Przekaz Eckharta Tollego – współczesnego przewodnika duchowego

0

Na podstawie Wikipedii:

Eckhart Tolle (Ulrich Leonard Tölle urodzony 16 lutego 1948 roku w Niemczech) jest współczesnym nauczycielem duchowym, a także autorem książek o tematyce duchowej i wykładowcą z dziedziny duchowości. Nie jest identyfikowany z żadnym konkretnym nurtem religijnym, lecz korzysta z nauk buddyzmu, sufizmu, hinduizmu, taoizmu i Biblii.

W wieku 22 lat rozpoczął studia na Uniwersytecie Londyńskim, gdzie studiował filozofię, psychologię i literaturę. Po otrzymaniu tytułu licencjata otrzymał ofertę studiów doktoranckich na Uniwersytecie Cambridge (przyjęty w 1977 r.).

Do 1977 roku żył w ciągłym niepokoju, z napadami depresji, którym towarzyszyły myśli samobójcze. Kilka dni po swoich 29 urodzinach przeszedł głęboką duchową przemianę świadomości. Po kilku latach został nauczycielem duchowym, skutecznie pomagającym ludziom z różnymi problemami.

Mieszka w Vancouver (Kanada) od 1995 roku.

 

Tematem poniższego tekstu są idee, które przekazuje Eckhart Tolle w swoich książkach i spotkaniach. Miałem po raz pierwszy okazję spotkać się z jego naukami kilkanaście lat temu na Węgrzech (podczas pewnego obozu duchowego), a następnie trafiłem na jego książkę „Potęga teraźniejszości”. Eckhart Tolle przekonał mnie do głębi i zacząłem uprawiać pewne praktyki, które Tolle proponuje. Podstawowe idee obecne w wyż. wym. książce staram się wcielać w życie od około dziesięciu lat i jest jedna z rzeczy najbardziej wartościowych i użytecznych, jakie znalazłem, służących temu, aby żyć lepiej.

Jedna z idei, z którymi spotkałem w tej książce to propozycja powolnego oczyszczania naszego umysłu z wszelkich schematów, wyzwolenia się od wszystkiego, co nas ogranicza mentalnie. Uczyliśmy się od rodziców, od otoczenia, w szkole różnego rodzaju schematów, pewnych sposobów widzenia rzeczywistości. I te schematy, struktury pozostają w naszych umysłach. Ktoś nam powiedział: „To jest takie”, a ktoś inny na temat czegoś innego: „To jest takie”. I my w to uwierzyliśmy. Nie byliśmy w stanie nie uwierzyć, jeżeli przekazywano nam to autorytatywnie, a zwłaszcza przekazywały nam owe treści ważne dla nas osoby. Bywa, że przez dziesiątki lat myślimy w sposób, w który nam kiedyś kazano myśleć. A prawdziwe widzenie świata przychodzi do nas, gdy zaczynamy sprawdzać czy to, co mamy w umysłach jest prawdą czy nie. Czy to co myślę jest korzystne, użyteczne, adekwatne do rzeczywistości czy nie? I to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie znalazłem w książce pt. „Potęga teraźniejszości” – zaproszenie do tego, żeby samodzielnie patrzeć na świat i weryfikować wszystko, co wydaje nam się prawdą.

Inna ważna idea obecna w owej książce to akceptacja tego, co istnieje, co przydarza nam się, czego doświadczamy. Ma to związek z pojęciem czasu według mistrzów duchowych, także według Eckharta Tollego. A mianowicie twierdzą oni, że nie istnieje nic innego jak tylko ta, obecna chwila. Nie ma czasu przeszłego, nie ma czasu przyszłego. Możemy w tym momencie zareagować zdziwieniem – Jak to? Przecież żyjemy zanurzeni w przeszłości i wychyleni w przyszłość… Zgadza się, jesteśmy na ogół mniej lub bardziej przywiązani do przeszłości, reagujemy poprzez przeszłość. Zdarzyły nam się różne sytuacje, nauczyliśmy się pewnych rzeczy. Jeśli w tej chwili piszę po polsku, to dlatego, że tego języka się nauczyłem. Mógłbym pisać w jakimś innym języku, np. gdybym urodził się na Syberii, w rodzinie Jakutów czy Ewenków, to mówiłbym i pisał w ich języku. I raczej nie moglibyśmy się komunikować… Wchłonąłem jako dziecko język polski i tym językiem jestem w stanie operować, Wy, Moi Czytelnicy także wchłonęliście ten język i jesteście w stanie rozumieć to, co piszę. Czyli już sama ta kwestia mówi o tym, że reagujemy poprzez przeszłość, prawda? Nauczono nas zachowywania się tak, a nie inaczej, np. siedzimy na krzesłach, a nie na podłodze. Gdybyśmy byli Hindusami, to siedzielibyśmy zapewne na podłodze. Bardzo rzadkie jest w Indiach siedzenie na krzesłach. Dla Hindusów jest ono niewygodne, a dla nas może być niewygodne siedzenie na podłodze. I tak dalej, i tak dalej. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy uwarunkowani przeszłością.

Po drugie – większość z nas dużą część swego czasu poświęca na myślenie o przyszłości. Planujemy, przewidujemy, widzimy siebie i naszych najbliższych, a może i społeczeństwo czy całą ludzkość w przyszłości… A ona na pewno będzie inna, niż ją sobie wyobrażamy. Może też jej dla nas po prostu nie być… W jednym zdaniu – przeszłość i przyszłość istnieją w nas, w naszych umysłach.

Nie istnieje nic oprócz teraźniejszości. I nie chodzi o teraźniejszość dzisiejszego dnia, tylko tego ułamka sekundy, w którym istniejemy. Jeśli coś powiemy czy zrobimy w tej chwili, to będzie to ten ułamek sekundy, w którym zaistniejemy w sposób aktywny. Jesteśmy tu i teraz, i to jest jedna z podstawowych idei, które znajdujemy w książce Tollego – „umiłowanie”, uszanowanie teraźniejszości. To oznacza m.in. staranie się, żeby przeszłość i przyszłość nie wpływały na nas nadmiernie. Nasze struktury mentalne wpływają na nas, czy chcemy tego czy nie, ale jeżeli zauważamy, że wpływają one na nas nadmiernie, a zwłaszcza w sposób negatywny, to spróbujmy zdać sobie sprawę, że ich w rzeczywistości zewnętrznej nie ma. One istnieją tylko w nas. Nie istniejemy w przeszłości, istnieje tylko nasza pamięć. I nie istnieje też przyszłość. Możemy próbować coś zrobić teraz, tylko teraz (a potem w następnym „teraz”, następnym itd.), jeżeli chcemy ją w jakiś sposób ukonstytuować – według naszej woli, zamierzeń, marzeń… Ale jaka ona będzie – nie wiemy. Jej nie ma i może jej nigdy nie być.

Wróćmy do tego, co powiedział Eckhart Tolle: żeby szanować jedyne, co mamy do dyspozycji – teraźniejszość, czyli ten moment. Mimo wszelkich powodów, dla których możemy odrzucać teraźniejszość, warto zdawać sobie sprawę, że właśnie teraźniejszość to jedyne, co mamy do dyspozycji. Że nawet jeżeli coś nas męczy, coś nam przeszkadza, to warto to zaakceptować. Nie w tym sensie, żeby powiedzieć „Tak, wszystko jest dobrze, OK”. Nie chodzi o to, żeby oszukiwać samych siebie… Chodzi o coś innego: czuję, że coś mi przeszkadza, czegoś się obawiam, brakuje mi czegoś, ale akceptuję to. Cokolwiek się we mnie dzieje, to jest to jedyne, co mam do dyspozycji…

Jak do tego dojść? Poprzez uwalnianie się od naszych wewnętrznych ograniczeń, od naszego „negatywizmu”. Na przykład czekamy na kogoś, ten ktoś przyjeżdża czy przychodzi i mówi: „Ojej, sorry, spóźniłem się, to już dwadzieścia minut”. A my na to: „Nic się nie stało, ja sobie siedziałem, było mi dobrze, wszystko jest w porządku”. „Jak to?”. „No tak”. To jest już dosyć wysoki poziom uwolnienia od tego „negatywizmu”. O co chodzi na głębszym poziomie? O to, żebyśmy uwolnili się od różnych rzeczy, które nam utrudniają lub uniemożliwiają bycie szczęśliwymi tylko z tego powodu, że jesteśmy. Według mistrzów duchowych – nie tylko Tollego – jest to możliwe do osiągnięcia. Pamiętam pewnego biedaka, którego widziałem w na ulicy w Indiach, chyba w Kalkucie. Miał on tylko przepaskę na biodrach, nic więcej. I miał oczy jak słońce, pełne światła i szczęścia… Możemy być bogaci, bardzo dobrze ustawieni życiowo w sensie materialnym, a nieszczęśliwi. Można np. osiągnąć wysoki poziom finansowy, a żyć w lęku o zdrowie czy życie, obawiać się utraty tego, co się posiada itp.

Najważniejsza dla mnie idea zawarta w omawianej książce to „odtożsamienie się”, dezidentyfikacja w stosunku do naszych przekonań i emocji. Proces dezidentyfikacji zaczyna się od tego, że zdajemy sobie sprawę, iż jesteśmy uwarunkowani. Sposób, w jaki żyjemy z reguły się nie wiąże z myśleniem o naszych uwarunkowaniach. Czasami o nich mówimy, myślimy, zastanawiamy się nad nimi, ale na ogół po prostu żyjemy. Wstajemy, ubieramy się, myjemy, ale okazałoby się, gdybyśmy nie byli tak uwarunkowani, jak jesteśmy to np. byśmy się mogli inaczej ubierać, albo inaczej myć. Gdybyśmy mieszkali gdzieś w igloo na Grenlandii, to może nie byłoby wody tyle, żeby się porządnie umyć, tylko byśmy się opluskali jakoś w stopionym śniegu i koniec, prawda? To przykład uwarunkowania. I jest ich bardzo wiele.

Spróbujmy przez chwilę, w ciszy, zastanowić się, co to znaczy nie utożsamiać się z własnymi emocjami. Najlepiej z zamkniętymi oczami… Dajmy sobie na to powiedzmy minutę i potem wróćmy do lektury…

Już? Zacznę od tego, czym nie powinno być nieutożsamianie się z własnym emocjami: nie powinno być to tłumieniem uczuć. To zwykle już umiemy, tego nas uczono od dziecka. Mówiono nam lub instruowano nas w inny, pośredni sposób, że nie wolno pewnych uczuć okazywać. Być może niektórych z nas wychowywano tak, jakbyśmy ogóle nie powinni odczuwać pewnych uczuć, np. złości czy gniewu. W szczególności odnosi się to kobiet w wielu kulturach…

Tak więc nie chodzi o udawanie, że czegoś nie czujemy. Oczywiście społeczeństwo mniej lub bardziej nas skłania, a niekiedy wręcz zmusza do tego, żeby pewnych uczuć nie okazywać. Ale żeby wejść na wyższy stopień funkcjonowania w świecie należy zaakceptować wszystkie swoje uczucia. Jest problemem dla wielu ludzi przyjąć do świadomości, że: „ jestem w tej chwili wściekły na …” albo „boję się” albo „ja nie chcę tutaj być” albo „ja nie chcę o tym rozmawiać”, „nie chcę być w tej sytuacji, w której jestem”. To są trudne uczucia i odczucia. Jakie są nasze sposoby na trudne uczucia i odczucia? Chyba najczęściej je tłumimy, to jest najpopularniejszy system radzenia sobie z uczuciami. W bliskich relacjach, jeżeli coś nie funkcjonuje dobrze, a chcemy tę relację utrzymać, to co zwykle robimy? Zaciskamy zęby, udajemy, że wszystko jest w porządku, coś tam w sobie chowamy, coś tam w sobie odsuwamy na bok i jakoś funkcjonujemy, ale nie jest to naturalne dla nas. Byłoby lepiej, gdybyśmy mogli zdać sobie sprawę z tego, co nam przeszkadza, czego nie akceptujemy, co nam się nie podoba, czyli zaakceptować swoje uczucia i pójść tą ścieżką, o której mowa w książce „Potęga teraźniejszości”.

Należałoby potem pójść dalej, czyli uczyć się, jak w sposób odpowiedzialny okazywać uczucia. Czasami może być niezbędne, żeby powiedzieć: „To mi się nie podoba”, asertywność jest ważna i użyteczna, ale może być także użyteczne nieokazanie uczuć. Jeśli jestem w stanie moje uczucia okazać i w stanie także ich nie okazać, to mogę wybrać to, co jest moim zdaniem w danej sytuacji lepsze, użyteczniejsze. Mam wybór. Przede wszystkim muszę wiedzieć, co mam wewnątrz, czyli potrzebne jest wewnętrzne przyzwolenie: „Mam prawo czuć wszystko, co czuję”. Nie ma złych czy negatywnych emocji, to są tylko reakcje i informacje. Wszystkie nasze uczucia mają prawo istnieć.

Jeżeli jestem zły na kogoś, ponieważ ten ktoś zachowuje się w sposób, który odbieram jako agresywny czy nieuprzejmy, mam prawo to czuć. Oczywiście, mogę coś z tym zrobić, np. porozmawiać, jeżeli to możliwe. Mogę te emocje okazać lub ich nie okazać, ale mam prawo je czuć. Podobnie jak wszystko, cokolwiek czuję. I mam prawo myśleć wszystko, cokolwiek by to nie było. To jest mój obszar wolności. Co ja z tym zrobię, to już jest kwestia mojego wyboru, np. chęci dostosowania się do społeczeństwa, realizacji pewnych zasad dotyczących naszego życia w danym państwie itp. Mogę moje uczucia okazać w różny sposób lub ich nie okazać. Ale wewnątrz siebie jestem wolny, mam prawo czuć wszystko. I to jest punkt pierwszy, bez tego cała reszta nie zafunkcjonuje. Nie możemy się nie utożsamiać z emocjami, których nie czujemy, prawda? Musimy najpierw czuć. I proponuję, aby Szanowni Czytelnicy zechcieli przyjąć takie założenie, że mamy prawo czuć wszystko, co czujemy i myśleć wszystko, co nam przyszło do głowy.

A teraz przykład nieutożsamiania się: jeżeli w tej chwili czułbym złość powiedzmy do pani X, to mam prawo czuć tę złość. To jest moje uczucie, ono jest we mnie, ale ja się na nim nie kończę. Ja jestem tym, który je odczuwa, ale nie jestem moją złością, nie jestem uczuciami. Uczucia są częścią mnie, ale też częścią mnie są moje przekonania, moje plany na przyszłość, moje ciało… To wszystko są części mojego istnienia. I teraz mogę z nimi coś zrobić. Jeżeli jestem zdrowy, mogę się ruszać, mogę mówić, myśleć, działać, to mogę wybierać, co chcę zrobić z tymi uczuciami. I z mojego aktualnego punktu widzenia lepiej byłoby nie krzyczeć ze złością na panią X, chociaż miałbym na to chęć. Na ile jest to możliwe, wolałbym tego nie zrobić, nie widzę w tym nic dobrego. Ani jej nie będzie przyjemnie, ani mnie. Mogę nie być w stanie w przypadku silnej złości utrzymać na wodzy moich uczuć, ale jeżeli będę w stanie, to mogę pomyśleć np. tak: „Zaraz, zaraz, ja się wściekam, ale to jest moje uczucie, coś się we mnie odezwało, pewnie coś z przeszłości, może jakaś trauma, może moja podświadomość kojarzy tę sytuację z czymś dla mnie przykrym… Ale ja przecież nie chcę zaszkodzić pani X w żaden sposób”. Zachowuję więc dla siebie tę złość. Ona jest we mnie, nie uciekam od niej. Nie chowam się przed nią, nie wypycham jej z siebie, nie udaję przed sobą, że jej nie ma. Tak, jestem zdenerwowany, jestem wściekły. Tak, jest we mnie to uczucie, skądś się wzięło… Teraz zobaczę, co z tym zrobić. Jeżeli uda mi się z tym nie utożsamić, to mogę powiedzieć w miarę spokojnie: „Pani X, jestem na Panią zdenerwowany. Nie podoba mi się to, co Pani zrobiła (powiedziała itp.)”. I tak uda mi się stawić czoła tej sytuacji w sposób „cywilizowany”, a jednocześnie być blisko swoim uczuciom.

Nasze uczucia mają często silny związek z naszymi przekonaniami. Nasze przekonania wpływają pośrednio lub bezpośrednio na nasze emocje. Większość naszych emocji wynika z naszych przekonań. To też może być dziwne, bo możemy powiedzieć: „Ale co ma wspólnego jedno z drugim?”. Długo mógłbym podawać przykłady, jak bardzo nasze przekonania wpływają na nasze reakcje. I tutaj mój długi pobyt we Włoszech (spędziłem tam 21 lat) też to bardzo mocno potwierdza. Natychmiast mi się przypominają sytuacje , w których reagowałem w pewien sposób na zachowania Włochów – w sposób, który był nieadekwatny do rzeczywistości. Reagowałem na ich zachowania w sposób „polski”. Na przykład większość ludzi, z jakimi miałem do czynienia, to byli ludzie mniej lub bardziej niepunktualni, niepunktualność jest we Włoszech bardzo powszechna. Jeżeli oczekiwałem punktualności, to stawiałem się w sytuacji z góry przegranej. Ktoś np. przychodził na spotkanie ze mną 20 minut po umówionej godzinie i był zadowolony, że się niewiele spóźnił, wszystko było dla niego w porządku. Nikt raczej nie robił we Włoszech z tego problemu, a ja byłem zdenerwowany… Zdarzało się, że to okazywałem, a wtedy słyszałem np. takie słowa: „No przecież jestem. Dwadzieścia minut, co to za problem?”. Moje zdenerwowanie nie było adekwatne do sytuacji, w jakiej się znajdowałem. Wynikało z moich polskich przyzwyczajeń, z tego, co było moim umyśle. Podobnie jest w wielu innych sytuacjach, reagujemy poprzez nasze przekonania, przyzwyczajenia itp.

Jakakolwiek emocja przychodzi do nas, nigdy nie mówmy: „Ja nie chcę tego uczucia. Nie, ja nie chcę tego czuć”. Pozwólmy – cokolwiek się pojawia na poziomie uczuciowym – żeby to istniało. Zaakceptujmy to. Natomiast potem pojawia się kwestia, co my z tym uczuciem zrobimy. Odpowiadamy przecież za nasze słowa i czyny. Przyjrzyjmy się naszym przekonaniom: „Jestem przekonany, że jest tak, a nie inaczej”. Spróbujmy pomyśleć, czy tak jest na pewno. Okazuje się w wielu przypadkach, że rzeczywistość jest inna niż nasze wyobrażenie o niej. I tak jest – moim zdaniem – z większością naszych przekonań. Warto więc mieć do nich dystans, nie utożsamiać się z nimi.

W książce „Potęga teraźniejszości” i innych tekstach Eckharta Tollego możemy znaleźć bardzo użyteczne sposoby na to, żeby nasze życie było lepsze. Zapraszam więc Szanownych Czytelników do lektury jego książek.

Bibliografia:

  1. Potęga teraźniejszości – dziennik
  2. Mowa ciszy. Twoje codzienne wsparcie
  3. Nowa Ziemia. Przebudzenie świadomości sensu życia
  4. Nie jesteś samotną wyspą

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here