Jazz od kuchni cz. 4/4

0
58

Dobry jazzman profesjonalista wie, kiedy grać, kiedy nie grać i jak długo. Dobry profesjonalista wie, że przed wejściem na estradę należy sprawdzić nie tylko instrument, ale też zamek czy guziki rozporka. Dobry profesjonalista wie, kiedy może puścić bąka na estradzie (czasem jest to konieczne), tak aby go nie poczuli ani koledzy, ani słuchacze.

***

Jezus Maria! Jak mogłem nie grać przez prawie trzydzieści lat? W 1994, po czterech latach intensywnego ćwiczenia, zacząłem dochodzić do formy. Byłem już znanym klarnecistą, nie mam tu zresztą wielkiej konkurencji. Grywam z kilkoma zespołami, chodzę do klubów, które odkryłem niedawno. Często bywam w restauracji Casona de Elefante, w stylu hinduskim, mieszczącej się w pięknej starej części dzielnicy San Angel. To jest „centrum” bluesa w Meksyku. Grało tam na stałe trio: Jose Luis Barrios na basie, Juan Valdivia na perkusji i Hanna Hiippaka – skrzypaczka z Finlandii, studiująca w Meksyku. W drugiej części, po jedenastej w nocy, zaczyna się bluesowe jam session.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Jazz” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

Pierwsza część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/polski-jazz-lata-powojenne/
Druga część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/polski-jazz-cz-24/
Trzecia część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/jazz-w-rosji-i-meksyku-cz-34/

Pracuję też dużo z saksofonem. Moja kariera saksofonisty nie jest zbyt błyskotliwa. Kiedyś w Polsce miałem alt, ale nigdy nie opanowałem go należycie. Tu, w Meksyku, nie miałem zamiaru przestawiać się na saksofon. Zostałem do tego prawie zmuszony. Nasi znajomi, Mirek i Ewa, założyli szkołę muzyczną. Położona w dobrej dzielnicy cieszy się powodzeniem, głównie dzieci. Poziom dobry, oboje są dobrymi muzykami. Uczą gry na fortepianie, skrzypcach, wiolonczeli, flecie i gitarze. Mają też kilku uczniów w klasie saksofonu. I tu właśnie zaczął się problem. Kilku kolejnych nauczycieli saksofonu zawiodło. Byli niepunktualni, rezygnowali w połowie semestru itp.

Mirek zadzwonił kiedyś:

– Staszek! Pomóż nam, nie mamy nikogo na saksofon. Odpowiedziałem że po pierwsze, nie umiem grać na saksofonie, po drugie, nie mam czasu.

Pierwszy argument nie zadziałał:

– To nieważne, że nie umiesz. Ważne, żebyś przychodził punktualnie. Przecież grasz na klarnecie, to podobny instrument.

Przypomniało mi się powiedzonko George’a Bernarda Shaw:

He who can, does. He who cannot, teaches (Ktoś, kto coś potrafi – robi to, ktoś, kto nie potrafi – uczy). Uczepiłem się więc drugiego argumentu:

– Nie mam czasu. Oczywiście, że dobrze sobie czasem dorobić i że płacicie dobrze. Rzecz w tym, że to nie jest mój zawód, nie mój job. Nie jestem muzykiem zawodowym i nie mogę się rozdwoić.

Na prośby Mirka i Ewy znalazłem dla nich saksofonistę z tutejszej Wyższej Szkoły Muzycznej. Umówili się, i myślałem, że sprawa załatwiona. W dniu pierwszej lekcji zadzwoniła Ewa:

– Staszek! Dziś przyjdą uczniowie, a my nie mamy kontaktu z tym facetem. Jego telefon jest głuchy, mieszka na północy, dwie godziny drogi od nas i nie możemy mu podać godzin lekcji.

Westchnąłem.

– Dobrze. Przyjdę, a potem zobaczymy.

I tak zostałem profesorem saksofonu. Musiałem sobie kupić instrument i ćwiczyć na nim co najmniej tyle, aby być o jedną lekcję lepszy od moich uczniów. Pracowałem tak przez jeden semestr, potem znalazł się ktoś inny. Został mi saksofon alt. Potem sprzedałem go i kupiłem saksofon sopran.

Tak właściwie to nie wiem, dlaczego klarnet i saksofon. Gram przecież na fortepianie i innych klawiszowcach i gdybym systematycznie ćwiczył i nie rozpraszał się muzycznie, może byłbym niezłym pianistą (myślę, że jestem średnim). Ale dęciak to dęciak, ma więcej z solisty niż fortepian, który brzęczy z tyłu.

Dlaczego klarnet i saksofon (instrumenty z grupy drewnianych)? Nie wiem.

Może nie wszyscy wiedzą, że saksofony zaliczają się do instrumentów drewnianych, ale tak jest. Podział instrumentów na grupy jest trochę zawiły i skomplikowany, wiedzą to muzycy i muzykolodzy. Ja mam swój własny pogląd na klasyfikację instrumentów. Po pierwsze, każde dziecko wie, że instrumenty dzielą się na małe, średnie i duże.

Dla ludzi dojrzałych i bardziej obeznanych z muzyką proponuję następującą klasyfikację:

  • Instrumenty brzdękowe albo brzdąkające: np. gitara, mandolina, banjo, harfa.
  • Instrumenty piskliwe: np. flet, klarnet, okaryna, organki ustne.
  • Instrumenty wrzaskliwe: trąbki, kornety, puzony, tuby.
  • Instrumenty zgrzytliwe: skrzypce, wiolonczele, altówki i inne „smyczkowce”.
  • Instrumenty tłuczone: bębny, perkusje, wibrafon, ksylofon, marimba.
  • Instrumenty seksowne: saksofony.
  • Instrumenty ciągane i gniecione: harmonia, akordeon, dudy (kobzy) szkockie.
  • Instrumenty nieruchome: fortepian, organy piszczałkowe.
  • Instrumenty tylne: waltornia („roztrąb” ma skierowany do tyłu), organy pneumatyczne, kościelne i koncertowe (wykonawca siedzi tyłem do publiczności).
  • Nibyinstrumenty: cała elektronika – syntezatory, klawiszowce elektroniczne, samplery, procesory dźwięku.

Poza klasyfikacją, jako wyjątek, są organy Hammonda – instrument genialny.

Co do innych klasyfikacji, usiłuję sobie przypomnieć skalę muzykalności, jaką opracowano w krakowskim jazz klubie. Nie pamiętam wszystkich stopni muzykalności, było ich kilka, zdaje się dziesięć. Pamiętam tylko dwa pierwsze:

Stopień 1: Rozróżnia, czy grają czy nie.

Stopień 2: Rozróżnia, czy grają szybko czy powoli. itd.

Tak w ogóle, to nie jest dla mnie jasne, dlaczego muzyka jest sztuką tak lekceważoną i dlaczego ignorancja w sprawach muzycznych jest tak powszechna na świecie. Do mojego mieszkania często ktoś przychodzi, ludzie na ogół wykształceni i wrażliwi. Wkładam do szparki CD z jakąś dobrą muzyką, niezbyt głośno, bo zaraz ktoś poprosi, abym ściszył. Czy uwierzycie Państwo, że na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat tylko JEDNA z osób (wyłączam muzyków) zapytała, co jest grane, i wyraziła opinię? Ten stosunek do muzyki w stylu „coś tam brzęczy” jest powszechny. W wielu biografiach Fryderyka Szopena wymienia się jako jedno z jego „osiągnięć” to, że miał prywatny recital dla królowej Wiktorii. Zdumiewające. To raczej w biografii Wiktorii powinno się to wydarzenie wymieniać jako wielki zaszczyt, jakiego dostąpiła ta pani, słuchając Szopena.

Ale dość teorii, wróćmy do wspomnień.

Na saksofonie i na klarnecie gram w zespole Club de Algodon czyli Cotton Club. Jazz, blues. Kieruje nim dobra wokalistka, Laura Koestinger, tutejsza gwiazda bluesowa. Po kilku miesiącach prób opracowaliśmy repertuar zdatny do pokazania. Pierwszy koncert w znanym klubie Hijo de Cuervo (syn kruka) był udany. Przyszli też znajomi i moje dzieci. Podobało im się. Po koncercie jeden z kibiców zespołu powiedział do Krzyśka:

– Możesz być dumny ze swego taty. Grał bardzo dobrze. Nawet Krystyna patrzyła na mnie przez pewien czas jakby z szacunkiem.

Pomyślałem sobie: jak to jest, że aby stać się dla nich obiektem dumy, musiałem zagrać na klarnecie? Mam doktorat, habilitację, jestem Dyrektorem Międzynarodowym The Society for Computer Simulation, napisałem dwie książki o symulacji (wydane w Anglii i w Meksyku) i około osiemdziesiąt artykułów w prasie naukowej, w tym (jednak lubię się chwalić!) publikacje w „International Journal of Mathematical Analysis” na temat sterowania optymalnego w przestrzeniach Banacha, i mam jeszcze parę innych osiągnięć. Jako jazzman jestem dość przeciętny. Ale tak to jest. Może zresztą się mylę? Może jednak jazz nie jest jedynym motywem ich szacunku dla mnie?

Jak ten czas leci. To, że znów gram jazz, to najwspanialsze, co mogło mi się przydarzyć w życiu. Jest już 1996, a ja się czuję jak za dawnych czasów College Dixieland Band 1962. To, co gramy teraz, to jazz fusion, z grupą Imaginaria. Wolałbym grać standardy jazzowe, ale dobre i to, co robimy. W każdym razie pracuję dużo i powoli robię postępy. Najgorzej jest znaleźć czas na ćwiczenie. Muszę być aktywny naukowo i nie zaniedbywać dydaktyki na Universidad Panamericana. Zostałem członkiem „Narodowego Systemu Pracowników Naukowych” („badaczy”, w dokładnym tłumaczeniu), co daje dodatkowy „bodziec” pieniężny, ale wymaga pracy naukowej i publikacji. Nie mogę dopuścić, aby na uniwersytecie odkryto, że moim głównym zajęciem jest praca z saksofonem i klarnetem.

Czasem tylko studenci ze zdumieniem rozpoznają mnie w różnych podejrzanych miejscach, gdzie gra się jazz. Tłumaczę im, że to takie hobby i czasami grywam tu i tam. Za kilka miesięcy nagramy pierwszy „kompakt”. Będę musiał kupić sobie porządny instrument. Nowy sopran Selmer kosztuje tu trzy i pół tysiąca dolarów. Zgłosiłem referat na konferencję symulacyjną w Portland w Oregonie, może tam kupię coś używanego trochę taniej. Po ostatniej stuprocentowej dewaluacji peso meksykańskiego nasze pensje (w przeliczeniu na dolary) spadły o połowę. Moja praca z instrumentami (klarnet i sopran) to wyścig z czasem. Iść do przodu nie jest łatwo, mając ograniczony czas na ćwiczenie. Palce już nie chodzą tak sprawnie, jak trzydzieści lat temu, za kilka lat może mnie złapać skleroza, artretyzm, Parkinson, Alzheimer albo uwiąd starczy. Na razie nic takiego mi nie dolega, odpukać.

Jest już 1997. Byłem wczoraj w „Słoniu”. Tak nazywamy restaurację w stylu hinduskim, o której już wspomniałem. Pełna nazwa brzmi Casona de Elefante. Prowadzi ją pewien Meksykanin, którego hobby jest sztuka i kultura hinduska. Często jeździ do Indii, przywozi ciekawe detale, którymi dekoruje kilka salek swojej knajpy. Miejsce jest przyjemne, w starej dzielnicy San Angel. Menu też niezłe, nie wiem, czy tak rzeczywiście jadają w Indii, ale to nieważne.

Drugim hobby „Arquitecto” (tak nazywają szefa) jest jazz. Na stałe (w piątki i soboty) gra w „Słoniu” trio „Manantial” (źródło) w składzie: skrzypce (Hanna, ta z Finlandii), gitara basowa (Jose Lu´ıs, jej mąż, Meksykanin) i perkusja (Juan). Pracują wszyscy w Wyższej Szkole Muzycznej, grają nieźle, coś jakby bebop. Potem jest przerwa, a około jedenastej w nocy zaczyna się ogólne jam session bluesowe. Przychodzą miejscowi bluesmani, gitarzyści, wokaliści, instrumentaliści, większość z nich to amatorzy. Podoba mi się takie granie z dwóch przyczyn: po pierwsze, mogę z nimi grać i nie odbiegam poziomem, po drugie, grają z entuzjazmem, który można tylko porównać z entuzjazmem jazzowym Polski lat pięćdziesiątych.

Przychodzi tam wielu dobrych muzyków: Juan Pablo (gitara), Asusena (wokalistka), Richi (wokalista, soul), Gonzalo i „Flaco” (nieodłączna para, Gonzalo jest gruby, gra na gitarze i harmonijce ustnej, „Flaco” jest flaco, czyli strasznie chudy, śpiewa znakomicie), „My Friend” czyli „Amigo”, ciekawa i oryginalna postać

– Indianin grający na bongosach. „My Friend” jest sprzedawcą meksykańskich wyrobów sztuki ludowej, produkuje też biżuterię artystyczną, sprzedaje w centrum starej dzielnicy Coyoacan, na chodniku. Przychodzi też często Mathieu, Amerykanin, dziennikarz, ze swoim zestawem harmonijek ustnych. Nie sposób wymienić wszystkich. Czasem pojawi się jakiś bluesero z USA, będący przejazdem lub na występach w Meksyku.

To, co działo się w „Słoniu” wczoraj, to był szczyt. Wolno im grać do pierwszej w nocy, skończyli o wpół do trzeciej. To był akurat Dzień Kobiet. Kiedy przyszedłem, grała grupa zaproszona, a Hanna i Jose Lu´ıs jedli kolację w małej „kanciapie” na pięterku. Poszedłem do nich, było tam już kilku innych muzyków, wszyscy dość weseli, popijali winko i wznosili niezliczone toasty na cześć pięknych pań. Potem zeszli na dół i zaczęło się. Był zaproszony inny zespół bluesowy i wielu solistów. Jak pojechali bluesem, ludzie zaczęli śpiewać i tańczyć, choć normalnie w „Słoniu” się nie tańczy, bo nie ma gdzie. Tańczyli prawie wszyscy. Ludzi było coraz więcej, nie mieścili się już w niewielkiej salce, gdzie się gra. Ci, którzy przyszli około drugiej w nocy, nie mogli już wejść, zamknięto bramę. Tańczyli na ulicy.

Kiedy zaczynają bluesa, Jose Lu´ıs przedstawia muzyków i wygłasza krótką mówkę o bluesie. Wczoraj się rozgadał. Wymyślił swoją wersję historii bluesa, udowadniając, że blues jest pewną odmianą folkloru meksykańskiego (!). Nikt go nie traktuje poważnie, zwłaszcza gdy zaczyna opowiadać o zaproszonych muzykach. O mnie mówi zawsze:

– Prosto z Krakowa, z Polski, ze swoim klasycznym brzmieniem „New Orleans”, na klarnecie i saksofonie, STANISŁAW! (oklaski).

Wczoraj był bardziej gadatliwy. Zapowiadając mnie, wymyślił całą historię mojego życia:

– Z Krakowa, zajmował się przemytem wódki do Meksyku, potem spędził wiele lat w Almoloya de Juarez (znane więzienie w stanie Meksyk, gdzie zamyka się handlarzy narkotyków). W Almoloya studiował grę na saksofonie i nauki techniczne, co pozwoliło mu potem zostać znanym naukowcem. Panie i panowie, na saksofonie, poszukiwany przez policję i Interpol – STANISŁAW!!!!

Muszę wtedy zacząć grać, na sali entuzjazm, oklaski, podoba mi się to.

Jestem oczywiście muzykiem amatorem. Czasem gram za pieniądze, czasem tylko dla przyjemności. Nie mam kompleksów. Czy odbieram pracę zawodowcom? Jeżeli tak, to w minimalnym stopniu. Tu, w Meksyku, muzycy zawodowi grają inną muzykę, zwykle w miejscach kontrolowanych przez tutejszy Związek Muzyków. Ale Związek nie interesuje się miejscami, gdzie gra się jazz, to minimalna ilość lokali i żaden interes. Zwykle w grupie, gdzie gram, połowa muzyków to zawodowcy, reszta (czyli MY) to amatorzy.

Nie porównuję się z innymi, grają lepiej ode mnie, albo i nie, to nieważne. Zresztą wyraz „profesjonalizm” albo przymiotnik „zawodowy” nie są dokładnie zdefiniowane. W muzyce to nie tylko umiejętność szybkiego przebierania palcami po instrumencie.

Dlaczego sprawia nam taką satysfakcję i przyjemność słuchanie dobrego profesjonalisty? Przede wszystkim dlatego, że słuchając, masz gwarancję, że on nie zagra czegoś, co nie byłoby poprawne, często bezbłędne i piękne (mówię oczywiście o artyście). Są też inne aspekty profesjonalizmu. To nieważne, czy gra się na estradzie filharmonii czy w knajpie. Dobry jazzman profesjonalista wie, kiedy grać, kiedy nie grać i jak długo. Dobry profesjonalista wie, że przed wejściem na estradę należy sprawdzić nie tylko instrument, ale też zamek czy guziki rozporka. Dobry profesjonalista wie, kiedy może puścić bąka na estradzie (czasem jest to konieczne), tak aby go nie poczuli ani koledzy, ani słuchacze.

Sprawa instrumentu jest też jednym z fundamentalnych atrybutów profesjonalisty. Przede wszystkim szacunek do instrumentu i dbałość o jego stan. Kilka lat temu, w czasach dogorywającej komuny wielu muzyków z łagru socjalistycznego przyjeżdżało do Meksyku. Opowiadano mi o wiolonczeliście (Rosjanin), którego zaangażowano do filharmonii narodowej Meksyku. Był to podobno znakomity instrumentalista, konserwatorium moskiewskie. Miał swój instrument, dobrej jakości wiolonczelę. Ale jego szacunek do własnego instrumentu skończył się, gdy ktoś mu powiedział, ile taki instrument jest wart w Meksyku.

To może też sprawa mentalności mieszkańca socłagru, dla którego dolar był czymś nieosiągalnym przez całe jego życie. Ta psychoza nędzy i poniżenia, wpojona w ludność przez władzę komunistyczną, była bardzo silna. Nowe pokolenie tego nigdy nie zrozumie, ale ktoś, kto ma teraz więcej niż pięćdziesiąt lat, będzie wiedział, o czym mówię. Tak więc nasz nieszczęsny artysta natychmiast sprzedał swój instrument. Potem poprosił w filharmonii, aby mu pożyczono wiolonczelę. Na drugi dzień już nie pracował. Dyrektor filharmonii ocenił go właściwie: ktoś, kto sprzedaje swój instrument i zostaje bez żadnego, to nie muzyk zawodowy, nawet jeżeli gra dobrze. Nie wiem, czy wrócił do ZSRR, czy znalazł inną pracę.

I znowu przeleciało. Jest 2009. Już dawno powinienem był przejść na emeryturę, ale uniwersytet nie chce mnie puścić. Ale co za dużo, to niezdrowo, trzeba będzie w końcu odejść. Będę miał więcej czasu na ćwiczenie i granie. Wróciłem do jazzu tradycyjnego.

Szef grupy, w której gram, to Argentyńczyk (E.S.), zamieszkały od lat w Meksyku. Świetny muzyk (trąbka), jest w moim wieku. Poza tym ciekawy facet. Nie mogłem uwierzyć, gdy mi opowiedział, że za młodu posiadał samochód Ford T, ten legendarny model z lat dwudziestych. Woził nim grupę muzyków, odbyli trasę Buenos Aires – Lima, Peru i byli w wielu innych miejscach Ameryki Południowej.

E.S. lubi opowiadać. W swojej karierze jazzmana grywał w przeróżnych miejscach, także w burdelu w Buenos Aires. Wspomina te czasy z rozrzewnieniem, wyraża się z szacunkiem o ekipie kelnerzy-panienki-szef-muzycy. Mówi, że tak dobrze zgraną ekipę rzadko można spotkać w innych miejscach. Muzycy, poza graniem, musieli też pomagać. Gdy dama zasiadała z klientem przy stoliku, a muzyk miał przerwę w graniu, dawała mu umowny znak. Przysiadał się do stolika, uczestniczył w rozmowie i w zamawianiu trunków, których zresztą nie wypijał. Na dyskretne kopnięcie nogą pod stolikiem przepraszał towarzystwo i oddalał się.

W Meksyku E.S. zorganizował grupę jazzu tradycyjnego „Magnolia Jazz Band”. Zadziwiło mnie powodzenie tego zespołu. Ciągle gdzieś gramy, płacą nawet nieźle. Ludzie chętnie nas słuchają nie dlatego, że jazz tradycyjny jest tu popularny. Po prostu dla Meksykanów (99,9% słuchaczy) to coś zupełnie nowego i nieznanego. Poza tym brzmienie zespołu jest dobre, muzyka prosta i wesoła. Publiczność meksykańska jest przemiła. Zawsze oklaskują. Jeżeli ktoś gra źle, oklaskują trochę krócej – trzeba to wyczuć. Niestety, mało kto ocenia właściwie to, co gramy. Gramy ani dobrze, ani źle, tak sobie. Często po występie przychodzą słuchacze i pytają:

– Co to za muzyka, którą gracie, bardzo mi się podoba, ale słyszę po raz pierwszy w życiu!

Ja czasem słyszę różne pochwały i komplementy, na przykład cabrón.

To słowo ma wiele znaczeń, w zależności od kontekstu i sytuacji. Ogólnie biorąc, cabrón to określenie pejoratywne, coś jak baran albo cap. Jeżeli użyjesz tego określenia do kogoś nieznajomego, możesz dobrze oberwać. Ale możne tez wyrażać podziw i aprobatę. Tak więc, jeżeli ktoś powie mi Que cabrón eres en tu clarinete (mniej więcej: ale z ciebie cabrón, gdy grasz na klarnecie), czuje się lepiej.

Inny przyjemny komplement to Tu saxofon suena chingón (w przybliżonym tłumaczeniu: twój saksofon brzmi zajebiście). Osobiście wolałbym opinię bardziej specyficzną, ale każdy ma swój język do wyrażania aprobaty lub rozczarowania.

Inna grupa, z którą współpracuję, to bluesmani. Amatorzy, ale dobrzy muzycy. Nowy klub Ruta61 w Mieście Meksyk to zupełne wariactwo. Zorganizowany na wzór klubów chicagowskich i nowojorskich skupia muzyków, poetów i innych artystów i ma swoją wierną publiczność. Gram tam na saksofonie tenorowym. Czasem zakładam moją koszulkę dżinsową z emblematem Univer si dad Panamericana. Któryś ze słuchaczy gratulując mi występu, zapytał, czy pracuję na UP. Gdy odpowiedziałem, że tak, był zdumiony:

– Jak ktoś, kto pracuje dla Opus Dei, może grać na saksofonie, w dodatku bluesa i w takim miejscu?

Na podobne pytania moja odpowiedź jest prosta i wcale nie przesadzona:

– I co to ma do rzeczy? A zresztą obecny rektor Panamericana to entuzjasta jazzu, często organizuje koncerty jazzowe na uniwersytecie.

Nie wierzą mi, ale to ich sprawa. Mam już siedemdziesiąt lat! Dzieci zorganizowały mi urodziny w Ruta61, było głośno, wesoło, klub pełny.

Byłem szczęśliwy widząc przyjaciół, znajomych i ludzi mi nieznanych, którzy przyszli. Grałem też trochę, potem był tort urodzinowy, piwko i tequila. Super.

Mówię wszystkim:

– Mam urodziny numer dwadzieścia. Po prostu liczę lata od pogrzebu, a nie od daty urodzenia. Dlaczego liczyć od urodzin, a nie od zgonu? W ten sposób każdego roku mam o jeden rok mniej, nieważne, czy to dokładna liczba, czy tylko przybliżenie.

O Boże! Już jest 2012, jak ten czas leci. Mam już siedemdziesiąt cztery lata, jestem emerytem. Mam trochę więcej czasu na muzykę. Staram się ćwiczyć więcej, grywam z bluesmanami. Chyba pierwszy raz w życiu wybrałem się w podróż nie służbowo, ale za własne pieniądze. Nie żeby zwiedzać i robić ładne fotki zabytków i pomników jakichś ważnych facetów. Zabrałem moje klarnety (klarnet B i klarnet A) i pojechałem na Florydę, aby grać na jam sessions w klubach bluesowych. Było wspaniale. W okolicach Tampy i Saint Petersburga jest mnóstwo miejsc, gdzie gra się bluesa. Klarnet to niezbyt typowy (o ile nie unikalny) instrument w zespołach bluesowych, nie miałem więc zbyt dużej konkurencji. A nawet gdybym miał, nie chwaląc się, jestem niezłym bluesmanem. Tak upłynęło dziesięć wspaniałych dni. Niestety przed wyjazdem miałem poważny problem zdrowotny. Wylądowałem w szpitalu w Tampie, gdzie przez trzy dni przywracano mnie do życia i do stanu nadającego się do podróży Tampa – Meksyk. Trudno, może szło za dobrze, nie można zbyt wiele wymagać od opatrzności. Jak jeszcze długo tak pociągnę? Mam w planie wiele innych, podobnych podróży.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNajprostszy sposób na prowadzenie magazynu
Następny artykułProf. Tomasz G. Pszczółkowski – politolog, kulturoznawca, germanista, tłumacz
Paweł Rogaliński
Paweł Rogaliński jest politologiem, filologiem, rzecznikiem prasowym organizacji pozarządowej oraz twórcą Przeglądu Dziennikarskiego. Od 2015 roku należy do prestiżowej grupy Światowych Odpowiedzialnych Liderów Fundacji BMW Stiftung Herbert Quandt. Za swoje osiągnięcia nagradzany na całym świecie, m.in. w Londynie, Berlinie, Rio de Janeiro, Warszawie, Brukseli i Strasburgu. Ukończył następujące kierunki studiów na Uniwersytecie Łódzkim: stosunki międzynarodowe: nauki polityczne, zarządzanie oraz filologię angielską, osiągając przy tym ogólnokrajowe sukcesy naukowe (m.in. Studencki Nobel). Obecnie przygotowuje rozprawę doktorską w Londynie poświęconą popularności politycznej w krajach anglojęzycznych. Jego ostatnia książka pt. „Jak politycy nami manipulują. Zakazane techniki” (Wydawnictwo Sorus, Poznań 2013) z powodu dużej popularności doczekała się dodruku już w kilka miesięcy po wydaniu. Więcej na stronie oficjalnej: www.rogalinski.eu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here