Mój punkt widzenia problematyki przedstawionej w artykule „O Polsce w niemieckich mediach – moje krytyczne refleksje” autorstwa Ryszarda Lipczuka

3

Od kilku miesięcy jestem czytelnikiem „Przeglądu Dziennikarskiego” i z uwagą śledzę artykuły, które się w nim ukazują. Ze szczególną uwagą czytam i analizuję artykuły dotyczące stosunków polsko-niemieckich z racji mojego statusu i miejsca zamieszkania. Ostatnio zainteresował  mnie artykuł O Polsce w niemieckich mediach – moje krytyczne uwagi” autorstwa Ryszarda Lipczuka. Wzbudził on u mnie chęć poznania i zrozumienia przyczyn tak różnego odbioru tych samych faktów. Mój odbiór przedstawianych informacji w niemieckiej prasie jest diametralnie odmienny od odbioru autora wspomnianego artykułu. Przypuszczam, że sposób widzenia tych samych zjawisk zależy od perspektywy obserwacji. Swój punkt widzenia postaram się uzasadnić poprzez własny pryzmat postrzegania tych samych faktów, a więc z mojej perspektywy, nie tracąc jednocześnie z pola widzenia rzeczywistych zdarzeń.

Nie jestem dziennikarzem, socjologiem, psychologiem ani językoznawcą. Odbieram wszystkie informacje jako przeciętny obywatel tego kraju. Mój techniczny zawód i ponad 40-letnia praca ze skomplikowanymi systemami elektrycznego sterowania nauczyły mnie systematyki w myśleniu i analitycznej oceny zależności. Ponieważ od ponad 33 lat mieszkam w Niemczech, a dokładniej w Berlinie – mieście, gdzie na każdym kroku widać jego  strukturalną i kulturalną różnorodność – to właśnie ta tematyka jest mi szczególnie bliska. Interesują mnie aktualne wydarzenia kulturalne i polityczne, a swoją wiedzę polityczno-historyczną opieram, oprócz własnego doświadczenia, m.in. na literaturze niemieckojęzycznych czasopism (Der Spiegel, Die Zeit, Frankfurter Allgemeine, Spektrum, Neue Züricher Zeitung, Welt, itp.) i  programach telewizyjnych (takich jak np. ARD, ZDF, ZDF Info, PHÖNIX, N-Tv, ARTE, RBB, SRF, a czasem też RTL).  Mam też w Niemczech wielu przyjaciół, znajomych, sąsiadów i członków rodziny. Dyskutuję z nimi  często na tematy historyczne (od niedawna to moja pasja) i aktualne wydarzenia polityczne. W Polsce również posiadam rodzinę, bywam tam regularnie, a swoją wiedzę w tej tematyce czerpię z polskojęzycznych czasopism (GW, Polityka, Rzeczpospolita, Wprost, informacyjne portale internetowe), z telewizji TVN, ale też czasem przeglądam Do Rzeczy, Sieci. Państwowych programów TVP1,TVP2 i TVP Info  nie oglądam w ogóle, gdyż uważam, że  sposób podawania informacji  i ich treść urąga mojej wiedzy w prezentowanych przekazach.

Ponieważ autor artykułu opiera swoją wiedzę o relacjonowaniu wydarzeń w Polsce, na podstawie podesłanych mu przez kolegę artykułów z niemieckojęzycznej prasy i na tych, które można zdobyć na drodze oficjalnych przekazów państwowych, to siłą rzeczy nasze obrazy postrzegania rzeczywistości mogą się znacznie od siebie różnić. Trzeba również uwzględnić fakt, że niemieckie media podają informacje głównie dla swoich obywateli, dla których jednakowe ich traktowanie (niezależnie od rasy, wyznania, poglądów czy narodowości) oraz praworządność są wartościami  niepodważalnymi i nienaruszalnymi. Chyba nie ma drugiego takiego kraju w Europie jak Niemcy, którego obywatele „na własnej skórze” odczuliby skutki działania władzy autorytarnej, nacjonalizmu i prześladowania mniejszości. W okresie  powojennym amerykańscy okupanci, a później „wychowane” przez nich elity kierujące państwem niemieckim, skutecznie uzmysławiały potomkom sprawców (bo ogromna większość tych sprawców nie miała już wpływu na losy państwa) rozmiar zbrodni, jakich w imieniu państwa niemieckiego dokonał reżim totalitarny przy czynnym udziale wiwatujących tłumów. Tłumów nie do końca świadomych konsekwencji, powstałych w wyniku decyzji tego reżimu dla współobywateli i dla innych narodów. Ta edukacja trwa nieprzerwanie do dzisiaj. W państwowej telewizji np. PHÖNIX, ZDF Info, lub ZDF neo, ale też w ARTE – nie ma dnia, by na którymś z tych kanałów nie były przedstawiane historyczne materiały, archiwalne dowody detali prowadzących do wybuchu wojny, mających wpływ na jej przebieg i skutki. Ponieważ nasze dzieci uczęszczały do niemieckiej szkoły, to wiem, jaką wagę przykłada tu szkolnictwo do problematyki związanej z odpowiedzialnością Niemiec za II wojnę światową. Marzyłoby mi się, aby w polskim szkolnictwie w tak (w miarę) obiektywny sposób przedstawiano historię. Trudno zatem się dziwić, że nacjonalizm kojarzy  się  Niemcom  z masową eksterminacją Żydów, prześladowaniem ludzi przynależnych do grupy LBGT  i pochodami faszystów z płonącymi pochodniami i transparentami o wyższości swojej rasy. Trzeba nie lada wysiłku, by przeciętny niemiecki obywatel w polskim marszu narodowców ze sztandaremm „Europa dla Białych”,”Czysta krew, czysty umysł” w oparach ognia palących się rac i przy dźwiękach okrzyków umiłowania bliźniego za pomocą sierpa i młota, dostrzegał tu  rodzinne święto radości,  tak jak to widzi autor artykułu. Dla przeciętnego Niemca rodzinne święto radości kojarzy się z przemarszem kolorowo ubranych, bawiących się wesoło, uczestników karnawału  np. w Köln.

Uważam również, że zarzuty co do stronniczości niemieckich mediów, w odniesieniu do konfliktu granicznego polsko-białoruskiego, są zupełnie nietrafione. Proszę przeczytać  jeszcze raz  to zdanie Belarus macht Polen für Eskalation an der Grenze verantwortlich” („Białoruś oskarża Polskę o eskalację na granicy” – Der Tagesspiegel, 16.11.21) – zdanie w trybie oznajmującym (Indikativ – normalna, neutralna forma językowej wypowiedzi). Przecież to stwierdzenie  faktu, iż   „Białoruś oskarża Polskę”, a korespondent nie zajmuje przy tym żadnego stanowiska. To samo dotyczy akapitu „podczas, gdy wypowiedzi strony polskiej występują w trybie przypuszczającym Konjunktiv II [w ten sposób wyraża się dystans, wątpliwości co do prawdziwości wypowiedzi] (Migranten bekämen „Werkzeuge und Tränengas”- „Migranci jakoby dostawali [od Białorusi] jakieś przedmioty i gaz łzawiący”)! Zastosowany tu Konjunktiv II wynika z faktu, iż ta wiadomość w żaden sposób nie została sprawdzona, gdyż strona polska uniemożliwia niezależnemu dziennikarstwu dostęp do granicy. Na tym właśnie polega bezstronne dziennikarstwo informacyjne, które ma za zadanie informować o faktach, a nie sugerować cokolwiek. To, jak autor artykułu odbiera wydźwięk tego sformułowania, jest tylko jego subiektywnym odczuciem. Subiektywne, to znaczy: opinia autora podyktowana jest jego własnymi odczuciami, sądami i zależy od jego perspektywy widzenia świata, własnych przekonań, poglądów i uczuć. Wprawdzie naukowa działaność zawodowa daje narzędzia do obserwowania i opisania świata z szerszej perspektywy niż własna, ale… ostateczny pogląd i opinia zależy już od podmiotu poznającego. Autor stwierdzenia z ”Tagesspiegla” kieruje informacje do niemieckiego czytelnika, a ja się także za takiego uważam, a ten przekaz dla mnie jest jednoznaczny. Wiadomość sprawdzalna jest podana w tybie oznajmującym, a wiadomość „jakoby tak było” – podana jest w trybie przypuszczającym. Nie widzę tu żadnej manipulacji.

Nie widzę też żadnej niedorzeczności w nazywaniu Gazety Wyborczej i Newsweeka jako „angesehene” (szanowane) czasopisma, gdyż w oczach całego europejskiego dziennikarstwa zasłużyły one sobie na miano wiarygodnego źródła informacji. Aby uzyskać takie miano, wymienione wyżej czasopisma musiały wykazać się przez długi okres swojej działalności wiarygodnością. Osobisty pogląd oceniającego nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia, podobnie jak fakt, kto jest  właścicielem wydawnictwa.

To  raczej w tekście autora osobiście widzę próbę manipulacji, gdyż wspomniany jest niemiecki właściciel „Newsweeka”, podczas gdy fakt polskiego właściciela „Wyborczej” jest skrzętnie pominięty. Nie słyszałem nigdzie, by użytkownicy niemieckiej marki samochodów Mercedes „psioczyli” na ich jakość tylko dlatego, że są niemieckie. Z czasopismami jest podobnie – na miano „angesehen” trzeba sobie swoją solidnością zapracować. Widocznie polska „Gazeta Wyborcza” w oczach niemieckiego i europejskiego dziennikarstwa na takie miano zasłużyła i to niezależnie od tego,  jaką osobistą  ocenę wystawia jej autor „krytycznych refleksji”.

Autorowi „krytycznych refleksji” nie podoba się też – tu cytat: konstrukcja przymiotnikowa: „umstrittene Justizreform” (kontrowersyjna reforma sądownictwa), a całe sądownictwo w Polsce jest „rechtswidrig”, „unrechtmäßig” (bezprawne, nielegalne, sprzeczne z prawem), zależy tylko od polityków…

Zatem nasuwa mi się tutaj pytanie dotyczące wiarygodności tych sformułowań. Czy jest w nich coś nieprawdziwego? To przecież Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej  i Europejski Trybunał Praw Człowieka, najważniejsze instancje europejskie w zakresie prawa, swoimi wyrokami te fakty potwierdziły. Nie czuję się kompetentny, aby podważać wyroki najwyższych instancji sądowniczych Europy, nad ich prawnym konsensusem dla państw unijnych pracowano przez dziesięciolecia (także Polska ma swój wkład w tworzeniu tego prawodawstwa). Potrafię czytać Kontytucję RP i jak mi się wydaje, rozumiem też pojęcie trójpodziału władzy, który jest w niej zapisany. Wprawdzie nie jestem prawnikiem ani historykiem, ale jednak świadomym obywatelem uczestniczącym nie tylko w kilku zmianach ustrojowych politycznych państw, ale także zaciekawiony historycznym procesem rozwoju państwowych systemów politycznych. Wydaje mi się, że trudno by mnie było dziś przekonać do opinii, że w Polsce od kilku lat w dalszym ciągu funkcjonuje wypracowany na początku lat 90. system polityczny oparty na trójpodziale władzy.   

Przy tej okazji czuję potrzebę wyjaśnienia problematyki wyboru sędziów do niemieckiego Bundesvervassung Gericht (Odpowiednik Polskiego Trybunału Konstytucyjnego). Przedstawiciele polskich władz bardzo często powołują się na fakt, że w Niemczech – to politycy wybierają członków tego Gremium i widzą w tym nierówne traktowanie poszczególnych krajów UE. Zacznę od tego, że Polsce nikt nie zarzuca wyboru sędziów przez polityków, tylko fakt, że ci politycy są z jednej opcji politycznej uzależnionej od Władzy Wykonawczej. To jest sprawa indywidualna każdego z państw EU, za pomocą jakich mechanizmów wprowadzana jest niezależność sądownictwa od władzy wykonawczej.

W Niemczech, z uwagi na federacyjną konstrukcję Państwa, wybór sędziów do Sądu Konstytucyjnego odbywa się odpowiednio dla systemu federalnego Państwa. Sąd Konstytucyjny składający się z 16 sędziów wybierany jest w jednej połowie przez Bundestag (Sejm), a w drugiej połowie przez Senat (Reprezentacja Landów). Pomijając ostre wymogi formalne, komisje sejmowe (składają się z przedstawicieli wszystkich partii politycznych zasiadających w Bundestagu proporcjonalnie do zdobytych mandatów), wybierają w ramach wspólnego porozumienia 8 przedstawicieli do Bundesvervassungsgericht. Pozostałych 8 członków wybiera Senat złożony z przedstawicieli Landów. Wybory do poszczególnych Landów rozłożone są w czasie na okresy  niezależne od wyborów do Sejmu (Bundestagu). W ten sposób zagwarantowana jest płynność większościowa Senatu. Praktycznie niemożliwe jest „ustawienie” składu sędziowskiego według klucza partyjnego. Podczas 16 – letniej kadencji CDU nie było przypadku, by większość Sędziów Trybunału Konstytucyjnego stanowili sędziowie wybrani przez przedstawicieli jednej partii. Unia Europejska nie narzuca modelu wyboru, ale wymaga, by skład sędziowski był niezależny od władzy wykonawczej. Jak widać na przykładzie Polski, metodą sztuczek prawnych i jawnego  łamania Konstytucji, Polski Trybunał Konstytucyjny zdominowany został przez przedstawicieli wyasygnowanych przez władzę Wykonawczą, co jest sprzeczne z ideą egzystencji UE. I to jest sedno konfliktu.

Co do strony językowej niemieckich mediów, nie będę się wypowiadał w szczegółach, bo się na tym nie znam, ale  taki zarzut, że „Obecny polski rząd nazywany jest prawie zawsze (!): national-konservative PiS-Regierung (narodowo-konserwatywny rząd PiS-u), albo podobnie. Tego rodzaju określenia (również takie przymiotniki, jak: nationalistisch, rechtspopulistisch („prawicowo-populistyczny”), a czasem nawet rechtsextrem „skrajnoprawicowy”) mają w języku niemieckim pejoratywne konotacje” jest kompletnie nie na miejscu. Moim zdaniem trzeba by sobie zadać pytanie zgodności sformułowań z faktami,  a nie kierować się konotacjami niemieckojęzycznych czytelników. Według definicji użytych określeń zastosowane wyrazy są zgodne ze stanem faktycznym. Możemy dyskutować, czy polski  rząd jest prawicowo-populistyczny czy może lewicowo-idealistyczny, ale stawianie zarzutu, iż dziennikarze niemieccy ten rząd tak  widzą jest – według mnie – nieuprawnione.

Praktycznie do każdego z akapitów tego artykułu mógłbym szczegółowo przedstawić swoje zdanie odrębne, ale sformułowanie „Nie ma w Niemczech takiego pluralizmu mediów jak w Polsce, tam wszystkie (prawie wszystkie)media – ze swoją polityczną poprawnością – mówią podobnym głosem, reprezentują identyczne lub podobne punkty widzenia” – zwaliło mnie dosłownie z nóg. Autor miał na myśli chyba kulturę dyskusji, a nie treść! Praktycznie w każdej dyskusji są reprezantanci różnych opcji politycznych i różnego zapatrywania na dyskutowane tematy. We wszystkich dyskusjach politycznych przekazywanych przez telewizję publiczną są przedstawiciele wszystkich nurtów politycznych. Zastanawiam się, jaki to niemiecki telewizyjny program dyskusyjny mógł wpłynąć na wyciągnięcie przez autora takich właśnie wniosków? Oglądam często takie programy publicystyczne i to jest „miód na moją duszę”, gdy po obejrzeniu „Kawy na ławę” czy „7 Dni tygodnia”, przełączę na dyskusję o społeczno-politycznych sprawach w jakimś niemieckim programie. Mam wrażenie, że autor wymienionego wyżej cytatu o braku pluralizmu w dyskusji, nigdy nie oglądał któregoś z poniżej wymienionych programów publicystycznych nazywanych tu Talkshows. A są to w szczególności: Programy Anny Will, Maybritt Illner, Markusa Lenz czy Mischberger – Die Woche, albo ”Hart aber fair” von Franz Plasberg. Jeśli tematyka tego akurat dotyczy, to zapraszani są również zwolennicy partii PiS. Nie spotkałem nigdy przedstawiciela partii PiS, bo na pytanie któregoś z widzów, dlaczego nie ma żadnego przedstawiciela partii rządzącej, skoro dyskusja dotyczy przestrzegania prawa w Polsce – odpowiedź moderatora była jednoznaczna „Nie znaleźliśmy odważnego”. Polecam te programy wszystkim, którzy znają język niemiecki, interesują się polityką i życiem społecznym, i sądzę, że po ich obejrzeniu raczej nie znajdzie się ktoś odważny, by stwierdzić, że  „dyskutanci mówią podobnym głosem” (w podobnym tonie nagłośnienia – to zgoda).

Myślę, że moją analityczną oceną tez zawartych w artykule „krytyczne refleksje” chociaż częściowo przybliżyłem uzasadnienie stwierdzenia autora  cytatu  „Czy można się dziwić, że w niedawnym sondażu stacji telewizyjnej ZDF aż 80 (słownie: osiemdziesiąt) procent ankietowanych Niemców opowiedziało się za odebraniem Polsce należnej jej kwoty z unijnego Funduszu Odbudowy (szok!)? Tylko…., że nie jest to wynik propagandy niemieckiej i braku obiektywizmu widzianego oczami polskiego „patrioty”, tylko realna ocena stanu faktycznego, widziana oczami sondowanego telewidza, płatnika netto (czyżby wynik sondy należało zmanipulować dla zadowolenia polskiego widza?). I nie chodzi tu o ukaranie kogokolwiek, tylko o wymuszenie przestrzegania wspólnych europejskich wartości, przestrzegania prawa europejskiego, do czego zobowiązało się każde Państwo wchodzące w struktury Unii Europejskiej. Faktem jest, że założyciele EU przewidzieli jakie  warunki trzeba spełnić (stąd lata pertraktacji), by być członkiem EU, ale  nie przewidzieli tego, że któreś Państwo może nie wypełniać swoich zobowiązań. Tak jak unijny Fundusz Odbudowy należy się Polsce, tak samo Unii Europejskiej należy się wypełnianie wobec niej zobowiązań gwarantowanych w podpisanych traktatach. Unia Europejska jest na etapie szukania rozwiązań prawnych, by wymusić realizację podjętych zobowiązań. Tu chciałbym podkreślić, że Unia Europejska to MY. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jej kształt i funkcjonowanie, każde państwo ma swoich przedstawicieli, którzy negocjują wszelkie prawne, polityczne czy społeczne zmiany tak długo, aż się dogadają dla wspólnego dobra. Ideał? Wszyscy myślą o sobie i innych w sposób solidarny i z poszanowaniem prawa i uzgodnień. A praktyka? …..

Autor tekstu: Bernard Mack

3 KOMENTARZE

  1. Szanowny Panie!
    Dziękuję za Pana obszerny tekst jako reakcję na „moje krytyczne refleksje” o niemieckich mediach. Doceniam – mówię to bez ironii – że poświęcił Pan tyle wysiłku na analizę mojego skromnego artykułu.
    Ja też skorzystam z okazji do riposty, wykorzystam tolerancję Redakcji Przeglądu Dziennikarskiego dla moich dywagacji, które zresztą nie korespondują z większością wypowiedzi na łamach tego gościnnego dla mnie portalu.
    Spróbuję odwoływać się – zgodnie z Pana sugestiami – do faktów i unikać subiektywizmu. Odniosę się tu do niektórych z poruszonych przez Pana tematów.
    Ja też oglądam – choć nieregularnie – debaty w niemieckiej telewizji publicznej. Uczestniczyła w nich niegdyś dziennikarka z Polski Aleksandra Rybińska, powiedzmy że o poglądach konserwatywnych – każdorazowo miała naprzeciwko siebie kilku wytrawnych niemieckich dziennikarzy i polityków, którzy solidarnie (czasem wręcz agresywnie) krytykowali Polskę, a ona te ataki starała się (spokojnie) odpierać. Kiedyś musiała się tłumaczyć, że nie jest faszystką (sic!). Od pewnego czasu ona nie jest już gościem niemieckiej telewizji, w wywiadzie udzielonym polskiemu radiu w roku 2018 dziennikarka wyjaśniła fakt, dlaczego jest tam już nieobecna: została zablokowana – z powodu wypowiadanych przez nią poglądów! A przecież pani dziennikarka –– żadną faszystką ani szowinistką nie jest. Podaję link do wywiadu (warto posłuchać!): Aleksandra Rybińska: po powrocie do Polski przeżyłam szok kulturowy – Trójka – polskieradio.pl
    Autor polemicznego tekstu jest zszokowany moją uwagą, że prawie wszystkie niemieckie media mówią tym samym głosem. Nie przeczę, że w debatach telewizyjnych są wypowiadane różne poglądy, że w niemieckich mediach jest pewien pluralizm poglądów, ale tylko do określonego pułapu. Są tematy tabu, nie ma tam miejsca dla pewnych tematów i poglądów.
    A w sprawach polskich czołowe niemieckie media mówią tym samym głosem. Jest to narracja polskiej opozycji, która sama siebie nazywa totalną i nie pełni w Polsce żadnej konstruktywnej roli a koncentruje się na walce z rządzącymi! Zresztą niektórzy polscy publicyści – zwolennicy opozycji są obecni na blogach w niemieckiej prasie i to oni też kształtują jednostronną i negatywną opinię o teraźniejszej Polsce.
    Moja szokująca (?) konkluzja: nie ma prawdziwej wolności słowa w Niemczech! Z mainstreamu wyłamują się co prawda „Junge Freiheit” czy „Tichys Einblick”, ale czynią to bardzo „nieśmiało”, pewnie nie mogą sobie na wiele pozwolić. Poza tym są one – o ile się orientuję – tylko mediami niszowymi.
    I dla porównania teraźniejsza Polska (po roku 2015): szerokie spektrum poglądów, od twardej lewicy do twardej prawicy, w prasie, tv, radiu – nie do pomyślenia w Niemczech! Antyrządowy jest najbardziej opiniotwórczy portal internetowy w Polsce springerowski „Onet” (oj, to Pana porównanie z niemieckim „mercedesem” jest mocno nieprzekonujące).
    Praworządność? Wspólne wartości europejskie? To są (trudne do zdefiniowania) etykietki, to są tylko preteksty do grillowania dwóch najbardziej „niebezpiecznych”, (czytaj) konserwatywnych rządów: Węgier i Polski. Działać tak, żeby się pozbyć tych „złych” rządów – wszak Niemcy, ale też zdominowane przez nietolerancyjną lewicę instytucje unijne wiedzą najlepiej, jakich polityków powinni wybierać obywatele danego kraju … Trzeba przecież te krnąbrne kraje zmusić do przyjęcia „wspólnych wartości”, trzeba je zagłodzić (jak sformułowała to jasno ważna polityczka niemiecka i unijna), trzeba je karać finansowo. I to jest realizowane: bezprawne wstrzymywanie należnych Polsce wypłat z Funduszu Odbudowy. A poparcie dla takiego postępowania przez osiemdziesiąt procent Niemców mówi wiele. To jest naprawdę szokujące! Pan Bernard Mack pisze: „Tylko…., że nie jest to wynik propagandy niemieckiej i braku obiektywizmu widzianego oczami polskiego „patrioty”, tylko realna ocena stanu faktycznego, widziana oczami sondowanego telewidza, płatnika netto”. Realna ocena stanu faktycznego? A na jakiej podstawie obywatele Niemiec oceniają „obiektywnie” i krytycznie stan praworządności w Polsce? Na podstawie własnych obserwacji, własnych badań? Nie, oni „wiedzą” to, co usłyszeli/zobaczyli w ARD, FAZ, Spieglu, Süddeutsche Zeitung i we wszystkich innych czołowych mediach! Ale oni nie wiedzą, ile w tych informacjach jest manipulacji, że te informacje są często stronnicze, a nawet nieprawdziwe! Nie będę polemizować w skomplikowanej sprawie sądownictwa w Polsce, nie jestem tu zbyt kompetentny (choć mam swoje ogólne zdanie na ten temat). Na pewno nie jest to taki czarno-biały obraz jak Pan to przedstawił, jak to się przedstawia w Niemczech. I jeszcze jedno: (chyba) powszechne w Niemczech powoływanie się na bycie „płatnikiem brutto” i „płatnikiem netto” jest ryzykowne, jest coraz mniej przekonujące!
    W moim tekście z 15.12.2021 podałem kilka przykładów niechętnych Polsce (nie tylko polskiemu rządowi) manipulacji i przeinaczania faktów w niemieckich mediach. Jak mijające się z rzeczywistością informacje o obydwu kandydatach na urząd prezydenta RP w roku 2020, jak nierzetelne informacje o sondażach poparcia partii politycznych (częste zawyżanie liczb dla partii opozycyjnych, zaniżanie dla partii PiS), informacje o demonstracjach antyrządowych (wielokrotne nieraz zawyżanie ilości uczestników protestów) itd. Przykłady można mnożyć. Tak się składa, że jestem dosyć na bieżąco z niemieckimi mediami, choć oczywiście częściej mam do czynienia z polskimi telewizjami (różnymi) czy z prasą w Polsce. Sprawa to znana, że nasza Gazeta Wyborcza cieszy się dużym uznaniem za granicą, mimo to uważam, że uznawanie ją za całkowicie wiarygodną jest bardzo kontrowersyjne. Natomiast to często piętnowane (również przez Pana) TVP Info emituje przecież codziennie po kilka interesujących debat, z udziałem polityków czy dziennikarzy wszystkich opcji. Również takiej skrajnej jak Konfederacja – tu widzę różnicę z Niemcami, które na każdym kroku sekują partię AfD. Można mieć krytyczne zdanie na temat tej formacji, ale lekceważenie demokratycznego wyboru (ponad 10% Niemców na nią głosowało!) znów nienajlepiej świadczy o stanie demokracji w Niemczech.
    Jako polski germanista propagujący od wielu lat język niemiecki i kulturę niemiecką chciałbym, żeby polsko-niemieckie relacje układały się jak najlepiej. A często jestem zdegustowany tym, co widzę w niemieckich mediach. I jaki wpływ mają one na stan świadomości wśród mieszkańców Niemiec. Wiele, bardzo wiele zależy od rzetelności niemieckich (polskich też) mediów)!

  2. Dziękuję Panu bardzo za komentarz do mojego artykułu, w którym to próbowałem znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nasz odbiór tych samych faktów tak różni się od siebie. Pański przykład dziennikarki „prześladowanej” przez niemieckie media, ułatwił mi to bardzo. Nie mam zamiaru polemizować z zasadnością powoływania się przez Pana na wypowiedzi tej dziennikarki, bo będzie to mało konstruktywne a informacje na temat jej pracy dziennikarskiej są powszechnie dostępne w internecie. Z uwagi na złożoność problematyki i ograniczeń natury technicznej, posłużę się tylko metaforą : Pan w ocenie stosunków polsko-niemieckich patrzy przez pryzmat polskiego korespondenta TVP z Berlina , a ja doświadczam to swoimi zmysłami obywatela Polski i Niemiec w tymże Berlinie mieszkając na codzień.

  3. Pan Bernard Mack dał przykład fachowości i rzetelności dziennikarskiej. Z przyjemnością czytam takie teksty, bez zajadłości, kombinacji pisania pod określoną tezę. Niestety, brakuje takich autorów w mediach publicznych, które stały się tubą rządzącej partii.
    Doceniam też publicystykę prof. Ryszarda Lipczuka, który przedstawia problemy i oceny zgodnie ze swoją wiedzą naukową.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here