Nauka o katastrofach naturalnych

0
Fot. Tesseract2, CC BY-SA 3.0

Od czasów najdawniejszych straszono ludzkość wizją różnych katastrof, kataklizmów, a nawet wizją końca świata. Przyczyniły się do tego rożne religie i samozwańczy prorocy.

W XXI wieku również ostrzeżenia na temat przyszłości naszej cywilizacji wychodzą również ze środowisk naukowych. Dotyczą one zagrożeń globalnych. Zagrożenia globalne dzielą się na dwie kategorie: 1) Te, które wynikają z naturalnych katastrof, są dziełem przyrody i ciągle jeszcze nie zostały opanowane przez człowieka, 2) Zagrożenia globalne, które są wytworem działalności człowieka.

W niniejszym eseju przedstawiam niektóre katastrofy naturalne dla naszej planety, jakie pojawiają się w opracowaniach naukowych[1].

Nauka nie wyklucza końca świata, ale wypowiada się bardzo ostrożnie na ten temat. Z reguły taką mroczną perspektywę odsuwa się o miliony czy miliardy lat. Chociaż naukowcy nie podzielają katastroficznych wizji biblijnych, to niektórzy doszukują się np. w Księdze Apokalipsy śladów racjonalnych przesłanek, formułowanych na miarę wiedzy sprzed dwóch tysięcy lat.

Faktem jest, że nasza planeta nie jest spokojna. Raz po raz nawiedzają nas różne katastrofy, a to wybuchają wulkany, a to różne miejsca na ziemi są niszczone przez trzęsienia ziemi, którym towarzyszą katastrofalne tsunami, wybuchają epidemie.

Zacznijmy od zagrożeń będących dziełem natury. Należą do nich m.in. epidemie i choroby o charakterze społecznym. Epidemie w średniowieczu dziesiątkowały duże skupiska ludności. Dziś opanowano wiele chorób. Ale pojawiają się nowe – np. AIDS, nowe wirusy, które mogą rozprzestrzeniać się zanim nauka wynajdzie skuteczne środki do walki z nimi. Choroby zakaźne są obecnie powodem około połowy zgonów na świecie. Szacuje się, że malaria atakuje co roku ok. 300 mln. ludzi. Wywołana przez wirus tak zwana grypa hiszpańska w latach 1918-1919 spowodowała śmierć 20 mln ludzi. W czasach nam współczesnych najwięcej ofiar pochłaniają malaria i gruźlica. Pojawiają się już choroby, które są odporne na antybiotyki i inne leki. Wirus zwany ebola, który po raz pierwszy pojawił się w 1976 roku, może śmiertelnie zainfekować 90% swoich ofiar.

Świat ciągle nawiedzają różne epidemie. ”Nie tylko nie udało się unicestwić prątków Kocha czy krętków bladych – gruźlica, kiła, dżuma i inne zarazy przetrwały, atakują ze zdwojoną siłą i zbierają solidne żniwo. Wielkie epidemie mają tym większe szanse, że dobiega końca epoka wszechpotężnych antybiotyków. Pojawiły się bowiem szczepy bakteryjne odporne na penicylinę i jej odpowiedniki. Kłopoty z zapewnieniem dużej części ludzkości podstawowych wymogów higieny (wskutek np. braku dostępu do czystej wody) stwarzają epidemiom wdzięczne warunki rozwoju”[2].

Wzrastający przyrost naturalny w miastach pogarsza warunki życia ludności w wielu metropoliach. Ocenia się, że obecnie co drugi człowiek żyje w mieście. Dziś na świecie jest ponad 20 miast mających więcej niż 10 mln mieszkańców. Nietrudno przewidzieć, jakie skutki może spowodować wybuch epidemii w tak licznych skupiskach ludzkich. Zwiększający się wskutek rozwoju środków komunikacji przepływ ludności sprzyja również przenoszeniu się zarazków. Pamiętamy, jakie skutki wśród Indian spowodowało przywleczenie na półkulę zachodnią przez Kolumba i jego następców ospy, grypy czy odry. Nie bez znaczenia jest też ciągle wzrastająca liczba turystów.

Dla wielu ludzi największe dziś zagrożenie stanowi wirus HIV wywołujący AIDS. W 1980 roku, kiedy sprawa AIDS stała się sprawą publiczną, ok. 300 tysięcy ludzi było nosicielami tego wirusa. Obecnie szacuje się, że ponad 30 mln. ludzi jest zainfekowana wirusem HIV.

Zdaniem niektórych uczonych gwałtowne wybuchy wulkanów były przyczyną wyginięcia dinozaurów. Wybuchy wulkanów powodujące powstawanie potężnych chmur mogą też być przyczyną tzw. zimy wulkanicznej, czegoś w rodzaju zimy nuklearnej. Potężne rozlewiska lawy mogą powodować powstawanie kwaśnych deszczy i tzw. kwaśnych mgieł. Niektórzy uczeni twierdzą, że zderzenie Ziemi z jakimś ciałem niebieskim może wywołać wybuchy wulkanów. Zderzenie z obiektem o szerokości 15 km spowoduje bowiem ruchy powierzchni Ziemi na głębokość lub wysokość 100 metrów, nawet w odległości tysięcy kilometrów od miejsca zderzenia.

W największej skali zjawisko zagłady gatunków miało miejsce ok. 250 mln lat temu, w najmłodszym okresie paleozoiku, permie. Zginęło wówczas 75-96% wszystkich istniejących gatunków. Uczeni twierdzą, że masowe wymieranie gatunków zdarza się w regularnych odstępach czasu – mniej więcej co 30 mln lat.

W pięknym Parku Narodowym Yellowstone w USA są gorące źródła, gejzery i zdaniem periodyku „National Geographic” – jeden z największych superwulkanów na świecie. Naukowcy zauważyli, że mają tam miejsce pewne zjawiska, które mogą zapowiadać katastrofalną erupcję.

Superwulkany mają niezwykłą siłę niszczącą, mogą spowodować gwałtowne oziębienie i długotrwałe zlodowacenie.

Zagrożeniem dla wielu krajów jest stałe podnoszenie się poziomu wód w morzach i oceanach. To zjawisko określa się czasem jako niewidzialne tsunami. W 2010 roku naukowcy z uniwersytetu w Sewilli w Hiszpanii ogłosili na podstawie własnych badań, że w niedługim czasie może dotknąć świat katastrofalna powódź, która zagrozi rodzajowi ludzkiemu.

Wśród potencjalnych zagrożeń dla świata wymienia się przebiegunowanie. Bieguny Ziemi zmieniają swoje położenie. Gdyby doszło do gwałtownej zmiany położenia biegunów, nastąpiłoby przesunięcie kontynentów. Niegdyś współczesne kontynenty znajdowały się w innym położeniu na kuli ziemskiej. Uczeni uważają, że około 10 tys. lat p.n.e. nastąpiło przesunięcie kontynentów. Ameryka, która była zlodowaciała, przesunęła w cieplejszą strefę na południe.

To, że klimat na Ziemi się zmienia, wiemy od dawna. Ale katastrofą dla ludzi byłaby nagła zmiana klimatu.

Jeżeli przyjmiemy, że życie na Ziemi pojawiło się ok. 3,4 mld lat temu, to przez cały czas życie to jest zagrożone. Jeżeli przyjmiemy z kolei, że od pojawienia się życia na Ziemi przewinęło się przez nią ok. 4 mld gatunków, to trzeba zauważyć, że znaczna większość wyginęła. Homo erectus istniał przez 1,8 mln lat, homo sapiens istnieje od 200 tys. lat. Średni okres istnienia gatunku ssaka szacuje się na 2,2 mln lat.

Niektórzy astronomowie wysuwają hipotezę o możliwości pojawienia się pyłu międzygwiezdnego, swego rodzaju chmury, która przesłoni Słońce, co doprowadzi do powstania na Ziemi warunków zbliżonych do panujących w epoce lodowcowej. Mało jest jednak prawdopodobne, aby takie zdarzenie miało miejsce przed upływem kilkuset tysięcy lat. Pył taki może pojawić się w wyniku superwielkiego wybuchu i na pewien czas przesłoni Słońce.

Inni astronomowie nie wykluczają, że za 5 mld lat życie na Ziemi może zniknąć na skutek przeobrażeń Słońca, na którym mogą stopniowo kurczyć się zasoby wodoru. Spowoduje to zmiany na Słońcu i nasilenie się promieni słonecznych, które będą topić skały. Wówczas Słońce może wchłonąć najbliżej niego położone planety, czyli Wenus i Merkurego, a może także Ziemię.

Powiększanie się słońca i wzrost jego temperatury – twierdzą uczeni – spowoduje, że zginie życie na Ziemi, a nasza planeta stanie się kulą magmy. „Wreszcie za 5 mld lat słońce rozedmie się do gigantycznych rozmiarów tak, że jego zewnętrzne warstwy zaczną zahaczać o orbitę Ziemi. To wyhamuje ruch naszej planety i sprawi, że zostanie ona pochłonięta przez gwiazdę – mówi Jerzy Rafalski z planetarium w Toruniu. – Wtedy i Mars przestanie nadawać się do życia. Zapanują na nim bowiem temperatury dochodzące prawdopodobnie do 500 stopni Celsjusza.

Kiedy Ziemia będzie kończyła żywot, w Układzie Słonecznym pojawią się jednak nowe miejsca do życia. Prawdopodobnie całkiem przyjemnie zrobi się na księżycach Saturna i Jowisza: Enceladusie, Tytanie i Europie. Dzisiaj to nieprzyjazne światy, gdzie panuje temperatura poniżej minus 100 stopni Celsjusza. Jednak w miarę powiększania się słońca obecny na nim lód wodny będzie się topił i zamieniał w ciepłe oceany. W takich warunkach może się rozwinąć życie”[3].

Seth Szostak, astronom z SETI Institute, twierdzi, że koniec świata będzie zastępował powoli w miarę starzenia się słońca. Stopniowo temperatura słońca podnosi się, ale nie będzie to miało konsekwencji dla ludzi na setki milionów lat. Ale później temperatura na Ziemi tak wzrośnie, że stanie się nie do przeżycia dla ludzi. Oceany się zagotują i zmieni się orbita ziemi[4].

Nauka nie wyklucza również możliwości wygaśnięcia Słońca i stygnięcia gwiazdy. Słońce będzie zmniejszało swój rozmiar, aż w końcu nie będzie miało tyle energii, by ograć Ziemię. Ale jest to perspektywa odległa mierzona w miliardach lat.

Układ słoneczny starzeje się. Kiedy był młodszy, słońce świeciło jaśniej. To oznacza, że wtedy wiatr słoneczny (strumień naładowanych cząsteczek) – pisze Krzysztof Urbański – był ok. 1000 razy silniejszy niż ten, jaki obserwujemy obecnie[5].

Nie potrafimy przewidywać wybuchów Słońca – pisze Michał Różyczka – „ale nawet gdyby duży obłok słonecznej plazmy skierował się na naszą stronę, mielibyśmy wystarczająco dużo czasu, by spokojnie wyłączyć urządzenia narażone na uszkodzenie, minimalizując w ten sposób straty. Wielkie kosmiczne kolizje zdarzają się nawet dość często (w latach 1994 i 2009 byliśmy świadkami zderzenia komety z Jowiszem), nic jednak nie wskazuje, by w najbliższych dziesięcioleciach podobny kataklizm miał zagrozić Ziemi”[6].

Wiadomo, że co pewien czas dochodzi do wybuchów na Słońcu, co powoduje zaburzenia pola magnetycznego ziemi, a to wywołuje z kolei zakłócenia w funkcjonowaniu rozmaitych urządzeń, zwłaszcza łączności i komunikacji. Najsilniejsza burzę magnetyczną odnotowano 1-2 września 1859 r. „Gdyby burza magnetyczna o takim nasileniu zdarzyła się w dzisiejszym świecie, skutki byłyby bez wątpienia znacznie poważniejsze, wręcz dramatyczne. W raporcie z 2008 roku eksperci z amerykańskiej National Academy of Sciences (Krajowa Akademia Nauk) ostrzegali, że jeśli w latach 2012-2013 erupcje na Słońcu będą tak silne, jak za czasów Dzikiego Zachodu, czeka nas cywilizacyjna katastrofa”[7].

Poza katastroficzną burzą magnetyczną w 1859 r., która wyrządziła duże szkody na ówczesnym Dzikim Zachodzie USA, w 1921 r. wybuchy na Słońcu spowodowały uszkodzenia linii telefonicznych w Szwecji. Z kolei w 1989 r. burza słoneczna doprowadziła do awarii elektrycznych linii przesyłowych w kanadyjskiej prowincji Quebec, pozbawiając 5 milionów osób prądu. W USA uszkodzeniu uległy transformatory elektryczne. „Według raportu opracowanego w 2009 r. przez NASA i amerykańską Narodową Akademię Nauk, gdyby dzisiaj taki kosmiczny kataklizm uderzył w USA, zniszczeniu uległby system energetyczny. Przestałyby działać stacje benzynowe. Kopalnie przestałyby wydobywać węgiel, stanęłyby szyby naftowe. Po trzech dobach zabrakłoby ropy do zasilania awaryjnego generatorów w szpitalach. 130 mln ludzi zostałoby bez prądu, wody, leków i żywności, telefonów[8].

Znany fizyk z City University of New York prof. Michio Kaku pisał, że „zajęliśmy dzisiaj praktycznie całą ziemię. Nie chodzi o to, że natura będzie się teraz na nas mścić, chodzi o to, że to, co kiedyś nie miało żadnego wpływu na nasz świat, dzisiaj może zdmuchnąć go z powierzchni niczym domek z kart”[9].

Możliwy jest także wybuch gwiezdny o sile miliardy miliardów razy większej aniżeli wybuch bomby wodorowej Do innych potężnych wybuchów może dojść w wyniku łączenia się tzw. czarnych dziur lub gwiazd neutronowych albo też czarnej dziury z gwiazdą neutronową. Badania wykazują, że w naszej Galaktyce istnieje około stu milionów czarnych dziur. Jednak tego rodzaju apokalipsa nie przydarzyła się Ziemi od wielu lat.

Niedawno, bo w 1989 roku astronomowie odkryli ślady wybuchu w przeszłości gwiazdy supernowej. Eksplozja miała miejsce stosunkowo blisko Ziemi, a błysk wybuchu powinien być zauważony ok. 1250 roku. Ale nie zachowały się kroniki, które by odnotowały ten fakt[10].

W 1998 roku astronomowie odkryli ślady najpotężniejszych eksplozji w dziejach kosmosu, która wydarzyła się ok. 12 mld lat temu. Wydzieliło się wówczas więcej energii, aniżeli Słońce wypromieniuje w ciągu całego swojego istnienia. Był to wybuch gwiazdy supernowej, a podmuch dotarł na Ziemię dopiero teraz[11]. Wieść o największej katastrofie w dziejach Wszechświata wywołała wśród laików pewne zaniepokojenie o losy naszej planety. Na szczęście w porównaniu z okresem, w którym istnieje życie na Ziemi, do podobnych kataklizmów dochodzi rzadko i daleko. Nie można jednak wykluczyć, że z otchłani kosmosu nadciąga straszliwa fala energii, która kiedyś wypali ziemską biosferę”[12].

Nie mamy ciągle definitywnej odpowiedzi na pytanie, czy Wszechświat będzie się rozszerzał, czy też będzie się kurczył. Dotąd przeważała hipoteza, że Wielki Wybuch wprowadził Wszechświat w ruch, który ciągle trwa i powoduje stałe jego rozszerzanie się. Kiedy owo rozszerzanie osiągnie masę krytyczną, galaktyki zbliżą się do siebie i nastąpi „wielkie zgniecenie”. Ale są grupy uczonych, którzy twierdzą, ze to rozszerzanie nie może trwać w nieskończoność i nadejdzie taki moment, w którym Wszechświat zacznie się kurczyć i powróci do punktu wyjścia.

Ziemia może zderzyć się z jakąś kometą lub asteroidami[13]. Uczeni wykryli około 200 obiektów, które stanowią zagrożenie dla naszego globu. Przypuszczają oni jednak, że takich obiektów jest w rzeczywistości o wiele więcej, może nawet kilka tysięcy. Orbity tych ciał kosmicznych przecinają się z orbitą ziemską i gdyby doszło do kolizji, wówczas mogłoby to skończyć się dla nas katastrofą. Astronomowie wprawdzie różnią się w ocenach kosmicznych zagrożeń, ale przeważa pogląd, że nas, mieszkańców Ziemi, czekają miliony lat spokoju z punktu widzenia prawdopodobieństwa katastrof kosmicznych.

Wysuwane są różne hipotezy, jak takiej katastrofie zapobiec. Rozważa się między innymi możliwość dokonania eksplozji nuklearnej w pobliżu zagrażającej Ziemi planetoidy, aby spowodować zmianę jej kursu lub też doprowadzić do jej rozpadu. Gdyby doszło do rozerwania się takiej planetoidy, to na Ziemię mógłby spaść swego rodzaju śmiertelny deszcz. Planetoida, która znajdzie się na kursie kolizyjnym z Ziemią, musiałaby więc zostać dostatecznie wcześnie dostrzeżona, a zmiana jej kursu poprzez eksplozję jądrową – dokonana możliwie daleko od naszej planety[14].

W 1994 roku Jowisz został uderzony przez 20-kilometrowej długości odłamek komety Shoemaker-Levy, co spowodowało wybuch o sile 6 mln megaton. Prognozuje się, że w roku 2126 kometa Swifta-Tuttle’a, która przesuwa się z szybkością 65 km na sekundę, przetnie orbitę ziemską w punkcie stosunkowo mało odległym od Ziemi[15]. Warto w tym miejscu przypomnieć, że jedna z najpoważniejszych hipotez głosi, iż dinozaury wyginęły ok. 65 mln lat temu wskutek zderzenia jakiegoś ciała niebieskiego z Ziemią.

Agencja NASA sygnalizuje możliwość uderzenia w Ziemię asteroidy oznaczonej symbolem AG5. Mogłoby to zdarzyć się 5 lutego 2040 roku, ale prawdopodobieństwo takiej katastrofy jest jak 1:625. Uczeni zastanawiają się, jakim sposobem można by zmienić tor asteroidy, aby uniknęła kolizji z naszą planetą. Powołano nawet międzynarodową grupę naukowców do rozwiązania tego problemu.

W 2002 roku NASA ostrzegła, że 1 lutego 2019 roku orbita asteroidy oznaczonej symbolem 2002 NT7 przetnie się z orbitą Ziemi, a to grozi uderzeniem w naszą planetę. Jednak prawdopodobieństwo takiej katastrofy jest jak 1:1000000[16]. Z podobnym ostrzeżeniem wystąpiło obserwatorium na szczycie Kitt Peak w Arizonie w 2000 roku, informując, że asteroida 2000 BF19 może znaleźć się w kolizji z Ziemią w 2022 roku[17].

„Pod koniec 2011 roku NASA na podstawie obserwacji z satelity WISE podała szacunkową liczbę asteroid, których trajektorie przecinają orbitę Ziemi. Mogłyby one potencjalnie trafić kiedyś w Ziemię. Nazwano je asteroidami NEAR. Tych największych, których średnica przekracza kilometr i które mogłyby nam zgotować los dinozaurów, jest aż 980. Jednak tylko odkryty właśnie AG5 może zagrozić Ziemi w ciągu kilkudziesięciu lat.

Ostatnią dużą asteroidą, która przeleciała w listopadzie 2011 roku w pobliżu Ziemi, była YU55. Ten 400-metrowy głaz przemieścił się w odległości 325 000 km od naszej planety, ale wystarczyło to, by postawić na nogi światowe agencje kosmiczne. Gdyby asteroida trafiła w Ziemie, wybiłaby krater o średnicy 6 km i głębokości 0,5 km, a także spowodowałaby wstrząsy o sile 7 stopni Richtera[18]”.

Można sobie racjonalnie wyobrazić możliwość zderzenia naszej planety z jakimś potężnym ciałem kosmicznym. „Scenariusze takich kolizji wyglądają iście apokaliptycznie. Uderzenie w Ziemię ciała o średnicy kilometra miałoby już konsekwencje globalne. Trafienie w ocean spowoduje błyskawiczne odparowanie wielkich mas wody i powstanie fal o wysokości 15 km, które wędrują w głąb lądów, pustosząc wszystko po drodze. Ostatnim, którzy ocaleją, dadzą się we znaki trzęsienia ziemi, pożary, kwaśne deszcze azotowe. Wyrwane z dna oceanu miliony ton materii, uniesione w atmosferę, odetną na kilka lat światło słoneczne. Wśród mrozów, jakich ludzkość nie znała, ustanie wegetacja roślin i wyginą zwierzęta lądowe. Kiedy powietrze przejaśni się na tyle, by ludzkie oko mogło ogarnąć obraz zniszczeń, prawdopodobnie nie będzie miał już kto opłakiwać cywilizacji na jej ruinach[19]”.

W sąsiedztwie Ziemi ciągle przelatują różne ciała. Są one monitorowane. Jeżeli znajdą się w ziemskiej atmosferze, to spalają się i nie dochodzi do zderzenia. Ostatni raz asteroida uderzyła w Ziemię w 1908 roku

Uczeni wysuwają hipotezę, że galaktyki zderzają się. Większe wchłaniają mniejsze. Za pięć miliardów lat nasza galaktyka, Droga Mleczna, może zderzyć się z odległą o 2,5 miliona lat świetlnych galaktyką Andromedy. Wówczas „do centrum naszej galaktyki zacznie obficie napływać materia międzygwiazdowa, która obudzi znajdującą się tam, lecz drzemiącą dziś, olbrzymią czarną dziurę o masie czterech milionów mas Słońca. Bliskie otoczenie dziury rozbłyśnie wtedy z mocą większą od łącznej mocy setek miliardów gwiazd, jak to obserwujemy w wielu parach galaktyk, które podobny kataklizm przezywaja na naszych oczach[20]”.

Mimo ogromnych postępów w dziedzinie badań Kosmosu w drugiej połowie XX wieku stan naszej wiedzy o przestrzeni kosmicznej i o prawach w niej obowiązujących jest stosunkowo ograniczony. Nie należy więc wykluczać katastrof i zjawisk, których w tej chwili nie możemy sobie wyobrazić. Istnieje nawet teoria chaosu, całkowitego załamania się znanych nam dziś reguł panujących w systemie słonecznym. Uczeni będący wyznawcami tej teorii twierdzą, że wielu rzeczy nie da się przewidzieć, zwłaszcza setki milionów la naprzód. Planety mogą zmienić swe orbity, trudno określić również ruchy asteroidów. Potężne uderzenia może zniszczyć ekosystem Ziemi.

Uczeni amerykańscy i argentyńscy w 1998 roku znaleźli na terenie Argentyny ślady upadku na Ziemię potężnego meteorytu, którego średnica mogła sięgać kilometra. Wyżłobił on krater o średnicy 20 kilometrów. Upadek ten prawdopodobnie nastąpił około 3,3 miliona lat temu.

Astrofizyk z uniwersytetu w Goeteborgu Marek A. Abramowicz apelował, aby nie utożsamiać astrologów z samozwańczymi prorokami.

„Odróżniając astrologów od wróżbitów i szarlatanów, chcę być lojalny wobec znanych mi astrologów, z którymi czasem prowadzę publiczne spory, a których często zrównuje się z szarlatanami i wróżbitami. Astrologowie nie przyjęli do wiadomości pewnych faktów i nadal tkwią w błędzie, ale są wykształceni i uczciwi w tym, co robią. Błądzić jest rzeczą ludzką. Błądzą też współcześni fizycy. Znam wielkiego formatu uczonych, którzy ciągle uznają prawdziwość kosmologii bez początkowego Wielkiego Wybuchu. Wierzę, że i jedni, i drudzy nie oszukują. Natomiast zawodowi wróżbici i szarlatani, którzy piszą gazetowe horoskopy niemające nic wspólnego z astrologią, albo katastrofiści, co straszą ustawieniem planet, nie wierzą ani trochę w to, co robią, bo robią to wyłącznie dla pieniędzy lub hucpy. Nie łamią oni prawa, tylko grzeszą zuchwale i obrażają poczucie przyzwoitości, a to, jak wszyscy wiemy, wolno w wolnym kraju.

Astrologia była zawsze zwalczana przez Kościół jako prowadzący do grzechu zabobon pokrewny pogańskiemu (także greckiemu) fatalizmowi, czyli przekonaniu, że – upraszczając – los człowieka jest ustalony już w chwili urodzin i nie można go zmienić (opowiada o tym na przykład mit Edypa). Zgodnie z nauką Kościoła ludzie świadomie dokonują moralnych wyborów zależnych tylko od ich wolnej woli, autonomicznej nawet względem Boga i prowadzą wedle swego wyboru życie grzesznych lub cnotliwe. Jesteśmy wolni, a to czy postępujemy godnie czy podle to nasza osobista zasługa lub wina, a nie ślepy traf związany z chwilą urodzin. Wolność to obowiązek wobec siebie, innych i Boga. Astrologia temu zaprzecza, odmawiając ludziom prawdziwej wolności[21]”.

Uczeni konstruują różne optymistyczne hipotezy twierdząc, że wraz z końcem świata nie zniknie życie. „Prawa fizyki – pisze Bożena Kastory – dopuszczają bowiem taką ewolucję Wszechświata, w której będzie on trwać wiecznie. Co więcej – możliwe będzie nawet powtórne przywołanie do istnienia tych, którzy już dawno żyć przestali”.

Dalej autorka, powołując się na autorytety naukowe, pisze: ”Wszyscy będziemy mogli jeszcze raz powrócić do życia jako symulacja komputerowa i żyć wiecznie” – przewiduje Frank Tipler w swojej książce The Physics of Immortality (Fizyka nieśmiertelności). Nie jest on wcale autorem science fiction, ale jednym z najwybitniejszych naukowców, profesorem fizyki matematycznej na Uniwersytecie Tulane w Nowym Orleanie.

Podobnego zdania jest inny wybitny przedstawiciel nauk ścisłych, prof. Freeman Dysom z amerykańskiego Instytutu Badań Zaawansowanych (Institute for Advanced Study), zajmujący się m.in. fizyką kwantową i konstrukcją reaktorów termojądrowych. Sądzi on, że życie mogłoby przetrwać nawet w wysoce niekorzystnych warunkach rozpadającego się Wszechświata. Żywe organizmy muszą się tylko nauczyć drastycznie obniżać zapotrzebowanie na energię. W końcowych przypadkach mogłyby się ratować hibernacją, zawiesić funkcje życiowe na miliony lat i powrócić do działania w bardziej przyjaznych warunkach[22]”.

Możemy dużo pisać o naturalnych katastrofach mogących dotknąć naszą planetę. Trzeba jednak przyznać, że największe zagrożenie dla przyszłości świata stanowi działalność człowieka. Człowiek posiadł zdolność zmiany świata na lepsze, jak również zdolność zniszczenia go.

[1] Szerzej przedstawiłem różne zagrożenia naszej planety Ziemi w pracy pt. „Czy nastąpi koniec”, Oficyna Wydawniczo-poligraficzna „Adam”, Warszawa 2012, s. 256.

[2] Marek Oramus, Zapowiadamy koniec świata na 12 sposobów, „Gazeta Wyborcza”, 2.01.2003 r.

[3] Katarzyna Burda, Kiedy słońce pożre Ziemię, „Newsweek”, 16-22.01.2012 r.

[4] http://www.hufftingtonpost.com/seth-shosak/the-real-end-of/the/world_b_865277.html

[5] Krzysztof Urbański, Słońce skarlało, „Rzeczpospolita”, 18-19.02.2012 rok.

[6] Michał Różyczka, Szal ciał, „Polityka”, 1.02-7.02.2012 r.

[7] Tomasz Stawiszyński, Powtórka z Apokalipsy, Newsweek”, 19-25.03.2012 r.

[8] Tomasz Ulanowski, Słoneczna Apokalipsa,” Gazeta Wyborcza”, 10.04.2012 r.

[9] „Newsweek”, 19-25.03.2-12 r.

[10] Piotr Cieśliński, Dlaczego nikt nie widział eksplozji, ”Gazeta Wyborcza”, 13 listopada 1998 r.

[11] Piotr Cieśliński, Największa katastrofa w dziejach Wszechświata, „Gazeta Wyborcza”, 8.05.1998 r.

[12] Marek Karolkiewicz, Błysk miliarda galaktyk, „Przegląd Tygodniowy”, 27.05.1998 r.

[13] Franklin M. Branley, The End of the World, Crowell, New York 1974.

[14] Piotr Cieśliński, Mikołaj Korzyński, Czekając na asteroid, „Gazeta Wyborcza”, 5.06.1998 r.

[15] P.C. Davies, The Last Three Minutes, Basic Books, New York 1994, s. 1,3.

[16] Koniec świata AD 2019? Raczej nie, chyba żeby …, „Gazeta Wyborcza”, 25.07.2002 r.

[17] „International Herald Tribune”, 9.02.2000 r.

[18] http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,11256311,NASA_Poteza_asteroida_może_nas_trafic_za 3-_lat.html

[19] Marek Ramus, Zapowiadamy koniec świata na 12 sposobów, „Gazeta Wyborcza”, 2.01.2003 r.

[20] Michał Różyczka, Kosmiczny kanibalizm, „Polityka”, 20.03.2012 r.

[21] A planety nie szaleją, „Gazeta Wyborcza”, 22-24.04.2000 r.

[22] Bożena Kastory, Spotkajmy się po końcu świata, „Newsweek”, 24.07.2011 r.

Poprzedni artykułUrszula Plewka-Schmidt – niezapomnianą artystką tkaniny przestrzennej
Następny artykułŚwiat przyszłego pokolenia
Longin Pastusiak
Prof. dr hab. Longin Pastusiak - politolog, amerykanista. Ukończył studia na Wydziale Dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Spraw Międzynarodowych University of Virginia w Stanach Zjednoczonych. W latach 1963-1993 pracował w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Od 1978 r. profesor nadzwyczajny, a od 1986 r. profesor zwyczajny. W latach 1994-2005 Profesor Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1985 -1988 Prezes Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Poseł Ziemi Gdańskiej w Sejmie I, II, III kadencji (1991-2001). Wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP oraz przewodniczący stałych delegacji Sejmu i Senatu do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO oraz do Zgromadzenia Parlamentarnego Unii zachodnioeuropejskiej W latach 2002-2004 wiceprezydent Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. W latach 2001-2005 marszałek Senatu V kadencji. Profesor w Akademii Finansów oraz w Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie. Obecnie jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, gdzie jest Dyrektorem Instytutu Spraw Społecznych i Stosunków Międzynarodowych. Prof. Longin Pastusiak wykładał na uczelniach polskich i zagranicznych. Doctor honoris causa uczelni polskich i zagranicznych. Prof. dr hab. Longin Pastusiak jest autorem ponad 700 publikacji naukowych w tym ponad 90 książek. W 2015 r ukazały się następujące książki prof. L. Pastusiaka: * Polacy w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, Bellona, Warszawa 2015. * Prezydenci USA w anegdocie. Od Trumana do Obamy, Bellona, Warszawa 2015. * Prezydent dobrych intencji. Polityka zagraniczna Baracka Obamy, Oficyna Wydawnicza “Adam”, Warszawa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here