, w tym przede wszystkim Zjednoczeniem Księgarstwa.

Mnie uczynił odpowiedzialnym za cały pion handlowy! A więc zaopatrzenie księgarń, kontakty „handlowe” z Wydawnictwami i pionem sprzedaży (tzw. obrotu księgarskiego) z przedsiębiorstwami „Dom Książki” oraz pionem handlowym Zjednoczenia Księgarstwa. Jednocześnie „handlowo” podlegały mi wszystkie ekspozytury SK w terenie. Ogrom pracy! Ale nigdy nie narzekałem!

A z czego do dziś jestem dumny? Że i „Klubowa”, i SKŁADNICA KSIĘGARSKA okazały się przedsięwzięciami rentownym! Głównie dzięki przyspieszeniu wysyłek nowości i rozszerzonym formom sprzedaży posiadanych zapasów! Także dzięki wprowadzeniu sprzedaży ratalnej, różnego rodzaju subskrypcji na dzieła zbiorowe klasyków polskich i obcych, a zwłaszcza na encyklopedię powszechną i niezwykle atrakcyjne leksykony.

Zdarzyło mi się, że dwa razy autorzy, a byli to Władysław Bartoszewski i Jerzy Urban, przyszli do mnie z interwencją, że ich nakłady podobno cenzura zabroniła wysłać do sieci?! Natychmiast ten zakaz odblokowałem, stosując zasadę, że książki wydrukowane musiały przecież wcześniej uzyskać stosowną zgodę na ich publikacje. „Polecenia” przyjmowałem wyłącznie od swego dyrektora naczelnego, nigdy „na telefon z zewnątrz”. A wspominam o tym dlatego, iż słyszałem nieraz, że …w Składnicy, cenzuruje się książki… Zaprzeczam temu kategorycznie.

Zdarzyła mi się nawet interwencja w sprawie jednej z książek, której wydanie zablokowano, „gdzieś na górze”. Chodziło o znakomite opracowanie prof. Huberta Orłowskiego „Literatura w III Rzeszy”. Autor udowodnił w swej pracy, że w III Rzeszy, nie powstały żadne, DOSŁOWNIE ŻADNE, wybitne dzieła. To, co w latach nazistowskiego panowania powstało wartościowego w Niemczech, dotyczy pisarzy emigracyjnych, m.in. Tomasza i Henryka Manna, Anny Seghers, Leona Feuchtwangera i kilkunastu innych.

Jako dygresję wspomnę o dość humorystycznym zdarzeniu, jakie miało miejsce, gdy pracowałem w SK. Otóż. w moim gabinecie odbywało się spotkanie, gdy do pokoju „wpadł” niespodziewanie dyr. Palimąka, a u mnie byli już, red. Palmąka i pisarz Mąka. Przedstawiając ich – szef myślał, że sobie z niego kpię: Mąka, Palmąka i Palimąka? Taki zbieg okoliczności, taka „zbitka” nazwisk? Wszystko na szczęście szybko się wyjaśniło …

Praca w SK była bardzo twórcza i potwierdzam słowa sprzed lat Bogdana Gustowskiego: jest ona specyficzną SŁUŻBĄ DLA KULTURY! A Bogdana Gustowskiego, wspaniałego plastyka, który pomagał mi w „Klubowej”, a potem w STK; zaprojektował też przepiękny „znaczek do klapy” z literami SK, na dwóch stronach rozłożonej książki; którą wszyscy pracownicy SK (łącznie z dyr. Palimąką i oczywiście ze mną) nosili z dumą! (Bogdan Gustowski zaprojektował też dla nas nagłówek „papieru firmowego”. Wyglądał, jak dziś „papiery firmowe ministerstw, czy agend rządowych”. SKŁADNICA BYŁA WTEDY TAKĄ AGENDĄ w odniesieniu do całego księgarstwa!

Ciąg dalszy nastąpi

i będzie miał tytuł „Awans na dyrektora COMUK”!

  1. Gryzie mnie sumienie, że w odcinkach o STK, nie uwzględniłem Waleriana Pawłowskiego, który przez wiele lat prowadził, jako dyrygent i dyrektor (przed Józefem Wiłkomirskim) Filharmonię Szczecińską, a był też jednym ze współzałożycieli Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i aktywnym członkiem Szczecińskiego Klubu Bibliofilów, działającego przy księgarni „Klubowa”. Naprawiam zatem to swoje przeoczenie, przepraszając za rodzinę Mistrza (i Czytelników mojej autobiografii).

Tym bardziej, iż Walerian Pawłowski był człowiekiem o niespożytej energii, która spowolniła po tragicznym wypadku komunikacyjnym.

Był Kimś, kto kochał życie, a przede wszystkim muzykę, komponował dzieła symfoniczne, także utwory kameralne na fortepian i skrzypce. Pisał również piosenki satyryczne.

Pozostały też po Nim znakomite książki m.in. „Na krzywej pięciolinii”, „Takty i nietakty”, „Ach, jak oni kochali”.

Nie było zebrania Bibliofilów, czy Rady STK, w której nie zabierałby głosu, proponując kolejne akcje upowszechnieniowe. Walnie przyczynił się do „budowy” polskiej kultury na odzyskanej Ziemi Szczecińskiej.

Korzystając z okazji, składam hołd Jego Pamięci!

I jeszcze jedno PS, które może zaświadczyć, kiedy powyższe wspomnienia były pisane. Ten odcinek np. w lutym 2021 roku, niedługo po fenomenalnym wygraniu przez Kamila Stocha po raz TRZECI, prestiżowego turnieju 4 skoczni! I dokonał tego w czasie trwającej na świecie pandemii (także w POLSCE) koronowirusa, DAJĄC NAM WSZYSTKIM NADZIEJĘ (i radość), że jeszcze będzie normalnie i wrócimy do równowagi. I jak ON, zjeżdżając z kolejnych skoczni, pokonamy lęk przed zarażeniem się i zachorowaniem, które w tak wielu przypadkach kończy się tragicznie.

Poprzedni artykuł„Pośmiertny benefis” Jana Lewandowskiego
Następny artykułNiezwykłe wydarzenie na Estadio Azteca
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

2 KOMENTARZE

  1. Składnica Księgarska – to kawał historii i naszej kultury! Tworzą ją nie tylko wielkie dzieła artystyczne, ale praca u podstaw jaką jest księgarstwo. To zasługa m. in. osób przywołanych w tym artykule, ale też wielu innych, już zapomnianych. Tym bardziej doceniam Autora za podjęcie tego tematu.

  2. Oto dowód jak można w każdych warunkach i w każdej sytuacji czynić świetne rzeczy, które nawet po latach mogą być dumą. Podstawą sztuki przekonywania jest umiejętność słuchania, rozmowy, czasem i ustępstw. A i to za mało. Bez życzliwości dla drugiego człowieka, czasem stojącego nawet po drugiej stronie barykady, bez niespożytej energii, czasu poświęconego takiej pracy, kompletnie ponad normatywnego, nic by nie było oprócz starych kolein.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here