Strona główna Styl życia Punkt widzenia O ogniu, nie tylko z Heraklitem w tle

O ogniu, nie tylko z Heraklitem w tle

0

I.

Zeschłe trawy, obcięte gałęzie drzew i krzewów, które zrzuciłem na stertę, trawi zachłanny ogień. Lecz nim pojawił się pierwszy płomyk, już pomyślałem o Heraklicie.

Oczywiście dlatego, że z czterech żywiołów za najważniejszy uważał właśnie ogień. Gdy naprzemiennie patrzę na płomienie i narzucam na nie naręcza trawy i gałęzi, także trzy pozostałe żywioły mam na uwadze: grunt, na którym stoję jest stabilny; mam czym oddychać, więc powietrze jest obecne; nade mną przesuwają się wielkie białe obłoki, a one, jak to chmury, mają bezpośredni związek z wodą, wręcz są nią. Jeśli z pewnym lekceważeniem obserwuję drobne języki ognia pełzające po wiosennym materiale palnym – i te wymykające się poza miejsce im przeznaczone, szybko unicestwiam metalową częścią grabi – to jęzory wystrzeliwujące w górę za sprawą gwałtownego podmuchu, szybko sprowadzają mnie na ziemię. Innymi słowy, stawiają mnie one – i to w postawie na baczność – tuż obok Heraklita z Efezu. Ale tylko wtedy. Albowiem owe trzy pozostałe żywioły, za sprawą swej obecności pode mną, wokół mnie i nade mną, przemawiają do mnie o wiele bardziej. Na uwadze mam zwłaszcza otaczający mnie krajobraz polodowcowy – z ogniem mający najmniej, może i nic, wspólnego (co innego miałoby miejsce w przypadku gór). W jego przypadku, jeśli chodzi o czynnik, który go ukształtował, czyli lodowiec, w grę wchodzi woda w postaci lodu; i to w ilościach przeogromnych. Natomiast ogień w postaci ogniska, które mam przed sobą – szybko bądź z większym wysiłkiem, ale jednak – jestem w stanie unicestwić. Pozostaje ono przy tym drobnym elementem w otaczającej mnie rzeczywistości. Nie to, co pozostałe jej elementy.

Jakże łapczywy, wręcz pazerny jest ogień w unicestwianiu tego, co wody w sobie ma niewiele: w tym wypadku, trawy i gałęzi. Pozostałe żywioły, gdy ogarnie je pasja niszczenia, pozostawiają po swym działaniu więcej śladów. A nie tylko coś tak mało przypominającego materiał wyjściowy, jak popiół.

Według Heraklita ogień jest substancją najpierwotniejszą, przy tym wieczną. To z niego powstały w dalszej kolejności morze, powietrze, ziemia. Następnie znowu staną się wyłącznie ogniem. Z niego zaś ponownie powstaną wspomniane trzy elementy. Z nich zaś… I tak bez końca. Za tą ustawiczną zmiennością stoi Logos będący rozumną zasadą porządkującą Świat (także kierującą⁄ inicjującą wydarzenia w społeczeństwach ludzkich). Ten zaś, jak twierdził Heraklit, jest wieczny. I dodawał, że ponieważ wiecznotrwałość jest atrybutem bogów, więc Logos ma charakter boski. Tak jak i sam ogień będący wspomnianym wiecznotrwałym składnikiem rzeczywistości.

Kontynuując wątek filozoficzny należy wspomnieć o Platonie, który w Timajosie wspomina o kilku rodzajach ognia. Zaś Zenon z Kition, założyciel szkoły stoików rozróżniał (tylko) dwa jego rodzaje: „jeden jest nietwórczy […], przetwarzający paliwo w samego siebie, drugi jest twórczy […], powodujący wzrost i zachowanie” (cytat z: Adam Drozdek, Greccy filozofowie jako teolodzy).

Także stoicy ,,widzieli” Logos w postaci ognia. Z tym, że Logos, który był dla nich powszechnym Rozumem, wprost utożsamiali z Bogiem. Miał On być, przy tym, owym Zenonowym twórczym ogniem. To bowiem za sprawą Boga posługującego się, właśnie tego rodzaju ogniem (mają znajdować się w nim stosowne informacje), Świat jest odbudowywany po każdej kolejnej katastrofie. Bertrand Russell w Dziejach zachodniej filozofii na temat ognia w koncepcjach stoików, tak oto napisał:

„Wcześniej czy później wybuchnie kosmiczny pożar i wszystko stanie się na powrót ogniem. Według większości stoików nie jest to jednak ostateczne spełnienie podobne do końca świata w doktrynie chrześcijańskiej, lecz tylko domknięcie jednego cyklu; cały ten proces będzie powtarzał się w nieskończoność. Wszystko, co się dzieje, działo się już wcześniej, wydarzy się znowu, i to nie raz, lecz niezliczoną ilość razy”.

Bez względu jednak na żywioł dominujący w koncepcjach filozofów starożytnych, uważali oni, że cztery żywioły współtworzą zarówno Kosmos, tak też budują mikrokosmos, to znaczy człowieka. Należy mieć na uwadze fakt, że owa czwórnia obecna jest również w myśli średniowiecznej. Za przykład może posłużyć Honoriusz z Autun, według którego „wszechświat ma kształt jaja. Na podstawie średniowiecznej nauki o czterech pierwiastkach – jak pisze w Czasie Henryk Paprocki – Honoriusz wyróżnił cztery elementy wszechświata: ziemię, jako najcięższą, znajdującą się w jego centrum, wodę, «jako lżejszą od ziemi, otaczającą ją i przenikającą», powietrze, wypełniające pustkę między Księżycem a Ziemią oraz ogień, «którego naturalnym miejscem jest „góra”, obejmująca przestrzeń od Księżyca do firmamentu», strefa zwana eterem, z którego mają się formować ciała astralne. Te cztery elementy wszechświata Honoriusz przyporządkował czterem pierwiastkom i porównał z czterema elementami jaja:

 Niebo = woda = skorupka

 Eter = ogień = białko

 Powietrze = powietrze = żółtko Ziemia = ziemia = zarodek”.

Jest wiele przykładów, każących, a przynajmniej skłaniających ku temu, aby odrzucić obraz wiedzy w wiekach średnich, ukształtowany w stuleciach XVIII i XIX (zwłaszcza w tym pierwszym), a funkcjonujący jeszcze przez większość wieku XX (śmiało można mówić o klasycznej postaci resentymentu). Był to bowiem obraz, jako całości, czasów wyjątkowo ciemnych. Ognisk wiedzy, w porównaniu np. z epoką hellenistyczną, było niewątpliwie mniej, ale te które paliły się (szczególnie w wiekach XI-XIV), paliły się równie intensywnie (ach, ten ogień). A żyjący w latach: ok. 1175-1235 Robert Grosseteste był niewątpliwie takim ogniskiem, a tym samym, oczywiście, źródłem światła, a ono (obok barw) bardzo go interesowało, jako uczonego. Swoje poglądy w tej materii zaprezentował w dziele De Luce (O świetle). A brzmią one bardzo, bardzo nowocześnie, a przy tym znajomo: na myśl przychodzi teoria Wielkiego Wybuchu. Ów Anglik uważał bowiem, że świat wziął swój początek w stworzonym przez Boga punkcie materialnym. Rozchodzące się od niego światło porywało ze sobą cząstki materii. Konsekwencją czego był rozszerzający się Wszechświat. Jego granicę wyznaczała powierzchnia kuli stale zwiększającej swą średnicę. Towarzyszyła też temu malejąca stopniowo gęstość materii w nim istniejącej. Grosseteste rozróżniał światło nazywane lux, wypełniające Wszechświat, od światła lumen istniejącego poza nim.

II.

 Łapczywość ognia sprawia, że zagrożone jest życie skrywające się w resztkach roślinnych, które zwożę taczką, z coraz odleglejszych części ogrodu. To dlatego, mając na uwadze drobne żywe organizmy – nazwę je żyjątkami – zanim wrzucę w ogień kolejną partię suchej trawy i suchych badyli, potrząsam nią na boku. Tak, aby one nie stały się ofiarami ognia (liczę się jednak z tym, że nie zawsze to mi się udaje). Tak, jak zwierzęta domowe i – w szczególnych sytuacjach – dzieci składane w ofierze Bogu Baalowi. Tak, jak miało to miejsce w fenickich i kartagińskich świątyniach przed wiekami.

Z pewnością jest jakiś – najpewniej istotny (dla mnie) – powód tego, że ogień tak często kojarzy mi się z zadawaniem bólem ⁄ uśmiercaniem (natomiast w o wiele mniejszym stopniu – jako siła twórcza / stwórcza, chociażby, w postaci działalności górotwórczej). I mam tu na myśli nie tylko bliższe mym czasom palenie np. czarownic, stosowanie ognia podczas tortur. Mam bowiem na uwadze takie przypadki, jak wskoczenie, jakoby, Empedoklesa do jednego z kraterów Etny (na jego krawędzi został potem odnaleziony sandał samobójcy); także upieczenie we wnętrzu spiżowego byka, jego konstruktora – Perillusa, na rozkaz Falarisa, tyrana sycylijskiego Akragasu (Agrigento).

Przejawem niszczycielskiej, wręcz morderczej siły tego żywiołu jest pojęcie „ognia” występujące w wojskowości (w tym wypadku stoi za tym, tylko i wyłącznie, człowiek). Skrywa się za nim „sposób niszczenia sił i środków przeciwnika w wyniku ostrzeliwania go z rozmaitych rodzajów broni”. Termin ów ma w sobie sporo z eufemizmu, aby nie powiedzieć do końca tego, co ów rodzaj ognia niesie z sobą. Z całą pewnością żadnym oględnym terminem nie jest „miotacz płomieni” (poprzedzony, stosowanym w niektórych bitwach morskich średniowiecza, tzw. ogniem greckim). Trzeba być osobą o wyjątkowo ograniczonej wyobraźni, by słysząc tę dwuwyrazową nazwę nie poczuć swądu palących się ciał żywych (jeszcze) ludzi. A przede wszystkim nie wyobrazić sobie odczuwanego przez nich potwornego bólu.

III.

Z wielką ulgą stwierdzam fakt następujący: powszechny jeszcze niedawno obyczaj wypalania wiosną traw stał się bardzo rzadkim zjawiskiem: prawo i zmiana obyczajów stoją za tym, chyba, w tym samym stopniu. A śmierć w płomieniach lub w wyniku uduszenia, zaskoczonych bądź nazbyt powolnych stworzeń, stawała mi przed oczami każdorazowo, gdy widziałem języki ognia przesuwające się po ziemi (gasiłem je, gdy tylko mogłem). Również widok wypalonych pól, łąk, czy miedz rozdzielających je, szybko sprawiał, że wyobraźnia zaczynała malować sugestywne obrazy.

Wspomniane spalanie suchej trawy i rozmaitych badyli, ma miejsce na początku kwietnia. I zaskakuje mnie liczna obecność niewielkich ślimaków w skorupkach ozdobionych różnokolorowymi pasemkami. Zbieram je, gdy pojawiają się nazbyt blisko ogniska. Nie mija jednak wiele czasu, gdy ponownie stwierdzam ich obecność w tych samych miejscach. Może wysoka temperatura przywabia je?

IV.

„Ogień jest symbolem wieczności, praprzyczyny, pierwiastka podstawowego, prazasady; światła, Słońca, ciepła, Boga-Stwórcy, gniewu bóstwa, miłości bóstwa; oświecenia duchowego; życia, miłości, nienawiści, śmierci, ducha; zła, diabelstwa, piekła, kary, prześladowania; oczyszczenia, męczeństwa, tortury, ofiary; pocieszyciela; mowy; potęgi; pożerania; zasady męskiej, chuci, płciowości, płodności; zapału; autorytetu; zimy, ogniska domowego, gościnności, ochrony przed strachem” (Słownik symboli, W. Kopaliński).

Tak wiele wysiłku wymagało jeszcze stosunkowo niedawno skrzesanie ognia. A następnie jego utrzymanie. Gdy w świątyni Westy zgasł ogień, winna temu, jedna z sześciu westalek, była karana chłostą (nie była ona symboliczna). Wierzono bowiem, że wygaśnięcie ognia w świątyni na stoku Palatynu, przyniesie nieszczęście państwu rzymskiemu.

A teraz… A teraz zapalam zapałkę i przykładam ją do wiechcia suchej trawy. Ta zaś natychmiast zajmuje się ogniem. Choćby dlatego współcześnie o wiele łatwiej przychodzi zaspokajać swe patologiczne żądze piromanom.

Ogień, tak jak i pozostałe trzy czynniki, jest siłą i niszczycielską, i stwórczą. Trudno jednak orzec, co w jego przypadku, dominuje (nie inaczej jest, zresztą w przypadku pozostałych czynników). Jego niszczycielskość przejawia się, choćby, w postaci żaru lejącego się z nieba, powodującego suszę, a w przypadku dłuższego trwania, czy częstej powtarzalności, może doprowadzić do pustynnienia pewnych obszarów (liczne są tego przykłady choć powód nie musi być wyłącznie ten właśnie). Biorąc pod uwagę ,,sprawczość” ognia należy, przykładowo, widzieć powstawanie / wypiętrzanie się łańcuchów górskich (jeśli plutonizm – nazwa od rzymskiego boga świata podziemnego – opisuje jedną stronę rzeczywistość, za drugą odpowiada neptunizm) w wyniku oddziaływania na skorupę Ziemi czynników mających swe źródło w jej rozgrzanym jądrze, tym ziemskim piecu.

Według mitologii nordyckiej ogień jest też siłą sprawczą narodzin wszystkich ciał niebieskich. Konkretnie stoją za tym… iskry. Te zaś powstały w wyniku kontaktu ognia wypełniającego Muspelheim/Muspel (Krainę płomieni) z lodem z Niflheim (Krainy lodu). Obie te części (w sumie jest ich dziewięć) Świata nordyckiego sąsiadują ze sobą. Jeśli chodzi o ogień i sprawy boskie, nie można stracić z widnokręgu – choć w grę wchodzi tu bardziej układ wertykalny – pewnego zdarzenie mistycznego. Miało ono miejsce u podnóża góry Synaj (rzadziej można zetknąć się z poglądem, że chodzi, o którąś z pobliskich dwóch gór: Świętej Katarzyny bądź Sirbal). To tam Mojżeszowi, pod postacią krzewu, który płonął, ale nie spalał się, objawił się Jahwe. Wtedy to, zgodnie z tradycją judeochrześcijańską Mojżesz otrzymał od Boga kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań. Wówczas też zostało zawarte przymierze pomiędzy Najwyższym a Izraelitami.

Z owym krzewem (Krzewem gorejącym) identyfikowany jest krzak jeżyny krwistej rosnący na terenie bardzo starego klasztoru świętej Katarzyny usytuowanego u podnóża góry Synaj i góry Świętej Katarzyny. Jest to, jakoby, jedyny na całym półwyspie Synaj okaz tej rośliny.

V.

Ogień przez to, że ogrzewa, sprawia, że życie, mimo niesprzyjających często warunków, może trwać (niekiedy inspiruje czy też sprzyja takim, czy innym ludzkim poczynaniom). Także to w postaci zwyczaju zasiadania wieczorem w wygodnym fotelu przed kominkiem, w którym palą się drwa. I w takiej to scenerii możemy wyobrazić sobie na przykład Charlesa Lamba czytającego swej siostrze Mary i przyjacielowi Samuelowi Taylorowi Coleridge’owi jeden z napisanych przez siebie esejów, jakie w latach 1820-1825 zamieszczał w „The London Magazine”. Albo też – piszący te słowa rozmarzył się – Maurycego Mochnackiego czytającego kilku osobom rękopis swej rozprawy „O duchu i źródłach poezji w Polszcze”. Tekst ten ukazał się nieco później w numerze 2 „Dziennika Warszawskiego” (w rzeczywistości miesięcznika) w 1825 r. Piec, w którym ogień jest zamknięty pomiędzy kaflami i za drzwiczkami żeliwnymi, nie wyzwala tylu, i takich, wrażeń (w tym estetycznych), jak kominek. To fakt. Dostarcza za to więcej ciepła. Tym samym intensywniej może ogrzać, chociażby, myśli. Doświadczył tego Kartezjusz. W listopadzie 1619 r. (drugi rok trwania okrutnej wojny trzydziestoletniej), był wtedy oficerem armii księcia bawarskiego Maksymiliana I, przebywał na południu Niemiec. W kwaterze, którą zajmował, a noce były już wyjątkowo zimne, na szczęście znajdował się piec. I to za sprawą ciepła przezeń wydzielanego Kartezjusz dobrze spał. A jednej nocy miał trzy sny, których treść zainspirowała go do sformułowania zasad, które stały się następnie m. in. podstawą zaproponowanego przezeń sceptycyzmu metodologicznego, tak istotnego dla dalszego rozwoju nauki.

VI.

Ogień, istotny składnik, od tysiącleci towarzyszący człowiekowi, musiał – innej możliwości nie było i nie ma – zaistnieć jako temat w rozmaitych sztukach plastycznych (potem również w dziełach filmowych). Szczególnie, i trudno temu się dziwić, w malarstwie. Jest on bowiem czynnikiem/zjawiskiem niezmiernie… malarskim. I mogłoby się wydawać – przynajmniej mi początkowo tak właśnie się wydawało – że pożary utrwalone na płótnie, papierze czy kartonie, są pożarami dzieł, najrozmaitszej wielkości, ludzkich rąk. Ich przykładami mogą być ,,Pożar Izby Lordów i Izby Gmin” Williama Turnera, „Płonący okręt” Iwana Ajwazowskiego, „Pożar tureckiej fregaty” Konstantinosa Volanakisa, „Pożar Rzymu” Huberta Roberta. Lecz stosunkowo szybko przypomniałem sobie o ogniu unicestwiającym – o czym już wcześniej napomknąłem – także ludzkie ciała, jak to, chociażby, farbami olejnymi utrwalił Piotr Miasojedow na obrazie zatytułowanym „Protopop Awwakum na stosie”.

Ogień może być jednak tematem samym w sobie, bez żadnych dodatkowych elementów mających wzbogacić scenę. Taka właśnie sytuacja ma miejsce na obrazie akrylowym „Pożoga” autorstwa Tomasza Olszewskiego: ogień, i tylko on, wypełnia całą przestrzeń obrazu, który do małych nie należy.

VII.

Zmierzcha. Do przygasającego ogniska dorzucam ostatni wiecheć trawy. Ogień ożywia się na kilka minut, po czym zaczyna ponownie przygasać.

Heraklit – przez cały ten czas byłem świadom jego obecności – poprawia na sobie opończę. Jeszcze raz spogląda na dożarzające się resztki, po czym oddala się nieśpiesznym krokiem.

Nieco dłużej na miejscu pozostaje Honoriusz z Autum. W końcu jednak zarzuca na głowę mnisi kaptur (był benedyktynem), zrobiło się bowiem zimno, i odchodzi. Powoli znika w półmroku, który nastał. „Dokąd obaj udali się?”

Czy był ktoś jeszcze? Niewykluczone, że tak. Lecz z jego/ich obecności nie zdałem sobie sprawy. Co innego jeśli chodzi o tych dwóch – niech mi wybaczą tę bezpośrednią formę – którym poświęciłem najwięcej miejsca (w porównaniu z innymi) w mych przyogniskowych rozmyślaniach, a tym samym w pisanym właśnie tekście. O ile jednak o Heraklicie często się napomyka – bo to nie jest nic więcej niż napomykanie – przywołując którąś z jego zgrabnych i spektakularnych myśli na temat, choćby, właśnie ognia, to o Honoriuszu z Autum panuje prawie cisza. Długo trzeba w nią się wsłuchiwać, aby dosłyszeć jego imię, i któreś z jego przemyśleń bądź wypowiedzi innych na ich temat (jeśli już to głównie to drugie).

Za oknem panują już kompletne ciemności, gdy zaczynam pić herbatę. Zaparzyłem ją wrzątkiem pochodzącym z czajnika stojącego na piecu kuchennym, w którym paliły się drwa. I kolejny raz – który to już raz? ¬ stwierdzam, że woda zagotowana w ten właśnie sposób sprawia, że herbata (tym razem była to ,,Assam”, którą zresztą bardzo lubię) nabiera dodatkowych walorów smakowych i aromatycznych. Woda zagotowana w czajniku elektrycznym lub na kuchence gazowej nigdy ich nie da! (Nie, to nie jest sugestia: wiem, o czym piszę; nie ukrywam jednak, że nie mam nic przeciw takim sugestiom na plus).

Bogowie ognia, także Wam, to zawdzięczam.

Autor tekstu: Dariusz Pawlicki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj