Jazz w Rosji i Meksyku cz. 3/4

0
213

Ludzie w rodzaju Aloszy Bataszewa czy Wiktora Dubiliera to byli prawdziwi fanatycy. Trzeba pamiętać, że w owych czasach ktoś, kto propagował jazz w ZSRR, był z założenia „podpadnięty”. Alosza często opowiadał przeżycia ze swoich wystąpień jako popularyzator jazzu w Moskwie i w innych miastach.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Jazz” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

Pierwsza część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/polski-jazz-lata-powojenne/
Druga część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/polski-jazz-cz-24/

Oczywiście „telefon” był zawsze aktualny i nikt nie wiedział, czy „ktoś z góry” nie zadzwoni w ostatniej chwili. Często brano Aloszę za pracownika KGB lub innych instytucji. Gdy pojechał do jakiegoś miasteczka podmoskiewskiego, aby pokazywać filmy z występów Ray Charlesa, miejscowy działacz zapytał go:

– Was przecież instruowali w Moskwie. Wiecie chyba, co robicie i co będziecie mówić?

Aloszy nie pozostało nic innego, jak udawać, że jest poinstruowany gdzie trzeba, choć nie bardzo wiedział, co miano na myśli.

Opowiedział nam kiedyś, jakie przeżycia miał z wizytą zespołu New York Jazz Quartet. Ten kwartet to byli muzycy z ówczesnej czołówki nowojorskiej. Aby zgrać się lepiej i osiągnąć „szczyt” bez zbytniego rozgłosu, podróżowali po świecie. Byli też w Polsce (koniec lat sześćdziesiątych) i przez kilka miesięcy grali w krakowskim klubie Pod Jaszczurami i w innych miejscach, za skromne wynagrodzenie. Alosza spotkał się z nimi wtedy w Polsce i zaprosił ich do Moskwy. Nie przypuszczał, że przyjadą i że załatwią to tak szybko. Oni kilka dni potem poszli do konsulatu radzieckiego w Krakowie i powiedzieli, że ZSRR bardzo im się podoba, że w USA cierpią z powodu rasizmu (wszyscy byli ciemnoskórzy) i że proszą o wizy. Konsul powiedział im, że w ZSRR przyjmą ich z otwartymi rękami i dał im wizy turystyczne na kilka dni. Polecieli do Moskwy i zadzwonili do Aloszy:

– Jesteśmy na lotnisku, przyjedź po nas i powiedz, gdzie będziemy grać.

I tu się zaczęło. Alosza ich odebrał i ulokował w hotelu „Moskwa”. Na drugi dzień poszli do „Goskoncertu”. Tam popatrzono na nich jak na wariatów. Ta instytucja (radziecki „Pagart”) planowała koncerty z dwuletnim wyprzedzeniem i nie było mowy, aby mogli wystąpić oficjalnie jako artyści zagraniczni. Zabiegi w innych instytucjach dały podobny rezultat. I tak upływał dzień za dniem, dług w hotelu rósł, wizy kończyły się za kilka dni i nie było możliwości ich przedłużenia. Chwytano się różnych możliwości. Nie mogli grać publicznie, więc spróbowano, czy nie mogą nagrywać swojej muzyki. Zorganizowano nagranie próbne w studio „Mosfilmu”, z udziałem szefów i innych, którzy mogli zadecydować o tym, czy pozwolić czy nie. Alosza powiedział, że to grupa prześladowanych w USA Murzynów, którzy grają swoją muzykę ludową.

Zaczęli od Podmoskiewskich wieczorów w stylu Milesa Davisa i Coltrane’a. Alosza zesztywniał, w kabinie smutni panowie popatrzyli po sobie znacząco. Od razu było wiadomo, że nic z tego nie będzie. Magnetofony się nie kręcą, nikt nic nie mówi. Na następny dzień sytuacja była dość przykra. Murzyni przemierzali miasto z Aloszą w poszukiwaniu miejsca do grania, zaczęli też przebąkiwać coś na temat dyskryminacji rasowej. Po prostu nie mogli znaleźć żadnego innego racjonalnego wytłumaczenia tego, co się dzieje.

Alosza potem opowiadał:

– Wyobraźcie sobie, że się zawziąłem i postanowiłem użyć wszystkich znajomości i „dojść”, jakie miałem ja i moi koledzy. Tak dotarłem do samego Breżniewa. Może nie do niego osobiście, ale do jego osobistego sekretarza. Breżniew wtedy jeszcze nie był pierwszym sekretarzem KPZR. Po wielu interwencjach zadzwoniono, że mam się stawić z całym zespołem w jego biurze. Po krótkim oczekiwaniu wezwano mnie. W małym, prawie pustym pokoju stało biurko, na nim telefon, za biurkiem mały „kwadratowy” człowieczek. Człowieczek długo coś pisał, nie zwracając na mnie uwagi. Potem wykręcił jakiś numer. Do telefonu powiedział:

– Tak, są tutaj. ON TEŻ.

Przeszły mnie ciarki. Przez telefon coś mówiono. Potem odłożył słuchawkę i zapytał.

– Gdzie oni mieszkają i czy mają wizy? Odpowiedziałem krótko, jak wygląda sytuacja:

– Mieszkają w hotelu „Moskwa”, nie mają pieniędzy, wizy kończą im się za dwa dni, chcą grać.

Zadzwonił gdzieś znowu. Połączył się z dyrektorem „Inturistu”. Powiedział krótko do słuchawki:

Ty słuszaj, Wołodia. Tam u ciebie w hotelu „Moskwa” mieszka czterech Murzynów z USA, i kończą im się wizy. Tak? Otóż słuchaj: wizy im się nie kończą, będą u ciebie mieszkać, jak długo zechcą, będziesz ich karmił przez cały ten czas.

Poniał?

Potem popatrzył na mnie oschle i powiedział:

– Możesz iść. Tylko żebym cię tu więcej z taką sprawą nie widział!

Zrozumiałem dobrze cienką aluzję. Gdy wróciliśmy do hotelu, kłaniano nam się w pas. Potem sprawy przybrały lepszy obrót. Wprawdzie „Goskoncert” nie mógł zespołu zaakceptować, załatwiono jednak występy w klubach młodzieżowych, instytutach i różnych miejscach, gdzie słuchano ich z zapartym tchem. Tak kończy się relacja Aloszy o New York Jazz Quartet w Moskwie.

Trzeba przyznać, że New York Jazz Quartet to był zespół na najwyższym poziomie światowym, choć prawie zupełnie nieznany. W Polsce chyba nawet nie doceniono, jakich muzyków mieliśmy wtedy na co dzień przez tak długi czas. W ZSRR, aby się ich grzecznie pozbyć, zaproponowano im bilety bezpłatne „Aerofłotu” do jakiegokolwiek miejsca na świecie, gdzie ta linia docierała. Wybrali Istambuł. W Turcji zespół rozpadł się w smutnych okolicznościach: zmarł pianista, inni już nie pozbierali się potem, i nie wiem, jakie były ich dalsze losy.

W latach siedemdziesiątych życie kulturalne i artystyczne w Moskwie było intensywne i czasami zadziwiające. Gdy pytałem Rosjan, skąd wiedzą tyle o tym, co się dzieje na Zachodzie, odpowiadali często:

– Nic się nie martw. Mamy swoje „kurki”, które odkręcamy, gdy chcemy.

Wtedy wstrzymano zezwolenie na odbycie kolejnego festiwalu jazzowego w Tallinie, gdyż był zbyt popularny i gromadził tysiące słuchaczy z całego Sojuza. Na tym festiwalu nagrano między innymi jedną z najlepszych płyt Charlesa Lloyda[1]. Na odwrocie okładki jest wywiad z jednym z organizatorów festiwalu. Wypowiedź tego pana pełna jest radzieckiej megalomanii, trudno jednak odmówić mu racji. Po prostu wszystkie fakty, które podaje, są prawdziwe. Na pytanie, „Jak pan widzi festiwal w Tallinie w porównaniu z festiwalem w Newport Long Island?”, odpowiada:

– Nasz festiwal jest większy i lepszy pod każdym względem. Odbywa się co roku, poziom jest wysoki, mamy najlepsze zespoły z ZSRR i wielu muzyków z czołówki światowej. Liczba uczestniczących zespołów jest znacznie większa niż na festiwalu w Newport, to samo dotyczy liczby słuchaczy, która przewyższa kilkakrotnie ilość słuchaczy w Newport.

Ktoś, kto wie dobrze, co to jest festiwal w Newport, może się oburzyć na takie stwierdzenie, myślę jednak, że zdanie tego pana nie było tak dalekie od prawdy. Mało wiemy o tym, co działo się wtedy w ZSRR.

Ten entuzjazm i pęd do nowości i swobody w sztuce był obecny we wszystkich jej gałęziach. Kiedyś słuchając wieczorem „Głosu Ameryki” (nie zagłuszano tam tej stacji), oniemiałem: powiedziano, że na ulicy Ostrowitianowa, gdzie mieszkaliśmy, były rozruchy, demonstracje i interweniowała milicja. Nigdy sobie nie daruję, że tego nie widziałem. Córka sąsiadki przybiegła wieczorem zlana wodą z „polewaczki” milicyjnej, szczęśliwa i podekscytowana. Wróciłem wtedy późno do domu, a wydarzenia miały miejsce nie na ulicy, tylko na łące, która sąsiadowała z ulicą Ostrowitianowa. To był teren rekreacyjny, gdzie mieszkańcy Nowych Czeremuszek chodzili w soboty i niedziele z dziećmi na spacer, grali w piłkę albo popijali.

Grupa moskiewskich abstrakcjonistów postanowiła wystawić swoje prace. Oczywiście nie mogli tego zrobić w żadnym muzeum, ponieważ nie należeli do Związku Plastyków, a do związku nie mogli ich przyjąć, ponieważ nie uprawiali socrealizmu. Ktoś, kto nie potrafił namalować robotnika przekraczającego właśnie plan przy jego maszynie na tle portretu Lenina, nie mógł być akceptowany jako artysta. Tak więc grupa postanowiła wystawić obrazy na świeżym powietrzu. Wybrano łąkę przy Ostrowitianowa i napisano podanie do miejscowych władz o zezwolenie. Władze nie odpowiedziały. Potraktowano to (naiwnie) jako zgodę. Takiej wystawy oczywiście nie można było ogłosić oficjalnie. Nie przeszkodziło to jednak, aby wszyscy o niej wiedzieli. Takie wiadomości przekazywano telefonicznie lub przez znajomych. Dowiedzieli się też o tym dziennikarze zagraniczni, rezydujący w hotelu „Internacjonał” na Gorkiego, którzy czyhali na podobne okazje. Na miejsce wystawy przyszły setki zwiedzających, dziennikarze zachodni, dyplomaci i przypadkowi spacerowicze.

Władze dzielnicowe zadziałały w starym stylu. Tak się dziwnie złożyło, że na to samo miejsce, o tej samej godzinie wezwano kołchoźników z jednego z podmoskiewskich kołchozów, aby w ramach pracy społecznej porządkowali teren. Gdy artyści rozłożyli swe prace, ruszyły spychacze i wgniotły im obrazy w mokre, gliniaste podłoże. Doszło do kłótni, przepychanki, ktoś komuś dał po gębie. Na to zza krzaków wyskoczyli „smutni panowie”, przyjechała milicja, „spałowano” i zlano wodą uczestników wystawy. Dziennikarzom zabrano aparaty fotograficzne, które rozbito na miejscu. Któryś ze spychaczy przejechał się niechcący po jednym z samochodów korpusu dyplomatycznego, niektórym dyplomatom też się dostało. Artystów zamknięto.

Łatwo sobie wyobrazić, co się potem działo. „Głos Ameryki” podał obszerne sprawozdanie w godzinę później, kilka ambasad interweniowało w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, cały świat dowiedział się, co wydarzyło się na Ostrowitianowa, a zamknięci artyści nie mogli sobie wymarzyć lepszej reklamy i rozgłosu. „Góra” zwaliła całą winę na władze dzielnicowe. Ktoś poleciał ze stanowiska, artystów kilka dni potem wypuszczono i przeproszono za drobne nieporozumienie. Do Związku Plastyków ich nie przyjęto, zezwolono im jednak na wystawianie prac na trawie. Wystawa odbyła się na wiosnę, w Parku Izmaiłowskim. Relacje w prasie zagranicznej były bardzo dobre i optymistyczne. Dużo prac, porządek, uśmiechnięci milicjanci. Nie byłem na tej wystawie.

Poszedłem na następną, już w zimie, na terenach WDNH

– Wystawki dostiżenij narodnowo chaziajstwa (Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej). Wystawę zorganizowano w pawilonie „Pszczelarstwo”. W miarę zbliżania się do tego miejsca robiło się coraz gęściej. Setki, potem tysiące ludzi schodziły się z różnych stron. Daleko przed pawilonem ustawiono przenośne opłotki dla kontrolowania tłumu. Kolejka miała długość około kilometra, ale szła szybko. Co kilkadziesiąt metrów stał milicjant, jeden radiowóz jeździł tam i z powrotem. Staliśmy około godziny ze znajomym Rosjaninem, studentem malarstwa. On potem przypłacił to czekanie zapaleniem płuc. Wreszcie dotarliśmy do pawilonu. To jest mały budyneczek, kilka sal. Wystawa miała ograniczenie: wiek autorów powyżej czterdziestu lat, żadnych młodych. Nie mogli wystawiać młodzi. Mimo to liczba płócien imponująca, jakość też niezła. Nie znam się zresztą na sztuce abstrakcyjnej na tyle, aby osądzać ich poziom. Poza tym kilku panów z megafonami przeganiało publiczność grzecznie, ale stanowczo:

– Posuwać się! Przechodzić! Inni też chcą wejść!

Widziałem więc te obrazy z odległości czterdziestu centymetrów, prawie przyciśnięty do płócien przez ciekawy tłum. Na następną wystawę już nie poszedłem. Słyszałem tylko, że nie miała ograniczenia wieku i była gigantyczna: wystawiało kilkuset autorów.

Kilka lat potem dowiedziałem się, że wielu z naszych przyjaciół moskiewskich załamało się psychicznie. Zdziwiło mnie to trochę, gdyż byli to ludzie pogodni i wydawało się, że radzili sobie dobrze. Może jednak naprawdę było inaczej? Pozory często mylą, nawet gdy się kogoś zna przez kilka lat.

Pamiętam jak Alosza z Wadimem (przyjaciel Aloszy, elektronik z zawodu, przy tym świetny rysownik i człowiek wysoce muzykalny) wymyślali różne „wygłupy” i kawały.

Jednego wieczoru, w zimie (dwadzieścia pięć stopni poniżej zera, zamieć śnieżna na ulicach), zadzwoniono do drzwi. To był Wadim, który przyjechał z wizytą. Wadim mieszkał około godziny jazdy autem od naszego osiedla. Otwarłem drzwi. Na progu stał Wadim nagi, opasany tylko ręcznikiem. Zamiast powitania powiedział:

– A ciepła woda u was jest? Przyszedłem się wykąpać. Oczywiście nie biegł przez miasto nagi. Rozebrał się, skubany, u znajomych piętro niżej.

Alosza kiedyś podarował nam z okazji moich imienin żelazko elektryczne. Wyglądało na nowe. Po włączeniu do kontaktu okazało się jednak, że jest to żelazko wyjątkowe: zamiast grzać, dzwoniło donośnie. Żona Aloszy, Natasza, jest kobietą wysoce inteligentną, o dobrym poczuciu humoru. Mąż mówił o niej, że pochodzi z obiedniawszewo aristokraticzeskowo roda (podupadłego rodu arystokratycznego).

Ale wróćmy do jazzu. Tu, w Meksyku, jest pod tym względem raczej smutno. Początkowo określiłem ten kraj jako „pustynię jazzową”. Nie ma tu nawet muzyki „południowej”. Jedynym ratującym sytuację był P´erez Prado, który wprawdzie działał w Meksyku, pochodził jednak z Kuby. Dopiero po kilku latach dotarłem do miejsc i środowisk, gdzie gra się jazz. Trzeba przyznać, że jest tu kilku dobrych muzyków. Jednak poziom ogólny i popularność jazzu jest wielokrotnie niższa niż w przeciętnym kraju europejskim.

Mała korekta: teraz (2013) jest w Meksyku wielu dobrych jazzmanów. Kiedy tam przyjechałem w 1983, oni jeszcze się jeszcze nawet nie urodzili.

Po dziewięciu latach pobytu w Meksyku kupiłem sobie klarnet. Mój stary klarnet został w Polsce i ślad po nim zaginął. Ten zakup był nieunikniony. Po prostu nie mogłem nie grać. Sam byłem ciekaw, jak to będzie po dwudziestu pięciu latach przerwy. Potem przez ponad dwa lata ćwiczyłem sam. Muzyki nie można zapomnieć. Wprawdzie palce nie chodzą jak trzeba, warga opada i brakuje oddechu, ale wszystko to można poprawić. Myślę, że dochodzę powoli do formy sprzed lat.

W 1993, po prawie trzech latach pracy, zacząłem szukać kontaktów i miejsc do grania. Dotarłem do grupy, którą prowadzi mój były współpracownik z Uniwersytetu Narodowego Meksyku, metalurg z zawodu, w Wyższej Szkole Muzycznej. Można tam trochę pograć, ale poziom jest niski. Poszedłem na jam session. Wziąłem klarnet, ale początkowo nie śmiałem go wyjąć z futerału. Grali młodzi ludzie: skrzypce, kilka gitar, dwa saksofony i sekcja rytmiczną. Grali jakiś dziwny „ jazzrock”. Potem zachęcono wszystkich do udziału w jamie. Zaczęli grać bluesa bardziej tradycyjnie. Poszedłem za kulisy, wyjąłem klarnet. Ręce mi drżały, serce waliło jak młotem. Zdałem sobie sprawę, że ostatni raz stałem na estradzie około trzydziestu lat temu. Na dodatek blues był grany w „A”, co jak wszyscy „dęciacy” wiedzą, jest tonacją nieludzką. Trudno mi ocenić, jak to odbierano na sali, ale jedno mogę powiedzieć: to nie była „plama” i – nie chwaląc się – myślę, że niewielu klarnecistów w Meksyku potrafi zagrać bluesa tak jak ja. Kosztowało mnie to dużo czasu i pracy. Nie wiem, czy to czas stracony czy nie, jedno tylko jest pewne: w moim wieku (wtedy miałem pięćdziesiąt sześć) nie mogę sobie pozwolić na to, aby robić cokolwiek źle, nieważne, czy mi ktoś za to płaci czy nie. Jam śnił mi się potem całą noc. Może mi się coś „popieprzyło” na stare lata? Wiem, że niektórzy z moich znajomych są o tym przekonani.

Czytaj dalej: http://przegladdziennikarski.pl/jazz-od-kuchni-cz-44/

***

[1]     Charles Lloyd in the Soviet Union, koncertowy album, nagrany 14 maja 1967 podczas Międzynarodowego Festiwalu Jazowego „Tallinn 1967” w Kalevi Sport Hall, Tallinn, Estonia (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republika ZSRR). W zespole „The Charles Lloyd Quartet” grali: Charles Lloyd (ts, fl), Keith Jarrett (p), Ron McClure (b), Jack DeJohnette (dr).

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNadzieja i radość
Następny artykułEliminacje MŚ: Polacy zagrają z Armenią i Czarnogórą
Stanisław Raczyński

Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here