Zwiedzam okolice Warszawy, czyli skandal

0

Mieszkam od 40 lat w Austrii, często podróżując do Polski. Bardzo chętnie zwiedzam polskie zabytki. Zatrzymując się w Warszawie, stwierdziłem, iż znam dość dobrze atrakcje stolicy. Sięgam odtąd po elementy terra incognita. Inaczej mówiąc, miesiąc temu znalazłem – surfując po ekranie komputera nad Dunajem – perłę, czyli zupełnie mi nieznaną filię Muzeum Narodowego z Warszawy. Zwiedzenie perły bardzo poleca internet. Nie trzeba mi powtarzać! Lubię poznawać nowe, nieznane mi zabytki.

Chodzi o Muzeum Wnętrz w Karczewie, Pałac Bielińskich, alias w Otwocku Wielkim, Oddział Muzeum Narodowego, ul. Zamkowa 49, 05-480 Karczew. Plus minus 25 km na południe od Warszawy. Oczywiście z internetu dowiedziałem się więcej, upewniając się indywidualnie, czy przypadkiem Pałac nie jest już zamknięty.

NIE! Internet wyraźnie mówi, iż „Karczew” jest otwarty codziennie, oprócz poniedziałków, że każdego dnia można sobie zafundować przewodnika (albo o godz. 11 albo o 14). Ale uwaga – ostrzega portal MN! Otwarty 1 kwietnia 2022 Pałac jest czynny tylko do 30. X. 2022. Należy się spieszyć! To novum muszę zobaczyć!

Do Warszawy przyleciałem 22.10.22, odczekawszy „nieczynny” poniedziałek, wyprawiłem się ze stolicy dziś (środa) do Otwocka. Podróż jest miła i wygodna, pociągiem podmiejskim, dla mnie nawet za darmo, jako że reprezentuję klasę wiekową „70 plus”. Na stacji w Otwocku, bardzo ładnej, koniec biegu pociągu. Ja tu premierowo… Zaczynają się problemy, gdyż nie ma absolutnie żadnej informacji o (1) moim wymarzonym celu wyprawy, (2) środkach lokomocji, łącznie (3) z taksówkami.

W centrum Otwocka jest przystanek autobusu nr 702 (ul. M. E. Andriolliego), ale on jedzie w kierunku Karczewa RAZ na godzinę. Akurat odjechał 3 minuty temu – jeśli wierzyć rozkładowi za szklaną szybką. Ze zredukowanym entuzjazmem turystycznym wracam w kierunku dworca. Od strony kompleksu jednopiętrowych sklepików dostrzegam taksówkę zarejestrowaną w Warszawie, ale obramowanie plastikowe tablicy ma zredagowane po ukraińsku. Dogaduję się szybko z niedogolonym mężczyzną co do opłaty na zasadzie „-Niech się pan nie boi, zapłacę panu porządnie!”. Z miłym Ukraińcem szybko znajdujemy wspólny mianownik po polsku: ani ja ani on nigdy nie jechaliśmy autem z Otwocka do Karczewia. Masz ci los!

Co parę minut (żadnych informacji o Pałacu Bielińskich nadal nigdzie nie widzimy) wychodzę z auta i klasycznie, tak jak to bywało przed wynalezieniem GPS, pytam wiekowych ludzi pracujących w ogródkach przed swym domostwami, jak jechać do filii Muzeum Narodowego. I tak powoli, z krótkimi przystankami na pytania, po około 9 km docieramy do bramy Pałacu.

Prędko i sowicie płacę Ukraińcowi, życzę jemu i rodzinie (żona sprzątaczka, dwójka dzieci w stołecznych szkołach), gdyż jest 10:50 a ja chcę przecież zdążyć na 11:00 na zwiedzanie „pogłębione”. Muszę przecież przedtem za nie zapłacić. Ukrainiec (ze Lwowa, gdzie urodziła się moja Mama…) przed odjazdem przytomnie pyta: „-A jak pan wróci na stację do Otwocka?”. Odpowiadam prawdziwie i realistycznie: „-Nie wiem!”.

Nastrojony jestem ponownie optymistycznie: jakoś w miarę bezkolizyjnie dotarłem przecież do terenu obiektu zabytkowego. Stoję przed jego bramą, słońce świeci, jest nader miły temperaturowo jesienny dzień – w Austrii akurat jest dzisiaj Święto Narodowe: 26.10.1955 ostatni pułk Armii Czerwonej opuścił terytorium powojennej Austrii…

Samiutki (wokół nikogo, nawet nie widać indywidualnego turysty, oprócz mnie, albo wycieczki szkolnej) dochodzę do bramy zamkowej. Auto Ukraińca zniknęło za horyzontem. Przechodzę rączym krokiem bramę, chcąc iść dalej. Ale zatrzymuje mnie służbowym głosem młody korpulentny wartownik w mundurze. Wygrzewa się, siedząc na ławce w jesiennym miłym słońcu. Obok niego coś w rodzaju kiosku-wartowni.

Tu rozwija dialog między nim a mną:

Ja: – Tak, idę jako turysta do pałacu. Chcę go zwiedzić. Za parę minut zaczyna się zwiedzanie grupowe z przewodnikiem.

On: – Nigdzie pan nie pójdzie. A, dlaczego? Bo tu kręcą film! No to co, że pan przeczytał w internecie w Wiedniu o możliwym zwiedzaniu? Mnie kazano nikogo nie wpuszczać! Rozumie pan?

Ja: – Chyba czuje pan, jaki jestem w tej chwili wściekły. Zaangażowałem swój czas i pieniądze, mam 75 lat, w internecie wyraźnie było napisane, iż dziś jest normalny dzień zwiedzania. A tu nic. Płakać mi się chce!

W mojej dokumentacji, położonej na ławce obok ud wartownika, dostrzegam na karteczce zapisany w Wiedniu numer telefonu Pałacu w Karczewie. Dzwonię ze smartfona. Oczywiście nikt nie odpowiada. Rezygnuję w duszy ze zwiedzania tego przybytku. Co mam robić? Polubownie zwracam się do wartownika, któremu przerwałem pracę:

Ja: – No, rzeczywiście muszę sobie odłożyć na kiedyś indziej wizytę w Karczewie. Może już nigdy? Koszmarny brak informacji! Ale przynajmniej teraz obejdę sobie aleje parkowe, porobię parę fotografii dla polonijnej prasy na zewnątrz i wrócę do domu.

On: – Do parku też nie wolno mi pana wpuścić. Oni kręcą też na zewnątrz! Tak mi powiedziano. Przykro mi!

Tyle dialogu przy bramie zamkowej. Odchodzę. Jak mówią Czesi: „smutek neutek”, czyli „smutek nie uciekł”. Wracam 200 m do ulicy, po której mknie sporo aut. Jakaś arteria. W ogóle nie wiem gdzie jestem. Ale dostrzegam wiatę – przystanek autobusowy na poprzecznej uliczce. Teoretycznie w kierunku Otwocka. Zapamiętałem trasę w samochodzie Ukraińca. Tyle że nie ma tu za szybką rozkładu jazdy. Nie wiem, czy mam czekać 13, 26 a może 39 minut. Lub więcej?

Via smartfon usiłuję , stojąc samotnie na chodniku, znaleźć numery telefonów taksówkarzy albo w Otwocku albo w Karczewie. Wszędzie zdjęcia i ich adresy pocztowe. Ale jakoś nie natrafiam na numery telefonów. Widocznie źle szukam – brak solidnego wykształcenia smartfonowego mści się okropnie w mym podeszłym wieku…

Co robić? Postanawiam postąpić radykalnie, klasycznie, turystycznie. Następuje moment nader optymistyczny: zaczynam iść pieszo od bramy niezwiedzonego zamku Bielińskich w Karczewie (nie zobaczyłem go jak i zanotowanej w moich notatkach rzeźby Józefa Szajny „Drabiny do nieba”) do stacji kolejowej w Otwocku! Moja kondycja piechura (a i może emigranta) zwyciężyła. Przeszedłem bodaj 9 km! Za jednym zamachem! Przez centrum Karczewa, potem koło ciuchci-pomnika na rogu Czerwonej Drogi i ulicy A. Mickiewicza, później wzdłuż lasu i drewnianej „kapliczki” z napisem „OTWOCK – miasto z dobrym klimatem” i wykazem dwu miast bliźniaczych: Lennestadt (Niemcy) oraz St. Amand-Montrond (Francja). Idąc miarowo (wielkie „alpejskie” doświadczenie Piechockiego-piechura przydaje się…) doszedłem wzdłuż wielu bloków (dosyć wczesny Gierek) Karczewską, Hożą i Orlą do stacji. Pociąg z Otwocka do centrum stolicy drugi raz za darmo.

Wnioski? Sporo! Jeden główny: kiedy poprawi się informacja turystyczna w Polsce? Przecież to jest skandal braku informacji oraz błędnej informacji. Za tym brakiem (w nowoczesnej oprawie internetu, googlowania oraz surfowania po wikipediach) stoi wszak Muzeum Narodowe (casus filia w Karczewie), noszące przecież bardzo dumną nazwę.

Plątałem się 25, a nie 250 km od stolicy…

Jako turysta indywidualny zostałem oszukany przez kompletnie nieprawdziwe dane „nowoczesnego” internetu. Jako turysta znający język polski, ledwie z trudem dotarłem do konkretnego zabytku. A co zrobiłby obcokrajowiec, nie posiadający języka arystokratów Bielińskich? Już nigdy nie przybyłby do Polski. Za dużo jeszcze luk w turystyce.

 

Wiesław PIECHOCKI, Karczew/Otwock Wielki, 26. 10. 2022

Poprzedni artykułPodważanie wartości człowieka
Następny artykułO waszą wolność – po irlandzku
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj