Piłkarskie, zakulisowe historie meczów Polska –Japonia

0

Było to w styczniu 1981 roku. Minęło już 40 lat i pewnie niewielu kibiców pamięta, że piłkarska reprezentacja Polski pokonała wtedy na wyjeździe czterokrotnie narodową drużynę Japonii.

Nie było to wielkim wydarzeniem sportowym, bo Japonia dopiero raczkowała w piłce nożnej, a mecze były towarzyskie. Ale tamte zwycięstwa wywołały dyskusję w światku prasy sportowej. Nie było żadnej afery, nikt nie został i nic nie ukradł, co się czasem zdarzało przy wyjazdach zagranicznych. Tym razem był inny powód – znawcy piłkarstwa mieli wątpliwości, czy te zwycięstwa powinny być przypisane przez FIFA naszej narodowej jedenastce i wydatnie poprawiać jej bilans wygranych meczów. Dlaczego? Odpowiedź będzie nieco dłuższa.

Ja wtedy zajmowałem się w PZPN piłką młodzieżową i juniorami. Byłem społecznym działaczem, jak większość osób w związkach sportowych. Wykorzystywałem na ten cel wolny czas i urlopy. Pamiętam, że w grudniu 1980 roku w PZPN zrobiło się gorąco, gdyż wybuchła „afera na Okęciu.” W jej wyniku stracił stanowisko trener-selekcjoner reprezentacji narodowej Ryszard Kulesza, a jego miejsce zajął Antoni Piechniczek. Sztab szkoleniowy pod jego kierownictwem uznał, że mecze w styczniu nie są korzystne dla budowania formy narodowej jedenastki, której głównym celem było zakwalifikowanie się do mistrzostw świata.

Lecz zaproszenie od Japońskiego Związku Piłki Nożnej wcześniej zostało przyjęte, więc nie wypadało rezygnować. Tym bardziej, że byłby to afront wobec Japończyków, którzy wybrali Polskę na swego nauczyciela gry w piłkę nożną. Ta dyscyplina dopiero zdobywała u nich popularność i dlatego chcieli się zmierzyć z nami, by sprawdzić swoje umiejętności i zdobyć pewne doświadczenie, bo mieliśmy niezłą markę na świecie. Nie byliśmy na szczycie, ale reprezentowaliśmy dobry poziom. Wobec tego zarząd PZPN postanowił wysłać do Japonii reprezentację młodzieżową pod wodzą trenera Waldemara Obrębskiego, utalentowanego szkoleniowca, który miał już spore sukcesy i mówiło się, że w przyszłości zajmie miejsce trenera–selekcjonera. Na ten wyjazd powołał on z polskich klubów 18. zawodników. Byli to: bamkarze – Jacek Kazimierski i Janusz Stawarz, obrońcy: Marek Chojnacki, Roman Geszlecht, Paweł Król, Waldemar Matysik, Marek Ostrowski i Adam Walczak, pomocnicy i napastnicy – Krzysztof Baran, Kazimierz Buda (kapitan),

Krzysztof Frankowski, Henryk Janikowski, Krzysztof Kajrys, Jarosław Nowicki, Mirosław Okoński, Mirosław Pękala, Piotr Rzepka i Witold Sikorski. W ekipie był jeszcze drugi trener Zbigniew Bulicki. Kierownikiem drużyny był Piotr Kowalówka, fizykoterapeutą – Leszek Krakowiecki, a lekarzem Stanisław Ptak (ten, który po latach opiekował się Adamem Małyszem).

W meczach wstąpili wszyscy piłkarze. Przeciwnik nie był trudny i cztery razy został pokonany: dwa w Tokio 2:0 i 3:0, w Tokushima 4:2 i w Nagoya 4:1. Nasi piłkarze mieli lepiej opanowaną taktykę, dokładniej operowali podaniami, potrafili szybciej przegrupować szyki. Natomiast Japończycy bardziej stawiali na grę indywidulną, nadrabiali szybkością, ale nie szło to w parze z utrzymaniem piłki. Stadiony ich nie były jeszcze dostosowane do piłki nożnej, jedynie Narodowy w Tokio. Pogoda nie sprawiała kłopotów, temperatury były dodatnie, jedynie w Tokushima przeszła w czasie meczu burza śniegowo-deszczowa.

Teraz przechodzę do sedna. Jako kierownik ekipy miałem obowiązek podpisać protokoły z meczów, w których zanotowane były składy, sędziowie, trenerzy, bramki i inne wydarzenia, jak np. faule, udzielone zawodnikom kartki. Organizatorzy zaopatrzyli się w oficjalne protokoły FIFA dla reprezentacji narodowych, więc uznałem, że nasza drużyna – zgodnie z decyzją PZPN – jest narodowa i te protokoły podpisałem. No i właśnie potem zaczęły się dziennikarskie wątpliwości. Niektórzy uważali, że to nie była reprezentacja pierwsza, tylko młodzieżowa. Może w bilansie nie uwzględniać tych meczów? Ale FIFA nie podzielała dziennikarskich obaw i umieściła te mecze w swoim specjalnym biuletynie.

Dla mnie autorytatywne było podsumowanie tej sytuacji przez redaktora Andrzeja Gowarzewskiego, wybitnego historyka piłkarstwa, tytana pracy w tym zakresie, autora wielu encyklopedii piłkarskich. Niestety, zmarł w listopadzie ubiegłego roku. W jednej z encyklopedii pt. „Biało-Czerwoni” napisał: „Cztery gry z Japonią drużyny Obrębskiego spełniają wszelkie wymagane rygory dla spotkań kategorii A…”

Pobyt w Japonii trwał 10 dni, mecze rozgrywaliśmy ekspresowo, co 2 – 3 dni: 25., 27., 30. stycznia i 1. lutego. Na widowni zauważylismy sporo młodzieży, w tym uczniów w jednolitych mundurkach. Nie było za wiele czasu na zwiedzanie, bo między meczami były treningi i przejazdy. Zapamiętałem szybką, wygodną i punktualną podróż shinkansenem, samochody tylko japońskich marek, telefony w hotelu z dwoma słuchawkami; jedna w pokoju, a druga w toalecie. Smaczne były sałatki z alg morskich i piwo z ryżu „Kirin”.

Na ulicy w Tokio, od lewej: Jacek Kazimierski, Paweł Byra, Waldemar Obrębski, Marek Chojnacki i Kazimierz Buda

Japończycy zorganizowali nam wycieczkę statkiem po cieśninie Naruto, znanej z ogromnych wirów morskich, nad którą budowano most. W oczy rzucało się dobre zaopatrzenie sklepów w sprzęt elektrotechniczny, o wiele tańszy niż w Polsce. Ale nie mieliśmy pieniędzy na większe zakupy. Organiztorzy zapewnili nam pobyt, bez kieszkonkowego. Zawodnicy, zgodnie z polskimi przepisami, otrzymali od Centralnego Ośrodka Sportowego, po około 2 dolary dziennie na owoce. Mogli to zaoszczędzić i kupić sobie radiomagnetofony na kasety, które wtedy były hitem. Przywieźliśmy też jeden kolorowy telewizor, który nabyty został w drodze wymiany za góralski kożuszek. Ja kupiłem rękawiczki i buciki dla mego małego synka, a sobie budzik z kaczorem Donaldem, który do dziś działa bez zarzutu.

Czy coś zwróciło naszą uwagę? Przede wszystkim sposób witania się, polegający na ukłonie w stronę danej osoby. Teraz – w pandemii – byłby to dobry przykład kontaktu na dystans. Pewnym zaskoczeniem był też widok pojedyńczych osób na ulicy w maseczkach. Nieprzewidziana była reakcja na moją prośbę o zapewnienie piłkarzom napojów, jak woda mineralna i soki owocowe; – otrzymałem odpowiedź, że w Japonii pije się surową wodę z kranu, bo jest dobrze oczyszczona. Rezultat tego był taki, że chłopcy opróżnili lodówki w pokojach z coca-coli i przy opuszczaniu hotelu dostałem rachunek na prawie 200 dolarów. Nie byłem uprzedzony, że zawartość lodówek jest poza naszym zasięgiem i nie miałem żadnych funduszy na ten cel. Poprosiłem o pomoc pana Nakazawę, naszego opiekuna i tłumacza, a on odpowiedział, że jest problem, bo budżet naszego pobytu nie przewidywał takiego wydatku, ale porozmawia z przedstawicielami JZPN. Po chwili wrócił i odpowiedził, że sprawa zostanie pozytywnie załatwiona jeśli wykonam przyjazny gest wobec Prezesa JZPN. Podszedłem do niego, ukłoniłem się głęboko, spojrzałem mu prosto oczy i powiedziałem: „Arigato” (dziękuję). I po kłopocie.

Warto dodać, że graliśmy w Japonii wtedy, gdy cały świat obserwował Polskę, co dalej tam się wydarzy i czy zwycięży „Solidarność”. Japonia przygotowywała się na wizytę Lecha Wałęsy, który zapowiadał, że Polska będzie drugą Japonią. W moim rodzinnym Karlinie wybuchła ropa naftowa i mówiło się, że będziemy też drugim Kuwejtem. W Moskwie podczas przesiadki na samolot, zatrzymaliśmy się w hotelu „Metropol”, gdzie całą ekipę od razu chciano ugościć wódką, tłumacząc, że tym młodzieńcom jak najbardziej należy się „stakańczyk”. Można powiedzieć – nastrój euforii. Nie trwał długo, bo już 13. grudnia ogłoszony został stan wojenny. Trener Waldemar Obrębski wyjechał trenować klub w Australii. Tam zginął w tragicznym wypadku samochodowym w styczniu 1985 roku. Polska reprezentacja spotkała się ponownie z Japonią dopiero w 1996 roku w Honkongu i przegrała 0:5. Ale nasz dotychczasowy bilans spotkań z Japonią jest dodatni, na siedem meczów Polska wygrała pięć, a przegrała dwa. Widać z tego, jak cenne w tym rankingu są mecze wygrane przez „młodzieżówkę” w 1981 roku.

Autor tekstu: Paweł Byra

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here