Strona główna Styl życia Punkt widzenia Stańczyk Jana Matejki wyrwany z historycznego kontekstu

Stańczyk Jana Matejki wyrwany z historycznego kontekstu

2

No cóż, w gruncie rzeczy kontekst jest nader prosty i czytelny, choć wyrwany z zamierzchłej historii Ojczyzny. Otóż bywało kiedyś, że na dworze królewskim, obok panującego monarchy kręcił się tak zwany błazen, karzeł lub trefniś, mający wpisane w swoją funkcję bardzo ważne zadania.  Przede wszystkim łagodził złe nastroje koronowanej głowy, co miało zbawienny wpływ na losy poddanych, rozśmieszał, gdy wymagała tego sytuacja, ale także doradzał, podpowiadał i relacjonował, co błazeńskie ucho i oko rejestrowało obserwując królewskie otoczenie.

Natomiast nie wyobrażam sobie współczesnego mędrca w czapce trefnisia, uwijającego się wokół premiera, prezydenta, czy miłościwie panującego nam Prezesa, uśmiechających się dobrodusznie na docinki w prześmiewczej, ironicznej formie, czy głośno i wobec świadków czynione uwagi dotyczące powagi osoby panującej, ale wynikłe z głębokiej troski o losy jego i państwa. Otóż jest to niemożliwe z prostej przyczyny: dzisiejsi władcy są tak zadufani w sobie, przejęci urojoną wielkością, że nie potrzebują niczyich porad, a mimo to zatrudniają setki przeróżnych błaznowatych indywiduów, nie dając im właściwie nic ważnego do roboty. Wystarczy, że bezustannie przytakują, kiwają głowami jak modne kiedyś krówki i pieski ustawiane na tylnych półkach samochodów.  Prędzej znalazłby zatrudnienie nadworny wazeliniarz z beczółką tego specyfiku zawieszonego pod szyją, podobnie jak  u psów świętego Bernarda, ale prawdę mówiąc machina rządowa jest doskonałym,  samosmarującym się  urządzeniem. Być może kat miałby  więcej szczęścia.

             Instytucja błazna dworskiego, karła albo trefnisia, znana była już w starożytności. W ich role bardzo często wcielali się filozofowie, oczywiście nie ci najznamienitsi, ale także będący wsparciem dla swoich władców. Pod błazeńskimi czapkami kryły się zazwyczaj nieprzeciętne umysły.

            Polacy znają dwóch wielkich błaznów. Pierwszy to Yorick, a właściwie jego czaszka, która wzbudziła w Hamlecie głęboką refleksję nad naturą losu i marnością człowieka, odnaleziona przez niego podczas kopania grobu dla nieszczęsnej Ofelii. Natomiast polskim, królewskim błaznem był wspaniały Stańczyk, pono postać prawdziwa. Bo skoro wiadomo, że urodził się około 1480 roku, zmarł w 1560, i według zapisów był człowiekiem bardzo inteligentnym, oczytanym, no i cechowało go nieprzeciętne poczucie humoru i odwaga w wyrażaniu poglądów, można zaryzykować stwierdzenie, że był postacią autentyczną. Wiadomo również, że „błaznował” z powodzeniem na dworach trzech królów! – Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta Starego i Zygmunta II Augusta. Mogę śmiało dodać, że Stańczyk musiał być także nie lada dyplomatą, skoro przetrzymał trzech, i to jakich królów! To tak, jakby dzisiaj którykolwiek z ministrów, najmądrzejszy i najskuteczniejszy, piastował swoje stanowisko w czasie pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, potem Platformy Obywatelskiej i znowu Prawa i Sprawiedliwości. Prawda, że to więcej niż urojenie, chora fantazja?

            Świetną postać nadwornego błazna stworzył Pär Lagerkvist w powieści „Karzeł”, krótkiej , ale niezmiernie treściwej rozprawie o historii błazna na dworze włoskiego księcia w czasach renesansu, jednak w niczym nie ustępującemu współczesnym „dworom” pełnym szaleńców o wybujałych ego, w pół zgiętych, usługujących swemu panu dla własnych interesów i zaspokojenia chorych ambicji władcy.

            Karzeł Lagerkvista prowadzi zapiski. Pisze w nich: „Na dworze księcia roi się od dziwnych ludzi: mędrców, którzy z głowami wspartymi na dłoniach doszukują się sensu życia, uczonych, którzy wierzą, że zaropiałymi oczami potrafią śledzić bieg gwiazd, ba, że los ludzi odbija się w nich tam na górze… artystów, którzy prowadzą życie rozwiązłe… marzycieli i wszelkiego rodzaju szarlatanów”.

            „To niepojęte, ze chce on mieć tutaj tych wszystkich niepotrzebnych ludzi. A jeszcze bardziej niepojęte, że może ich słuchać, przysłuchiwać się ich głupiej gadaninie. Rozumiem jeszcze, że przez chwilę posłucha poetów recytujących swoje wiersze, bo ich trzeba traktować jak błaznów, którzy zawsze znajdują się na dworach. Opiewają czystość i wzniosłość duszy ludzkiej, wielkie wydarzenia i czyny bohaterskie, i nie można temu nic zarzucić, zwłaszcza jeśli schlebiają księciu w swych pieśniach. Człowiek potrzebuje pochlebstwa, inaczej bowiem nawet we własnych oczach nie staje się tym, czym ma zostać”.

            „Nie rozumiem jednak, jak można siedzieć i słuchać tych, którzy mówią o sensie życia. (…) Słuchać tych, którzy wyobrażają sobie, że wiedzą coś o gwiazdach, i wierzą, że między nimi a losem ludzkim jest jakiś związek. (…) To głupcy, którzy nawet nie mają pojęcia, że nimi są, i nikt inny też się tego nie domyśla, nikt się z nich nie śmieje, nikogo nie bawią ich pomysły. Nikt nie rozumie, dlaczego wzywa się ich na dwór. Ale książę przysłuchuje się im, jak gdyby słowa ich miały wielkie znaczenie, i gładzi w zamyśleniu brodę…”

            To słowa Lagerkvista przybierającego w swej powieści postać karła błazna..

            A co z naszym rodzimym Stańczykiem? Wyrwany z XVI-to wiecznego kontekstu nie znajduje nowej gleby dla mądrej roli błazna, bowiem trefniś mądrzejszy i wrażliwszy, niż jego pan i chlebodawca, ośmiesza go, i w ten sposób pozbawia szacunku otoczenia.  Natomiast dwie inne, tragiczne postacie z obrazów Matejki, mogłyby świetnie zaistnieć we współczesnym parlamentaryzmie, mając na uwadze nieco inne problemy Ojczyzny, ich wagę historyczną i metody działania, niż te z czasów opiewanych przez mistrza Matejkę. Mnóstwo pracy miałby Rejtan rozdzierający szaty, mimo iż nie o rozbiór Polski by szło, tylko darłby je na każdej sesji Sejmu w ramach protestu przeciw bezrefleksyjnemu głosowaniu wszystkiego, co jaśniepaństwo wnoszą do laski marszałkowskiej, przez co straciłby majątek na kupowanie coraz to nowych koszul. Natomiast Piotr Skarga unoszący się w sejmowej  przestrzeni z rozczochranym włosem i dramatycznymi gestami podkreślającymi ciężar zarzutów wobec rządzących i społeczeństwa, mówiący o kreacyjnej sile katolicyzmu i udowadniający w swych kazaniach wyższość władzy duchowej nad świecką, stałby się pierwszym kaznodzieją kraju.

            Być może tak by właśnie było, ale tak nie będzie. Powinna wystarczyć nam wiedza o tym, jak kończy się  prywata, stawianie własnych interesów ponad dobro państwa. Ale i ten postulat nie znajduje podatnego gruntu na historyczną refleksję, bo ważniejsze są doraźne geszefty, a strojenie zatroskanych min do grabieżczej polityki tylko śmieszy, jeśli to nie eufemizm.  Dzisiaj śmieszność elit jest najczęściej żałosna, wesołkowatość oznacza bezrefleksyjność, zaduma luki w pamięci a bezmyślna bezkompromisowość i krzykliwość butę, czyli dobre samopoczucie.

            Przynajmniej w tej dziedzinie zawiera się historyczna ciągłość, tradycja sprawowania ważnych urzędów. Już dawno, dawno temu, Iwan Kryłow tak kończył wiersz: „Dwie Beczki”

            …Kto o swych czynach nieustannie głosi,

            ten zdradza rozum niedojrzały.

            Ów zaś, kto pracy oddan cały,

            rzadko ją sam podnosi.

            Człek wielki w czynach szuka sławy

            bez wrzawy.

Poprzedni artykułArtysta malarz Marian Ruzamski 1889-1945
Następny artykułRozmowa z Gero Hellmuthem
Szymon Koprowski
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

2 KOMENTARZE

  1. Poprzedni tekst pana Koprowskiego przeczytałem trzy razy, gdyż gościł długo, jak na obyczaje „P. D.”, na tzw. łamach.
    Dzisiaj przeczytałem następny „o Stańczyku” z cyklu polemizowania z poczynaniami aktualnego rządu w RP. Postanowiłem czekać na kolejny tekst, gdzie autor dokładnie i konkretnie pokaże, gdzie zespół rządowy robi (a) „doraźne geszefty”, oraz (b) prowadzi „grabieżczą politykę”.

    Wiem, że muszę trochę poczekać. Tekst o Stańczyku musi się ucukrować na łamach „P. D.”
    Tylko jedna uwaga ortograficzna na koniec: „BECZUŁKA” pisze się tak właśnie, a nie
    jak u pana Koprowskiego („wazeliniarz z beczółką”).
    Pozdrawiam
    Wiesław Piechocki

  2. Pozdrawiam serdecznie Pana Piechockiego, i ze skruchą, nawet zaczerwieniony, łykam „beczółkę”. No cóż, zdarza się czasami, mimo że dbam o ortograficzną prawość. A jeśli chodzi o wykorzystywanie naszego wspólnego, teoretycznie, Państwa, to nie będę wymieniał nazwisk związanych z „geszeftami” czynionymi naszym kosztem, bowiem zabrakłoby nie tylko miejsca ale i czasu na wymienianie i opisywanie wyczynów nazywanych przeze mnie „geszeftami”. Ma Pan prawo do odmiennego zdania, podobnie jak ja do swojego, ale czy nie uważa Pan, że nepotyzm, zatrudnianie i tworzenie stanowisk dla „swoich” za ciężkie pieniądze jest normalne? A ileż to milionów poszło w piach z powodu nieudanych, niedoszacowanych, megalomańskich pomysłów? Ile szczęścia przysporzyli by rządzący przeznaczając ta zmarnowane i wydawane na znajomych i pociotków pieniądze, gdyby użyli ich choćby na rzecz ciężko pokrzywdzonych, skazanych na niesprawność i cierpienie do końca swoich dni. Czy Ci, którzy korzystają z efektów „BECZUŁKI”, muszą piastować stanowiska w wielu na raz spółkach? Czy biedny Kościół katolicki musi korzystać z milionowych dotacji na „szlachetne” programy, które powinien realizować z samej już racji bycia kościołem, opoką duchową? Czy uchodzi wyciskać z Państwa pieniądze na swoje cele, przekraczając jednocześnie wszelkie normy dobrego smaku i skromności? Trudno mi zamykać oczy, zatykać uszy i udawać, że nic nie widzę i nie słyszę. Przepraszam Pana, ale na razie tyle na pańskie zarzuty. Na pewno w przyszłych artykułach jeszcze wielokrotnie napiszę o podobnych bolączkach. Z wyrazami szacunku – Szymon Koprowski.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj