Polski jazz (cz. 2/4)

0
105

Krakowski Jazz Klub zaczynał działalność. Odbywały się liczne jam session, pito wtedy dużo i do świtu.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Jazz” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

Pierwsza część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/polski-jazz-lata-powojenne/

Alkoholizm wśród polskich jazzmanów był sprawą znaną i smutną. Prawie każdy z nich przeszedł ten etap i wydaje się, że większość przezwyciężyła nałóg. Czasem trudno było nie pić. Zwykle w poniedziałek można było usłyszeć ciekawostki z sobotnich i niedzielnych występów. Nawet najlepsi muzycy często wyjeżdżali poza miasto. Można było nieźle zarobić na „zabawach ludowych” we wsiach podkrakowskich lub na weselach. Kiedyś opowiadano, jak to pewien zespół „obgrywał” wesele na wsi. Częstowano orkiestrę „czystą” i trudno, a może nawet niebezpiecznie było odmówić. W rezultacie około pierwszej nad ranem tylko akordeonista i perkusista utrzymywali się w pozycji pionowej, inni spali po kątach. W pewnym momencie akordeonista też „wysiadł”, cisnął instrumentem i padł. Powiedział przy tym:

– A teraz niech sobie, k. . . , gra kto chce!

Biedny perkusista został sam. Musiał bębnić i śpiewać do szóstej rano, aby ratować honor (a może i życie) kolegów. Powiedzenie akordeonisty stało się znanym i często używanym zwrotem wśród krakowskich muzyków.

Pamiętam, jak Lolo Stabrawa, saksofonista, wówczas podpora orkiestry Akademii Górniczo-Hutniczej, mawiał:

– To skandal! Wyobraźcie sobie, że w domu nie ma grama wódki, a żona posyła mnie po chleb!

Raz tylko grałem na zabawie wiejskiej. W sumie to było przyjemne doświadczenie, choć niepozbawione trudnych momentów.

Umowa była taka: dojedziemy do Kocmyrzowa pociągiem z Czyżyn, stamtąd zawiozą nas saniami (to była jedna z „zim stulecia”) do Lubożycy, gdzie będziemy grać w sali kina od siódmej wieczór do pierwszej w nocy. Potem odwiozą nas do Kocmyrzowa, skąd wrócimy rannym pociągiem.

Pociąg na trasie Czyżyny – Kocmyrzów (siedemnaście kilometrów) jechał czterdzieści pięć minut. Sanie czekały. Sala kinowa znajdowała się w baraku na wzgórzu poza wsią. Jeszcze był seans, więc musieliśmy siedzieć chwilę w poczekalni. Nasz trębacz, „Czani” Stanczew (Bułgar), zauważył, że na ścianach wewnątrz budynku jest szron. Organizatorzy pocieszyli go:

– Nic się nie martw. W sali będzie cieplej, bo tam był seans i ludzie nagrzali.

Okazało się, że ludzie nie nagrzali zbytnio. Posłano na nasze specjalne życzenie do wsi po piecyk elektryczny i po herbatę, której zażądał Czani. Herbata była letnia i z pianką, co Czani przypłacił potem chorobą żołądka. Powinien był pić to, co było w bufecie (czysta), pewnie by lepiej na tym wyszedł. Piecyk grzał tyle, co kot napłakał, graliśmy w płaszczach i czapkach. Bawiono się dobrze, bez incydentów. Na sali był przez cały czas milicjant i tajniak, który po wypiciu kilku „setek” zaczął wymachiwać pistoletem. Nikt nie kwestionował naszych kwalifikacji muzycznych, mimo że nasz repertuar był trochę nietypowy, jak na ten rodzaj imprezy. O pierwszej Czani zaczął pakować trąbkę, naiwnie myśląc, że zakończył pracę. Wyprowadzono go szybko z błędu. Nasz basista przybiegł i powiedział:

– Panowie, o nic nie pytajcie, tylko siadajcie i gramy dalej. Miał rację. Na zewnątrz czekali na nas. Gdybyśmy wyszli o pierwszej, kto wie, jakby się to dla nas skończyło.

Gdy już świtało i gdy ogłoszono koniec zabawy, pojawił się inny problem. Sanie wprawdzie były, ale woźnica leżał pod stołem i smacznie spał. Nawet gdybyśmy chcieli powozić sami, nie było to możliwe, ponieważ koń zniknął. W ten sposób drogę do stacji odbyliśmy piechotą, niosąc przez kilka kilometrów kontrabas, komplet perkusji i inne instrumenty. Gdy patrzyłem na białe pola po horyzont, przypomniał mi się wspomniany już przedtem film Oko za oko. Jedyna różnica polegała na tym, że zamiast po piasku pustyni, brnęliśmy w zaspach świeżego śniegu, które miejscami sięgały po pas.

Granie poza miastem było ważnym źródłem dochodu dla wielu muzyków. Studenci Wyższej Szkoły Muzycznej często nie dojadali i musieli zarabiać, gdzie się dało.

Opowiadano, jak pewien trębacz w WSM starał się o przyjęcie do zespołu, który grywał na zabawach wiejskich pod Krakowem. Przeegzaminowano go. Oczywiście, jako dobry instrumentalista nie miał problemów technicznych ani repertuarowych. Już prawie był przyjęty do zespołu, kiedy poproszono go, żeby „zrobił konia” (zarżał) na trąbce. Tego nie uczono w WSM i odpadł.

Zdawałem sobie sprawę, że poziom muzyczny naszych występów często pozostawiał dużo do życzenia. Popyt na jazz i w ogóle na muzykę taneczną i „bigbeatową” był jednak wtedy tak duży, że grał, kto chciał i jak chciał. Słusznie narzekano na poziom muzyczny muzyków knajpianych i tych, którzy dorabiali graniem. Często nie była to tylko wina wykonawców, ale też organizatorów zabaw i koncertów i wymagań publiczności.

Pamiętam jeden z takich koncertów, na który zaproszono nas do Kielc. W ostatniej chwili organizatorzy oświadczyli, że musi być rock and roll. Nigdy nie graliśmy tej muzyki, choć w początkach rocka nie była ona zbyt trudna dla przeciętnego jazzmana. Problem był w tym, że trzeba było zmienić skład instrumentów i że klarnet musiał być zastąpiony przez saksofon tenorowy. Było oczywiste, że na saksofonie muszę grać ja. Zgodziłem się pod warunkiem, że pożyczą mi instrument, abym mógł przećwiczyć kilka fraz rockowych. Nigdy przedtem nie grałem na saksofonie, ale dla klarnecisty nie jest to wielki problem. Instrument dostarczono mi na peronie dworca kolejowego, przed odjazdem do Kielc. Miałem więc prawie dwie godziny na naukę. Przez całą drogę próbowaliśmy w przedziale, i wysiadając w Kielcach, byłem już saksofonistą rockandrollowym.

Pierwszy afisz, który zobaczyliśmy na ulicy przed dworcem, obwieszczał nasz koncert w sposób dość nietypowy. Napisano dużymi, tłustymi literami: LOUIS ARMSTRONG. W następnej linii, już mniejszą czcionką wyjaśniono: NIE PRZYJEDZIE – Wystąpi natomiast zespół JazzowoRockandRollowy College Dixieland Band z Krakowa. Afisz zadziałał, sala była pełna.

Dalszy ciąg próby odbyliśmy za kulisami, gdzie mogłem udoskonalić moje improwizacje saksofonowe. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nie wiedziałem o jednym: gdy przechodzi się z klarnetu na saksofon, który ma większy ustnik, mięśnie warg nie wytrzymują długo. Po kilku godzinach grania po prostu przestają funkcjonować. Pech chciał, że to obezwładnienie warg zaskoczyło mnie w momencie, kiedy wychodziliśmy na estradę. Gdy przyszło do solo saksofonu, z przerażeniem stwierdziłem, że powietrze ucieka mi bokiem i że nie jestem w stanie nic normalnie zagrać. Jakimś nadludzkim wysiłkiem zdołałem coś wdmuchać do instrumentu, a stroik nacisnąłem zębami, zamiast dolną wargą. Saksofoniści wiedzą, jaki efekt daje takie „granie”. Zamiast normalnych tonów z saksofonu wydobywa się przeraźliwy, niekontrolowany pisk. Okazało się, że w (ówczesnym) rock and rollu nie było to złe, a wręcz przeciwnie: podobało się, słuchacze krzyczeli i gwizdali, marynarki fruwały.

Ważną imprezą był bal sylwestrowy. Orkiestry podpisywały umowy z organizatorami zabaw na kilka miesięcy przed 31 grudnia. Rozpowszechnił się też sposób grania ze „słupem”. Słup to był człowiek (znajomy, przyjaciel zespołu lub wynajęty słup wyspecjalizowany), który nie umiał grać na niczym, stał jednak na estradzie, szarpiąc strunami kontrabasu lub brzdąkając na gitarze. Nie było tego słychać, a wszyscy widzieli, że orkiestra jest sześcioosobowa, jak opiewał kontrakt. Słup dostawał kolację, czasem parę złotych (dziesięć, dwadzieścia procent normalnej stawki), a resztę jego wynagrodzenia rozdzielano sprawiedliwie wśród grających członków zespołu. Nie było problemów, gdy zespół miał jednego lub dwóch słupów. Byli jednak tacy, którzy tworzyli zespoły złożone w większej części ze słupów. Pewien akordeonista krakowski, Jasiu Z., często podpisywał kontrakt na sześć osób i zatrudniał pięciu słupów. Był słynny z tego i przed sylwestrem przeprowadzał egzamin wstępny dla kandydatów na słupów i wybierał tych, którzy prezentowali się lepiej lub umieli przynajmniej trzymać gitarę. Był świetnym muzykiem i miał olbrzymi repertuar tanecznorozrywkowy. Grał na akordeonie i śpiewał całą noc, znakomicie bawiąc zebranych, i nigdy nie miał kłopotów.

Nie wszyscy jednak byli na takim poziomie jak Jasiu Z. Pamiętam, jak kiedyś jechaliśmy grać sylwestra do jednego z lokali w Zakopanem. Pociąg osobowy Kraków – Zakopane potrzebował wówczas sześciu godzin na przebycie trasy i wlókł się niemiłosiernie. Do naszego przedziału dosiedli się dwaj znajomi z Jazz Klubu, A.H., perkusista i A.S., podający się za wokalistę. A.H. powiedział:

– Jak to dobrze, że pojedziemy razem. Podpisałem kontrakt „u gruźlików” (w sanatorium dla gruźlików w Zakopanem). Wiozę perkusję, gitary i wzmacniacze, reszta zespołu już jest na miejscu.

To były początki rock and rolla i bigbeatu w Polsce i taką muzykę mieli grać u gruźlików. Około szóstej nad ranem pociąg dotarł do Zakopanego. A.H. zaproponował, abyśmy z nimi poszli do sanatorium:

– Jesteśmy na razie tylko my dwaj, lepiej będzie, jak dyrektor zobaczy, że zespół już przyjechał. Wypijecie herbatę, może coś zjecie.

Poszliśmy. W sanatorium powitano nas radośnie, dano śniadanie i zaprowadzono do salki z sześcioma zaścielonymi łóżkami. Nic nie mówiąc i nie myśląc wiele, uwaliliśmy się do łóżek i przespali prawie do południa. Powiedziałem potem do A.H.:

– No to my już idziemy. Mam nadzieję, że masz swój zespół kompletny i że nie zrobisz jakiegoś numeru gruźlikom.

A.H. zapewnił, że wszystko jest OK. Potem widzieliśmy go w „Kmicicu”, jak werbował muzyków. Pod wieczór już podobno znalazł kilku chłopców, którzy mieli grać na gitarach. My poszliśmy na naszego sylwestra do Hotelu Zakopane i zaczęliśmy grać o ósmej. Po jakimś czasie ktoś ze znajomych przyniósł wiadomość, że zespół A.H. i A.S. to była taka „plama”, że wyrzucono ich od gruźlików po pół godzinie grania. Zrobiło mi się głupio: zeżarliśmy tam śniadanie, wykorzystaliśmy ich gościnność, gruźlicy myśleli, że będą mieli orkiestrę, a musieli się zadowolić gramofonem. Mniej więcej po godzinie przyszedł kierownik zabawy i powiedział:

– Tam przy wejściu jest niejaki A.S., który podaje się za wokalistę waszego zespołu. Czy mamy go wpuścić?

Powiedziałem, że tak. Przecież nie zostawimy A.S., którego wygonili od gruźlików, na ulicy. Wszedł, nawet coś zaśpiewał, aby udowodnić, że jest naszym wokalistą. Potem dopiero się zaczęło. A.S. był człowiekiem konfliktowym i przyszedł już trochę „nawalony”. Po pewnym czasie zjawił się pan kierownik.

– Proszę panów, abyście coś powiedzieli waszemu wokaliście. Obraził jednego z moich gości.

Odszukaliśmy A.S., który był już na dobrej bani. Przyrzekł, że będzie grzeczny. Nic to jednak nie pomogło. Po pół godzinie przyszedł pan kierownik i powiedział do mnie:

– Pański wokalista znowu narozrabiał. Będę go musiał wyprosić, tak nie może być!

Zgodziłem się. A.S. został wyproszony z zabawy, odetchnęliśmy z ulgą. Ulga jednak była przedwczesna. Wszedł przez okno i rozrabiał dalej. Tak dobrnęliśmy do końca zabawy, prawie wszyscy goście już wyszli. Nie był to jednak koniec problemów. Opadły mi ręce, gdy zobaczyłem, jak pan kierownik biegnie do nas przez pustą salę, siny z wściekłości.

– PANIE! Pański wokalista pobił mojego gościa!

A.S. przebywał jeszcze w barze piętro niżej i nie przestał rozrabiać. W końcu nawinął mu się ktoś, kto mu się nie spodobał, i ulżył sobie. Opuściliśmy lokal pospiesznie.

Obserwowałem na przestrzeni prawie dziesięciu lat, jak zaczynali i pracowali polscy jazzmani. Krakowski Jazz Klub był miejscem spotkań i pracy wielu znanych muzyków. Każdy z nich zaczynał skromnie, a potem włączał się stopniowo w środowisko. Także każdy z nich miał w pewnym momencie jakby „przebłysk” lub „olśnienie” muzyczne i nagle zaczynał dobrze grać.

Pamiętam początki działalności Tomasza Stańki. Pracował wytrwale, ale postępy robił powoli. Pewnego razu, w czasie jednego z jam session w Klubie Pod Jaszczurami, ktoś zbiegł do baru, gdzie popijano i dyskutowano o muzyce, i krzyknął:

– Chodźcie wszyscy na górę, żeby posłuchać, jak Stańko zapieprza na trąbce!

To był początek jego kariery. Podobnie zaczynali inni: Janusz Stefański, Adam Matyszkowicz (obecnie Makowicz), Leszek Żądło, Jasiu Muniak, Wiktor Perelmuter, Jasiu Kudyk i wielu innych (proszę wybaczyć, że nie wymieniam wszystkich nazwisk). Praca w Jazz Klubie zaczynała się od wczesnych godzin rannych. Adam Makowicz mieszkał tam przez pewien czas, pracując dosłownie od świtu do późnej nocy. Przez długi czas grupa Przemka Dyakowskiego spotykała się tam i „stołowała”. Polegało to na tym, że robiono „ściepkę”, za zebrane pieniądze kupowano wino, a za wydaną resztę kupowano bułki. Czasem, gdy wystarczyło, kupowali też jakąś zupę w proszku i przyrządzali ją na kuchence elektrycznej. Biorąc pod uwagę, że ci chłopcy nic innego nie jedli, były to posiłki dość skromne.

Trochę inaczej zaczynał Zbyszek Seifert. On był od początku zawodowcem i świetnym instrumentalistą. Nie miał nigdy wątpliwości, czego chce i jak powinien grać. W krótkim czasie doszedł do dobrego poziomu na saksofonie altowym, ale szybko zrozumiał, że jego przyszłość to skrzypce. Kończył właśnie Wyższą Szkołę Muzyczną w klasie skrzypiec. Prędko wyjechał za granicę. Powiedziano mi, że jest w Niemczech i robi karierę. Byłem już wtedy w Moskwie i trochę straciłem kontakt ze środowiskiem. Zapytałem Wojtka Karolaka, co o nim myśli. Odpowiedź była krótka i jednoznaczna: mistrz świata. To nie była tylko opinia Wojtka. Gdy muzycy z czołówki światowej usłyszeli Zbyszka na jednym z festiwali jazzowych w Berlinie też nie mieli wątpliwości. Jednomyślnie stwierdzili:

– Nigdy nie słyszeliśmy tak znakomitego skrzypka. Nikt nie potrafi lepiej zagrać.

Śmierć Zbyszka była najdotkliwszą stratą nie tylko dla polskiego jazzu.

Ale wróćmy do początków. Grywałem czasami z „Melodixem” i szybko zgraliśmy się z „Gigą” Morańskim i Jackiem Brzyckim. Nasz zespół powstał „na gruzach” „Melodixu”. Giga, Jacek, Andrzej Piela na puzonie, Rysiek Krukierek na trąbce. Potem Jacka zmienił Igor Neubauer na perkusji, Rysiek przeszedł na kontrabas, na trąbce grał „Czani” Stanczew, na gitarze Heniu Witek i na kontrabasie świetny basista Julek Sandecki. Zespół nazywał się „College Dixieland Band” i prosperował dobrze aż do 1964 roku. Wielu naszych dawnych słuchaczy i zwolenników jeszcze nas pamięta. Jest to niestety wszystko, co pozostało. Z nielicznych nagrań, które zrobiliśmy, nie zachowało się dosłownie nic. Nie nagraliśmy ani jednej płyty. Nie dlatego, żeby nasz poziom nie był wystarczający. Wtedy jazz jeszcze nie był mile widziany przez władze i płyty nagrywały zespoły ze starszego pokolenia, bardziej „renomowane”. Wszyscy ówcześni jazzmani grali też muzykę do tańca. Dla mnie stanowiło to ważne dodatkowe źródło dochodu, dla wielu była to normalna codzienna praca. Zawsze staraliśmy się grać jazz, nie zawsze jednak było to możliwe. Trzeba było grać to, co publiczność chciała tańczyć. Często dochodziło do dyskusji z organizatorami zabaw. Najbardziej nas denerwowało, gdy „popędzano” nas do grania.

Giga zawsze mawiał:

– Panowie, higiena ucha! Przerwa dziesięć minut.

Gdy po kilku minutach przybiegał ktoś z organizatorów imprezy z reklamacją, mówiliśmy:

– Dlaczego chcecie, żebyśmy grali? Popatrz pan na parkiet: Nikt nie tańczy!

Entuzjazm jazzowy był chyba silniejszy w ZSRR niż w Polsce, choć początki jazzu radzieckiego nie są zbyt znane. Rosjanie oczywiście zawsze mogą udowodnić, że kolebką jazzu była Rosja, a nie USA. Nie jest to całkiem zgodne z prawdą, ale też nie można powiedzieć, że jazz w ZSRR nie istniał. Demonstrowano mi nagrania orkiestr moskiewskich ze starych płyt z lat trzydziestych, na których duże zespoły taneczne grały dokładnie tak samo jak Glenn Miller w owych czasach. Przy ogromnej muzykalności Rosjan nawet dalekie echa nowych stylów wystarczą, aby byli „na bieżąco”. Nie wiedziałem o tym, jadąc do Moskwy. Po kilku miesiącach pobytu nawiązałem kontakt z tamtejszymi działaczami.

W Moskwie wprawdzie klubu jazzowego nie było, ale działacze w rodzaju Aloszy Bataszewa pracowali wytrwale.

Duży i dobrze działający klub jazzowy był w Doniecku (prezes Wiktor Dubilier). Wiktor dużo podróżował, dostawał płyty i nagrania z całego świata i miał imponującą płytotekę, liczącą tysiące egzemplarzy. Często pojawiał się u nas obładowany płytami. Zwykle mówił:

– Cześć. Jadę z Leningradu do Doniecka. Mogę się u was przespać?

Wtedy miałem kolejną nieprzespaną noc. Wiktor zjadał kolację i szedł spać, a ja siadałem z jego płytami przy magnetofonie, aby nagrać, co się dało. Kiedyś Wiktor zaskoczył nas jednym ze swych „patentów”. Po kolacji zapytał, czy już może iść spać. Powiedzieliśmy, że łóżko ma przygotowane i może się położyć, kiedy chce. Słysząc to, wstał od stołu i powiedział:

– No, ja się rozbieram.

Zdjął sweter, koszulę, rozpiął i spuścił spodnie. Okazało się, że jest w piżamie. Patent był genialny: po prostu wyjeżdżając w podróż, zakładał piżamę, na to koszulę i ubranie. Rzecz w tym, że przedziały w pociągach radzieckich były „damskomęskie”. Problem pojawiał się wieczorem, gdy trzeba się było przebrać: w przedziale trzy panie, na korytarzu towarzystwo mieszane, a ubikacje zajęte. Wiktor w tej sytuacji po prostu zrzucał ubranie i wskakiwał na swoje legowisko.

Alosza zawiadomił nas, że będzie koncert jazzowy. To był pierwszy koncert tego typu, na którym byłem w Moskwie. Nie przypuszczałem, że będzie to coś ciekawego, ale pojechaliśmy z ciekawości. Koncert miał się odbyć na peryferiach miasta, w sali jakiegoś instytutu. To były imprezy półoficjalne. Władze dawały zezwolenie, ale nigdy nie było wiadomo, czy im się nie „odwidzi”. Alosza żalił się, że zawsze do ostatniej chwili słuchają, czy nie dzwoni telefon. Często telefon dzwonił, ktoś z organizatorów odbierał, kładł słuchawkę i oznajmiał:

– Skończyło się. Koncerta nie budiet. Wszyscy do domu! Tym razem telefon nie zadzwonił. Czekaliśmy znudzeni, na estradzie prawie godzinę pracowali chłopcy z lutownicami, naprawiając sprzęt nagłośniający. Wreszcie zapowiedziano zespół. Kierownik zespołu uciszył salę i zapowiedział:

– A teraz wykonamy obszerne fragmenty opery jazzrockowej Jesus Christ Superstar. Dla wyjaśnienia powołam się na jeden z ostatnich numerów czasopisma Sowietskaja Muzika, w którym powiedziano, że ta opera już nie jest zakazana i że można ją wykonywać. Aranż jest nasz, ponieważ musieliśmy zaadaptować partię orkiestry z dużego zespołu na combo dziesięcioosobowe. I pajechali. To było niewiarygodne: zespół na dobrym europejskim poziomie, świetni wokaliści, dobrze zagrane i zaśpiewane po angielsku. Miałem potem nagranie tej opery, które zrobiono w studiach „Mosfilmu”. Nie ustępowało w niczym, a miejscami było lepsze niż najbardziej znane nagranie londyńskie. Ten zespół to byli fanatycy. Większość z nich miała dobre przygotowanie muzyczne (wyższe studia muzyczne) i pracowali ciężko. Kilku członków zespołu przestało pracować oficjalnie, aby móc ćwiczyć cały dzień. Nie potrzebuję przypominać, że człowiek niepracujący był w ZSRR wyjęty spod prawa i w każdej chwili groziło mu więzienie. Potem ten zespół bezbłędnie kopiował nagrania grupy Blood, Sweat and Tears, tylko po to, aby opanować ich styl, nie aby to wykonywać publicznie.

Czytaj dalej: http://przegladdziennikarski.pl/jazz-w-rosji-i-meksyku-cz-34/

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCzekanie na Antychrysta
Następny artykułBundesliga: Schalke 04 Gelsenkirchen z nową siłą…
Stanisław Raczyński

Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here