Losy inwalidów-weteranów wielkiej wojny ojczyźnianej

0
Giennadij Dobrov. Nieznany Żołnierz

W internetowej gazecie „Wojenne historie. Strefa militarna” (3 czerwca 2013 r.) Arkadiusz Bojarun opowiada o ciekawej postaci, którą jest prof. Nikołaj Nikulin. Ten pracownik naukowy, muzealnik w latach 70. ubiegłego wieku spisał swoje wspomnienia wojenne, które wydano w Rosji dopiero w XXI w. Nikulin nie mógł się pogodzić z oficjalnymi publikacjami, które przedstawiały wielką wojnę ojczyźnianą z punktu widzenia propagandy radzieckiej. Nawet wspomnienia weteranów – w tym marszałków czy generałów – odbiegały od realnej prawdy o czasach wojny. „Wojny takiej jaką poznał on, szeregowy i sierżant Armii Czerwonej, od Leningradu do Berlina. Wojny, która nie była ani bohaterska, ani pełna patosu i patriotyzmu. Była za to pełna strachu, przede wszystkim przed swoimi, głodu i zimna i wszechobecnej śmierci”.

W swojej książce „Sołdat” napisanej wiele lat po wojnie, Nikołaj Nikulin rozlicza się z własną wojenną przeszłością. Autora nie interesują opisy wielkiej polityki czy strategii. Za to daje czytelnikowi możliwość zapoznania się ze wszystkimi aspektami funkcjonowania jednostki wojskowej na froncie lub na jego dalekich tyłach z perspektywy szeregowego żołnierza.

Arkadiusz Bojarun pisze dalej: „Tajemnicą armii radzieckiej, dzięki której powstrzymała ona Niemców pod Leningradem i Moskwą, było bezwzględne i absolutnie nieludzkie nieliczenie się z życiem swoich żołnierzy. Nikulin służył w artylerii i wielokrotnie wspomina jak przez ich stanowiska przechodziły do ataku dywizje i korpusy (dziesiątki tysięcy żołnierzy – przyp. AG) z których, mimo niepowodzenia, nie wracał już żaden żołnierz”. […] Żołnierze Armii Czerwonej nie mieli żadnych praw, a gdy nie chcieli chodzić głodni musieli sami »kombinować« jedzenie. Mieli za to bezwzględnie wypełniać rozkazy, szczególnie te o „niecofaniu się”. Autor książki, opisując swoje emocje w tym okresie, traktuje tę rzeczywistość nie jako szok, ale wojenną codzienność. „Cóż bowiem mógł czuć żołnierz, który wiedział, że wcześniej czy później zginie, albo w ataku – od kuli niemieckiej, albo przy próbie wycofania się od kuli radzieckiej – wystrzelonej przez pilnujące wypełniania rozkazów oddziały NKWD”.

Profesor Nikołaj Nikulin (zmarł w 2009 r.) jest autorem ponad 200 prac z zakresu historii sztuki, ponad 20 lat zasiadał w radzie naukowej Ermitażu. Jako pracownik naukowy miał możliwość wyjeżdżać do swoich odpowiedników w Niemczech Zachodnich. I nie mógł zrozumieć dlaczego Niemcy przegrali wojnę tracąc 7 mln ludzi, a zwycięski ZSRR stracił co najmniej 20 mln! Nie mógł też pojąć, „jak to się dzieje, że niemieccy inwalidzi wojenni żyją szczęśliwie używając elektrycznych wózków, a ich radzieckich odpowiedników po wojnie, żeby nie żebrali na ulicach, psując obraz socjalistycznej ojczyzny, wywożono do »specjalnych enklaw« gdzie nikomu nie przeszkadzali”.

Niedawno przeczytałem z wielkim zainteresowaniem przejmujący artykuł pt. „Jak Związek Radziecki pozbył się inwalidów wojennych”, opublikowany w Newsweeku 25.02.2018 r. (Tekst był wcześniej zamieszczony w Newsweeku Historia – nr 9/2013). Jego autorem jest Igor T. Miecik – dziennikarz i reportażysta. Był absolwentem studiów z zakresu politologii i afrykanistyki. Swoją przygodę z dziennikarstwem zaczął od współpracy z „Gazetą Wyborczą”. Następnie pracował dla „Przekroju”, tygodnika „Polityka” i magazynu reporterów „Uwaga!” w TVN. W 2008 r. dołączył do zespołu „Newsweek Polska”. Jego specjalizacją stała się tematyka historyczna i społeczna. Szczególnie interesował się problematyką rosyjską. Ze względu na swoje pochodzenie (po matce był pół-Rosjaninem) świetnie odnajdywał się w tej tematyce – świetnie mówił po rosyjsku, rozumiał rosyjską duszę, dlatego też potrafił głęboko ukazywać przemiany zachodzące w byłym Związku Radzieckim.

Był autorem wielu reporterskich książek. Pierwsza z nich – „14:57 do Czyty. Reportaże z Rosji” – została wydana w 2012 r. Była nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszy opublikowany w Polsce reportaż roku. Inne jego książki to: „Katiusza z bagnetem. 14 sekretów ZSRR”, „Sezon na słoneczniki” (o wojnie na Ukrainie). Za swoje osiągnięcia był kilkakrotnie nominowany do nagrody Grand Press, a dwukrotnie był jej laureatem – w 2001 r. za publicystykę o nieprawidłowościach w palestrze („Adwokaci diabłów” opublikowaną w „Polityce”) i w 2007 r. za reportaż telewizyjny (wspólnie z Edytą Krześniak) dla „Uwagi TVN” o Czeczence Kamisie – „Przepraszam za chłód i głód”. Igor T. Miecik zmarł niespodziewanie 31 lipca 2018 r. w wieku 47 lat.

Wspomniany artykuł Igora T. Miecika porusza niezwykle tragiczne losy weteranów- inwalidów wielkiej wojny ojczyźnianej. Myślę, że warto rozpocząć od wstrząsających danych znajdujących się w Muzeum Wojskowo-Medycznym w Petersburgu, które przytacza autor.
„Podczas wojny rannych zostało 46 mln 250 tys. obywateli sowieckich. Ponad 10 milionów z nich wróciło do domu z trwałymi urazami, mniejszym lub większym stopniem niepełnosprawności. Dziesięć milionowych miast kalek! 775 tys. z urazami czaszki, 501,5 tys. z zeszpeconą twarzą, 155 tys. z jednym okiem, 54 tys. całkowicie ociemniałych, 28,6 tys. z urwanymi organami płciowymi, 3 mln jednorękich, 1 mln 100 tys. pozbawionych obydwu rąk, 3 mln 255 tys. bez jednej nogi, bez obu – 1 mln 121 tys., prawie 0,5 mln z częściowo urwanymi kończynami i na koniec niemal 90 tys.[…] »samowarów«”. Należy wyjaśnić, że „samowarami” w powojennej Rosji nazywano najbardziej okaleczonych – bez rąk i nóg – których wojenni współtowarzysze wozili po ulicach na zwykłych taczkach.

Oprócz tych wstrząsających danych statystycznych muzeum przechowuje różne urządzenia, które miały ułatwiać życie inwalidom wojennym. Znaleźć tam można przeróżne nieporęczne protezy kończyn, twarde skórzane pasy, rzemienie, ciężkie, toporne wózki inwalidzkie przypominające bardziej narzędzia tortur niż sprzęt rehabilitacyjny. I chociaż były one niewygodne, dla wielu z nich były jednak niespełnionym marzeniem. W większości musieli sobie radzić sami. Te wszystkie „eksponaty” są jednak ukryte przed zwiedzającymi, schowane głęboko na zapleczach magazynów.

„Inwalidzi wojenni, weterani wielkiej wojny ojczyźnianej. Byli wszędzie, na każdym placu miejskim, na dworcach kolejowych, w portach i metrze. Handlowali czym popadło, żebrali, grali na harmoszkach i popijali wódkę. Mówili i śpiewali to, co naprawdę myśleli. W końcu zapadła decyzja: mają zniknąć. I zniknęli”.

Latem 1948 r. na dworcach, podwórkach, zaułkach największych miast mieszkańcy wyczuli jakąś zmianę. Nie słyszeli już stukania drewnianych protez, prowizorycznych czterokołowych wózków inwalidów wojennych, zamilkły śpiewy, dźwięki harmoszek, nie można było usłyszeć pokrzykiwań „samowarów” – ustał „nieznośny hałas protez”. W ciągu kilku nocy milicyjne patrole i bezpieka przeszukiwały noclegownie, altanki, składy węgla w piwnicach. Po tych obławach opustoszały sowieckie miasta, pozbyły się tych, którzy w pierwszych latach powojennych stanowili część miejskiego pejzażu. Wszystkich wywieziono do tzw. internatów czy sanatoriów – obozów przeznaczonych wyłącznie dla niepełnosprawnych żołnierzy, weteranów wielkiej wojny ojczyźnianej. Przeprowadzono jeszcze kilka podobnych akcji. Jednak taką drugą wielką akcję – i zarazem ostatnią – przeprowadzono w 1953 r. Akcje te doprowadziły do tego, że najbardziej poranieni inwalidzi wojenni zniknęli z miejskich ulic.

Jak pisze Igor T. Miecik: „O masowej zsyłce inwalidów wojennych zadecydowała komunistyczna »estetyka«, polityka i ekonomia”. Estetyka – to widok pijanych, żebrzących, kulawych weteranów, wszechobecny hałas nie komponował się zupełnie z wyidealizowanym obrazem odniesionego zwycięstwa. „Wizerunek radzieckiego zwycięzcy miał być niczym socrealistyczny żywy obraz. Na nim młody, piękny mężczyzna niosący na szerokiej piersi leninowskie ordery”.

Po wojnie Związek Radziecki był zrujnowany. 25 milionów Rosjan nie miało własnego domu, żyli w barakach, wagonach kolejowych czy też po prostu w lepiankach. Do tego w wielu rejonach panował głód. W takiej sytuacji powojennej sowieckie państwo nie stać było na zapewnienie inwalidom wojennym godnego życia, renty, właściwego leczenia, zaopatrzenia w niezbędne protezy czy rehabilitacji. I to były właśnie względy ekonomiczne.

Schorowani weterani- inwalidzi stracili właściwie wszystko. Niczego już nie wymagali od życia. I dlatego trudno było ich czymkolwiek zastraszyć czy przekupić. I widząc, że są nikomu już niepotrzebni, czując się zbędnymi, wybierali żebranie, bezdomność, picie do nieprzytomności, włóczęgostwo. Obojętni na strach, przekupstwo, mieli taką odwagę by mówić i śpiewać o tym wszystkim, co im leżało na sercu. Mówili to, co naprawdę myśleli. A to z politycznego punktu widzenia, trudno było sobie wyobrazić w kraju komunistycznym.

W 1948 r. do opuszczonego klasztoru na wyspie Wałaam, na jeziorze Ładoga, zaczęto przywozić pierwsze transporty czerwonoarmistów – najciężej rannych inwalidów wielkiej wojny ojczyźnianej z całego Związku Radzieckiego. Wśród nich nie brakowało zasłużonych żołnierzy – bohaterów Związku Radzieckiego, weteranów spod Łuku Kurskiego, zdobywców Berlina czy odznaczonych Orderem Czerwonego Sztandaru.

Jeden z więźniów (Stiepan Zacharow), który trafił pierwszym transportem do obozu Wałaam w 1948 r., opowiedział Giennadijowi Dobrowowi o pierwszym okresie w zbombardowanym klasztorze. Była zima, brak elektryczności. „Podłogi zerwane, więc kamień lub klepisko, w murach i dachach dziury po bombach, okien prawie żadnych, a to północ. Pierwszej zimy od samego mrozu zmarł co najmniej co czwarty z osadzonych”.

Niewiele jest informacji o warunkach życia w większości „internatów” dla inwalidów wojennych. Najwięcej pochodzi z wyspy Wałaam, ponieważ był on w miarę otwarty i stosunkowo najmniej izolowany. Jak we wszystkich innych miejscach izolacji, tak i w tym obozie odbierano dowody osobiste, książeczki wojskowe, był zakaz opuszczania terenu obozu. Jednak pod koniec lat 50. warunki trochę się poprawiły, pozwolono na odwiedziny członków rodzin.

Wspomniany Giennadij Dobrow – nieżyjący już artysta plastyk – był jednym z niewielu osób postronnych, którym udało się w okresie chruszczowowskiej odwilży (pod koniec lat 60.) spędzić na tej wyspie kilka tygodni. W tym obozie namalował przerażający obraz, który autor artykułu, Igor T. Miecik, opisuje tak: „Na obrazie jest człowiek, a raczej strzęp człowieka. Głowa wystaje z zawiniątka. Zawiniątko jest niczym kołderka, w którą szczelnie zawija się noworodka. Człowiek nie ma rąk ani nóg. Tylko wychudzoną twarz i wpatrzone gdzieś w dal oczy, a w nich czysty żal, już bez złości i gniewu, tylko pytanie: dlaczego, za co?”.

Innym plastykiem, któremu udało się odwiedzić obóz na wyspie Wałaam był Jurij Kriakwin. Warto zacytować fragment jego wspomnień: „Przebywali tam ludzie całkowicie załamani, zdeptani. Uwięzieni tam już od wielu lat. Zapici, żywieni śmieciami, na granicy śmierci. Pamiętam oddział dla niewidomych. Grasowały tam szczury wielkie jak psy. Niewidomi chowali przed nimi jedzenie, jakąś kromkę chleba czy kartofel. […] Jedli szybko, na wyścigi, bo jak tylko szczury wyczuły, że wydano posiłek, zaczynały polowanie. Wskakiwały wprost do talerzy i kradły, co ślepi dostali”.

W 1950 r. obóz ten nazwano „Domem Inwalidów Wojny i Pracy”. Według danych archiwalnych, w dniu uroczystego otwarcia tego domu na wyspie przebywało ok. 500 osadzonych. W 1959 r. przebywało tutaj 1500 inwalidów, był też szpital psychiatryczny na 300 łóżek. W 1984 r. miała miejsce ostateczna likwidacja obozu, a archiwa Wałaamu i ostatnich żyjących inwalidów przewieziono do niewielkiej osady Widlica. Kilka lat temu w murach byłego obozu na wyspie Wałaam, w muzeum, otwarto wystawę obrazów Jurija Kriakwina, które przedstawiały portrety osadzonych inwalidów. Patriarcha Wszechrusi Kirył odsłonił i poświęcił obelisk upamiętniający ich męczeństwo.

Giennadij Dobrow odwiedził także i inne obozy, m.in. pod Omskiem. Nie było łatwo uzyskać pozwolenie na ich przekroczenie. Czasami musiał czekać miesiącami. Starał się dać swoje świadectwo prawdzie obozowej, jaką zobaczył na własne oczy. Ponieważ był zakaz fotografowania, musiał korzystać z papieru i ołówka i szkicował zapamiętane obrazy. Były to materiały, na podstawie których stworzył dzieło swojego życia – „Oblicza wojny” – wstrząsającą serię obrazów i grafik z lat 1973-1982.

Na początku lat 70., wspominając swój pierwszy pobyt w obozie pod Omskiem, napisał: „Wyżywienie na granicy śmierci głodowej – zbożowa kawa z czarnym chlebem na śniadanie, na obiad obozowa »bałanda«, zupa, wywar z kartoflanych obierków i resztek podgniłych warzyw i chochla kaszy albo kartofli, wieczorem znów pajda chleba z kawą albo naparem z jakichś traw jako herbata, marmolada, kostka cukru. Brud, łachmany, szczury i pijani ni to pielęgniarze, ni to strażnicy. Częściej potrafili dać osadzonemu po mordzie niż pomóc w czynnościach, z którymi ten nie dawał sobie rady”.

Jak pisze Igor T. Miecik – „Warunki życia w tych obozach były katastrofalne i choć poprawiały się w ciągu kolejnych lat, to do końca ich istnienia były podobne do tych w obozach Gułagu”. Sytuacja okaleczonych i skandalicznie traktowanych weteranów była na tyle dramatyczna, że często jedyną drogą do wolności było dla nich samobójstwo.

Problem czystek wśród inwalidów wojennych Związku Radzieckiego był przez dziesięciolecia dokładnie skrywany. Nie powstało jak dotąd żadne miarodajne i rzetelne opracowanie – źródło historyczne – opisujące losy tych weteranów wojennych. Nad brakiem takich obiektywnych opracowań historycznych ubolewa Iwan Patrilak – ukraiński historyk badający historię czystek wśród inwalidów wojennych.

Z jego badań wynika, iż jedynym źródłem wiedzy o tym okresie są pamiętniki, prywatne notatki, wspomnienia czy listy. Dokumenty dotyczące deportacji inwalidów, dokumenty Łubianki, MSW czy innych służb zostały albo zniszczone, albo są nadal utajnione. Jak pisze Iwan Patrilak: „To tym bardziej bolesne, że na przełomie lat 40. i 50. odbywały się nie tylko wywózki do miejsc odosobnienia – tych specinternatów czy »sanatoriów«. Na porządku dziennym były też masowe zsyłki do regularnych obozów Gułagu, zdarzały się też grupowe rozstrzeliwania”.

Udało mu się dotrzeć do jednego dokumentu – raportu ministra spaw wewnętrznych ZSRR Siergieja Krugłowa do Prezydium KC KPZR z 20 lutego 1954 r. Raport opatrzony klauzulą „ściśle tajne” był zatytułowany – „O sposobach zapobiegania i likwidacji pasożytnictwa i żebractwa”. Jego adresatami byli Georgij Malenkow i Nikita Chruszczow. W tym raporcie czytamy m.in.: „Od czasu wejścia w życie dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR »O sposobach walki z antybolszewickimi elementami pasożytniczymi« z 23 sierpnia 1951 r. organy milicji w miastach oraz węzłach transportu kolejowego i wodnego zatrzymały następującą liczbę żebraków i pasożytów: w drugiej połowie 1951 roku: 107,7 tys., w roku 1952 – 156,8 tys., a w roku 1953 – 182,3 tys. Wśród zatrzymanych inwalidzi wojenni stanowili 70 proc.”.

Według ukraińskiego historyka, ten raport ma dużą historyczną wartość, gdyż stanowi „unikalny dowód cichej eksterminacji inwalidów wojennych, którzy nie tylko pod pozorem zapewnienia opieki medycznej i socjalnej byli przymusowo osadzani w obozach – »internatach«, ale na podstawie kryminalnych paragrafów kodeksu karnego o włóczęgostwie, żebractwie i pasożytnictwie trafiali do regularnych obozów pracy Gułagu”.

Największą wiedzę o losie inwalidów wojennych – z braku historycznych opracowań –postsowieckie społeczeństwo czerpie z prac plastyków (wspomnianych wcześniej Giennadija Dobrowa i Jurija Kriakwina) czy pisarza Jurija Nagibina. Na podstawie opowiadania Nagibina pt. „Cierpienie” na początku lat 80. (czasy pieriestrojki) powstał film „Czas wolny od soboty do poniedziałku” (w Polsce wyświetlano go pt. „Dwa dni razem”). Reżyserem tego filmu jest Igor Tałankin, któremu władze pozwoliły nakręcić film za murami klasztoru Wałaam. Jednakże obrazy w filmie w niczym nie przypominają inwalidów ze wstrząsających grafik i obrazów Dobrowa. Reżyser w jednym z wywiadów, broniąc się przed zarzutami, tłumaczył się ingerencją cenzury, która wycięła jedną trzecią filmu, w tym sceny, do których zaangażował »naturszczyków« z obozu – prawdziwych inwalidów – jako statystów. Uważał jednak, że i tak sukcesem był fakt, że dzięki temu filmowi społeczeństwo mogło poznać przynajmniej część prawdy o losie inwalidów wojennych.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here