List Franusia do rodzicieli (kolejny fragment książki „Złapcie go!” Jana Chruślińskiego)

0

Zapytałem Autora, gdzie można książkę kupić – odpowiedział mi, że można zwracać się bezpośrednio do niego. Zatem podaję zainteresowanym Jego adres mailowy: [email protected]

A korzystając z okazji, gratuluję Janowu Chruślińskiemu otrzymania honorowej odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej” z okazji  35. rocznicy działalności Kieleckiego Oddziału ZLP, którego jest członkiem.

Odznakę nadaje Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego osobom wyróżniającym się w tworzeniu, upowszechnianiu i ochronie kultury. Jan Chruśliński jak najbardziej na nią zasłużył. (Odznakę wręczył pisarzowi Prezes Zarządu Głównego ZLP, Marek Wawrzkiewicz, w obecności wicewojewody świętokrzyskiego Pana Bartłomieja Dorywalskiego oraz radnego Sejmiku Świętokrzyskiego – pana Grzegorza Gałuszki. Wręczenie odbyło się 12 września 2019 roku w Kieleckim Centrum Kultury podczas gali obchodów 35. rocznicy działalności Kieleckiego Oddziału ZLP.)

A teraz wracam do wydanej dopiero co najnowszej książki autora „Złapcie go!”.

Kilkakrotnie już na łamach PD lansowałem JANA CHRUŚLIŃSKIEGO. Dziś do tego, co już napisałem o nim w swoich wcześniejszych artykułach dodam, że Autor od początku swej kariery literackiej zadziwia mnie umiejętnością prowadzenia dialogu i narracji wynikającej z przeżyć własnych i zaobserwowanych przez długoletnią – w tym przypadku – służbę w wojsku. A język, w jakim to opisuje (może ktoś powiedzieć, że wulgarny) oddaje dokładnie atmosferę koszar. Kto służył – wie, jak było, a książka pozbawiona tej AUTENTYCZNOŚCI, nie byłaby tym czym jest. – Majstersztykiem oddania oryginalności – trwającej od wieków – mowy wojskowych. Każdego wojska! Nie tylko polskiego. I – jak podejrzewam – trwa do dziś.

Polecam jeden z rozdziałów wydanej książki: „List Franusia do rodzicieli”. Gdyby pisane LISTY nie były „pochwalne”, nie „wyszłyby” z koszar, gdyż na końcu zabierał je odpowiedzialny „za pisanie” podoficer, czytał i dopiero później wkładał do kopert i odwoził na pocztę.

Karol Czejarek

***

List Franusia do rodzicieli

…Po zakończeniu czyszczenia broni nastąpił oczekiwany czas wolny. Wojtek wziął z szafki przybory do pisania, kolorową papeterię, którą przezornie zakupił jeszcze przed wcieleniem do pułku, i poszedł, tak jak inni, do świetlicy pisać listy do najbliższych.

Obok, przy sąsiednim stoliku, pisał list szeregowy Franuś Wojcieszek. Pochodził ze wsi położonej na Podkarpaciu w Bieszczadach. Franuś, jako jedyny w plutonie, był tylko po podstawówce, ale był superkolegą i ulubieńcem plutonu. Napisanie listu sprawiało mu pewną trudność, dlatego w pewnej chwili zwrócił się do Wojtka:

– Wojtuś, napisałem do swoich rodzicieli list. Prosiłbym cię, żebyś go przeczytał i poprawił błędy.

Wojtek wziął list, w którym Franiu tak opisywał swoją służbę wojskową:

– Kochani rodziciele i cała reszta rodziny!

Dobrze mi tu. Mam nadzieję, że Wy, wujek Józek, ciotka Adela, wujek Jędrek, ciotka Hela, wujek Kazik, ciotka Zosia, wujek Fredek oraz Heniek, Stefan, Bronek bez nogi, Marysia, Rózia, Kaśka, Honorata, Walerka ze swoim Zenkiem i moja kochana Paulina też zdrowi. Powiedzcie wszystkim, że to całe wojsko to super sprawa. Nasze Siedliska Górne się nie umywało.

Najpierw było mi trochę głupio, bo trza się w wyrku do szóstej wylegiwać, że aż nieprzyzwoicie człowiekowi… Żadnych bydląt karmić, doić, gnoju wywozić, ognia w piecu rozpalać… Powiedzcie Staszkowi i Bolkowi, że trza tylko swoje łóżko zaścielić, ale można się do tego przyzwyczaić i parę rzeczy przed śniadaniem wypolerować. Wszystkie wojaki muszo się tu codziennie golić, co nie jest jednak takie straszne, bo – uwaga – jest ciepła woda. Zawsze i o każdy porze!

Powiedzcie mojej Paulince, że jedynie śniadania dajo tu trochę śmieszne: pasztecik z puszki i ino, ino dżemu, czasem jajeczko, kawałek kiełbasy i topiony serek. Oj, cinko się musi w tej armii prząść, cinko… Do tego czasem bryndza i jakieś ziarenka, co to by ich nawet nasze kury nie ruszyły, z mlikiem, mówią tu na to „białe szaleństwo”. Mało dają kartofli, słoniny, ani nawet zacierki na mliku! Na szczęście chleba można brać, ile dusza zapragnie. Koledzy przezywajo mnie od tego Bochenek… Na obiad to już nie ma problemów. Co prowda porcje jak dla dzieci w przedszkolu, ale miastowe to albo mało jedzo, albo mięsa wcale nie tkną… Chore to jakieś czy co? Tak więc wszystko, czego nie zjedzo, przynoszą do mnie i jest dobrze. Te miastowe to w ogóle dziwne jakieś som… Biegać toto nie potrafi. Bić się też nie… Mamy tu takie biegi z ekwipunkiem. No tak jak u nas co ranek, ino nie z wiadrami. Krótkie takie. Jak z naszy remizy do kościoła w parafii. Po dobiegnięciu na miejsce to miastowe tylko gały wybałuszajo i dyszo jak parowozy. Po pięciu kilometrach, i to jeszcze w maskach ochronnych, nie wiadomo dlaczego, ale wymiotujo przy tym, i to czasami z krwią. A potem to trzeba ich z powrotem do koszar ciężarówkami zawozić, bo się już do niczego nie nadajo. Na ćwiczeniach z walki wręcz to lekko takiego ściśniesz… i już ręka złamana! To pewnie z ty kawy, co ją litrami chleli, i przez to mięso, co go to nie jedzo…! Najsilniejszy jest u nas taki Kawecki z Rembowic koło Gałdowa, potem ja. No, ale un ma dwa metry wysokości i pewnie ze 120 kg wagi, a ja sto sześćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu i chyba waże z 72 kg, bo trochę mi się łostatnio od tego wojskowego jedzenia przytyło.

A teraz uwaga, będzie najśmieszniejsze! Koniecznie powiedzcie o tym wujkowi Kazikowi, Bronkowi bez nogi i mojej Paulince. Mam już pierwsze odznaczenie za strzelanie!!! A tak mówiąc szczerze, to nie wiem za co… Ten czarny łeb na tej ich tarczy wielki jak u byka. I wcale się nie rusza jak te nasze dziki i zające. Ani nikt nie strzela do ciebie nazad, jak to u nas bracia Kowalikowie, z tych ichniejszych dubeltówek. Naboje – marzenie… i w dodatku nie trzeba ich samemu robić! Wystarczy wziąć te ich nowiutkie giwery, załadować i każdy, co nie ślepy, trafia bez celowania! Nasz kapral to podobny do naszej pani nauczycielki Gorczycowej z Parceli Wielkich. Gada, wrzeszczy, denerwuje się, a i tak po prowdzie nie wiadomo, o co mu chodzi. Trochę się z początku na mnie zawzion i kazał biegać w samych spodniach, bez podkoszulki, w deszczu po placu apelowym. Dostał jednak raz ode mnie szklankę tego samogonu od wujka Kazika, co to go na przysięgę przywiózł, i go o mało szlag nie trafił. Ganiał potem cały czerwony na pysku po tym samym placu, a potem przez pół dnia nie wychodził z kibla. Kazał mi następnego dnia rano butelkę tego kazikowego samogonu do samego dna wypić. Naroz. No i co? I nic! Normalny samogon, taki jaki znom od dziecka. Kapral znowu wybałuszył na mnie gały, a tera ciągle gapi się na mnie podejrzliwie, ale mam już święty spokój. Powiedzcie wszystkim, że to całe wojsko to super sprawa. Niech idą, niech przed wojskiem się nie migają. Całuję Was wszystkich mocno, a szczególnie moją Paulinkę.

Wasz syn Franuś

P.S. Listy adresowane do żołnierzy wydawano na zbiórce kompanii, po powrocie z obiadu. Wojtek też dostawał listy, jednakże zanim trafiły do jego rąk, musiał zaliczyć pięć tak zwanych bek (przebiegnięcie korytarza 50 m – tam i z powrotem równało się jednej bece). Każda poczta z domu, zanim została odebrana, okupiona była: bekami, pompkami albo skrętoskłonami. Nie było takiego przypadku, aby ktoś w okresie szkolenia podstawowego otrzymał list bez upokarzania. Pierwsze wiadomości z domu podcinały skrzydła. Wiadomości, które Wojtek otrzymał, nie były budujące. Matka narzekała na nasilone objawy tarczycy i przygotowywała się do operacji. Ojciec bezgranicznie oddawał się swojej pracy. Wychodził rano, a wracał wieczorem. Reszta w normie, a na koniec pozdrowienia od cioć i wujków. Po lekturze listu Wojtek nagle zatęsknił za domem rodzinnym, za tymi latami, kiedy wszystko było łatwe i przewidywalne. Gdy miał własny rower wyścigowy i trenował do niedzielnych wyścigów. Wspominał z sentymentem te obrazki ze szczęśliwego dzieciństwa. Każdy dorosły człowiek wie już wprawdzie, że prezentów pod choinką nie zostawia Święty Mikołaj, ale to przecież nie przeszkadza mu tęsknić za Bożym Narodzeniem. …

Przeczytaj też:

 

Poprzedni artykułHonorat Terczyński: mamy wspólny pogląd na wiele spraw
Następny artykułJak Amerykanie tuszowali prawdę o Katyniu
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here