Muzyka stała się jego wolnością. Krzagolec Band

0

„Byłem na dnie i nie było łatwo wyrwać się z uzależnień, ale moja pasja muzyczna pomogła mi wyjść na prostą. Ważnym powodem i bodźcem zarazem była też tęsknota do moich zakliczyńskich korzeni…”

Tak zacznę swoją opowieść o człowieku, którego poznałem 41 lat temu. Byłem wtedy dopiero co po studiach, dokładnie w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, na kierunku filologia rosyjska. W 1977 roku rozpocząłem pracę w Szkole Podstawowej w Zakliczynie. Na dobry początek „wrzucono” mnie na głęboką wodę – pracę wychowawcy i oczywiście nauczyciela języka rosyjskiego. I tak wśród kilkudziesięciu uczniów, których od razu polubiłem, poznałem Wojtka – Wojciecha Słupskiego. Był zauważalny wśród uczniów, którzy chętnie powierzyli mu funkcję przewodniczącego rady szkolnej. Byłem jego nauczycielem, ale też i wychowawcą. W tej mojej klasie było wiele uzdolnionych muzycznie uczennic, także i uczniów. A wśród nich i Wojtek. Zresztą nie mogło być inaczej, skoro sam ksiądz katecheta, Eugeniusz Szymczak, zauważył jego talent. Zachęcił go do śpiewania w kościele parafialnym. Został więc kantorem. Śpiewał też na różnych uroczystościach szkolnych. Po ukończeniu przez niego szkoły podstawowej straciłem z nim kontakt. Po kilkudziesięciu latach spotkaliśmy się przypadkiem na zakliczyńskim rynku i wróciliśmy do szkolnych wspomnień. Zaprosiłem go do siebie. Wtedy też opowiedział mi o swoich perypetiach życiowych, problemach z alkoholem, narkotykami, licznych zmianach miejsca zamieszkania oraz o problemach rodzinnych.

Smutna, ale też optymistyczna będzie ta opowieść. Wcześniej był wzorowym, grzecznym uczniem, który wygrywał kilka olimpiad przedmiotowych. Ale opuszczenie rodzinnego domu, zamieszkanie w internacie spowodowało, że, jak to Wojtek określił, „poczułem, jakbym zerwał się z łańcucha”. I wtedy pojawił się bunt, no i alkohol. Jak sam powiedział, „poszedł w Polskę”. Z hulankami, dyskotekami w tle. Cóż, młoda krew i gorąca głowa! Wrócił jednak do domu jak marnotrawny syn. Rodzice przyjęli go z wielką serdecznością, ale i z zatroskaniem o jego dalszy los.

Nie zatrzymał się jednak na dłużej w domu. Chcąc uniknąć obowiązku zasadniczej służby wojskowej, zatrudnił się w kopalni jako górnik i zamieszkał w hotelu robotniczym w Jaworznie. Chciał w ten sposób „odrobić wojsko”. A trwało to aż 9 lat. Odskocznią od jego ciężkiej pracy w kopalni stały się pijackie balangi i dyskoteki. Dorabiał też w charakterze DJ -a w klubach. Były z tego dodatkowe pieniądze. Jak to jednak często bywa, w ślad za nimi idą i pokusy. Jest kasa, są i kumple. A jak koleżki, to i imprezki. Te nie mogły się jednak obyć bez tradycyjnego polskiego dodatku – alkoholu. W wieku 21 lat ożenił się, ale jak sam dodaje, nie zdawał sobie sprawy z powagi i istoty sakramentu małżeństwa. Dalej więc pił i bawił się. Nawet śmierć jego najlepszego przyjaciela, który wypadł z balkonu po tak zwanej „parapetówce”, nie skłoniła go do zmiany myślenia. Przez alkohol, pobyty na melinach, rozpadła się jego rodzina.

Zwolnił się z kopalni i zaczął handlować walutą. Był więc „cinkciarzem”. Były wyjazdy na Węgry, Ukrainę, do Turcji, byłej Jugosławii, Danii w celach handlowych. Jak sam mówi: „Stać mnie było na coraz lepsze samochody, poznawałem ludzi ze świata przestępczego, spróbowałem narkotyków, spodobało mi się to. Ćpałem, piłem, bawiłem się na całego. Traciłem pomału to, czego się w szybki sposób dorobiłem”. Jak mówi, stosował się do zasady: „Łatwo przyszło, łatwo poszło”. A więc były kobiety, balangi, alkohol.

Otrzeźwienie psychiczne przyszło poprzez „strajk” organizmu. Ostre zapalenie trzustki i krwawienie z dwunastnicy wyprowadziły go z melin do sali szpitalnej. Miał jednak szczęście. Poznał tam pacjenta po operacji jelita grubego. Pomagali sobie wzajemnie. Przed wyjściem ze szpitala poznał Wojtka ze swoimi przyjaciółmi, którzy za niewielką opłatę wynajęli mu przytulne mieszkanie. Do dziś pamięta wizytówkę na drzwiach tego mieszkania: KRZAGOLEC.

Inną, ważną dla niego sprawą były relacje z Kościołem. Jak przyznał, chodzenie do kościoła i uczestniczenie w niedzielnych i świątecznych mszach świętych traktował jak wypełnianie obowiązku, bez żadnego przekonania. Dodał bardzo ciekawe sformułowanie: „Przykleiłem się do grzechu”. Interesujące są jego wspomnienia ze spotkania z pewnym zakonnikiem, którego zobaczył w kościele niedaleko szpitala. Widok tego klęczącego, modlącego się duchownego spowodował, że Wojtek zapragnął się wyspowiadać. Nie pamięta dokładnie, ale, jak wspomina, chyba z dziesięć lat nie klęczał przed kratkami konfesjonału. Nie przypomina sobie jak długo trwała ta spowiedź, gdy ze łzami w oczach opowiadał o swoim upadku życiowym. Ważnym znakiem, jak to określił, było spotkanie tego zakonnika. „To był kolejny cudowny krok w stronę Boga, i ja bym tego nie wymyślił”. Rozpoczął się lepszy okres w jego życiu. Nie mógł się jednak całkowicie uwolnić od alkoholu, który go ograniczał i zniewalał.

Po jakimś czasie uczestniczył we mszy św. o uzdrowienie w kościele pod wezwaniem św. Elżbiety Węgierskiej w Jaworznie. Była to smutna dla niego okoliczność. Właśnie umierała jego ukochana siostra. Wraz ze swoim synem modlili się o jej uzdrowienie. Opowiadał mi potem, na następnym spotkaniu, że tę mszę prowadzili oo. franciszkanie. Po miesiącu pojechał na rekolekcje Krucjaty Wyzwolenia Człowieka (KWC), nie wiedząc dokładnie o co w nich chodzi. Po trzech rekolekcyjnych dniach podpisał deklarację na całe życie. Tym samym zobowiązał się, by nie pić alkoholu, nie kupować go, ani nie częstować innych. Tą deklaracją przystąpił do wspólnoty ruchu KWC. Ta wspólnota jest odpowiedzią na apel papieża Jana Pawła II, który prosił, aby Polacy „przeciwstawiali się wszystkiemu, co uwłacza ludzkiej godności, poniża obyczaje zdrowego społeczeństwa, co czasem może aż zagrażać jego egzystencji i dobru wspólnemu”. Na tych spotkaniach poznał pewnego franciszkanina. Ten duchowny zabrał go na cykl rekolekcji wielkopostnych, które głosił w kilku parafiach w Polsce, ale i również za granicą. Wojtek opowiadał o sobie, zwłaszcza o działaniu wiary w swoim życiu. I to było dla niego niezwykłe przeżycie i duchowe doświadczenie.

Poprawiły się jego kontakty z dziećmi, które doceniły jego powrót do normalności. Są dumne z niego, że potrafił podnieść się z upadku, z dna uzależnienia. Porzucił alkohol, narkotyki. Wrócił do swojej muzycznej pasji. Założył zespół Krzagolec Band. Poprzez tę nazwę zespołu – Krzagolec – chciał wyrazić swoją wdzięczność za okazaną mu pomoc, jak również upamiętnić zapoczątkowaną przemianę swojego życia. Z tym zespołem grywał covery na koncertach czy weselach. Minęło już wiele lat od kiedy Wojtek zerwał z nałogiem. Na zmianę sposobu życia, swojej drogi, pomysłu na życie, wpłynęła też chęć powrotu do swoich korzeni. Do swojego Zakliczyna, swojej rodziny, którą opuścił. Do ukochanej matki, która troszczyła się o niego, zachęcała do nauki. Wrócił też ze smutnymi wspomnieniami o zmarłym przedwcześnie ojcu – szanowanym i cenionym społeczniku, działaczu sportowym, któremu wiele zawdzięcza. To po nim właśnie odziedziczył swoją pasję do działania. Tak więc i tęsknota za Zakliczynem, jego mieszkańcami, pomogła mu wrócić do normalnego życia. Powrócić do korzeni – to stało się jego życiowym mottem. Opowiadał o ludziach, którzy odegrali dużą rolę w kształtowaniu jego osobowości. Wspomniał o śp. księdzu prałacie Edwardzie Norku, który zachęcił go, by został ministrantem, lektorem. Wcześniej wspomniałem o roli jego katechety, księdza Eugeniusza Szymczaka, który zdopingował go do śpiewania. Chociaż, jak sam przyznał, na początku nie bardzo mu się to podobało. Podkreślił też swoją wdzięczność dla zakliczyńskich nauczycieli, którzy odegrali ogromną rolę w kształtowaniu jego osobowości, intelektu, zamiłowania do wiedzy. Powołał się na słowa św. Jana Pawła II o powrocie do korzeni – wiary i Kościoła. Nasz papież powiedział: „Zanim stąd odejdę, proszę was, abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili, abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy”.

Ta tęsknota nieustannie w nim tkwiła: za ziemią rodzinną, bliskimi, znajomymi, przyjaciółmi, koleżankami, kolegami ze szkolnej ławy, za zakliczyńskim rynkiem, boiskiem sportowym LZS-u. I, jak przyznał w szczerej rozmowie ze mną, z tej tęsknoty w ciągu 20 minut na kartce papieru napisał tekst piosenki „Korzenie”. A to jej fragment: ”Lubi się piękne miasta, oświetlone neonami ulice, lubi słoneczne plaże i nowo przebyte granice, ale najbardziej się kocha i ceni miejsce swoich korzeni”. Musiały to być wielkie emocje, skoro dodał, że pisząc ten tekst, płakał. Tak działa na człowieka nostalgia za opuszczonym rodzinnym domem! Piosenka ta doczekała się później nagrania.

Innym, nazwijmy to magnesem, było spotkanie klasowe po 35 latach. Odżyły wspomnienia, przybyło trochę siwizny na skroniach kolegów. Było o czym wspominać – sentymentalnie, ale i żartobliwie: o sobie, nauczycielach, śmiesznych sytuacjach. Nie zabrakło też informacji o swoich sytuacjach rodzinnych, zawodowych, życiowych. Z żalem wspominali też swoich kolegów, którzy w tak młodym wieku przeszli już na drugi brzeg. W tym spotkaniu uczestniczyła też jego ukochana mama – emerytowana nauczycielka i bibliotekarka. Widział, jak bardzo się cieszyła i była wreszcie dumna z niego. W drodze powrotnej, wysiadając z samochodu, upadła i doszło do złamania kości szyjki udowej. Przeszła operację i czekała ją długa rekonwalescencja i rehabilitacja. Postanowił zaopiekować się obłożnie chorą mamą. I to był kolejny, tym razem losowy powód powrotu do rodzinnego Zakliczyna.

Jak przyznał na kolejnym naszym spotkaniu, bardzo trudno było mu się przystosować do nowej zakliczyńskiej rzeczywistości. W Zakliczynie przez te 30 lat był tylko gościem. Nie rozpoznawał ludzi na ulicy. Jego mama po półrocznej rehabilitacji zaczęła chodzić. Wreszcie poczuł, że jest w swoim domu, u siebie. Tutaj też miało miejsce ważne dla niego spotkanie z Łukaszem Belcyrem, muzykiem, wspaniałym gitarzystą, który stał się dla Wojtka bardzo dobrym przyjacielem. Łukasz ma wspaniały warsztat muzyczny, czuje teksty, które Wojtek pisze i dostosowuje do nich muzykę. I to z nim właśnie zaczął pracę nad płytą Krzagolec Gang. On pisał proste teksty oparte na swoich przeżyciach, inspirowane w wielu przypadkach Biblią. Sam tworzył linie melodyczne, a Łukasz komponował muzykę i aranżacje. Do swojego zespołu zaprosili też znanych im wcześniej muzyków oraz dwie młode wokalistki – siostry Katarzynę i Karolinę Świerczek z Faściszowej. Bardzo szybko ukończyli nagrania i w listopadzie 2015 r. zagrali pierwszy koncert oraz wydali płytę pt. ”Droga”. Ich piosenki można było posłuchać (także i obecnie) w rozgłośniach radiowych takich jak: RDN Małopolska, Radio Warszawa, Radio Przemyśl. Gościli także na antenie radiowej Trójki. W 2016 r. byli finalistami koncertu „Chrześcijańskie debiuty”. W 2017 r. postanowił stworzyć męski projekt i zespół muzyczny o nazwie Dzikie Serca. Inspiracją była lektura książki Johna Eldredge’a pod tytułem „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”. Wraz z Łukaszem przystąpił do pracy nad utworami opartymi na wartościach chrześcijańskich. Kilka piosenek można posłuchać w wersji akustycznej na YouTube. Można tam też znaleźć pierwsze teledyski, np. „Nasze niebo” czy też „Melina”. Ta ostatnia piosenka w telegraficznym skrócie przedstawia historię bohatera mojej opowieści. Niedawno ukazał się również teledysk do piosenki pt. „Wygramy mecz”, nagranej z okazji Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018 w Rosji.

Na przełomie maja i czerwca 2018 r. zespół planuje zakończenie prac nad płytą. Wojtek jest więc liderem i wokalistą dwóch zespołów muzycznych. Obie formacje charakteryzuje popowo-rockowy styl gry, chociaż odnajdują się też i w innych klimatach muzycznych. Jak podkreślił, swoją muzyką, pozytywnym przekazem starają się dotrzeć do jak największej liczby słuchaczy. Swoje podejście do muzyki nazywa wielką pasją, przygodą, powołaniem. Przyznaje, że muzyka go określa i dzięki niej żyje. Chociaż nie skończył żadnej szkoły muzycznej, jak sam przyznaje, nie jest to żadną przeszkodą, by się realizować muzycznie i spełniać. W dobie Internetu można korzystać z wielu możliwości. Można też zapisać się na lekcje śpiewu. W tej edukacji muzycznej pomaga mu Iza Mytnik, która potrafi przekazać swoją wiedzę. Wielką pomocą służy mu też Bogusław Wróbel, u którego nagrywa partie wokalne swoich piosenek.

O swojej pasji muzycznej, swoim powołaniu do muzyki opowiadał także w Telewizji Tarnowskiej. Udzielił też wywiadów dziennikarzom „Gazety Krakowskiej” i tarnowskiego „Temi”. W plebiscycie ogłoszonym przez „Gazetę Krakowską” na osobowość 2017 roku, w etapie powiatowym, Wojtek Słupski zajął pierwsze miejsce w kategorii Kultura i w marcu 2018 r. odebrał statuetkę. Głosujący docenili jego promowanie gminy Zakliczyn poprzez swoją działalność muzyczną. Miejsce to dało mu jednocześnie nominację do wielkiego finału wojewódzkiego.

W jednym z polskich seriali usłyszałem taki bardzo mądry tekst, który uznałem za adekwatny do mojej opowieści o historii Wojtka: „Nieważne jak upadamy, każdemu to się zdarza. Ważne jak się z tych upadków podnosimy”. Pasja muzyczna, muzyka, stała się dla niego jednym z decydujących powodów powrotu do normalnego życia. Bez narkotyków, alkoholu, balang. „Dzisiaj mam 55 lat i prawdziwie żyję, spełniając swoje marzenia. Teraz życie ma dla mnie nowy smak”.

***

Powyższy artykuł został wyróżniony I miejscem w konkursie dziennikarskim „To się nadaje do Głosiciela! Opowieść o człowieku”. Gratulujemy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here