Marzyła mi się kariera kolarza. Autobiografia Karola Czejarka, cz. 7

5

Wracając do swojej autobiografii, najpierw dokończę rozpoczęte w poprzednim odcinku wspomnienie o Januszu Hałdysie.

Mimo, iż nigdy nie osiągnął znaczących sukcesów w kolarstwie, chciał być wielkim zawodnikiem. Wspólnie przejechaliśmy wiele treningowych kilometrów, a towarzyszył mi zwłaszcza w tych najdłuższych, liczących po 250/300 km, pokonywanych w ciągu jednego dnia!

Miałem takie zalecenie treningowe od swojego trenera – Tadeusza Drążkowskiego (szosowego mistrza Polski z r. 1952), aby po prostu od czasu do czasu takie dystanse przejeżdżać. Chodziło w nich o to, aby tyle „wytrzymać” na rowerze, nie schodząc z niego. Co wcale nie było takie proste (bo jechaliśmy bez przerwy ok. 10/12 godzin)!

Te treningi służyły mi w wyrabianiu „żelaznej” kondycji; trzymania głowy nad kierownicą przez tyle godzin, w ogóle – siedzenia na rowerze i kręcenia pedałami… (Po takich treningach – kilku w ciągu sezonu – wszystkie „krótsze” dystanse, które potem pokonywałem, zwłaszcza w wyścigach ulicznych na szosie, wydawały się fraszką!).

Janusz po tych treningach zapraszał mnie często na kolację, na „puszkę mięsną”, o którą wtedy było bardzo trudno. Jej zawartość nakładaliśmy sobie na chleb, grubo posmarowany masłem (wtedy też zdobywanym z trudem) i popijaliśmy bardzo słodką herbatą (żeby odzyskać stracone na treningach kalorie). Na deser jadaliśmy zwykle smaczne jagodzianki (robione specjalnie dla Janusza w pobliskiej piekarni). Pycha.

 Janusz zwykle naprawiał przy moim rowerze usterki, których po takim treningu, a szczególnie po wyścigach, zawsze było dużo. Miał dryg do ich usuwania, podobnie jak Miecio Andrzejak (też średniej klasy kolarz), ale o wielkich zdolnościach do majsterkowania… OBAJ byli dla mnie – jako mechanicy – WIELKĄ POMOCĄ, tym bardziej, iż robili to chętnie i bezinteresownie. Ja do tego nie miałem żadnego „drygu”.

Dzięki nim miałem rower zawsze sprawny, co szczególnie było ważne wtedy, gdy jeździłem już „w tzw. licencji”, czyli w najwyższej wówczas klasie sportowej.

Janusz Hałdys, przylgnął też do mnie i przyjaźniliśmy się (na odległość) przez wiele długich lat. Niemcy wymordowali mu w czasie wojny całą rodzinę (z wyjątkiem jednego brata – Zdzisława, który też próbował ścigać się na rowerze). Obu zabrali do „niemieckiego” sierocińca, ale nie dali się „zniemczyć”. Być może widzieli we mnie „pobratymca”, który tak jak oni – na swoją ojczyznę wybrał Polskę, a nie Niemcy.

Gdy piszę te słowa (w listopadzie 2020 roku) Janusz od kilku tygodni znajduje się w Domu Opieki Społecznej w Stepnicy. Udało mu się nawet kilka dni temu zadzwonić do mnie do Warszawy, by mnie o tym poinformować (z przemyconego przez pensjonariuszy telefonu komórkowego, gdyż własny mu odebrano).

Na moje pytanie – „Januszu, jak Ci tam?”, odpowiedział smutnym głosem: „gorzej jak w więzieniu, gdyż z uwagi na pandemię, nie wolno wychodzić ani na krok”; …”nawet nie mogę pojechać do Mieszkowic… po zamówione przeze mnie i gotowe do odbioru zęby”. (Mieszkowice – to jego miejscowość, w której przez wiele lat mieszkał).

Niezwykłe w jego „życiorysie” jest to (o czym chcę krótko napisać), że po śmierci żony, poznał kiedyś w sanatorium w Kołobrzegu Niemkę. Zamieszkali wspólnie w Berlinie, pozostając w związku partnerskim przez prawie 30 lat. Nie miał niestety oficjalnego zameldowania, ani uregulowanych spraw emerytalno-ubezpieczeniowych. Gdy któregoś dnia zasłabł, musiał wrócić do Polski, by skorzystać z przysługującego mu w naszym kraju ubezpieczenia emerytalnego.

Kiedyś zapytałem go: „Januszu, czy Ty – wiążąc się z tą Panią (Brigide Hanemann), nie miałeś żalu do Niemców o to, co Ci zrobili…?”.

Odpowiedział krótko: „Ona w niczym nie zawiniła! Straciła na wojnie męża, braci i jeszcze wielu bliskich z rodziny. Na wojnie najbardziej cierpią zwykli ludzie”.

Janusz wrócił więc na swoje „ostatnie lata” do Polski; tam nie miał żadnego zabezpieczenia zdrowotnego… a nie chciał być dla nikogo ciężarem…

Mogę to tylko skomentować słowami, że jest jeszcze wiele spraw do uregulowania pomiędzy naszymi narodami (w ogóle w ramach UE), choćby w kwestii stosunków dwustronnych, w tym „zasad funkcjonowania związków nieformalnych”.

– „Wróciłem do kraju”, zdążył mi jeszcze powiedzieć w ostatniej rozmowie przez telefon, również dlatego, że chciałbym spocząć na ojczystej ziemi…”

KOLARSTWO – i to długo zanim poznałem Janusza – zacząłem uprawiać „na poważnie” w roku 1954! I uprawiałem do roku 1963, a nawet do wiosny 1964.

Nie byłem w stanie dłużej pogodzić wielogodzinnej pracy zawodowej w księgarni z potrzebą coraz bardziej intensywnego treningu, niezbędnego do osiągnięcia najwyższego poziomu sportowego, a tylko TAKI mnie interesował).

Inaczej mówiąc, karierę sportową przerwałem nie dlatego, że kolarstwo mi się znudziło, ale że musiałem dokonać wyboru między karierą zawodową a karierą sportową (zwłaszcza, gdy zostałem sekretarzem prezydium i dyrektorem biura Szczecińskiego Towarzystwa Kultury).

Zdecydowała też świadomość o niemożliwości brania udziału w wyścigach zagranicą, nieuwzględnianie mnie w kadrze narodowej, mimo dobrych osiągnieć i przepowiadanej przez fachowców szansy na sportową karierę.

Pierwszy rower – damkę „Bauera” – kupił mi kuzyn. U jego matki (cioci Jadzi), przez kilka lat pracowałem w Zabrzu w czasie wakacji, już po śmierci taty, dorabiając „do życia”, szczególnie na zimowe ubranie i podręczniki szkolne.

Nieustannie śniły mi się wtedy sukcesy polskich kolarzy na Wyścigach Pokoju! W dodatku w mojej klasie szkolnej (a byłem wtedy w X) było już kilku zaawansowanych zawodników, jak Andrzej Gabriel, Krzysio Olszewski, Kazimierz Lipień i Jan Daniejko. Zacząłem z nimi chodzić na tor kolarski, by ICH podziwiać, a przy okazji „podpatrywać” treningi znakomitego wówczas sprintera (europejskiej klasy) Zbyszka Zająca oraz mistrza Polski na średnich dystansach (1 i 4 kilometry na torze) – Zbyszka Mąkowskiego.

Moimi idolami byli wtedy oczywiście Stanisław Królak (zwycięzca Wyścigu Pokoju), jak i „Ślązak” Mieczysław Wilczewski oraz pochodzący ze Stargardu (wtedy jeszcze Szczecińskiego) Bernard Pruski. Marzyłem, aby być takim, jak Kudra z Łodzi i Chtiej (wielkie zapowiadające się wtedy „gwiazdy” polskiego kolarstwa); na torze zawsze imponowali mi Jerzy Bek, Stefan Borucz i Józef Józefowicz. (Z tymi wspaniałymi kolarzami – po kilku latach intensywnego treningu – wygrałem, choć oni byli wtedy już u schyłku swej kariery (poza Kudrą i Chtiejem); ALE MIMO WSZYSTKO… cieszyłem się z pokonania ich, jak wielu innych, wówczas znakomitych kolarzy).

Gdy opowiadam teraz te „dzieje”, zwykle pada pytanie o „Szurkowskiego”. Ten wspaniały kolarz (gdy ja już kończyłem swoje ściganie) dopiero zaczynał zdobywać swoje mistrzowskie laury, podobnie jak Szozda, Piasecki czy Halupczok. Niestety, nie zdążyłem już zmierzyć się z nimi!

Dziś moimi „największymi” kolarzami są przede wszystkim Kwiatkowski i Majka. (Ręce same składają się do oklasków, gdy coś „kolarskiego” odbywa się z ich udziałem), choć WSPANIAŁYMI byli dla mnie też Czesław Lang (wicemistrz olimpijski na szosie z Moskwy i pierwszy polski zawodowiec, jeżdżący na Zachodzie) oraz Zenon Jaskuła, który był TRZECIM w Tour de France, w największym wyścigu świata!

Byłem też wielkim fanem swego pierwszego trenera, jednocześnie wybitnego kolarza – TADEUSZA DRĄŻKOWSKIEGO, który kiedyś z wyjazdu na zawody do RFN nie powrócił do Polski, bo podobno odnalazł tam swego ojca?! (To też mi w karierze wiele zaszkodziło; ciągle obawiano się, że mogę postąpić podobnie, więc dla pewności – nie zabierano mnie zagranicę. Nawet do NRD nie pojechałem na żaden wyścig i obóz sportowy, choć mój klub „Arkonia” Szczecin, (którego zawodnikiem byłem od początku do końca) miał ze Stalą (Stahl) Riesa uzgodnioną współpracę! A w kilku wyścigach w Szczecinie wygrywałem „lekko” z koalicją ich zawodników, m.in. Ruthenbergiem i Bodo Scholze.

Po Tadeuszu Drążkowskim moimi kolarskimi postępami „rządził” – TADEUSZ BESTRY, od którego – przyznaję – także wiele się nauczyłem, zwłaszcza na torze. (Tor był w ogóle moją ulubioną specjalizacją, zwłaszcza wyścigi dystansowe), ale wtedy – jeździło się WSZYSTKO, tzn. przełaje na wiosnę i w jesieni oraz wszelkiego rodzaju wyścigi NA SZOSIE, (zwłaszcza, gdy nie było imprez na torze).

Mój pierwszy wyścig na wspomnianej „damce Bauera”, której ramę przerobiłem na „męską”, (choć nadal była bez przerzutki i na zwykłych, turystycznych kołach, ale „z wyścigową” kierownicą i „szczękowymi” hamulcami) to: Szczecin-Golęcin – (z bardzo stromym podjazdem po kocich łbach), przez Police, Tanowo, Głębokie – do mety na wysokości kortów na ulicy Wojska Polskiego.

Byłem w tym wyścigu OSTATNI, z ponad półgodzinną stratą do zwycięzcy – Krzysia Olszewskiego! Za to po roku (ale już na prawdziwej pierwszej wyścigówce „Bałtyk”) WYGRAŁEM TEN WYŚCIG, pokonując m.in. wszystkich swoich szkolnych kolegów! Był rok 1955.

Brałem potem udział (wielokrotnie wygrywając) w wielu ulubionych przeze mnie wyścigach „ulicznych” i innych, jakie odbywały się w latach 1956-1963 na szczecińskim (ciągle remontowanym) torze i szosach przede wszystkim Pomorza Zachodniego.

Ścigałem się również (z powodzeniem) na popularnym wówczas w Szczecinie 3 etapowym wyścigu „Głosu Szczecińskiego”; jeździłem też „za motorami” (na torze, których prawdziwym mistrzem był mój kolega i rywal Marian Hałuszczak). Brałem też udział w wyścigach wieloetapowych, m.in. „Po Ziemi Szczecińskiej”, który „Arkonia”- ze mną w składzie – wygrała wtedy drużynowo.

Czytelnik mojej autobiografii może ocenić, czy to co osiągnąłem „na rowerze”, było czymś znaczącym, czy to tylko tzw. „zawracanie kijem Wisły”?

MOIM ZDANIEM OSIĄGNĄŁEM DUŻO, szczególnie w kontekście warunków, jakie miałem do uprawiania tej dyscypliny. A nawet bardzo dużo!

Mogę bowiem pochwalić się m.in. mistrzostwem Polski juniorów w jeździe drużynowej na torze (Kalisz 1958), wicemistrzostwem Polski na torze w jeździe drużynowej seniorów (Radom 1959); byłem mistrzem okręgu na torze seniorów na olimpijskim dystansie 1000 m (i to przed liczącym się wtedy w sprincie światowym na tym dystansie – Zbyszkiem Zającem!).

Zdobyłem również mistrzostwo okręgu w jeździe indywidualnej na czas na szosie (m.in. przed Hałuszczakiem, Bednarkiem, Zielińskim, Owczarkiem, Pruskim, m.in. ze znanymi wówczas kolarzami SZCZECIŃSKIMI odnoszącymi sukcesy w Wyścigu Pokoju, jak Zieliński, Pruski i Bednarek, który wygrał w tamtych latach m.in. wyścig „dookoła Bułgarii”).

Wygrałem też w r. 1959 eliminacje przedolimpijskie na torze w wyścigu dystansowym, pokonując na szczecińskim torze m.in. Beka, Borucza, Józefowicza i innych czołowych (NAJLEPSZYCH WTEDY) polskich kolarzy torowych, dublując nawet wszystkich uczestników tego wyścigu o 1 okrążenie! Nazajutrz prasa szczecińska odnotowała moje zwycięstwo tytułem „Czejarek pogodził wielkich rywali”.

Do dziś uważam za sukces III miejsce w mistrzostwach okręgu w wyścigu na przełaj, czy mistrzostwo Szczecina na szosie (juniorów i seniorów); także mistrzostwo klubów szczecińskich (w tzw. „elicie”), jak też inne różne zwycięstwa w wyścigach ulicznych w Szczecinie, Stargardzie, Choszcznie, Goleniowie, Gryficach, Pyrzycach i Nowogardzie oraz zajmowanie czołowych miejsc w „Kryterium Asów” m.in. w Poznaniu, Warszawie (wyścig MON-u), w Gdyni (o puchar marynarki wojennej), czy w Łodzi (wyścig „Dziennika Łódzkiego”).

Oczywiście ścigałem się też w popularnym w kraju „Kryterium Asów” w Szczecinie na Wałach Chrobrego, wygrywając (rewanż za to „kryterium” w Stargardzie w kategorii juniorów) przed Wacheckim (przyszłym olimpijczykiem i wielokrotnym mistrzem Polski) i całą czołową młodzieżówką kraju!

Za swój sukces uważam też m.in. II miejsce w tzw. „omnium olimpijskim juniorów” – na torze w Krakowie.

W sumie – wygrałem (co mam w swoich zbiorach udokumentowane) ponad 30 wyścigów!

Bardzo lubiłem ścigać się w tzw. wyścigach parami (amerykańskim) na torze (i to nie tylko w Szczecinie, ale i w Łodzi, Kaliszu, Włocławku i Wrocławiu, a nawet na warszawskich „Dynasach” ). Zawsze dobrze czułem się w wyścigach na torze, zwanych „australijskimi” (w którym na każdym okrążeniu odpada ostatni zawodnik z peletonu).

Uwielbiałem też „jednodniówki”, organizowane przed laty z okazji m.in. „Dni Morza”, „1-Maja” i innych świąt państwowych, ale też z okazji rozpoczęcia i zakończenia sezonu szosowego.

Popularne za „moich czasów” były też wyścigi „na bieżni” – np. wokół stadionu „Pogoni”, „Czarnych” i „Arkonii”. Ścigano się też przy „sztucznym świetle” (tzw. wyścigi nocne).

Na swoje „sukcesy” pracowałem bardzo ciężko, praktycznie nie znając sytuacji, kiedy miałbym CZAS tylko „na trening”! Ale nie narzekałem. BYŁO, MINĘŁO. I z rozrzewnieniem wspominam „tamte” – szkoda, że tak szybko minione – lata!

W okresie swej kariery miałem wielu solidnych „rywali”, z którymi w tamtych latach bardzo się przyjaźniłem, m.in. z Edwardem Owczarkiem (który był WIELKIM, naprawdę wielkim talentem kolarskim!), Krzysztofem Olszewskim (chodziliśmy do szkoły i razem zdobywaliśmy drużynowe mistrzostwo Polski na torze). Podobnie (choć mniej) kolegowałem się z Tadeuszem Konowalikiem (późniejszym mistrzem Polski na 4 km, z którym też chodziłem do „podstawówki”, przy ul. Witkiewicza).

Moimi serdecznymi kolegami byli: Adolf Amborski i Piotrek Szematowicz ( jechali ze mną w drużynie, która w Kaliszu zdobyła mistrzostwo Polski juniorów).

Ze „szczecińskich” kolarzy lubiłem szczególnie rywalizować z Marianem Hałuszczakiem, Waldemarem Mosbauerem, Wojtkiem Matusiakiem, Grzegorzem, Wiśniewskim, braćmi Mikołajczykami, Zacharewiczami, i „starszymi” ode mnie (a dotąd niewspomnianymi kolarzami): Klabeckim, Bińczykiem, Chruślińskim, Butkiewiczem, Zawistowskim, Kowalskim, Musialskim, Przezdomskim, Stefanikiem czy Radlińskim, ale ZAPEWNIAM – było ich znacznie więcej!

Z Klabeckim przegrałem kiedyś dwa sprinty o zegarek –„delbanę”, gdyż chciałem mu udowodnić, że jestem od niego lepszy. Ale niestety przegrałem z kretesem dwa biegi, mimo że miał wcześniej obie nogi w gipsie po jakiejś kraksie. Cały „tor” kolarzy był tego świadkiem, bo nasz zakład rozstrzygaliśmy „w czasie CZWARTKU KOLARSKIEGO”, jakie co tydzień odbywały się w Szczecinie.

 Do dziś w wielkiej przyjaźni pozostaję z Jankiem Chruślińskim, który przeniósł się ze Szczecina do Łobza, a potem w ogóle wyjechał w swoje rodzinne strony (okolice Buska, Kielc i Radomia). Dzisiaj Jasiu Chruśliński jest znanym i cenionym PISARZEM, członkiem Związku Literatów Polskich, a w wojsku (służył dwa lata wcześniej ode mnie) – doszedł aż do stopnia pełnego pułkownika; ukończył też studia inżynierskie oraz Akademię Sztabu Generalnego w zakresie historii.

Moim „kolegą” jest nadal Zbigniew Borowski, który po karierze sportowej (niezłej!), przez wiele lat był znakomitym trenerem kolarskim „Ogniwa” i „Czarnych” Szczecin. (Podobnie wielkie trenerskie sukcesy odnieśli Wojtek Matusiak, Waldemar Mosbauer i Marian Bednarek, ongiś także znakomici kolarze).

Przez ponad 10 lat „uprawiania kolarstwa” przejechałem tysiące kilometrów treningowych i wyścigowych, w których mój „bidon” (NIESTETY), nigdy nie był dobrze zaopatrzony.

Służąc w wojsku zabierałem w nim zupę, którą na śniadanie dostawali żołnierze; dobrze było, gdy pan Polak wyposażał mnie przed wyścigiem w 2-3 cytryny i czekoladę (wtedy produkty bardzo deficytowe). O pomarańczach czy bananach można było pomarzyć; z owoców zabierałem do kieszeni jabłka i zwykłe „bułki”, a nawet czarny chleb z wojskowej stołówki i dobrze było, gdy był „czymś” posmarowany.

Od Leona Bestrego (był to ZNAKOMITY działacz w Szczecinie i jednocześnie „ogólnopolski” sędzia kolarski, a przed wojną kolarz), nawiasem mówiąc – ojciec mojego trenera Tadeusza Bestrego, czasami dostawaliśmy przed wyścigiem „cukier w kostkach” i jakieś batony czekoladopodobne. Czasami też talon na obiad w barze mlecznym po „ważniejszych” wyścigach. (W tych barach „na obiad” jadałem najchętniej „podwójny” ryż ze śmietaną i cukrem, albo kalafior z ziemniakami. SMAKOWAŁO!).

Pani Barbara Drążkowska (dopóki jej mąż był moim trenerem) przynosiła mi często na start „naleśniki” z serem i marmoladą, którymi posilałem się w czasie wyścigów! No i zawsze mogłem od Państwa Polaków (u których mieszkałem) zabrać, co „tylko” mieli w spiżarce (lodówki jeszcze nie mieli).

W „drugim” bidonie, takim mniejszym, który woziłem zawsze ze sobą w swojej koszulce kolarskiej, miałem herbatę słodzoną miodem, lub „czarną”, bardzo mocną kawę z solą (organizm wydala w czasie jazdy – jak mi mówiono – dużo soli z potem).

Dzisiaj kolarze na dłuższych etapach mają tzw. bufety, dostają w drogę różnego rodzaju żele energetyczne. Wtedy nawet nikomu przez myśl nie przechodziło, że kiedyś będzie możliwe TAKIE „dożywianie” w czasie jazdy… czy zmiana bidonów w trakcie wyścigu…. Że za zawodnikami w ogóle będą jeździły wozy techniczne z kołami zapasowymi, a nawet rowerami na zmianę.

Za moich czasów gumę zmieniało się samemu, oczywiście pozostając od razu daleko za grupą; dogonienie jej było wtedy zupełnie niemożliwe. Ale czasy się zmieniły! Moimi najlepszymi rowerami, którymi się szczyciłem, a kupił mi je klub był „Helliet” (z podobizną „Anquetila” na ramie) i „Frejus” na torze. Wtedy wydawało mi się, że LEPSZYCH rowerów już nigdy nie będzie! Ale przed „tymi maszynami” jeździłem na „Bałtyku”, potem „Huraganie” i „Jaguarze”.

Na trening wyjeżdżałem każdego dnia najpóźniej o w pół do piątej rano! Gdyż na 10.00 musiałem zdążyć do pracy w księgarni. A po jej zamknięciu o 18:00 jechałem na trening torowy – specjalistyczny, tzw. szybkościowy.

Na szosie lubiłem trenować sam. Gdy doganiali mnie jacyś kolarze, albo ja ich, zawsze udawałem, że „dziś jakoś mi NIE idzie”; tego nauczył mnie trener Drążkowski. Często mówił: „kozacz, ale na wyścigach, a nie na treningach!”. On też nauczył mnie wygrywać!

Przez jakiś czas było tak, że gdy spotykałem się z nim w poniedziałki dla omówienia planów na tydzień – zawsze pytał (choć doskonale przecież o tym wiedział):

„Który wczoraj byłeś?”. Odpowiadałem: „Piąty…, szósty…, czasami czwarty, dodając od razu, ale przyjechałem w czołówce”!

– „I co, zadowolony jesteś?” „Po co ty w ogóle jeździsz?”;

– „Masz jechać tak, aby wygrywać, a nie cieszyć się, że przyjechałeś z czołówką; co ci to daje?”.

I miał rację, gdyż w kolarstwie tak naprawdę liczy się tylko wygrana! Satysfakcję masz wtedy i tylko wtedy, gdy WSZYSCY zostają za Twoimi plecami! „Inaczej” – zakończył – „ta ciężka praca, którą wykonujesz na treningach nie ma sensu, rozumiesz?”.

Na końcu każdego wyścigu zawsze jechał ciężarowy samochód ( z czasem autobus) z napisem „Koniec wyścigu”. Zbierał „z trasy” kolarzy, którym nawaliły „rumaki” (jak nazywano wtedy rowery wyścigowe), inaczej mówiąc, zbierał też z trasy wszystkich wycofujących się z wyścigu z powodu kraks, których nie zabierała karetka pogotowia. A wspominam o tym, bo miałem kiedyś „przygodę” z takim samochodem, który przywiózł mnie na metę.

Było to na wyścigu Katowice – Kraków – Katowice. Byłem dobrze do tej próby przygotowany (w ramach swoich indywidualnych przygotowań do eliminacji przed Wyścigiem Pokoju). Pamiętam, że chciałem ten wyścig wygrać. Jego nagrodą było radio walizkowe „Szarotka”, które koniecznie wtedy chciałem zdobyć (i mogłem…).

Lecz w trakcie wyścigu, po spożyciu z bidonu tzw. „koksu” (który mi ktoś polecił), tzn. mocnej kawy z solą i miodem, dostałem rozwolnienia. Gdy zauważyłem na rynku w Wadowicach publiczny „wychodek”, skręciłem do niego i zatrzymałem się na dłuższą „chwilę”…

Czas się dłużył, a ja wstydziłem się wyjść z tego „obiektu”, przed którym w międzyczasie zgromadziło wielu ciekawskich. Gdy przejeżdżał przez miasteczko samochód: „Koniec wyścigu”, krzyczeli do jego kierowcy – „Tu jest jeszcze jeden kolarz!”.

Innym razem, wracając z wyścigu w Szamotułach, byłem tak słaby, że mnie zemdliło i chciałem na korytarzu otworzyć okno w jadącym pociągu; palce utknęły mi między górną ramą okienną a szybą i …ściągnęło mi z prawej dłoni trzy paznokcie… Boże, co to był za ból, a do Szczecina było jeszcze ponad 2 godziny jazdy…!

Wtedy przychodzą najgorsze myśli: „po co ci to, daj sobie spokój z tym ściganiem…”. Ale, kiedy ból mija, znów siadasz na rower i …marzysz o dalszych sukcesach! I…

…przyodziewałem ponownie jedną ze swych ulubionych koszulek: białej z czerwonym pasem na piersi (na wyścigi na torze), a czarną z żółtym dość szerokim pasem wokół klatki piersiowej na szosie. Przed nią (nim podarła się ostatecznie po kolejnej kraksie) moją ulubioną koszulką „na szosie” była koloru jasno seledynowego z dwoma cienkimi czarnymi pasemkami po środku.

Do tego miałem prawdziwe czarne buty kolarskie, z napisem na języczku „Avanti” i „przepiękny” jak tamte czasy delikatny skórzany włoski kask z napisem (jak na butach).

Moje nogi zawsze starannie też były „zawsze” wygolone, z białymi (tylko „białymi”) – prawie pod kolana podciągniętymi – skarpetkami. Tak, że prezentowałem się dobrze w stroju kolarskim; starając się też o to.

Klęskę poniosłem w eliminacjach przed wyścigiem pokoju na wiosnę 1961r. Na mecie I etapu byłem dopiero 56, choć jeszcze na 12 km przed metą byłem w kilkuosobowej ucieczce… stało się to po wypiciu z bidonu mocno posłodzonej kawy z domieszką mleka, które sfermentowało.

Musiałem zatrzymać się na poboczu i zwymiotowałem „mieszankę”. A już widziałem „w głowie” tytuły następnego dnia w prasie… Czejarek niespodzianką I etapu eliminacji!?

W sporcie nie wolno słuchać niesprawdzonych, a zwłaszcza przypadkowych podszeptów! Należy być zawsze TYLKO SOBĄ! Gdyż nie ma drugiego takiego sportu. Wymaga znoju, ale i daje niezwykłą satysfakcję!

Kolarstwo to „wolna”, nieograniczona przestrzeń wspaniałej (wiosną, latem, jesienią i zimą) przyrody. Pozwala na poznanie nie, tylko własnego regionu, ale i Polski. Setek wsi, miast i miasteczek oraz metropolii, które się mija „po drodze”. A jak ktoś się ma SZCZĘŚCIE i… inne kraje.

Aby wygrać, trzeba WSZYSTKICH startujących w danym wyścigu trzeba zostawić „za plecami”.

Ale WYGRAĆ – proszę o tym pamiętać – oznacza lata treningu, wielkiego samozaparcia i sportowego trybu życia. …Wiary w siebie (i w drużynę, która może w tym pomóc; CHOĆ – mimo tego – KOLARSTWO NA ZAWSZE POZOSTANIE SPORTEM INDYWIDUALNYM).

Gdybym jeszcze raz miał się narodzić – ponownie uprawiałbym ten sport! Dał mi radość życia, ale i nauczył walczyć o swój byt…, nie poddawania się NIGDY z „byle powodu”.

 

Ciąg dalszy nastąpi

Tytuł kolejnego odcinka: ”Praca w Szczecińskim Towarzystwie Kultury (STK) była wielkim wyzwaniem”

P.S. W trakcie pisania tego odcinka (listopad 2020) zmarł nasz sąsiad działkowy Wiesław SŁOMCZYŃSKI, z którym przez ponad 30 lat przyjaźniliśmy się „przez płot”. On też chciał być w młodości kolarzem, ale podobnie, jak Janusz Hałdys – nie osiągnął znaczących sukcesów. Opowiadał o LZS-ach, które za czasów Jego młodości były wielką szansą dla młodzieży wiejskiej. O Jego sportowych marzeniach rozmawialiśmy wiele razy podczas wspólnych wycieczek rowerowych (dla zdrowia) wzdłuż Bugu i Narwi. Kochał przyrodę, a przede wszystkim wędkowanie. Wspaniale przyrządzał złowione rybki i zapraszał „na ucztę” sąsiadów. Pięknie śpiewał, szczególnie arie i pieśni z repertuaru operowego. Umilał nasze wspólne ogniska dźwięcznym bas-barytonem; WIESIU żegnaj!

Poprzedni artykułMistrzostwa Świata w piłce ręcznej mężczyzn. Polacy w mocnej grupie…
Następny artykułPiłkarskie, zakulisowe historie meczów Polska –Japonia
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

5 KOMENTARZE

  1. Już wiadomo skąd się wzięły sukcesy Polski w kolarstwie – z takich zapaleńców jak Karol. Na przykładzie Szczecina widać z jakim zaangażowaniem zawodnicy i trenerzy potrafili rozwijać tę dyscyplinę. A ilu mieli kibiców! Przejazd kolarzy przez miasto czy wieś był wydarzeniem. Szkoda, że nie ma już Wyścigu Pokoju. Pamiętam jak słuchaliśmy transmisji z uchem przy radiu. Marzyliśmy, by zobaczyć naszych bohaterów na trasie. Teraz, dzięki telewizji, oglądamy wyścigi Tour de France, Giro D’Italia oraz La Vuelta a Espana, które nadal są bardzo popularne. Mam tylko wątpliwość do stwierdzenia Autora, że kolarstwo pozostanie na zawsze sportem indywidualnym. Bo ciągle słyszę w relacjach, jak to zespół świetnie rozprowadził swego lidera, by mógł wygrać etap.

  2. Życie nas ćwiczy różnymi sposobami lecz ta dotkliwość w znacznej mierze zależy od naszego usposobienia. Jeżeli z zasady czujemy się niezadowoleni, bo nic nie idzie zgodnie z naszymi wyobrażeniami i piętrzą się przed nami przeszkody trudne do pokonania, jesteśmy na straconej pozycji. Ty Karolku posiadasz rzadką cechę: w każdej, nawet bardzo trudnej sytuacji odnajdujesz pozytywy i w każdym napotkanym człowieku odsłaniasz chociażby szczątkową życzliwość, którą umiesz rozmrozić i pielęgnować pamięć o niej po długich latach. Dlatego jesteś kim jesteś. Czy to w jakiś sposób nagradza Cię? Oczywiście. Zejdźmy na ziemię. Tacy ludzie dłużej żyją, łagodniej chorują, a leczenie daje lepsze efekty. Cóż, tylko cieszyć się, że Ciebie poznałam. Ewa Ł.

  3. Jan Chruśliński
    Jak światło jest równocześnie falą i strumieniem fotonów, tak kolarstwo to sport indywidualny i zespołowy zarazem. Nawet światowej klasy specjaliści potrafią kosztem własnych ambicji pracować na sukces lidera teamu.
    Peleton to nie bezładna zbieranina jadących kierownica w kierownicę kolarzy, którzy przeszkadzają sobie nawzajem. To organizm. Bardzo skomplikowany organizm, na którego jego funkcjonowanie ma wpływ każda komórka. Każdy rower.
    Dlaczego?
    Kolarstwo jest najbardziej zespołowym ze sportów indywidualnych. Lider nie odniesie sukcesu bez pomocy kolegów, a model funkcjonowania drużyny najlepiej zrozumieć przez pryzmat finansów. Podczas wielkiego touru wszystkie premie zdobyte przez członków ekipy wpadają bowiem do jednego worka i dopiero na mecie są dzielone między zainteresowanych według odpowiedniego klucza.
    Teatr peletonu podczas dużego wyścigu to barwny krajobraz ról. Najprościej kolarzy podzielić na cztery grupy: liderów, sprinterów, pomocników oraz harcowników.
    Cel członków pierwszego zestawu jest jasny: walka o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej wyścigu. Podczas etapu lider – najczęściej człowiek drobny budową, ale gigant wydolności, wybitny przy jeździe po górach – musi mieć baczenie na najgroźniejszych rywali i podejmować ataki lub ofensywne zapędy oponentów kontrować. Sprinterzy – potężnie zbudowani atleci – do głosu dochodzą na odcinkach płaskich, gdzie walczą o etapowe sukcesy. Harcownicy to ludzie, którzy konkretnego dnia dostają wolną rękę od szefostwa ekipy i mogą samodzielnie inicjować akcje w poszukiwaniu sukcesu indywidualnego.
    Największym kawałkiem kolarskiego „ciasta” są jednak pomocnicy. Czasem mogą przeradzać się w harcowników, częściej pełnią posługę lokajów i bodyguardów. Podczas spokojnego etapu jadą obok lidera/sprintera: asekurują, chronią przed wiatrem, dostarczają napoje i odżywki z jadącego za peletonem samochodu zespołu, a w krytycznych momentach (guma, awaria, wywrotka) mogą nawet posłużyć własnym sprzętem. Jeśli wyścigowi przewodzi niebezpieczna ucieczka, kilku z nich może przesunąć się na czoło peletonu i podkręcić tempo głównej grupy. A podczas finiszu po płaskim na finałowych kilometrach stworzyć pociąg, który napędzi sprintera i dowiezie go w komfortowej pozycji do ostatnich metrów, gdzie będzie mógł wykończyć pracę kolegów.ski
    Jan Chruśliński

  4. Ciekawe wspomnienia sportowe Profesora Czejarka, ciekawe i kompetentne wyjaśnienia Pana Chruślińskiego, dotyczące tajników walki kolarskiej na trasie! Interesujące dla kibiców, którzy tylko ogólnie interesują się kolarstwem.

  5. Po lekturze tego tekstu, jedyne co można zrobić, to złożyć Ci gratulacje z powodu odniesionych sukcesów. Jest niesamowita przepaść pomiędzy warunkami w jakich przyszło Ci trenować a luksusami w jakich obecnie trenują np. piłkarze. Co więcej jest także olbrzymia przepaść pomiędzy Twoimi a ich wynikami. Oczywiście na Twoją korzyść. To niesamowite, że przez tyle lat udawało Ci się godzić pełnoetatową pracę zawodową z wielogodzinnym treningami. Po raz kolejny wygrała Twoja konsekwencji i wytrwałość w dążeniu do realizacji celu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here