Nie palę Moskwy

0

Otrzymałem z Paryża zaproszenie, by napisać coś o „moim Związku Radzieckim”. To miłe, nieoczekiwane zdarzenie przypomniało mi jedną z mych dawnych lektur: Palę Paryż, dziwnego, niezupełnie polskiego pisarza Brunona Jasieńskiego (1901-1938). Znam też przekład rosyjski i francuski: Я жгу Париж, Je brûle Paris. Jako miłośnik wielkich miast nie spaliłbym żadnego, a już na pewno takiego, które ma metro, bo dla mnie miasto wielkie to miasto z metrem – wszystkie miasta bez metra to małe miasta, właściwie miasteczka, mieściny. Tytuł niniejszego eseiku wspomnieniowego jest zatem znakiem sprzeciwu: palenie miast, czy niegdyś: grodów, to szaleństwo.

Moskwa, jak każde miasto, to pewna względnie zamknięta przestrzeń z własną, niepowtarzalną historią. Spędziłem w Moskwie jako stolicy Związku Radzieckiego ponad trzy lata, byłem jej mieszkańcem, stając się w jakimś sensie cząstką jej historii, oczywiście mikroskopijną, oczywiście niekonieczną cząsteczką. W latach 1964-1966 studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim na kierunku o nazwie „filologia rosyjska”. Studia były pięcioletnie, ale władze uczelni i odpowiedniego ministerstwa uznały, że po zaliczeniu dwóch pierwszych lat mógłbym wyjechać na Uniwersytet Moskiewski i tam, w stolicy Związku Radzieckiego, te studia dokończyć. Propozycja obejmowała nie tylko mnie oczywiście; w samym końcu sierpnia 1966 roku niewielka grupka studentów wyjechała pociągiem do Moskwy (z przesiadką w Brześciu nad Bugiem) do pociągu z literami СЖД na każdym wagonie i następnego dnia wysiadła na jej historycznym Dworcu Białoruskim.

To była moja pierwsza w życiu podróż za granicę. Czekałem na ten wyjazd z niecierpliwością, rosnącą z dnia na dzień przez cały wakacyjny lipiec i sierpień, studiując radzieckie książki i przewodniki po Moskwie, w których uwagę szczególną przyciągały oczywiście mapki metra (схема Mетрополитена им. В. И. Ленина). Ono właśnie stało się największym chyba magnesem, najważniejszym obiektem zainteresowania, wkrótce miało się stać elementem mojej moskiewskiej codzienności. Wprawdzie sama kilkunastogodzinna jazda pociągiem od Brześcia była poruszająca, staliśmy na korytarzu przy oknach, chłonąc mijane pejzaże, pola, zabudowania mijanych miast, miasteczek, stacyjek, kołchozów, całą nieznaną jeszcze przestrzeń, ale poruszenie maksymalne powodował wjazd na rozległe przedmieścia Moskwy i niespieszne przybliżanie się pociągu do Белорусского вокзала. Pod dworcem czekał na nas autobus, którym zostaliśmy zawiezieni – po drodze przez miasto znowu wielkie wrażenia – wprost na Ленинские горы, pod ogromny gmach w stylu warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, znacznie jednak od niego większy, otoczony rozległymi parkami, alejami, fontannami: Главное здание МГУ. Stąd po pewnym oczekiwaniu na właściwą osobę z administracji uczelni rozwieziono nas do akademików, ja trafiłem do odległego o ok. 2 km, czteropiętrowego akademika, niedaleko ambasady Chińskiej Republiki Ludowej. Mieszkańcem korpusu głównego (istna wieża Babel!), jednego z kilku­nastopiętrowych akademików, zostałem dopiero kilka miesięcy później.

Zajęcia odbywały się w starym gmachu uniwersytetu, blisko Kremla, znajdującym się przy szerokiej ulicy o pięknej nazwie Моховая. Z pewnym opóźnieniem wręczono nam legitymacje studenckie; swoją reprodukuję powyżej, przechowuję ją pieczołowicie do dzisiaj.

Na zajęcia pod murami Kremla, który był widoczny z okien niektórych korytarzy i sal wykładowych uniwersytetu, dojeżdżało się autobusem, albo, znacznie szybciej, metrem.

Lata studiów stworzyły mi okazję bezpośredniego kontaktu z liczną kadrą dydaktyczną uniwersytetu. Wymienię tu nazwiska uczonych, którzy wywarli na mnie swoją wiedzą i osobowością wrażenie największe, do dziś w pamięci nie zatarte: Рубен Иванович АВАНЕСОВ, Самуил Борисович БЕРНШТЕЙН, Виктор Вла­димирович ВИНОГРАДОВ, Виктор Давыдович ЛЕВИН, Тимофей Петрович ЛОМТЕВ, Михаил Викторович ПАНОВ, Наталья Константиновна ПИРОГОВА, Юрий Сергеевич СТЕПАНОВ, Николай Сергеевич ЧЕМОДАНОВ. Z niektórymi z nich utrzymywałem kontakt korespondencyjny po powrocie ze studiów do Polski.

W pierwszych latach studiów, jeszcze tych warszawskich, interesowałem się szczególnie fonetyką, fonologią i akcentologią języka rosyjskiego, dlatego pracę magisterską przygotowywałem pod kierunkiem przemiłej Rosjanki zajmującej się m.in. fonetyką i fonologią, pani docent Натальи Констан­тиновны Пироговой, która darzyła mnie nieskrywaną sympatią i pomagała mądrymi radami w tworzeniu pierwszej mojej rozprawki akademickiej, poświęconej morfonologii.

Mieszkając w Moskwie, poznawałem ją, jej mieszkańców, topografię, zabytki miasta, kulturę rosyjską, coraz lepiej wczuwałem się w moskiewską „noosferę” w jej najrozmaitszych aspektach. Zrozumiałe, że te procesy dokonywały się we mnie za pośrednictwem języka rosyjskiego; na pierwszym planie znajdował się język, najważniejszy dla mnie do dziś po ojczystej polszczyźnie. Na trzecim roku studiów zainteresowałem się bliżej, вне программы, akcentuacją nazwisk rosyjskich, obserwacje nad nimi gromadziłem w kartotece (później, kiedy byłem asystentem na Uniwersytecie Łódzkim, wykorzystałem ją przygotowując do druku Краткий словарь русских фамилий; jego publikację umożliwił mi profesor Mścisław Olechnowicza, znakomity znawca akcentologii rosyjskiej).

Moje zbieractwo dokumentacyjno-lingwistyczne obejmowało wszakże rozmaite obiekty, m.in. znaczki pocztowe, bilety komunikacji miejskiej, bilety teatralne, kinowe, ulotki reklamowe itp. druki ulotne.

Dużo czasu i zapału poświęciłem tzw. napisom miejskim i wywieszkom znajdującym się wewnątrz budynków. Za­pełniłem nimi gruby zeszyt в клетку; kilkanaście lat później opublikowałem ich duży wybór. Te autentyki ukazują język rosyjski „w działaniu”, nie literackim, lecz czysto użytkowym, praktycznym, niepowtarzalnym i nieprzekładalnym w porównaniu z rzeczywistością językową innego kraju. Na przykład napis УВАЖАЙТЕ ТРУД УБОРЩИЦЫ, w uniwersyteckiej sali wykładowej czy na korytarzu, dziwił niektórych moich kolegów (mnie nie – moja matka w pewnym okresie swego życia była sprzątaczką). W moich notatkach „napisoznawczych” nie mogły się nie znaleźć i oryginalne marginalia. Otóż kiedyś w podmoskiewskiej электричке dostrzegłem na drzwiach w korytarzu napis НЕ ОТКРЫВАТЬ ДВЕРЬ НА ХОДУ ПОЕЗДА, znany mi już naturalnie wcześniej, ale potraktowany z chuligańską fantazją, ze starannie zdrapanymi literami: pierwszą, drugą, trzecią, piątą, szóstą, ósmą i dziewiątą – licząc od końca napisu. No cóż, jak śpiewał Булат Окуджава, безгрешных не знает природа…

W czerwcu 1969 r. zostałem magistrem filologii rosyjskiej, absolwentem Uniwersytetu Moskiewskiego. To ważne dla mnie wydarzenie zdeterminowało moje późniejsze losy życiowe i zawodowe.

Cieszyła też otrzymana rekomendacja na studia doktoranckie, podpisana przez samego Виктора Владимировича Виноградова.

Latem tegoż roku wróciłem jednak do Polski, by tu, na różnych uczelniach, kontynuować swoje zainteresowania lingwistyczne. Centrum tych zainteresowań stanowił oczywiście najczęściej język rosyjski, do dziś mi poza ojczystą polszczyzną nieobcy, najbliższy. Fonosfera rosyjska, to, co zostawili światu Пушкин, Лермонтов, Толстой, Тургенев, Чехов, Пастернак, Солженицын, Окуджава, później także polskie przekłady tych mistrzów rosyjskiego słowa, wypełniły moje wnętrze duchowe, stałem się przede wszystkim za sprawą tych twórców dobrowolnym więźniem rosyjskości. Przywiązaniu do niej dawałem wyraz na płaszczyźnie naukowej niejednokrotnie, ogłaszając rozmaite prace w kraju i za granicą. Chciałbym jeszcze zdążyć opublikować dwie, najobszerniejsze: Rosyjsko-polski słownik tradycji i praktyki przekładowej oraz Гиперсловарь русского языка

Autor: prof. Jan Wawrzyńczyk

Przedruk z: http://institut-etudes-slaves.fr/mon-urss/wawrzynczyk-nie-pale-moskwy/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here