Rejs po szwajcarskim Dunaju

0

Raniutko zrywam się z wygodnego łóżka kabiny i podchodzę do okna. Jest ono szczególne: są to tak naprawdę suwane drzwi. Odsłaniam brokatową zasłonę i co widzę? To samo co wczoraj, to samo co dziś i to co będzie jutro. Mianowicie pode mną 2-3 metry woda Dunaju. Szare fale pluszczą, motor statku mruczy. Przede mną 100 metrów wody, aż do brzegu. Przed dziobem woda, przy rufie też. Wszędzie pod oczami woda. Lekkie falki, produkt płynącego dziobu.

A na brzegu lasy, pola, miasta, metropolie, ale rano jakoś tylko zielone lasy, zielone zagajniki, zielona trawa. Dziwię się, że pasące się krowy na brzegu (w Serbii? na Węgrzech? w Chorwacji?) nie są zielone.

Ten widok już znam na pamięć: w Rosji z okna pociągu transsyberyjskiego też niemal przez pół miesiąca witały mnie za oknem podróżnych brzozy i czasem na odmianę sosny.

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Idę do toalety. Jest tam wszystko co potrzebuje nowoczesny turysta. Jest też suszarka do włosów, akurat niepotrzebna piszącemu… WC działa jak w samolocie – nazywam to w swoim języku – „na wsys”. Klapa w poziomie. Prysznic działa bez zarzutu. Mydło jest państwowe – należy jedynie ścisnąć plastikową butelkę jak cytrynę. Swoje „awaryjne” mydło chowam do walizki.

W restauracji serwują śniadanie od 7:30. Ale można w saloniku przed restauracją wypić kawę stawiającą na nogi już od 6:30. I tak codziennie przez dwa tygodnie rejsu. Jak za oknem – pół miesiąca jedynie zieleń przed oczami i żółty żar z błękitnego nieba.

Śniadanie to jedyny z 3 posiłków dnia, gdzie nie ma dyscypliny i każdy przychodzi kiedy chce do 9:30, ale gdzie jest obowiązek noszenia maski przed bufetami-stołami z wędliną, warzywami, owocami, serami, jajkami w kilku wariacjach, pieczywem, sokami, aparatami do robienia grzanek.

Po śniadaniu czekamy na zaproszenie do „odprawy”. Siedzę na łóżku, na którym co wieczora położono dwie kartki: jedna to plan na jutro, druga to plan miasta, do którego jutro dojedziemy autobusami. Na poduszce leży wieczorem mała czekoladka – to od sprzątaczki Turczynki. Wreszcie słychać przez głośnik w kabinie i w korytarzach zaproszenie po niemiecku i po francusku do odprawy.

W salonie jest odprawa, czyli parę informacji, na przykład przed wyjściem na ląd w Belgradzie. Wiadomość: gdzie cumujemy, jak przejść przez pokład i taras zacumowanego już obok statku na ląd. Statków jest wiele a miejsca mało. Na lądzie po 200 m spacerku czekają autobusy. Najpierw jednak trzeba pójść do recepcji. Tam następuje zamiana klucza z mojej kabiny (typ karty kredytowej) na plastikowy żetonik „Wyjście na ląd”. Nie wszyscy pragną podziwiać piękno Belgradu. Ci zostają na pokładzie. Ale reszta musi być dokładnie arytmetycznie odliczona! Żeby kogoś nie zgubić w obcym mieście.

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Tu wypada wyjaśnić tytuł: oczywiście Dunaj nie przepływa przez Szwajcarię. Wypływa trochę bardziej od niej na północ w Niemczech koło miasta Donaueschingen. Ale zauważyliśmy (125 osób to nasza grupa – maksymalnie mogłaby liczyć 200 osób), że wszystkie (sic!) statki mijające nas też są z Helwecji! Oznacza to – w ciężkich czasach po pandemii na takie rejsy po Dunaju stać niemal jedynie Szwajcarów. Zabrałem się z nimi. Oni się świetnie czują we wszystkich krajach Europy, również tych paru, przez które przepływa Dunaj nas tu łączący. Zwłaszcza dobrze czują się w trakcie tego rejsu w Serbii. Ani Szwajcaria ani Serbia nie są przecież członkami Unii Eurpejskiej. Po przypomnieniu tej nieoczekiwanej paraleli, płyniemy dalej. Dunajowi jest wszystko jedno, jaki profil polityczny mają aktualne kraje, które pracowicie zasila wodą.

Reasumując turystycznie: Dunaj tkwi teraz mocno w pracowitych dłoniach szwajcarskich emerytów. Tak jak kiedyś flota turecka w XVI w. panowała na Morzu Śródziemnym aż do Lepanto.

Wyjście na ląd to (a) dojazd autobusami, oraz (b) kilka godzin w miastach, atrakcjach, klasztorach, dokąd pojazdy nas dowiozły. Na 14 dni rejsu brutto wycieczek na ląd było 10. Wrażeń w głowie mnóstwo. Powrót autobusem (żółty z przewodnikiem po niemiecku a zielony po francusku) do przystani. Przez trap na pokład. Obiad. Kelner egipski już wie, co podać. Rano wybraliśmy przecież z oferty kulinarnej to, co sobie każdy osobno życzy. On notował na specjalnym diagramie nasze życzenia. Taki rytuał „rankiem wybieraj to, co sobie życzysz na obiad oraz kolację” odbywa się z regularnością alpejskiego zegarka z kukułką.

Jeśli pobyt na lądzie jest dłuższy, zamiast siedzenia przy przydzielonym stole na statku, znajdujemy się w porze obiadowej na przykład w parku-skansenie. Otrzymane paczki-torby z suchym prowiantem otwieramy w cieniu na ławkach parkowych. Zjadamy kanapki, popijając wodą mineralną, usiłując znaleźć miejsce w cieniu.

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Każde zwiedzanie na lądzie kończy się wczesnym wieczorem, by powrócić na świętą porę kolacji. Na falach bałkańskich jest ona serwowana o godz. 19. Na kolacyjnym stole na nieskazitelnym obrusie jak zawsze po kilka noży i widelców oraz tekstylna serwetka. Ilość dań wybranych może być wszak wysoka. Na obrusie przed każdym stoją przeważnie dwie butelki: z niemiecką wodą mineralną Gerolsteiner oraz butelka wina. Z wybranego kraju. Za wodę też trzeba osobno płacić. Na etykietach butelek napisał kelner Hassan (nie po arabsku) numery naszych kabin. Te butelki są od wczoraj jeszcze nie całkiem wypite i chowa je się z korkiem w lodówkach – gdzieś. Czerwone też dokądś wędruje, ale nie do lodówki, mon Dieu! Pamiętam ten zwyczaj w szwajcarskich hotelach, tam daleko, w Alpach. Ale tu za wielkimi oknami restauracji nie ma Alp – przesuwa się akurat bułgarski brzeg z miastem Ruse, a naprzeciw rumuński port rzeczny w Giurgiu. Albo barka transportowa wiezie jakieś gigantyczne ilości ton węgla. Albo widać wędkarzy z przyrządami, namiotem, autem obok. Czy coś złowili, nie wiem, widzę ich z dystansu 150 m.

Jedzenie jest na statku wyśmienite, smaczne, aromatyczne, wykwintnie podawane w białych rękawiczkach i maskach tegoż koloru, nawet zaprogramowane terytorialnie regionalne. Kiedy płynęliśmy przez Węgry, zupa była gulaszem (ale była konkurencja francuska czy włoska), a w Rumunii podawane były cevapcici. Dba się o koloryt lokalny, aby i przez żołądek zakosztować wytworów kuchni bułgarskiej czy słowackiej. Gdyby Dunaj płynął przez Polskę, podawanoby na pokładzie pewnie bigos, podlany na zdrowie wyborową albo piwem…

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Któż by zapomniał, iż Dunaj płynie przez tyle krajów! Ostatecznie płynie przez 10 krajów i według pewnych danych ma 2880 km długości! Prawie trzy razy dłuższy od Wisły. Są to od źródła do ujścia w delcie takie kraje, jak: Niemcy (nikt nie wie do dziś, gdzie jest to zasadnicze źródło), Austria, Słowacja, Węgry, Chorwacja (przez nas po macoszemu niezwiedzana), Serbia, Bułgaria, Rumunia, Mołdawia i Ukraina. Mieszanka typowo europejska! Karuzela historii, kultur, języków, konfliktów, wojen i uprzedzeń, religii i polityki.

Ciekawostką jest fakt, iż Mołdawia, wspomniana wyżej, ma ponoć tylko (sam nie widziałem niestety) 350 m swojego terytorium wzdłuż brzegu Dunaju przy jego słynnej delcie. Nawet nie można zbudować porciku. To jest „nic”, ale liczy się na liście państw, dotykających Dunaju.

On jest „turystyczny” dopiero od Passawy, czyli miasta bawarskiego, już na granicy z Austrią. Tam dopiero w Passau startują statki pasażerskie, pokonujące trasę 2400 km w tydzień. I z powrotem to samo, czyli turyści i załoga na pokładzie w dwa tygodnie przebywają 4800 km. To oznacza, iż statek o długości 135 m i szerokości 11,5 m płynie z bardzo różną szybkością. O ile się zorientowałem, maksymalna szybkość to plus minus 23 km/h. To jest sporo, kiedy chce się zrobić zdjęcie przesuwającego się przed kamerą miasta, na przykład ruin bastionu Baba-Wida w bułgarskim mieście Widin. Trzeba się spieszyć.

Trzeba przeważnie biec na taras na górze. Tam są widoki stereo. Z okna kabiny widać tylko „połówkę” widoku. Głos z głośnika mówi: „na lewo miasto Widin z malowniczą fortecą Baba Wida”. Wybiegam. Zatrzaskuję drzwi kabiny, biegnę szybko na górę, by sfotografować miasto, którego z mojej kabiny nigdy nie zobaczyłbym! Ono jest tylko na jednym brzegu. Vis-à-vis, na rumuńskim brzegu szumią zielone lasy, odbijając się w szarej wodzie rzeki.

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Kiedy wracamy z lądu, zaraz przy wejściu za trapem, wita nas Bułgarka na pokładzie, podająca szczypcami zimne ręczniczki do otarcia z czoła turystycznego potu. Pomysł świetny – trafiliśmy na dwa tygodnie upałów i słońca bez chmur. Deszcz? A co to jest? Naprzeciw Bułgarki (jej podziękowałem klasycznym „błagodarjá”) stoi Turek, podający w szklaneczkach sok owocowy gratis, dla tych, którzy są spragnieni. Jemu też dziękuję, dodając: „-Teşekkür ederim! Ellerin dert görmesin!”, czyli „Bardzo dziękuję! Niech twoje ręce nie zobaczą nieszczęścia!”. Wiem – ręce nie mogą widzieć, ale tak orientalnie życzy się komuś tylko sukcesów a nie porażek w tym języku.

Logistyka takich rejsów wymaga nader wysokiej precyzji. Na oko ogólnie mówiąc: nocą się płynie, w dzień się coś na brzegu zwiedza. Wspomniane tempo poruszania się jest bardzo różnorakie. Regularny rytm ma jednego sporego wroga. Nie fale, gdyż ich nie ma, nie piraci, gdyż ci czyhają w Afryce na innych turystów, nie technika, ponieważ ona nie zawodzi na statku, którego rufa jest ozdobiona dumnie powiewającą flagą Szwajcarii.

Kłopotem dotyczącym tempa statku jest malum necessarium, a zatem zło konieczne, czyli śluzy. Są to potężne, budzące respekt instalacje, olbrzymie zapory w poprzek rzeki. One pozwalają statkom na sporo wody pod kilem, aby nie utknęły na mieliźnie a przy okazji są to betonowe optycznie konstrukcje, produkujące turbinami prąd. Zapamiętałem z kilku przepłyniętych dwie śluzy: Gabčikovo (Słowacja) i Porţile de Fier („Żelazne Wrota”) w Rumunii. Jest to spora atrakcja: statek nasz stoi już wreszcie w śluzie, wpłynąwszy majestatycznym tempem. Zamyka się za nami otwartą dotąd bramę. Ta przed nami jest logicznie zamknięta już przedtem. Mogę ręką przez mój balkon dotknąć pionowej betonowej ściany. Jest ona zabazgrana napisami. Są artyści, pracujący szybko, „na ś-luzie”. My przytuleni jednym bokiem statku do chropawego betonu, albo się wznosimy, albo opadamy. Wedle reguły śluz. Minusem istnienia śluz jest fakt, iż stoimy albo 1,5 godziny albo tylko pół. To trwa. Utrata tempa. Klepię beton przez poręcz balkonu. Może to przyspieszy całą operację i dalszą jazdę?

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Nasza grupa ma średnią wieku 71,2 lat. Sobą zawyżyłem niepotrzebnie trochę tę średnią… To oznacza, iż dla osób w tzw. pewnym wieku nie można organizować wycieczek w upale codziennie, bez przerwy. Też to przewidziano. Były dwa dni bez wyjścia na ląd, odpoczynkowe, syntetycznie po niemiecku nazwane Flusstag, czyli dzień rzeczny, dzień bezstresowego oglądania właśnie Dunaju, robienia notatek, oglądania kilku programów TV szwajcarskiej, opalania się na leżakach, czytania olbrzymiej literatury na temat tej rzeki, będącej fascynująco płynną syntezą Europy. Przed tym rejsem zdążyłem przeczytać tylko dwie książki o Dunaju, ale za to bardzo grube.

Jedna po niemiecku. Autor Christian Reder, Austriak, emerytowany profesor: „Graue Donau, Schwarzes Meer”, 800 stron. Z tego opasłego dzieła „Szary Dunaj, Morze Czarne” dowiedziałem się, iż słupki pokazujące kilometraż a ustawione na brzegach tylu krajów, przez które przepływa Dunaj, liczą dystans od delty rzeki do źródła a nie od źródła do ujścia! Jest to fenomen światowy! Unikat! Tylko na Dunaju liczy się kilometry odwrotnie. Na przykład widzę słupek „945”, płynąc do delty rzeki, na wschód. To znaczy, iż po jakimś czasie zobaczę słupek „820”. Liczby zmniejszają się. A płynąc pod prąd, od Rumunii do Niemiec, widzę w Wiedniu słupek „1938” (nie ma nic wspólnego z Hitlerem, kiedy zajął Austrię!). Zatem w Tulln, dalej w kierunku Passau w Bawarii, ujrzę słupek „2000”. I tak dalej.

Druga książka to 500-stronicowa „Biblia” w tym kontekście, czyli „Danubio” („Dunaj”) w oryginale włoskim. Napisał ją słynny kandydat do Nobla, Claudio Magris, pisarz i profesor z Triestu. Od niego dowiedziałem się, że narodowości monarchii austriackiej żyły w miarę zgodnie aż do 1914 roku. Potem animozje nacjonalistyczne wzięły górę, konflikty rozpaliły i zrujnowały monarchię austro-węgierską. Wiemy: Sarajewo, wojna, fronty, krew, upadek c. k. Austro-Węgier, Polonia rediviva, kompletnie nowe układy państwowe.

 

DUN-DUNA-DUNAJ

 

Cały rejs, pomyślany w sporej części jako dolce far niente, a zatem słodkie nieróbstwo, miało każdego dnia ten sam finał. Ci, którzy chcieli i mieli siłę, szli po kolacji do salonu. To spore pomieszczenie nad restauracją. A tam potańcówka, muzyka, kula światła u sufitu, barwy pląsają na kotarach, integracja, oczywiście przy barku lub w jego pobliżu na fotelach. W barze lista alkoholi do wyboru długa jak błękitny Dunaj. Ceny wysokie jak niebo emerytów nad nami. Wtedy zrozumiałem, dlaczego, mieszkając w ślicznej kabinie o wysokim standardzie, nie mam lodówki. Przy tej klasie hotelowych gwiazdek… Gdyby była lodówka w kabinach, każdy chętny amator alkoholi destresujących wieczorowo, kupiłby je sobie na lądzie – oczywiście taniej. Bar na statku stałby pusty…

A tak, podając w barze numer kabiny, trzymając napełniony kielich lub kufel uzupełnia się zysk firmy prowadzącej takie rejsy, nabywszy kolejny gin, koniak czy przynajmniej niemieckie piwo z byłej NRD – Radeberger.

Na końcu rejsu, należy jeszcze dać napiwek pani prowadzącej wyprawy na ląd (położono specjalną kopertę na łóżku), kelnerowi egipskiemu za 2 tygodnie pracy 3 razy w ciągu dnia przy stoliku oraz młodej Turczynce, która sprzątała kabinę regularnie dwa razy dziennie (sic!). Wydatek dodatkowy wysoce procentowy – jak płyny we wspomnianym barze.

No, ale sam przecież pragnąłem przeżyć marynarskie dni rejsowe i mieć głębokie wspomnienia po rzece, którą Rzymianie zwali Danubius.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here