Piramidy na ustrońskiej Równicy

0

Każdy turysta, znający stolicę Węgier, wie, iż Buda jest wzgórzysta, a Peszt jest równy jak stół. Stoję na głównym moście na Wiśle w Ustroniu Śląskim i porównuję: samo centrum ustrońskie jest analogicznie płaskie, w kierunku wschodnim,  za rzeką kończącą gdzieś tam bieg w dalekim Gdańsku, wznosi się godnie Równica.

Każde dziecko w Ustroniu wie co to jest Równica. To góra na wschodzie miasta (po warszawsku „Praga” tego beskidzkiego uzdrowiska), zasłaniająca wschód słońca swymi 885 m.

Tutaj „na Zawodziu” (leżącym za Wisłą, „za wodą”) w latach plus minus 1967-1978 powstał niecodzienny, niekonwencjonalny kompleks budynków. Teraz światowy rarytas! Miejscowi nazywają te śmiałe twory myśli na rajzbrecie „piramidami”, co się mniej więcej zgadza. Proszę stanąć nad makietą-modelem piramidy, wziąć nóż i przeciąć ją od góry po kancie. A potem te połówki jeszcze raz od góry ciachnąć nożem. Wtedy powstaną 4 części. Takich właśnie „ćwiartek piramid” stoi w Ustroniu 17. A miało być  28. Świetny pomysł jednolitego osiedla piramid, tonących w zieleni Równicy.

 

UST-UST-UST

 

Ale czasy się zmieniły. Umarł protektor tego beskidzkiego pomysłu, dziś chronionego i docenianego w świecie dokonań architektury, ówczesny szef Śląska, generał Jerzy Ziętek (jeszcze Go tu spotkamy…), a towarzysz Edward Gierek wywindował się aż do Warszawy na przywódcę nieśmiertelnej (tak się niektórym wtedy zdawało) PZPR, czyli jedynej partii w PRL do 1989 r.

Piramidalne ćwiartki marniały na stoku Równicy, nie otrzymawszy wzmacniających  strzykawek dotacji od partyjnych mocodawców. Dopiero nowe czasy zaczęły akcję ratunkową po zmianie paradygmatu władzy w RP. Budynki-piramidy zaczęły funkcjonować, uratowano niebywale oryginalny pomysł dwu architektów, ojców wielu dzieł na Śląsku. To Henryk Buszko (Lwów 1924-Katowice 2015) oraz Aleksander Franta (Kraków 1925-Chorzów2014). O nich dowiedziałem się sporo ze świetnego filmu opowiadającego o powstaniu ustrońskich piramid. Film wykonał z dbałością o artyzm, ukazując przyrodę i wrastającą w nią substancję architektoniczną, dziennikarz Mateusz Bielesz. Oglądamy w tym 30-minutowym kompendium nie tylko główny gmach projektu, czyli sanatorium „Równica”, lecz przede wszystkim oprawę: urokliwe Beskidy, tutejszą Czantorię, pejzaż rodzącej się i nieśmiałej jeszcze tu Wisły, zaludnione doliny, pychę zieleni oraz  słuchamy wielu architektów różnych pokoleń. Związani ze Śląskiem na zawsze.

Sam nie muszę oglądać tych piramid w filmie, gdyż mieszkam jako dobrowolny kuracjusz przez pół miesiąca w sanatorium obok nich. Podobno tubylcy zwą  to sanatorium „Batory”. Że wielki statek. Trafne i dowcipne określenie. To jest gigant, olbrzym, elefantiaza! Matka piramid, usadowionych dookoła. Ciągi wind i pięter oraz balkonów. Niekończące się korytarze wiodą ku innym połączonym budynkom. Idąc korytarzami, patrzę na soczystą zieleń na zewnątrz. W zimie jest tu ciepło, a zimą, za taflami   okien sypie porządny beskidzki śnieg. Ponieważ mam duszę księgowego, obliczyłem precyzyjnie dystans od mojego łóżka w pokoju sanatoryjnym do wanny z kąpielą borowinową, gdzie z przyjemnością na 20 minut zanurzałem się w ciepłym torfowym błocie = 550 m! To jaki dystans w kilometrach przebyłem tam i z powrotem, wewnątrz budynku,  zażywszy 7 kąpieli borowinowych oraz 6 solankowych? Trochę beskidzkiej arytmetyki nie zaszkodzi. Wędrówka (chorowitych) narodów…

Oczywiście te kąpiele oraz masaże czynią cuda. Zaobserwowałem, że te same osoby kuśtykając na kulach, podpierając się laską lub pchając chodzik przed sobą, dążąc z trudem w ciągu dni zabiegowych do odpowiednich pomieszczeń kuracyjnych lub na posiłki do jadalni,  wieczorami tańczyły do upadłego w Klubie Kuracjusza, położonym pod restauracją sanatoryjną. Cuda niewidy!

To są wręcz biblijne wymiary interpretacji kuracji, wiary, samozaparcia oraz postępów w motoryce ciała…

 

UST-UST-UST

 

Odkryłem nie tylko to – widocznie u mnie kuracja wyostrzyła wzrok. Mianowicie odkryłem, iż tu, gdzie się pławię w borowinach i solankach, odmładzając się bez ustanku, pasał krowy mały Janek Szczepański, gdyż jego rodzice i przodkowie mieli na Równicy, na Zawodziu gospodarstwo. Urodził się tu w Ustroniu, z czego całe życie był dumny. Wtedy jeszcze duet architektów z Katowic nie zbudował tego kompleksowego cudu piramid. To tu Jasio chodził na bosaka do szkoły, tu rozrzucał gnój między miedzami, tu wywoził z ojcem taczką kamienie z pola – zgodnie ze światową zasadą rolnictwa „na kamieniu nic nie urośnie”. To stąd znad potoka Gościeradowiec (teraz „raduje nie tylko gości”) szedł o brzasku na stację, dojeżdżając pociągiem do gimnazjum do Cieszyna, aby tam zdać maturę. Z tego ustrońskiego ewangelickiego (to specyfika Śląska Cieszyńskiego) urwisa wyrósł profesor socjologii światowej sławy, Jan Szczepański: rektor Uniwersytetu Łódzkiego, wiceprezes PAN-u, członek Rady Państwa, poseł na Sejm, doktorat honoris causa paryskiej Sorbony, prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego (ISA), przewodniczący Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie PRL,  ale przede wszystkim autor wielu podręczników i artykułów z dziedziny socjologii.

O jego funkcjach, tytułach, karierze naukowej, odznaczeniach,  wystąpieniach i książkach dowiedziałem się z internetu. O wiązaniu snopków, pilnowaniu krów, o wręcz mistycznych rytuałach, związanych z wzrastaniem w klimatach tamtych czasów w Beskidach oraz o wręcz metafizycznym przywiązaniu do ziemi, do harówki na polach, do znojnych żniw, do tradycji pokoleń, a zwłaszcza do dyscypliny i etosu pracy – dowiedziałem się z lektury jego rewelacjnych wspomnień „Korzeniami wrosłem w ziemię” (1985).

Profesorowi pokłoniłem się trzy razy:

(1) przystając na środku mostu nad głębokim i ciemnym Gościeradowcem,

(2) zatrzymując się przed Jego pomnikiem na Rynku w Ustroniu przy budynku Biblioteki Miejskiej oraz

(3) skupiając się chwilę  przed Jego grobem na tutejszym cmentarzu ewangelickim. Widzę, iż spoczywa obok Niego jego żona, pisarka, Nora de domo Odlanicka Poczobut. Zmarła pół roku po Nim w roku 2004.

Na pomniku w centrum Ustronia, swej rodzinnej miejscowości, profesor wygodnie siedzi, patrząc tęsknie w kierunku Zawodzia i Równicy. Tam zaczęła się jego wspaniała droga życia!

 

UST-UST-UST

 

Tam teraz kurują się tysiące osób z całej Polski, sądząc z rejestracji zaparkowanych wśród zieleni samochodów. Każdego ranka mijam, na placu przed sanatorium Równica, cokół, na którym panuje pomnikowo groźna twarz generała Jerzego Ziętka (1901-1985), już tu  wspomnianego. Ten pomnik przypomina nie tylko willę, jaką sobie tu kazał wystawić, lecz uświadamia pokoleniom siebie jako autora politycznego projektu piramid na Równicy. A ja sam pamiętam, jak raz w życiu Go spotkałem. „Jorg” otwierał uroczyście (1961) szkołę gminną w Pniowie, małej wiosce w powiecie gliwickim. Kiedy przygotowywano uroczystość, wytypowano mnie, młodego ucznia, do wręczenia mu bukietu kwiatów. Pamiętam, kiedy zbliżyłem się do niego, ujrzałem obszerną postać oraz wielką, szeroką, różową twarz oraz usłyszałem jego słowa w dialekcie „-Dziynkuja ci!”, kiedy wziął kwiaty. Na Śląsku mówił do tubylców po śląsku. Czy to był ówczesny partyjny populizm? Zbliżamy się do ludu. W każdym razie był jako wojewoda katowicki bardzo lubiany. Nie tylko przez Ślązaków.

Ziętek był przykładem autochtona, świetnie wkomponowanego w pejzaż komunistycznej partii oraz klasycznym dowodem porzekadła, iż tylko krowy nie zmieniają poglądów. Wystarczy porównać jego idee przed 1939 a po 1945 roku… Był ponoć powstańcem śląskim, został generałem (sic!), doktorem honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. Przecież robił wszystko, by ta uczelnia powstała…

Ustroń zafascynował mnie swoją ofertą kulturalną. Nie spodziewałem się w miasteczku tranzytowym między Skoczowem a Wisłą tylu propozycji jako atrakcji dla turystów. Zwiedziłem muzeum przy ul. Hutniczej w centrum. Oferuje wystawy stałe (Bogusław Heczko!) oraz czasowe (trafiłem na  dwoje nader ciekawych artystów), angażuje mieszkańców nawet przez akcje typu learning by doing. Zawiaduje nim dziarsko energiczna pani Magdalena Łupinek. Dom Kultury „Prażakówka” zachęca do kursów malarskich. Korzystają z nich nie tylko  ustronianie, lecz również wdzięczni turyści! Kieruje kursami artysta Robert Heczko, między innymi autor ilustracji (świeża działalność 2022) do książki dziennikarza Andrzeja Drobika o Jerzym Pilchu „Wisła w sensie magicznym”.

W środku Ustronia rozłożył się Rynek. W środku rynku, na pomnik profesora J. Szczepańskiego rzuca cień gmach Biblioteki. A w niej króluje nie tylko uśpiony czar lektur książek na półkach, lecz również „Galeria Rynek 4” pod wodzą artysty Kazimierza Heczko. Zgromadził on materiał wspaniały, będący gigantyczną amunicją do wielu sążnistych recenzji. Roi się tu od świetnych nazwisk współczesnych artystów. Celowo nie wymieniam nazwisk, gdyż primo jest ich multum, secundo już Rzymianie mawiali, iż imiona są niebezpieczne (nomina sunt odiosa).  Uważam to za prawdę.

W Ustroniu są jeszcze inne placówki kulturalne, jak choćby największa kolekcja lalek i misiów w Europie na stacji kolejowej, kojarzącej się nieodparcie z filmami kowbojskimi. Jest skansen oraz „Galeria Kukuczki”. Przepraszam, nie wszystkie adresy matki kultury odwiedziłem. Nawet życie ruchliwych turystów-kuracjuszy nie dysponuje pełnią swobodnego przebywania na świecie. Trzeba tu ponownie przyjechać. Zbyt wiele nieznanych adresów, tchnących kreatywnością…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here