Jak robić biznes w polityce, czyli smog, górnictwo, energia i paliwo

0

Jak skutecznie walczyć ze smogiem? To proste: trzeba powołać nowy Urząd do Walki ze Smogiem. Najlepiej taki, który będzie zatrudniał przynajmniej tysiąc urzędników i będzie miał swoje przedstawicielstwa terenowe w każdym mieście. Urząd musi zatrudniać wybitnych fachowców, dlatego nie należy żałować pieniędzy na wysokie pensje, oraz trzeba zadbać o wyposażenie tych fachowców w odpowiednie narzędzia pracy, w tym szczególnie w samochody służbowe odpowiedniej klasy. No dobrze: ale skąd wziąć na to pieniądze? Odpowiedź na to pytanie jest też dziecinnie prosta: trzeba wprowadzić nowy podatek. Podatek antysmogowy!

Jeśli myślicie, że stroję sobie żarty z poważnego przecież problemu, to spieszę donieść, że nic z tych rzeczy! Po prostu opisuję naszą polską rzeczywistość. Jak wynika z artykułu na portalu WysokieNapięcie.pl, rząd finalizuje właśnie prace nad ustawą, która wprowadzi podatek antysmogowy oraz utworzy Urząd do Walki ze Smogiem. Oczywiście, zgodnie z receptą Georga Orwella, zarówno podatek, jak i urząd będą się nazywały inaczej. Podatek antysmogowy przyjmie nazwę opłaty paliwowej i wyniesie 8 gr doliczanych do każdego litra benzyny i oleju napędowego. Zaś urząd będzie się nazywał: Funduszem Niskoemisyjnego Transportu. Ciśnie się wprawdzie na usta pytanie po co nowy fundusz, skoro od lat istnieje Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). Ale jak każdy z nas odczuwa na własnej skórze, NFOŚiGW nie poradził sobie z problemem smogu. Nowy urząd bez wątpienia sobie poradzi. A jak sobie nie będzie radził to się podniesie opłatę paliwową, albo wprowadzi kolejny nowy podatek, co umożliwi zatrudnienie jeszcze lepszych urzędników i wyposażenie ich w jeszcze lepsze samochody służbowe. No i smog zniknie – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Najzabawniejsze jest to, że nie tylko rząd wydaje się wierzyć w cudotwórczą moc nowego podatku i skuteczność nowego urzędu. Portal Wysokie Napięcie najwyraźniej podziela tę wiarę i nawet sporządził piękny wykres, z którego wynika, że nowy podatek = czystsze powietrze w miastach (sic!). Wprawdzie droga od podatku do powietrza jest dość kręta, ale nie ma żadnej wątpliwości, że na jej początku jest nowy podatek, a na końcu czystsze powietrze.

Ratowanie czy uratowanie górnictwa?

“Ratowanie” polskiego górnictwa to jedno z głównych zadań wszystkich naszych rządów po roku 1989. Przy czym muszę zwrócić uwagę na semantyczne rozróżnienie pomiędzy ratowaniem a uratowaniem. Kolejnym rządom chodziło właśnie o ratowanie, a nie o uratowanie. Uratowanie górnictwa wydawało się od początku dość proste i sprowadzało się do jego prywatyzacji. Ale z uratowanego górnictwa nie ma żadnego pożytku politycznego. Po prostu gałąź przemysłu, która jest prywatna, dobrze prosperuje przynosząc zyski właścicielom, daje zatrudnienie i płaci podatki – nikogo nie obchodzi. Za to gałąź przemysłu, która jest państwowa, balansuje ciągle na granicy bankructwa grożąc likwidacją dużej liczby miejsc pracy – jest wymarzonym polem do zbicia kapitału politycznego. Przecież “ratując” taką gałąź politycy zyskują wdzięczność jej pracowników i ich rodzin oraz poklask gawiedzi. Przy czym operacja ratowania nie niesie dla nich żadnego ryzyka; przecież ratują nie przy pomocy własnych pieniędzy, lecz przy pomocy pieniędzy podatników.

Ratowanie górnictwa jest także żyłą złota dla różnego rodzaju ekspertów i doradców, którzy przygotowują – za ogromne pieniądze – tzw. programy restrukturyzacji. Wszystkie to programy przyjmują jako punkt wyjścia fakt, że górnictwo musi pozostać państwowe. Przypominają one zabieg mieszania herbaty bez dodawania cukru; uporczywe mieszanie ma ponoć doprowadzić do tego, że herbata stanie się słodka pomimo, że nie dosypano cukru. Oczywiście herbata nie staje się bardziej słodka od samego mieszania, zaś takie programy restrukturyzacji szybko lądują w koszu, bo przecież sytuacja się dynamicznie zmienia i potrzebne są nowe programy, zakładające zwiększenie efektywności mieszania.

Na czym opieram twierdzenie, że rozwiązaniem problemów górnictwa jest jego prywatyzacja? M.in. na dwóch przykładach: branży hutniczej i kopalni Silesia. Dziś mało kto już pamięta, że zaraz po ustrojowej transformacji były dwie kule u nogi polskiej gospodarki: górnictwo i hutnictwo. Obie pogrążone w permanentnym kryzysie, przynoszące straty i rządzone przez roszczeniowo nastawione związki zawodowe. Branże te wymieniano zawsze jednym tchem jako przykłady problemów nie do przezwyciężenia. Tworzono mądre programy restrukturyzacji, których realizacja pochłaniała ogromne kwoty z pieniędzy publicznych. I nic. Aż postanowiono hutnictwo sprywatyzować, co pomimo wielkich oporów, udało się zrealizować. I wszelkie problemy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Huty działają, zatrudniają pracowników, płacą podatki i przynoszą zyski ich właścicielom (a czasami – w okresach dekoniunktury – straty). Zresztą właściciele się zmieniają (np. dawna Huta Warszawa zmieniła właściciela kilka razy), ale branża trwa, a co najważniejsze nie musi już być “ratowana” przez rząd przy pomocy pieniędzy podatników. Drugim przykładem zbawiennych skutków prywatyzacji jest kopalnia Silesia. W roku 2005 została ona uznana za trwale nierentowną i niemożliwą do uratowania, zatem została przeznaczona do likwidacji, a cała 800-osobowa załoga miała zostać zwolniona lub przeniesiona do innych kopalń. Powstało wówczas kilka bardzo poważnych ekspertyz dowodzących czarno na białym, że opłacalne wydobycie węgla w tej kopalni – nie jest możliwe. Zdesperowana załoga (groziła utrata miejsc pracy) i zdesperowani działacze związkowi (groziła utrata kilku intratnych etatów związkowych) wzięli sprawy w swoje ręce i znaleźli prywatnego inwestora skłonnego kopalnię kupić (czeski koncern EPH), a zdesperowany rząd wyraził na to zgodę. Kopalnię sprywatyzowano w roku 2010. Dziś prywatna kopalnia Silesia przynosi zyski, a zatrudnienie wzrosło do 1785 osób, czyli o 123%. Ta cudowna przemiana była okupiona ogromnymi inwestycjami i zmianami organizacji pracy, ale był to problem inwestora, a nie problem rządu. I o to m.in. chodzi w prywatyzacji; prywatny właściciel jest w stanie zrobić dwie rzeczy, których nie jest w stanie zrobić rząd: zainwestować duże środki na modernizację i zmienić organizację pracy tak, żeby wydobycie węgla odbywało się przez 24 godziny na dobę, a nie przez 12 – 14 godzin, jak ma to miejsce w kopalniach państwowych.

Powyższe refleksje nasunęły mi się, gdy w ostatnich dniach przeczytałem artykuł o możliwości prywatyzacji kopalni Krupiński, która wydawała się co do joty powtarzać scenariusz przećwiczony w kopalni Silesia. Otóż kopalnia Krupiński w Suszcu została uznana za trwale nierentowną i przeznaczona do likwidacji. Zdesperowana załoga i zdesperowani działacze związkowi postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźli inwestora gotowego kopalnię kupić, a następnie zainwestować w jej modernizację. A także gotowego… zwrócić do skarbu państwa całą pomoc publiczną udzieloną kopalni w trwającym od jakiegoś czasu procesie jej likwidacji (taki jest wymóg Komisji Europejskiej). Dodać trzeba, że owym inwestorem jest nie byle kto, ale potężny fundusz brytyjski Greenstone Capital, który powołał spółkę celową o nazwie Tamar, która ma być stroną ewentualnej prywatyzacji (to standardowa procedura w takich sytuacjach).

Wydawałoby się zatem, że wszystko zmierza w kierunku powtórzenia sukcesu Silesii, gdyby nie drobna przeszkoda: prywatyzacji zdecydowanie sprzeciwia się rząd, który upiera się, żeby kopalnię zlikwidować. Nie może tego oczywiście zakomunikować expressis verbis, więc kombinuje jak wół pod górę, żeby wyszło na to, że jest za prywatyzacją, ale niestety uniemożliwiają ją trudności obiektywne. Z ostatnich doniesień medialnych wynika, że rząd dopnie jednak swego i nie dopuści żadnych obcych rąk wyciągających się po nasz narodowy skarb, czyli węgiel. Kopalnia zostanie definitywnie zlikwidowana.

Bo przecież nie chodzi o uratowanie górnictwa, ale o jego ratowanie.

Marnowanie pieniędzy

Program Energia Plus to nowy program socjalny rządu, o którym na razie nikt jeszcze nie słyszał. Ale wkrótce usłyszy, chociaż nie wykluczam, że jego oficjalna nazwa może być nieco inna.

Jak mogliśmy przeczytać, kolejna państwowa spółka (Tauron) wyasygnuje ogromną kwotę (200 mln zł) na realizację celu politycznego, wymyślonego przez rząd, który nie chce finansować go z budżetu państwa (do czego ma prawo), ale zmusza do finansowania spółkę, której jest właścicielem (co jest sprzeczne z prawem). Tworzenie funduszy venture capital, na które Tauron wyda owe 200 mln zł, jest skądinąd słuszne i może przynieść pozytywne efekty, o ile fundusze takie są nastawione na osiąganie zysku i zarządzane przez menedżerów. Jeśli są nastawione na realizację ‘słusznych’ celów i zarządzane przez urzędników – muszą ponieść klęskę, a pieniądze na pewno zostaną zmarnowane.

Zmuszenie Tauronu do zmarnowania 200 mln złotych nie jest pierwszym, ani zapewne nie ostatnim, przypadkiem łamania prawa polegającego na przeznaczaniu środków wypracowanych w państwowych spółkach, na cele niezwiązane z interesem tych spółek. Największym rządowym przekrętem tego typu było przerzucenie kilku miliardów złotych ze spółek energetycznych do bankrutujących spółek węglowych. Warto zauważyć, że przekręt ten został wymyślony i rozpoczęty przez rząd PO-PSL, a skutecznie dokończony przez rząd PiS. Natomiast najbardziej znanym przykładem nielegalnych transferów ze spółek skarbu państwa, było powołanie Polskiej Fundacji Narodowej, finansowanej przez 17 największych spółek skarbu państwa. Do dziś spółki te wpłaciły na konto fundacji około 250 mln złotych, a w ciągu najbliższych lat kwota ta ma wzrosnąć do 585 mln. Fundacja wsławiła się m.in. przeprowadzeniem kampanii billboardowej zohydzającej polskie sądownictwo oraz zakupem jachtu, którym Mateusz Kusznierewicz miał odbyć rejs dookoła świata.

Jak to się dzieje, że spółki państwowe, które przeważnie balansowały na granicy bankructwa, są w stanie wygospodarować tak duże środki na finansowanie polityki rządu? Odpowiedzią jest magiczne słowo: monopol. Spółki energetyczne, bo to o nie tu głównie chodzi, działają w warunkach oligopolu, a biorąc pod uwagę fakt, że mają jednego właściciela – w zasadzie w warunkach monopolu. W sytuacji braku konkurencji (ewentualny import energii wymaga państwowej koncesji, umowy z państwowym właścicielem linii przesyłowych i zgody państwowego regulatora) mogą dowolnie podnosić ceny, co właśnie mamy okazję obserwować w ostatnich miesiącach. Cena energii zwiększyła się w krótkim czasie o ponad 100% i dziś jest o 40% wyższa od ceny energii w Niemczech. Eksperci szacują, że na koniec roku 2018 cena energii w Polsce będzie o 60% wyższa od ceny w Niemczech. Będzie to miały fatalny wpływ na konkurencyjność całej polskiej gospodarki.

Ceny, o których piszę powyżej to ceny w kontraktach terminowych. Dlatego detaliczni odbiorcy energii – czyli wszyscy obywatele – na razie ich nie widzą w swoich rachunkach za prąd. Ale spokojna głowa: prędzej czy później – zobaczą! To będzie szok i istna rewolucja dla domowych budżetów i wiele z nich – już dziś bardzo napiętych – po prostu tego nie wytrzyma. Rząd będzie miał dwa wyjścia: albo zmusić państwowych wytwórców energii do jej sprzedawania poniżej kosztów (trzeba pamiętać, że marnotrawienie pieniędzy na polityczne cele – to dla spółek koszty), albo wprowadzić program Energia Plus, czyli dopłat dla obywateli, do rachunków za prąd. Moim zdaniem wybierze drugi wariant, który bardzo ładnie da się przedstawić jako troskę o zwykłych obywateli.

Jeśli ktoś byłby ciekawy skąd rząd weźmie pieniądze na Program Energia Plus to informuję, że z tego samego źródła, z którego bierze pieniądze na program 500+, dopłaty do emerytur i pensje dla urzędników – czyli z pożyczek zagranicznych. Muszę tu wyjaśnić, że w pierwszym kwartale 2018 roku zadłużenie Polski wzrosło o rekordowe 27,4 mld złotych czyli o tyle, ile w tym czasie wydano na program 500+, dopłaty do emerytur i pensje dla urzędników – łącznie. W przyszłości zwiększy się tempo zadłużania do 30 mld złotych kwartalnie i wystarczy na program Energia Plus.

Orlen wzmocniony czy osłabiony?

Orlen przejmie Lotos; to już przesądzone. W związku z tym media pełne są magicznych zaklęć o tym, jaka świetlana przyszłość czeka nowy podmiot. Typowy pod tym względem jest komunikat Warsaw Enterprise Institute: „Wzmocniony zakupem Lotosu Orlen będzie mieć możliwość zwiększenia swojej mocy zakupowej i dalszej ekspansji, chociażby na bazie takich firm jak węgierski MOL czy austriacki OMV”. Właśnie możliwość ekspansji jest uwypuklana w większości enuncjacji na ten temat. Wszyscy piszący o przyszłej ekspansji Orlenu przyjmują założenie, że czytelnicy są głupi i pozbawieni pamięci i nie wiedzą czym się zwykle kończy zagraniczna ekspansja państwowych spółek. Ekspansja KGHM w Kongu zakończyła się utopieniem kilkuset milionów złotych. Ekspansja tegoż KGHM w Chile ciągle jeszcze trwa, więc straty z tego tytułu powiększają się każdego dnia. Do tej pory wyniosły kilka miliardów złotych. Sam Orlen też odnotował na tym polu nie byle jaki ‘sukces’. Jego ekspansja na Litwie oznaczała wyrzucenie w błoto kilkunastu miliardów złotych i nie jest to jeszcze ostatnie słowo. Zatem nie o możliwości ekspansji chodzi w operacji wchłaniania Lotosu przez Orlen. Więc o co?

Cele są dwa: zasilenie budżetu państwa oraz utworzenie gigantycznego rezerwuaru dobrze płatnych synekur nie podpadających pod ustawę kominową.

Wypłacanie dywidendy przez Orlen jest źle widziane przez rząd, gdyż do budżetu trafia jedynie 27,5% całej kwoty dywidendy. Bowiem Skarb Państwa posiada jedynie 27,5% akcji tej spółki. Gdy z zysku za rok 2016 Orlen wypłacił w postaci dywidendy rekordową kwotę 1.283 mln złotych, to do budżetu trafiło jedynie 353 mln. Pozostałe 930 mln złotych trafiło do prywatnych inwestorów – tak przecież znienawidzonych przez obecny rząd. Kupienie przez Orlen, od Skarbu Państwa, 53% akcji Lotosu jest niezwykle prostym pomysłem na zassanie przez budżet około 6 miliardów złotych z kasy PKN Orlen. Bo tyle – mniej więcej – powinien kosztować pakiet akcji Lotosu, który przejmie Orlen od Skarbu Państwa. To mój szacunek, oparty na bieżącej cenie akcji Lotosu na GPW w Warszawie. Nie można jednak wykluczyć, że jakiś poważny i prestiżowy doradca wynajęty do obsługi tej transakcji, wyceni akcje Lotosu inaczej niż wycenia je giełda. Np. na 100 zł za akcję (zamiast niecałe 60 zł według wyceny giełdowej). W takim przypadku do budżetu państwa wpłynie z Orlenu nie 6, lecz prawie 10 mld złotych. To byłoby akurat tyle, ile trzeba na jednorazową wypłatę 1000 zł dla każdego emeryta, co ponoć planuje rząd przed wyborami. I coś mi się zdaje, że taka właśnie będzie wycena renomowanego doradcy, który za swoją pracę weźmie zapewne kilkanaście milionów. Aha, trzeba jeszcze dodać, że doradca będzie niezależny i odporny na wszelkie pozabiznesowe argumenty.

Drugim ważnym celem operacji Orlen-Lotos jest stworzenie synekurowego eldorado dla polityków partii rządzącej. Trzeba pamiętać, że obowiązuje w Polsce tzw. ustawa kominowa, która ogranicza zarobki zarządów i kadry kierowniczej spółek, w których Skarb Państwa ma większość udziałów. To jest bardzo nieprzyjemna ustawa dla partyjnych nominatów oddelegowanych do państwowych spółek celem pobierania tam pensji. Wprawdzie wymyślono wiele różnych sposobów na obejście ograniczeń ustawy kominowej, ale przeważnie są one bardzo naciągane. Orlen i jego liczne spółki zależne są idealnym żerowiskiem dla polityków, bowiem nie obowiązuje w nich ustawa kominowa. (Skarb Państwa nie ma większości). I oto dzięki opisywanej transakcji pojawi się nowe żerowisko: Lotos – jedna z największych polskich spółek. Żerowisko to będzie miało jeszcze dodatkową zaletę: będzie pozostawać nieco w cieniu, gdyż nie będzie już spółką Skarbu Państwa lecz spółką z grupy kapitałowej Orlenu. Takie pozostawanie w cieniu jest szczególnie użyteczne wtedy, gdy partyjny nominat oddelegowany do spółki w celu zarobienia kilku milionów złotych, charakteryzuje się szczególnie żenującym brakiem kompetencji. W spółce Skarby Państwa, nadzorowanej bezpośrednio przez ministra, taki brak kompetencji trochę jednak kompromituje. W każdym razie jest nieustannie piętnowany przez opozycję i media niezależne od rządu. Jest nadzieja, a właściwie pewność, że w spółce córce Orlenu taki brak kompetencji nie będzie przesadnie kłuł w oczy. Nawet w połączeniu z ekstremalnie wysoką pensją.

https://janadamski.eu/

Poprzedni artykułKobiety w walce o Biały Dom
Następny artykułA, B, C zegarków męskich
Jan Adamski
Jan Adamski jest z wykształcenia inżynierem, absolwentem Politechniki Warszawskiej. W przeszłości był m.in. właścicielem firmy ENCORE, która była prekursorem we wprowadzaniu na polski rynek gier fabularnych (np. takie kultowe tytuły jak „Gwiezdny kupiec” czy „Wojna o pierścień”). Pracował w różnych firmach na stanowiskach dyrektora biura zarządu lub członka zarządu (PLL LOT, Polenergia, Brasco, Totalizator Sportowy). Obecnie prowadzi firmę doradczą w obszarze spraw korporacyjnych i organizacyjnych. Jest autorem blogu http://janadamski.eu, a także prowadzi wykłady o męskich ubiorach, praktycznych aspektach ich doboru i zasadach kodu ubraniowego. W swoich tekstach publicystycznych proponuje indywidualne, nierzadko kontrowersyjne, spojrzenie na znane problemy, znacznie odbiegające od powszechnie obowiązujących wykładni poprawności politycznej. Z pasją i zaangażowaniem pisze też o modzie męskiej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here