Prof. Jan Wawrzyńczyk: „W polityce międzynarodowej nie ma miejsca na litość”

0
32

Prof. zw. dr hab. Jan Wawrzyńczyk. Rusycysta. Urodzony 7 XII 1944 jako syn chłopa w powiecie Radomsko. Od 1947 mieszkaniec Łodzi. W Warszawie na stałe od roku 1997. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim (r. I i II) oraz na Uniwersytecie Moskiewskim (r. III-V), zdobywając dyplom magistra filologii rosyjskiej w r. 1969. Doktorat z językoznawstwa konfrontatywnego polsko-rosyjskiego zdobył na Uniwersytecie Łódzkim; stopień doktora habilitowanego z językoznawstwa rosyjskiego – na Uniwersytecie Warszawskim. Profesorem „belwederskim” jest od roku 1993.

Jego największe przedsięwzięcie autorskie to niewątpliwie: Słownik bibliograficzny języka polskiego. Wersja przedelektroniczna. T. 1-10, Warszawa 2000-2012 oraz 250 tysięcy ciekawych słów. Leksykon przypomnień. T. 1-8, Warszawa 2016. Obecne projekty badawcze skupiają się na e-eksploatacji zasobów internetowych (ze szczególnym uwzględnieniem dostępnych w Internecie polskich bibliotek cyfrowych dLibry) na skalę przemysłową. Efekty tej eksploatacji są udostępniane w Internecie na stronie www.nfjp.pl, która stanowi platformę „Narodowego Fotokorpusu Języka Polskiego” (jej współkonstruktorem jest prof. Piotr Wierzchoń z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu).

-/-

Karol Czejarek (Karol): – Panie Profesorze, jak Pan wie, wydałem (wspólnie z prof. Tomaszem G. Pszczółkowskim) m.in. książkę „Polska między Niemcami a Rosją” (Wyd. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, Pułtusk 2011), ponieważ chciałbym, aby stosunki naszego państwa były jak najlepsze nie tylko z Zachodem, ale i ze Wschodem. A obecnie jest, jak jest. Czy Pan jako rusycysta i badacz języka, popiera moje myślenie?

Jan Wawrzyńczyk (Jan): – Gratuluję Panu (i prof. Pszczółkowskiemu oczywiście też) wspomnianej książki, bo w dziejach naszego kraju geopolityka była, jest i zawsze będzie istotna. Jednak różne zdarzenia (nie tylko Nord Stream 1 i 2) zdają się wskazywać, że – niestety – interes Polski jest konsekwentnie pomijany. Mówię o interesie strategicznym: by Polska była Polską, a nie wasalem Niemiec lub Rosji. Nie być wasalem i jednocześnie mieć jak najlepsze stosunki z sąsiadami – oto moja prywatna wizja, moje życzenie.

Karol: – Zatem mamy wspólne życzenie i marzenie!

Jan: – Jako rusycysta chciałbym nie tyle przyjaźni między Polską a Rosją, rezerwując przyjaźń dla relacji prywatnych, międzyosobowych między Polakami a Rosjanami, lecz przede wszystkim dobrego sąsiedztwa, opartego na niezależności i uczciwości w relacjach politycznych i gospodarczych między naszymi państwami, poszanowania umów międzynarodowych i stabilności relacji dobrosąsiedzkich. Jednak aktualna rzeczywistość zdecydowanie odbiega od tego modelu.

Karol: – Chce Pan przez to powiedzieć, że polityka naszych wielkich sąsiadów: Niemiec i Rosji – toczy się znów ponad naszymi głowami? Wobec tego zapytam, jakie ma Pan na to dowody? A jeśli nawet tak jest, to co my zrobiliśmy lub powinniśmy zrobić – jako państwo – aby tak nie było? Aby – mimo „historycznej niedobrej przeszłości” – być dzisiaj przede wszystkim partnerem gospodarczym w oparciu o stabilne relacje dobrosąsiedzkie. Z Niemcami mamy zawarty układ o dobrosąsiedzkiej współpracy, czy podobny nie przydałby się nam również z dzisiejszą Rosją? I co zrobić, aby po tragedii smoleńskiej, aneksji Krymu, wojnie z Ukrainą, wrócić do normalności przynajmniej takiej, jaką mamy w relacjach z Niemcami, choć i one są ostatnio „napięte”. Pytam o to wszystko dlatego, iż obaj jesteśmy nauczycielami akademickimi, mamy wpływ na kształtowanie poglądów naszych studentów. Pytają nas przecież i o to, o czym w tym momencie rozmawiamy, a nie tylko o zagadnienia językoznawcze, literaturoznawcze czy gramatyczne.

Jan: – Wyrażenie „ponad głowami” jest chyba jednak nieprecyzyjne, zbyt ostre w opisie aktualnej sytuacji Polski. W końcu Rosja nie ma w Polsce swoich wojsk, nie protestuje przeciwko naszemu członkostwu w UE i NATO. Przesadą byłoby też powiedzenie, że Niemcy i Rosja konkurują ze sobą – bo przecież nie walczą, by podzielić między siebie Polskę. Co do kwestii dowodów – wolałbym jednak mówić o pewnych zastanawiających zaniechaniach ze strony Niemiec, np. dlaczego nie przeszkadza Niemcom to, że płacimy Rosji za gaz sporo więcej niż oni, dlaczego Niemcy nie wspierają Polski dyplomatycznie w kwestii zwrotu przez Rosję wraku naszego samolotu… Oczekiwałbym, by Polska jako państwo – mocno i zdecydowanie stawiała swoje interesy na forum międzynarodowym, nie tylko w kontekście sąsiedztwa niemieckiego i rosyjskiego. Z tym jest obecnie zdecydowanie lepiej niż parę lat temu, ale wciąż nie tak, jak należałoby oczekiwać – jeśli chce się być państwem poważnym. Nie łudźmy się, w realiach międzynarodowej polityki nie ma miejsca na litość, kto nie zadba o swoją godność, nie otrzyma jej!

Wysunę jedną sprawę: nie chcą zwrócić wraku – my wydalamy ambasadora. A idea układu o dobrosąsiedzkiej współpracy z Rosją? Tak! po trzykroć tak! Realizacja jest możliwa, pewno nie od razu, niemniej Polska mogłaby z tą ideą wystąpić (jak niegdyś polscy biskupi do niemieckich). Społeczeństwo na szczeblu prywatnym, w tym studenci, w swej masie nie odwraca się – mimo niedobrej gry polityków – od Rosji prywatnej, czyli Rosjan! Łączy nas kultura, wychodzą nowe przekłady literatury z rosyjskiego, ludzie kultury w Polsce nie odwracają się od kultury rosyjskiej, ludzie kultury w Rosji cenią kulturę polską!

Karol: – Panie Profesorze – wydalamy ambasadora i co dalej? Czy jednak nie za ostro podchodzi Pan do tej sprawy? Nie wiem, co stanowią w takich sprawach przepisy międzynarodowe, ale żeby całkowicie zrywać z tego powodu stosunki z drugim krajem? Czy rzeczywiście – jak Pan mówi – o godność trzeba zadbać w Europie i na świecie siłą? Nie zgadzam się z Panem pod tym względem! Ale zostawmy te „polityczne” dywagacje. Przejdźmy do tego, na czym się na pewno znamy, czyli na nauczaniu języków obcych, w tym i rosyjskiego, który od wielu lat jest na tej „palecie” w Polsce zupełnie marginalnie. Jakie jest Pana stanowisko na ten temat? Bo ja uważam, że matura powinna kończyć się znajomością co najmniej dwu, a nawet trzech języków na poziomie umożliwiającym pracę, dalsze studia i normalne życie zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie. A więc angielskiego, bo uczą się go wszyscy na świecie; niemieckiego i rosyjskiego, jako języków naszych sąsiadów. Wprowadziłbym też do nauczania język czeski i słowacki, szczególnie w województwach południowych, oraz ukraiński i białoruski na wschodzie Polski. Pytam dlatego, ponieważ kiedyś pracowaliśmy razem w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW, którego studenci też powinni mieć możliwość pogłębiania znajomości tych języków, a nie tylko francuskiego i hiszpańskiego.

Jan: – Wydalenie ambasadora to t y l k o wydalenie, a nie wypowiedzenie wojny czy zerwanie stosunków z Rosją! To nie jest użycie siły, raczej instrument nacisku i zarazem swoista oferta wymiany oraz pewien przekaz informacji, bo za podjęciem, jak i niepodjęciem tej oferty przez Rosję pójdzie właśnie bardzo konkretna informacja:– dla Polski, dla Europy (zwłaszcza unijnej). I przede wszystkim: Polska daje znak, że jest państwem poważnym i że jego godność dla nas, Polaków, nie jest pustym słowem. Przecież nie powiedziałem, że o godność trzeba dbać siłą! Ten wątek – godność a siła – można by rozwinąć, ale zostawmy politykę…

Pańskie propozycje co do nauczania języków obcych w Polsce dzisiejszej są znakomite, dobrze przemyślane w każdym szczególe! Gdyby tylko rządzący zechcieli posłuchać Pana, mnie i innych myślących podobnie! W Polsce języki: niemiecki i rosyjski plus angielski powinny być nauczane obowiązkowo (a na maturze do wyboru: niemiecki albo angielski oraz obowiązkowy rosyjski). Ot, takie marzenie…

Karol: – Również i moje marzenie… Dopowiem tylko, że metod, o których Pan wspomniał wcześniej, jak np. wyrzucenie ambasadora lub udowadnianie, iż jesteśmy „państwem poważnym” – osobiście nie akceptuję, tak jak nie zaakceptuję nigdy i w żadnej formie łamania praworządności i zasad państwa prawa. Nasze życie jest zbyt krótkie, aby wciąż na nowo walczyć o podstawowe prawa człowieka, niweczyć jednoczenie się Europy (mam na myśli rozwijanie idei UE), czy „napinać” stosunki z Rosją! Jestem człowiekiem, który w dzieciństwie przeszedł i przesiedlenie i wypędzenie i nie chcę, aby cokolwiek z tamtych rzeczy powtórzyło się!

A wracając do nauki i motywu, dla którego w ogóle prowadzimy tę rozmowę: Panie Profesorze, co to jest bibliometria i co to znaczy, że ktoś (w naszym przypadku prof. Wierzchoń) jest „współkonstruktorem” Fotokorpusu Języka Polskiego? Proszę powiedzieć: na czym konkretnie polega praktyczna wartość tego projektu, którym się teraz Pan zajmuje? A pytam dlatego, iż – zna mnie Pan pod tym względem – jestem zwolennikiem służebnej roli nauki dla praktycznej działalności człowieka! Zatem pytam, o praktyczną korzyść tego projektu, jeśli zostanie on zrealizowany? I jeszcze jedno pytanie: dlaczego ten program nazywa się „narodowy”? Czy wszystko obecnie musi być „narodowe” i prowadzone w izolacji i ponad głowami innych badaczy europejskich, a nawet globalnych?

Jan: – Podchwytuję propozycję, zostawmy politykę. Dodam tylko, niejako na zakończenie dotychczasowego wątku: czy to w polityce, czy w innych obszarach aktywności ludzkiej interesuje mnie prawda, szukanie prawdy, dochodzenie do prawdy. Z tego co powiedziałem, m.in. o testowym wydaleniu ambasadora (nie wyrzuceniu!), nie wycofuję się. Docieranie do prawdy wymaga z reguły przeprowadzania eksperymentów. Nie jestem postmodernistą; im, jak i wszystkim pozostałym, twierdzącym, że prawdy nie ma, proponuję taki eksperyment: niech każdego ranka zamiast filiżanki ulubionej kawy zaczną pić cykutę…

Karol: – Panie Profesorze, błagam – przejdźmy już do „nauki”. Lubi pan Bibliometrię, bo co?

Jan: – Bo bada dokumenty – książki, publikacje, czasopisma itp. – pod kątem ich zawartości, treści w konkretnych parametrach: autor tekstu, tytuł tekstu, data publikacji tekstu, adres bibliograficzny tekstu, tematyka tekstu, no i wreszcie statystyka (ile czego w liczbach). …a to podobno Goethe napisał, że liczby nie rządzą światem, ale pokazują, jak świat jest rządzony, mając na myśli oczywiście Boga, czyli jak to ujmuje największy żyjący polski lingwista i filozof języka Andrzej Bogusławski: Tego-Który-Wie-Wszystko.

Czy zatem może być coś ciekawszego niż bibliometria (oczywiście z jej fundamentem bibliologicznym)? Stąd Narodowy Fotokorpus Języka Polskiego, udostępniany w Internecie pod adresem www.nfjp.pl i tworzony przeze mnie, wespół z profesorem Piotrem Wierzchoniem, koreanistą z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu.

Karol: – A skąd termin ‘fotokorpus’?

Jan: – Zaproponowałem go ja. Dlatego, iż skala przedsięwzięcia jest znaczna, więc realizacja jednoosobowa nie wchodziła w grę, nie dysponuję też niezbędną wiedzą z zakresu informatyki, programistyki, czy – by użyć wyrażenia środowiskowego – webmasterki. Profesor Wierzchoń jest tu dla mnie wszystkim!

Karol: – Dlaczego więc przymiotnik ‘narodowy’?

Jan: – Bardzo dziękuję za to pytanie o przymiotnik ‘narodowy’ w kontekście naszego Fotokorpusu, tym bardziej, iż rzeczywiście w ciągu ostatnich dwóch lat frekwencja tego przymiotnika bardzo wyraźnie wzrosła. Pisałem o tym w jednym ze swoich tekstów publicystycznych, apelując do rządzących o umiar. Apel bezskuteczny, choć z drugiej strony – przypomnijmy sobie, że odpowiednie określniki są nie mniej często spotykane w instytucjonimach w Stanach Zjednoczonych czy Francji; zatem nie ma powodu do zażenowania (jestem zaciętym przeciwnikiem tzw. pedagogiki wstydu).

Karol: – Rozumiem Pana wyjaśnienie, ale czy nazwa „narodowy” nie izoluje, to znaczy nie oddziela Polski od Europy, od świata?

Jan: – Myślę, że nie, gdyż „coś”, co jest narodowe, sięga przecież niejednokrotnie poziomu światowego, świat naśladuje to, co jest dobre, użyteczne. Nasz Fotokorpus jest unikatem w skali światowej, nie wykluczam, że doczekamy się naśladowców w innych krajach.

Karol: – Cieszyłbym, gdyby tak się stało! Przejdźmy zatem do praktycznej wartości Pańskiego projektu…

Jan: – Tu w odpowiedzi posłużę się analogią. Od lat (rok 2006, z „prehistorią” sięgającą lat 90. XX w.) funkcjonuje Narodowy Korpus Języka Polskiego – wielkie dzieło polskich lingwistów, polonistów, anglistów, informatyków, z którego korzystają rzesze studentów, najpoważniejsi badacze języka polskiego, jak też inni odbiorcy, dziennikarze, publicyści, pisarze, miłośnicy polszczyzny. Chciałbym też podkreślić: „Naro­dowy Korpus….”, że w tym przypadku przymiotnik jest sygnałem wielkości skali, rozmachu, zakresu informacji leksykograficznej! Nikt inny nie da tak wiele osobom zainteresowanym i nie jest w stanie dać nigdzie indziej. Ta wyjątkowość, unikatowość charakteryzuje też nasz Narodowy Fotokorpus

Karol: – A czy nie jest on naśladownictwem i konkurencją dla Narodowego Korpusu Języka Polskiego?

Jan: – W żadnym wypadku nie został zamierzony, jako jakiś „challenge” w humanistyce. Twórcy Fotokorpusu… nie wypisują, nie przepisują zdań z literatury źródłowej.

Karol: – A co konkretnie robią?

Jan: – Pod odpowiednimi hasłami umieszczają reprodukcje cyfrowe tych zdań, fotocytaty, czyli wierne kopie fragmentów druków oryginalnych wydanych w latach 1773-2018 (gdy obecnie w Internecie udostępniana jest w większej masie tylko dokumentacja okresu 1901-2000). My chcemy zamieścić kopie wolne od zniekształceń, błędów transkrypcji itp. Słowem – bez przykrych usterek, a zarazem prezentujące kształty, barwę, smak poligrafii danej epoki. Klasyczny 11-tomowy Słownik języka polskiego pod red. Witolda Doroszewskiego (1958-1969) dokumentuje ok. 125 tys. haseł okresu od końca XVIII w. do roku 1967, nasz Fotokorpus tylko z jednego stulecia rozwoju polszczyzny daje ok. 250 tys. haseł.

Karol: – Imponujące jest zatem Pana zamierzenie! I przyznaję potrzebne. Dlatego – jako tłumacz literacki (m.in. Hansa Helmuta Kirsta, Georga Heyma, Guentera Kunerta) jestem zainteresowany jak najszybszym zakończeniem prac Pańskiego zespołu! Jakie są rokowania zakończenia projektu; co na ten temat możemy już dzisiaj powiedzieć zainteresowanym? Komu przede wszystkim przyda się Pański „Fotokorpus”?

Jan: – O zakończeniu prac nie możemy mówić ani marzyć. Liczba dokumentów, czyli tekstów źródłowych, które chcielibyśmy opracować, przerasta nasze możliwości fizyczne – tych dokumentów przybywa nieustannie, każdego dnia, godziny. Niemniej to, co robimy, zasługuje na uwagę ze względu na: (1) strukturę dostarczanej odbiorcom informacji leksykograficznej i (2) formę tej informacji, tj. cyfrowe reprodukcje cytatów ekscerpowanych z drukowanych oryginałów.

Dziękuję Panu za wzmiankę o tłumaczeniach – także ten aspekt jest w naszych pracach ogromnie ważny: teksty napisane po polsku to także w niemałym procencie teksty przetłumaczone na polski z najrozmaitszych języków obcych. Penetrujemy przekłady, wydobywamy z nich odpowiednie jednostki hasłowe i cytaty, bo przecież czytający literaturę, prasę, korzystający ze słowników języka polskiego interesują się nie tylko sprawami polskimi, nie zamykają się w polskości; polskość w izolacji od rosyjskości, niemieckości, angielskości, francuskości, włoskości itd. po prostu by zwiędła, rozsypała się jak liście, nie przetrwała… Pan, jako tłumacz, „przebierając” całego Kirsta w polskie szaty – wysiłek godny najwyższego uznania i szacunku! – znakomicie wzbogacił polską kulturę, wnosząc do niej cenne obiekty, których poznawanie jest konieczne.

Karol: – Dziękuję za uznanie, bo tłumacząc i redagując Kirsta i innych, bardziej myślałem o posłannictwie treści zawartych w tych utworach, niż o ich wartości także dla języka polskiego. Ale jeśli tak jest – to tym bardziej cieszę się, że moja i tysięcy innych tłumaczy praca „na tej drodze” zostaje dostrzeżona! Dziękuję Panu raz jeszcze za docenienie roli przekładów w kontekście rozwoju języka polskiego.

Panie Profesorze, będziemy kończyć naszą długą, ale sądzę, że ważną rozmowę, może więc tylko na jej zakończenie zapytam: czy jest jeszcze „coś”, co chciałby Pan na przekazać PT Czytelnikom Przeglądu Dziennikarskiego?

Jan: – By byli pogodni, życzliwi dla każdego, czy to w domu, czy to na ulicy, we wszystkich miejscach publicznych. By nie spieszyli się z oceną spotykanych osób – mamy przecież w polskiej frazeologii takie wyrażenie: zjeść z kimś beczkę soli (żeby go dobrze poznać)…

Rozmawiał: Prof. Karol Czejarek, „Przegląd Dziennikarski”

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMuzyka stała się jego wolnością. Krzagolec Band
Następny artykułUdane wakacje w Sopocie
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here