„Czarna księga sanacji” – Sławomir Suchodolski (recenzja książki)

0

Okres II Rzeczpospolitej (1918 – 1939) kojarzy się najczęściej pozytywnie: odzyskanie niepodległości, odbudowa i rozwój kraju, Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy i tak dalej. W pracach historycznych (jako niehistoryk mogę pokusić się jedynie o bardzo ogólne konstatacje), ale też w publicystyce rzadziej porusza się tematy „niewygodne”, wskazujące na negatywne strony tego okresu. Można tu wspomnieć o pracach publicysty Rafała Ziemkiewicza [2], który z pozycji współczesnego endeka krytycznie ocenia okres sanacji (1926 – 1939) i działalność samego Józefa Piłsudskiego. W swojej książce z 2017 roku Złowrogi cień Marszałka Ziemkiewicz pisze o mocy sanacyjnej propagandy, która w połączeniu z cenzurą była ważnym elementem budowania mitu. Na przykład ciągłe używanie określeń „Legiony Piłsudskiego” czy „Legiony wywalczyły niepodległość” wytwarzało w ludziach przekonanie, że wolność ofiarował nam nikt inny, tylko „twórca Legionów” Wielki Marszałek Józef Piłsudski. A prawda historyczna jest taka, że Piłsudski nie był twórcą ani dowódcą legionów (dowodził tylko jedną brygadą). „A że II Rzeczpospolita została w oczach następnych pokoleń, dla których każdy strzęp przedwojennej gazety czy książki był świętością, zmieniona w krainę mityczną, w Raj Utracony – te wszystkie propagandowe stereotypy łyknęliśmy pół wieku później jak młode pelikany. To dlatego mieliśmy chęć obić staruszka, który nam powiedział, że Piłsudski był socjalistą. Co dopiero, gdyby nam wtedy powiedział, że Piłsudski fałszował wybory, cenzurował media, firmował kłamliwą propagandę i brutalne represje, bezprawne nawet w świetle koślawego prawa ustanowionego przez jego własną dyktaturę!” (Ziemkiewicz 2017, s. 389-390)

Niemiecki historyk Jochen Böhler pisze w kontekście zamachu majowego z r. 1926: „Jego (Piłsudskiego – RL) charyzma nie przyczyniła się do skonsolidowania narodu, lecz do stworzenia autorytarnego reżimu wojskowego, któremu przewodził i który zaprowadzali jego zwolennicy, co trwało aż do jego śmierci w 1935 roku. Reżim Piłsudskiego nie reprezentował narodu polskiego” [3].

Ciemne strony sanacji, czyli okresu po dokonanym przez Piłsudskiego zamachu majowym, zbadał i opisał Sławomir Suchodolski, historyk, nauczyciel historii, autor i współautor podręczników szkolnych oraz wielu artykułów. I powiem, że książka Czarna księga sanacji[1] to miejscami opowieść wręcz porażająca. Trudno bowiem przypuszczać, żeby zebrane skrzętnie przez autora fakty były przekłamane, chociaż on sam stwierdza we wstępie, że nie jest to dzieło sensu stricte naukowe i zawiera dużo subiektywnych ocen. „Mój deklarowany subiektywizm jest o wiele bardziej uczciwym stanowiskiem od podkreślanego przez panów profesorów, docentów i doktorów naukowego obiektywizmu, który przyjmuje dziwaczną postać – setek publikacji, wbrew faktom, wychwalających pod niebiosa Józefa Piłsudskiego i sanację” (Suchodolski, s. 9). Jako motto książki widnieje sentencja Stefana Kisielewskiego: „Nic tak nie gorszy jak prawda”.

Na zjeździe legionistów w sierpniu 1923 roku Józef Piłsudski wypowiedział jakże dobitne słowa: „Gdy będziecie myśleli o obronie mojej czci, proszę, aby ta obrona była skuteczna. Ja szukam metod skutecznych. Ja szukam uderzeń, które burzą, a nie takich, które sprawiają tylko satysfakcję za pomocą gestów. Ktokolwiek będzie mnie bronił, to proszę – niech mnie broni skutecznie” (cyt. za Suchodolski, s. 85). Takie przesłanie dotarło oczywiście do zwolenników Komendanta i (już wtedy) Marszałka, więc starano się „skutecznie” bronić jego honoru, bojówki piłsudczyków dokonywały więc napaści na redakcje, na niepokornych dziennikarzy „szkalujących Pana Marszałka”, a również na posłów, na krytycznych wobec niego oficerów.

I tak rozdział pierwszy książki Suchodolskiego ma tytuł: „Skopać nieprzytomnego endeka, czyli przepis na zrobienie kariery w sanacyjnej Polsce”. Dotyczy napadu na niepokornego posła, ekonomisty, przed majowym zamachem stanu ministra skarbu Jerzego Zdziechowskiego. W nocy z 30 września na 1 października 1926 roku grupa oficerów wtargnęła do mieszkania przy ulicy Smolnej w Warszawie, gdzie mieszkał poseł. Nie pomogła interwencja służby, poseł został dotkliwie pobity, a napastnicy krzyczeli: „To za budżet wojskowy! To za oszczędności! Żebyś się nie mieszał do budżetu wojskowego!”. Jeden z bandziorów zdzielił posła kolbą rewolweru w skroń, pozbawiając go przytomności. Napastnicy zniszczyli kabel telefoniczny, podrzucili bombę łzawiącą, po czym … wszelki ślad o nich zaginął. Wtedy służący wszczął alarm, wybiegł z mieszkania, żeby wezwać pomoc, a Zdziechowski w międzyczasie odzyskał przytomność, doczołgał się do okna, wyrzucił przez okno bombę łzawiącą. Sprawa stała się głośna, a marszałek Rataj powiadomił prezydenta Mościckiego i premiera Bartla o pobiciu posła, domagając się wszczęcia śledztwa. Następcą Bartla na stanowisku premiera został wkrótce sam Józef Piłsudski, który – jak pisze Suchodolski – nie wykazywał woli szukania sprawców napadu, a wręcz ze złością i dosadnie reagował na próby nakłonienia go do zajęcia się tym tematem. Śledztwo miało jedynie charakter formalny, prowadzone tak, żeby nie wykryć sprawców. Chociaż w kuluarach mówiło się o wysokich rangą oficerach związanych z Piłsudskim jako organizatorach tej brutalnej napaści.

Obrazowy tytuł nosi rozdział drugi: „Tadeusz Dołęga-Mostowicz contra wulgarny cham z cepem w pięści”. Dołęga-Mostowicz jako publicysta „Rzeczpospolitej” i „ABC” w swoich artykułach ostro krytykował przedstawicieli sanacji, czyli sanatorów za ich pychę, głupotę, bezideowość. To przecież nie mogło pozostać bezkarne … 8 września 1927 roku, tuż przed północą został na ulicy Grójeckiej otoczony przez czterech zbirów uzbrojonych w pałki i wciągnięty do samochodu. Został wywieziony do Lasu Sękocińskiego, zakneblowany i przy okrzykach „to za te felietoniki!” bestialsko skatowany. Nieprzytomnego Mostowicza bandyci wrzucili do glinianki w Łomiankach. Nad ranem został zauważony przez jadącego furmanką po siano chłopa, który rannego (w międzyczasie odzyskał przytomność) wyciągnął z mułu i zawiózł do szpitala. Być może decyzja o pobiciu Mostowicza zapadła po ukazaniu się jego felietonu, w którym piętnował napady uzbrojonych oficerów na publicystów i polityków. „Jest ich tak wiele, że rejestr ten pali się rumieńcem wstydu, jak po policzku wymierzonym naszej niepokalanej tradycji rycerskiej. W zdrowe szeregi oficerskie wtargnął powiew nadwołżańskiego chuligaństwa, między kapłanów honoru i rycerskości po cichu wszedł, wśliznął się cham. Wulgarny cham z cepem w pięści, co się w bandy zbiera, ludzi po nocach napada i bije bezbronnych do krwi, do utraty przytomności, a zemdlonych butem kopie” (cyt. przez Suchodolskiego za: T. Dołęga-Mostowicz, Zły system. Teksty niewydane). A przecież według sanatorów: „kto obrażał honor polskiej armii, ten brukał honor jej `Jedynego Twórcy i Wodza` – Józefa Piłsudskiego; kto obrażał honor Piłsudskiego, ten godził w naród polski i nie zasługuje na miano prawdziwego Polaka, prawdziwego polskiego patrioty. I dzięki takiej pokrętnej logice a la sanacja obóz rządzący zdefiniował kolejnego wroga, któremu należało porachować kości” (Suchodolski, s. 31). W świecie dziennikarskim rozszalała się prawdziwa burza, domagano się wszczęcia energicznego śledztwa i ukarania winnych. I choć prokurator zabrał się energicznie do pracy, i choć wyraźnie natrafiono na trop sprawców, którymi kierował porucznik, dawny legionista, piłsudczyk, ten ostatni nie poniósł żadnych konsekwencji, a nawet został awansowany… Po tym bestialskim pobiciu, którego skutki odczuwał do końca życia, Dołęga-Mostowicz coraz rzadziej pisał do gazet, wkrótce zerwał z dziennikarstwem i zajął się pisaniem powieści. Ale nie porzucił swojego celu, i właśnie w swoich poczytnych powieściach (jak choćby „Kariera Nikodema Dyzmy”) piętnował karierowiczostwo i głupotę sanatorów. We wrześniu 1939 roku kapral Dołęga-Mostowicz nie uchylił się od obowiązku wobec kraju, a 20 września zginął z rąk sowieckiego najeźdźcy.

Po udanym dla Piłsudskiego, choć bezprawnym zamachu stanu w maju 1926 [4], mimo zapowiedzi zwycięzcy, iż wobec jego przeciwników nie będą wyciągane żadne konsekwencje, miało stać się inaczej. Czterej generałowie, w tym Tadeusz Rozwadowski i Włodzimierz Zagórski zostali wkrótce aresztowani. Temu ostatniemu poświęcony jest rozdział VII zatytułowany „Dlaczego z(a)ginął generał Zagórski?” Generał Zagórski już 16 maja został aresztowany i – podobnie jak pozostali generałowie – przewieziony najpierw do wojskowego więzienia śledczego w Wilnie. Początkowo traktowano więźniów bardzo surowo, byli głodzeni, odmawiano im wydawania książek, pisania listów, w celach utrzymywano niską temperaturę. Dopiero po energicznej interwencji dowódcy Okręgu Korpusu Nr III w Grodnie sytuacja więźniów uległa poprawie. Zagórskiemu postawiono szereg wymyślonych zarzutów natury gospodarczo-finansowej, na przykład taki, że pełniąc swego czasu kierowniczą funkcję w departamencie wojskowym (był odpowiedzialny za sprawy lotnictwa) naraził skarb państwa na straty. Mimo że zarzuty się nie potwierdziły, generał był w dalszym ciągu przetrzymywany w więzieniu. Jednocześnie prasa związana z obozem piłsudczyków starała się prominentnego więźnia maksymalnie obrzydzić, wymyślając ciągle nowe zarzuty. Wreszcie 4 sierpnia Sąd Okręgowy w Warszawie podjął decyzję o zwolnieniu Zagórskiego z aresztu śledczego, nie informując go zresztą o tym. Z odpowiednią eskortą został pociągiem przewieziony do Warszawy, potem zaproponowano mu (bez możliwości odmowy …) podwiezienie autem, w międzyczasie w okolicach Krakowskiego Przedmieścia – generał poprosił o zatrzymanie auta pod pretekstem skorzystania z łaźni miejskiej. Wysiadł i… ślad po nim zaginął. Jako że strona endecka szybko podała informację o zaginięciu Zagórskiego, strona rządowa zareagowała oskarżeniami o dezercję. Jak pisze Suchodolski nie mogło chodzić o dezercję, gdyż generał nie miał żadnego przydziału wojskowego. Jednak wiele faktów, jak zniknięcie pewnych dokumentów Zagórskiego, zaginięcie jego bagażu, który zostawił na Dworcu Wileńskim, celowe pomijanie w śledztwie ważnych świadków, odmowa zeznań (m.in. przez podejrzanego pułkownika Bolesława Wieniawę-Długoszewskiego!) świadczyły o tym, że generał nie zaginął przypadkowo. Prawie za pewnik uznaje się obecnie, że został przez piłsudczyków uprowadzony i zamordowany. Jeszcze we wrześniu w trybie nagłym zarządzono wstrzymanie dalszego śledztwa. Decyzja – wg Suchodolskiego – została podjęta na najwyższym szczeblu i prawdopodobnie podjął ją sam Piłsudski, który znał sprawców zbrodni (miało ich być kilkunastu), a w przyszłości nagrodził ich powierzeniem im wysokich stanowisk państwowych. Na pytanie postawione w tytule rozdziału autor odpowiada przypuszczeniem, że generał Zagórski musiał zginąć, gdyż jako były oficer wywiadu austriackiego wiedział za dużo o współpracy Piłsudskiego i jego otoczenia z tą instytucją (prawdopodobnie dysponował też odpowiednimi dokumentami). Poza tym podczas pierwszej wojny światowej „to właśnie Zagórski pełnił funkcję dowódcy Legionów, co dla ambitnego Piłsudskiego, będącego `tylko` dowódcą Pierwszej Brygady, było sytuacją nie do zniesienia” (Suchodolski, s. 109).

Również generał Tadeusz Rozwadowski (o nim jest mowa w rozdziale VIII: „Zemsta sanacji na generale Tadeuszu Janie Rozwadowskim”), były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego, zasłużony w wojnie polsko-bolszewickiej z 1920 r., dowódca obrony Warszawy podczas zamachu majowego, został zaaresztowany, przewieziony do więzienia w Wilnie, po roku w maju 1927 roku zwolniony z więzienia i przewieziony do Warszawy. Zmarł 18 października 1928 roku w warszawskiej lecznicy św. Józefa przy ulicy Hożej. Suchodolski pisze (s. 126): „Jedenaście lat później w tej samej lecznicy, w tej samej sali i na tym samym łóżku umrze inny przeciwnik sanacyjnego reżimu – Wojciech Korfanty. Okoliczności śmierci obu wielkich Polaków były mocno podejrzane.” Istniały uzasadnione podejrzenia, że zostali otruci farbą z arszenikiem, którą pomalowano ściany pomieszczenia. Inna hipoteza jest taka, że Rozwadowskiemu podano zatruty pokarm w czasie podróży z Wilna do stolicy. Suchodolski (s. 127) wspomina też o całej serii innych tajemniczych zgonów po zamachu majowym i wiąże je z chęcią ukrycia politycznej przeszłości sanacyjnych prominentów i ich związków z austriackim wywiadem.

O nękaniu przeciwnika sanacji Wojciecha Korfantego traktuje rozdz. IX: „Jak sanacja Korfantego prześladowała”. Wielokrotnie aresztowany, w roku 1930 więzień brzeski, tam traktowany niezwykle brutalnie [5]. Na procesie brzeskim w r. 1931 wystąpił jako nowowybrany poseł z immunitetem w roli świadka. Miał wtedy powiedzieć: „ Wyznaję, że ofiary, jakie ponosiłem w więzieniu pruskim, nie były takimi, jakich doznałem w Polsce, kiedy się znalazłem w więzieniu w Brześciu. W tamtych więzieniach ani nie bito, ani nie torturowano! I jeśli się pomyśli, że na terenie Rzeczypospolitej Polskiej … Nie spodziewałem się, abyśmy po to walczyli o Polskę…” Wtedy przewodniczący sądu mu przerwał i wykrzyknął: „Ja nie dopuszczę do podobnych manifestacji!” (Suchodolski, s. 137). Zagrożony kolejnym aresztowaniem Korfanty uciekł za granicę, jednak jako patriota, w obliczu wojny grożącej Polsce, 28 kwietnia 1939 roku decyduje się na powrót do Polski. Już następnego dnia aresztowany i osadzony w więzieniu na Pawiaku. Oszustwa gospodarcze, jakich miał się rzekomo dopuścić, nie zostały w żaden sposób udowodnione. Z powodu gwałtownie pogarszającego się stanu zdrowia zwolniony z więzienia, zmarł 17 sierpnia 1939 roku w tej samej lecznicy co uprzednio Tadeusz Rozwadowski. Są przypuszczenia, że został otruty.

Jako pewne kuriozum należy uznać ustawę przyjętą w marcu 1938 roku przez Sejm i Senat. Oto jej tekst (podaję za Suchodolskim, s. 74): „Ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Marszałka Polski. Art. 1. Pamięć czynu i zasługi Józefa Piłsudskiego – Wskrzesiciela Niepodległości Ojczyzny i Wychowawcy Narodu po wsze czasy należy do skarbnicy ducha narodowego i pozostaje pod szczególną ochroną prawną. Art. 2. Kto uwłacza imieniu Józefa Piłsudskiego, podlega karze więzienia do lat 5. Art. 3. Wykonanie ustawy niniejszej porucza się Ministrowi Sprawiedliwości. Art. 4. Ustawa niniejsza wchodzi w życie z dniem ogłoszenia”. Uwagę przykuwa – jak pisze Suchodolski – wyrażenie: „Wskrzesiciel Niepodległości Ojczyzny”. Co tam Dmowski, co tam Paderewski, liczy się tylko Piłsudski… „Wychowawca Narodu”? Człowiek, który pozwalał na bezprawie i używał – również w oficjalnych dokumentach – wulgarnego słownictwa! [6]. A inspiracją do uchwalenia tej ustawy była głośna sprawa wileńskiego docenta, historyka literatury Stanisława Cywińskiego, który w „Dzienniku Wileńskim’ w roku 1937 nazwał Piłsudskiego (nie wymieniając zresztą jego nazwiska) kabotynem. Naukowiec został najpierw – w jego domu – brutalnie pobity, następnie w roku 1938 skazany na trzy lata pozbawienia wolności. Po apelacjach zmniejszono karę do półtora roku, wniosek o kasację oddalono, ale oskarżony w końcu do więzienia nie trafił, gdyż sytuacja polityczna (groźba zbliżającej się wojny) sprawiła, iż „sanacja miała ważniejsze kłopoty niż pastwienie się nad uczonym…” (Suchodolski, rozdz. V: „Afera kabotyńsko-obwarzankowa”, s. 81).

Nie sposób przedstawić w krótkim tekście wszystkich opisanych przez Sławomira Suchodolskiego stron „czarnej księgi” sanacji, również z okresu po roku 1935, a więc po śmierci Piłsudskiego. Wtedy przecież rządy o charakterze zbliżonym do dyktatury przejęli wierni „wychowankowie” Piłsudskiego, wywodzący się głównie z I Brygady Legionów, Polskiej Organizacji Wojskowej, ale też z dawnych struktur PPS czy Związków Strzeleckich.

Obszerna książka zawiera – oprócz rozdziału wstępnego – 29 rozdziałów. Autor prezentuje szereg innych „wybryków” sanacji: bandyckie napady na redakcje, na dziennikarzy, na posłów. Pisze o głośniej aferze finansowej (rozdz. XI: „Afera premiera Piłsudskiego czy ministra Czechowicza”). Ciekawe, że zwykle te nieprawości były zamiatane pod dywan, a wymiar sprawiedliwości okazywał się bezsilny wobec aparatu władzy. Pewnym wyjątkiem są przypadki opisane w rozdz. XIX: „Sanacja się obraża”. Znana działaczka niepodległościowa Irena Kosmowska za krytykę rządów sanacyjnych i samego Piłsudskiego (na wiecu w r. 1930 powiedziała, że „publiczne wystąpienia Piłsudskiego sprawiają wrażenia obłąkańcze”) została co prawda skazana przez sąd w Lublinie na sześć miesięcy więzienia, jednak prezydent Mościcki ją wspaniałomyślnie ułaskawił.

Oprócz znanych postaci znajdujemy w książce też opowieści o mniej znanych osobach. Bohaterem rozdziału X: „Jak sanacja redaktora Obsta nękała” jest Jan Konrad Obst, (jak pisze autor) człowiek-instytucja, dziennikarz, wydawca „Dziennika Wileńskiego” i innych gazet, a poza tym śpiewak operowy, aktor, literat, działacz społeczny … Suchodolski z żalem konstatuje, że Obst nie jest uwzględniany we współczesnych leksykonach. „Nie ma biogramu osoby, która tyle uczyniła dla polskiej kultury, dla Wilna i Wileńszczyzny, autora kilku tysięcy artykułów. Nie ma go także w internetowym wydaniu Encyklopedii PWN, reklamującym się jako `źródło wiarygodnej i rzetelnej wiedzy`. Za to mamy pełno biogramów sanacyjnych, `działaczy na polu pracy państwowotwórczej`, którzy doprowadzili II RP do upadku …” (Suchodolski, s. 154).

Jest mowa o słynnym i haniebnym tzw. miejscu odosobnienia (rozdz. XVIII: „Konsekwencje zabójstwa `Bronito Pieratiniego, czyli obóz w Berezie Kartuskiej”). Kilka rozdziałów autor poświęcił na przedstawienie rządów lokalnych „władców”, wojewodów, starostów, ich samowoli i bezprawnym działaniom, na przykład w rozdziale XXIX (ostatnim): „ Jak mjr Stefan Kirtiklis województwem pomorskim włodarzył”.

Podsumowując książka Sławomira Suchodolskiego jest na pewno bardzo interesującą, choć miejscami wręcz wstrząsającą lekturą. Podważającą mit II Rzeczpospolitej. Napisana lekkim publicystycznym stylem, przy czym jej wiarygodność wzmacniają cytaty z innych prac i innych autorów oraz dosyć obszerna bibliografia na końcu książki.

A zakończę moim (niedawno ułożonym) nieco przekornym wierszykiem:

TRIUMFUJĄCY MIT, CZYLI WIERSZYK O WITALNOŚCI KULTU

Mówili o nim, że już go nie ma
Że się zestarzał, ze sceny zszedł
Że to po prostu była ściema
Bo przecież mamy już nowy wiek
Ale on twardy, niepokonany
On łatwo broni nie składa wszak
Choć przez niektórych tak wyśmiewany
On odpowiada tak:
– Niechaj prześmiewcy się tak nie cieszą
Moim rzekomym niebytem
Ja sobie żyję i mam się dobrze
Ja przecież jestem mitem!

Przypisy

[1] Sławomir Suchodolski: Czarna księga sanacji. Wydawnictwo Prohibita: Warszawa 2017, 487 s.

[2] Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo, fabryka słów: Lublin 2014; Rafał A. Ziemkiewicz, Złowrogi cień Marszałka, fabryka słów: Lublin – Warszawa 2017.

[3] Jochen Böhler, Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski (przekł. Robert Sudoł), Znak Horyzont: Kraków 2018, s. 267.

[4] Rafał A. Ziemkiewicz (Jakie piękne samobójstwo, s. 289) pisze: „ Ale nieszczęście zamachu majowego polegało na tym, że powstrzymał i odwrócił proces budowy tej demokratycznej tkanki, bez której na dłuższą metę trudno przetrwać.”

 [5] Witos w swoich wspomnieniach z więzienia w Brześciu nad Bugiem: „Poseł Korfanty należał do tych bardzo pożądanych ofiar, bo przecież specjalnie rozwiązano Sejm śląski, byle go tylko „dostać”, toteż nic dziwnego, że starano się pastwić nad nim w sposób zwierzęcy, dla naszych strażników zupełnie naturalny. Z nim się dotąd nie zetknąłem, nie chcę więc na podstawie wiadomości danych mi przez innych ludzi mówić o szczegółach, to jednak wiem, że został kilkakrotnie pobity” (Wincenty Witos, Moje wspomnienia (Fragmenty), w: Piłsudski i sanacja w oczach przeciwników. Wstęp i wybór tekstów Marian Leczyk, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1987, s. 121).

[6] por. Ryszard Lipczuk, O znanych i mniej znanych wypowiedziach Józefa Piłsudskiego, w: Przegląd Dziennikarski 9.01. 2019, online: https://przegladdziennikarski.pl/o-znanych-i-mniej-znanych-wypowiedziach-jozefa-pilsudskiego/

Poprzedni artykułPolityka antyzagraniczna PiS
Następny artykułPostawa Jana Pawła II wobec pedofilii w Kościele katolickim
Ryszard Lipczuk
Prof. dr hab. Ryszard Lipczuk - germanista, profesor nauk humanistycznych o specjalności językoznawstwo germanistyczne, pracownik naukowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i Uniwersytetu Szczecińskiego. Ukończył studia germanistyczne (1970), a następnie obronił rozprawę doktorską (1977) na Uniwersytecie Warszawskim. Habilitował się w roku 1986 na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1990 prof. nadzw., w roku 2002 uzyskał tytuł profesora. W 1970 r. podjął pracę w Katedrze Filologii Germańskiej na UMK w Toruniu. W roku 1993 przeniósł się na Uniwersytet Szczeciński, obejmując (do 2015 roku) funkcję kierownika Zakładu Języka Niemieckiego w Instytucie Filologii Germańskiej, w latach 1993–1997 i 2005–2012 był dyrektorem tegoż Instytutu. Od 1.X.2018 profesor emerytowany, jednak w dalszym ciągu związany z Uniwersytetem Szczecińskim. Od roku 2008 jest redaktorem naczelnym serii publikacji naukowych „Stettiner Beiträge zur Sprachwissenschaft” wydawanej w Hamburgu. Jest też autorem licznych monografii naukowych, artykułów, recenzji, redaktorem i współredaktorem kilku słowników polsko-niemieckich, leksykonów i podręczników do nauki języka niemieckiego. Poza tym: autor trzech tomików reportaży (m.in. „Germanista w podróży”) i trzech tomików rymowanek (m.in. „Limeryki i inne wybryki”).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here