Jeszua – Kazanie na Górze

0

W niniejszym artykule zawarte są moje refleksje na temat pewnych aspektów etycznych nauk Jezusa czyli Jeszuy.

Skąd imię Jeszua? Imię, które znamy – Jezus – jest spolonizowaną formą imienia Iesus, które jest łacińską formą imienia Jeszua. To imię w dawnych czasach, kiedy w Izraelu używano na co dzień języka hebrajskiego, brzmiało Iehoszuah. Nawiasem mówiąc, imię Jozue (por. Księga Jozuego w Starym Testamencie) też pochodzi od imienia Iehoszuah, które później, w wersji aramejskiej, brzmiało Jeszua. Można też spotkać często formę Joszua.

Chciałbym skupić się na pewnych ideach, które znalazłem w Kazaniu na Górze. Oparłem się na Biblii Tysiąclecia, a teksty, które będę przytaczał, znajdują się w Ewangelii wg Św. Mateusza, w Biblii Tysiąclecia online. Istnieje kilka wersji tejże Biblii – pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia miało miejsce w roku 1965, potem było kilka innych, a to, na którym się oparłem, czyli Biblia Tysiąclecia online, jest obecne w internecie od roku 2003.

Co ważne, ta Biblia była tłumaczona z języków oryginalnych; języków – ponieważ Biblia została zapisana w kilku językach. Księgi Starego Testamentu były spisywane w języku hebrajskim oraz aramejskim (częściowo Księga Daniela i Księga Ezdrasza) i tłumaczone na język starogrecki, aramejski, samarytański. Natomiast w czasach, kiedy żył Jezus, mieszkańcy Palestyny w większości nie posługiwali się już na co dzień językiem hebrajskim (był on tylko językiem liturgii). Żydzi używali języka aramejskiego, a wynika to z faktu, że podczas niewoli babilońskiej przestawi używać hebrajskiego na co dzień – przejęli język aramejski, którym posługiwano się na dużych obszarach Bliskiego Wschodu. Po podbojach Aleksandra Wielkiego język grecki, a dokładniej starogrecki stał popularny na Bliskim Wschodzie; był nawet językiem międzynarodowym – jeżeli spotkali się ludzie, którzy mówili różnymi językami, a byli w jakimś stopniu wykształceni, to porozumiewali się po grecku. Dlatego część tekstów z Nowego Testamentu znamy ze starogreckiego.

Tylko psalmy w pierwszym wydaniu Biblii Tysiąclecia przetłumaczono w oparciu o tłumaczenie łacińskie. Jak wiemy, przez wieki Biblia w tłumaczeniu księdza Wujka była jedynym tekstem biblijnym dostępnym szerokim rzeszom w języku polskim. Tłumaczenie, z którego korzystam, jest dziełem O. Walentego Prokulskiego.

 

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.

Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.

 

Chciałbym skupić się na jednym aspekcie tego fragmentu Kazania na Górze. Ten aspekt to podkreślenie ważności postawy, która nie jest postawą łatwą. Jezus błogosławi tych, którzy mają trudne życie, którzy stawiają czoła problemom, którzy są smutni, którzy pragną sprawiedliwości… Mówi im, że przyjdzie ktoś, kto ich nagrodzi, uciszy ich smutek, oddali kłopoty. Ci, którzy są miłosierni, dostąpią miłosierdzia. Ci, którzy wprowadzają pokój, będą nazwani Synami Bożymi.

Świat wydaje się nas kierować w stronę łatwych rozwiązań. Mówi nieraz, że łatwiej się żyje ludziom, którzy nie są dobrzy, tym, którzy myślą głównie o swoich korzyściach, którzy gromadzą dobra materialne, którzy starają się, żeby im było jak najlepiej. Wielu ludzi myśli, że właśnie taka postawa jest słuszna, a świat ją wynagradza. I tutaj pojawia się ten właśnie aspekt, który dla mnie jest ważny: nagroda, którą daje świat, nie jest tą ostateczną, tą najważniejszą.

Ale nawet nie odwołując się do koncepcji nagrody po śmierci możemy zauważyć, że egoizm nie jest dla nas korzystny; myślenie kategoriami własnego dobra na dłuższą metę nie popłaca, bo człowiek, który gromadzi, który myśli tylko kategoriami własnego dobra, oddala się od innych ludzi, nie budzi w nich szacunku, przyjaźni czy miłości. Mogą zdarzyć się sporadyczne sytuacje, że ktoś obdarzy człowieka z nastawieniem egoistycznym swoją życzliwością, ale na dłuższą metę nie jest to możliwe. Egoista prędzej czy później zostanie „ukarany” za swój egoizm… Zatem myślenie kategoriami jednostkowymi nie jest dla nikogo użyteczne. Jeszua podkreśla wagę tego czynnika.

 

Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi.

A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi.

A kto by rzekł swemu bratu: Raka (pusta głowo , człowieku godny pogardy),, podlega Wysokiej Radzie.

A kto by mu rzekł: „Bezbożniku”, podlega karze piekła ognistego.

 

Nie tylko nasze czyny, ale także nasze słowa są orężem. Czesław Niemen śpiewał „…często jest, że ktoś słowem złym zabija tak jak nożem”. Myśli i uczucia możemy mieć różnorakie: możemy być np. zdenerwowani na naszych bliźnich, możemy być zagniewani na nich, to normalne, naturalne. Ale ważne jest, abyśmy umieli powściągnąć, na ile to możliwe, nasze słowa, i nie zadawać bólu ludziom za pośrednictwem tego, co wychodzi z naszych ust.

 

Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi.

A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym;

ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla.

Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym.

Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie

 

Możemy mieć tendencję do mówienia różnych rzeczy, które nie są wyrażaniem naszej prawdy. Możemy mieć różne powody aby jej nie mówić – możemy nie chcieć kogoś skrzywdzić czy sprawić komuś bólu, przykrości, ale to nie zwalnia nas od refleksji, czy nie lepiej jednak byłoby powiedzieć prawdę. Szczerość i uczciwość wypowiedzi powinny być naszą postawą generalną, jasne wyrażanie tego czego chcemy i czego nie chcemy, co uważamy za słuszne, a co za niesłuszne. Jeżeli mamy kłopoty z powiedzeniem prawdy, to może dobrze byłoby świadomie ćwiczyć się w tym, nawet jeśli jest to dla nas niewygodne czy niekorzystne. Może warto sobie zadać w tym momencie pytanie – na ile jesteśmy w stanie mówić: „Tak, tak; nie, nie”…

Oczywiście, istnieją sytuacje w których nie da się powiedzieć wyraźnie, prosto tego, co mamy na myśli, ale dobrze by było, abyśmy cenili w sobie i utrwalali postawę dążenia do prostoty, prawdy.

 

Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb!

A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!

Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz!

Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące!

Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.

 

W dawnych czasach istniała pewna zasada prawna, nazwane później prawem talionu, która uznawała zasadę odpłaty tym samym za zło, które zostało wyrządzone. Była ona obecna m.in. w kodeksie Hammurabiego (XVIII wiek p.n.e.) i w Starym Testamencie. Jezus proponuje odejście od tej zasady. Istotnie, jeżeli na zło będziemy reagować takim samym złem, to nigdy nie wyjdziemy z błędnego koła zła. Stało się coś złego, a więc odpowiadam złem na zło, i to zło niesie ze sobą następne zło, chęć odpłaty. Wiemy dobrze, jak funkcjonowało prawo odwetu w niektórych społeczeństwach: przez pokolenia zabijano się nawzajem. To nie jest droga Jezusa.

 

Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!

 

Miały miejsce w historii długie debaty na temat tego, co miał Jeszua na myśli. Ja sądzę, że chodzi tutaj przede wszystkim o to, aby nie rozprzestrzeniać zła. Wyznaję zasadę obrony koniecznej, więc jeżeli jestem atakowany pozwalam sobie bronić się, ale najwyższą formą postawy chrześcijańskiej, postawy Jezusowej byłoby kompletne oddanie się Wyższym Mocom, czyli nieodpowiadanie nawet na czyjś atak, niebronienie się; wyrzeczenie się swojego życia czy zdrowia.

 

Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.

 

Pierwsza część jest jasna, wydaje mi się, natomiast druga, być może, jest warta omówienia. Jest w Ewangelii Łukasza (Łk 6,30) taki nakaz: ” …nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje”. Życie uczy nas, iż istnieje realne niebezpieczeństwo, że ktoś nie odda nam tego, co od nas pożyczy. To oznacza, że pożyczając, powinniśmy wziąć pod uwagę fakt, że możemy już nigdy pożyczonych pieniędzy czy rzeczy nie zobaczyć. Trzeba spytać samego siebie: „czy jestem gotów na to?”, zastanowić się i postąpić w zgodzie z tym, co czujemy; a jeżeli poczujemy, że jest w nas gotowość, żeby pożyczyć nie spodziewając się zwrotu, to w tym momencie będziemy bliscy nauczaniu Jeszuy.

 

Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.

A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią?

 

Słowo „celnicy” jest tutaj użyte w odniesieniu do poborców podatkowych. Byli oni uważani w Palestynie za ludzi niskiego autoramentu.

 

I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?

Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

 

Tutaj stajemy przed jednym z największych wyzwań, jakie można znaleźć w chrześcijaństwie. Jak można kochać tych, którzy przeszkadzają nam, utrudniają życie, którzy nas nienawidzą, którzy chcą naszego zła, albo jeszcze gorzej, dybią na nasze zdrowie czy życie? Jest to coś, co jest dla mnie najwyższym wyrazem postawy chrześcijańskiej, czyli odejście od naturalnych naszych tendencji, które mówią: „jeśli ktoś mi zagraża, to po pierwsze bronię się, a po drugie, mam prawo aby użyć takiego oręża, które uważam za słuszne, żeby oddalić ode mnie niebezpieczeństwo.” I oczywiście mogę czuć złość, a może nawet nienawiść do człowieka, który mi zagraża. Jeśli widzę wyciągnięty nóż, to mój lęk może przerodzić się w złość i nienawiść – tak działa nasza psychika. Jeżeli żyjemy w zagrożeniu, jeżeli dzieją się rzeczy, których nie chcemy, które nam się nie podobają, to nasza psychika powoduje, że zaczynamy się złościć, zaczynamy się czuć zagrożeni. Zagrożenie i złość są bardzo bliskie sobie. Mówimy źle o ludziach, których uznajemy za zagrożenie. To może być zagrożenie realne lub wyimaginowane. To może być zagrożenie odległe – jeżeli to jest zagrożenie, które nas bezpośrednio nie dotyka (w sensie realnym, fizycznym), ale które zaburza nasze poczucie bezpieczeństwa, nasze poczucie harmonii, jeżeli dzieją się rzeczy na poziomie społecznym, politycznym, które uważamy za niewłaściwe – to nasza psychika może nas prowadzić w stronę niechęci do ludzi, którym przypisujemy odpowiedzialność za te negatywne dla nas sytuacje. Ta niechęć może stawać się głęboka, może stawać się silna, może przerodzić się w nienawiść. Nie tędy droga.

Jeżeli czujemy w sobie złość, nienawiść, to nie powinniśmy się z nimi utożsamiać. Tutaj chciałbym pomóc sobie buddyjskim spojrzeniem na tę sprawę . Buddyzm proponuje techniki nieutożsamiania się z własnymi emocjami – czyli nawet jeżeli czuję złość, gniew, może przyjść fala takiej złości, którą bym nazwał nienawiścią, to mogę to zaobserwować, być świadomym tych uczuć, zaakceptować je, ale się z nimi nie utożsamiać. Jest bardzo ważne, żeby przyjąć te uczucia, nie usiłować ich odepchnąć, stłumić. Jeżeli próbujemy nie czuć tego, co czujemy, to dzielimy samych siebie na pół. Tracimy energię. Nawet jeżeli odepchniemy te uczucia od siebie, to one zostaną w nas. Możemy odepchnąć je ze świadomości, ale zostaną one w podświadomości.

Także inne systemy rozwoju duchowego proponują co innego: aby uczucia przyjąć, także te tzw. negatywne. Poczuć, że są, zdać sobie sprawę w pełni z ich istnienia, z ich obecności, ale się z nimi nie utożsamiać. Co to oznacza? Moje uczucie jest we mnie – moja złość czy nienawiść – ale ja nią nie jestem. Ona ma prawo we mnie istnieć, zrodziła się we mnie, taki jestem, że poczułem złość, gniew czy nienawiść, ale na tym kończy się ich władza i siła. Te uczucia są we mnie, nie udaję, że ich nie ma, nie odpycham ich, nie tłamszę, lecz przyjmuję je, akceptuję ich istnienie, ale nie utożsamiam się z nimi. Na ile to możliwe, nie idę za nimi, czyli nie mówię słów pełnych gniewu czy nienawiści, nie podejmuję czynów, które są motywowane gniewem lub nienawiścią. To bardzo trudne, ale praktyka wielu, wielu ludzi, już od tysiącleci, przekonuje, że jest to możliwe. Czyli praktykując tę technikę jesteśmy w stanie zwiększyć w sobie zdolność niewchodzenia w postawy, których Jezus nie zaleca… Jeszua pokazuje inną drogę – żeby miłować nieprzyjaciół. Tego nie da się zrobić ot, tak sobie: „decyduję się miłować moich nieprzyjaciół” – i już ich miłuję. To proces, w którym po pierwsze powinniśmy sobie zdawać sprawę z tego, że mamy prawo czuć nienawiść (wszystkie uczucia, jakie do nas przychodzą). I jeżeli nie chcemy dać im posłuchu, to nie powinniśmy ich odrzucać od siebie, tylko przyjąć je, zaakceptować ich istnienie, ale świadomym wysiłkiem nie iść za nimi. Czyli czuję w sobie złość, ale próbuję się wyrażać spokojnie. Rozmawiam z kimś i jestem zdenerwowany na niego, ale nie używam słów obelżywych, nie odbieram mu prawa do posiadania racji. Oczywiście, mam prawo walczyć o mają rację, przekonywać tego drugiego człowieka, ale z szacunkiem. I oczywiście powinienem słuchać go. Kiedy przestaję słuchać, wpadam już w energię złości, odrzucenia drugiego człowieka.

Chciałbym jeszcze powiedzieć parę słów o tym cytacie: Módlcie się za tych, którzy was prześladują. Zdarzyło mi się kiedyś, że byłem w sytuacji, w której miałem podstawy czuć się bardzo zaniepokojony istnieniem pewnego człowieka i pewnymi przejawami jego istnienia. Z rodziła się we mnie niechęć do tego człowieka i było to silne uczucie. Ale ten człowiek niczego złego mi nie zrobił – tylko jego istnienie było dla mnie potencjalnie niebezpieczne. I kiedy szarpała mną złość na tego człowieka i nie wiedziałem co z tym zrobić – a nie widziałem żadnej możliwości, żeby się z tej sytuacji jakoś wydobyć – przyszło mi do głowy, że zacznę się za niego modlić, życzyć mu dobra. Powtarzałem w kółko jakieś zdanie, w którym było zawarte życzenie, aby był szczęśliwy, zdrowy, żeby mu się dobrze działo. Gdy się za niego modliłem, czyli powtarzałem w kółko moje życzenie, aby było mu dobrze, aby był zdrowy, żeby wszystko układało się dobrze w jego życiu – to zarówno złość, jak i poczucie zagrożenia rozpuszczały się, znikały i przez jakiś czas miałem spokój. Gdy wracało poczucie zagrożenia i złość, to znowu powtarzałem to jedno zdanie pełne dobrych życzeń – i znowu powoli zagrożenie i złość zmniejszały się, a potem znikały.

 

Przebacz nam nasze winy, jako i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili.

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.

 

Czy jesteśmy w stanie przebaczyć? Jest łatwiej, jeżeli mamy ważne powody, żeby przebaczyć, np. ktoś, kto nam jakoś zaszkodził przeprosił nas. Albo do głębi zrozumieliśmy jego zachowanie i uznaliśmy, że ów człowiek miał akceptowalny dla nas powód, aby postąpić jak postąpił. Ale czy jesteśmy w stanie, tak po prostu, z serca przebaczyć? To jest najtrudniejsze. Myślę też, że byłoby najbardziej skuteczne.

Możemy przyjąć, że jeśli chcemy żyć dobrze, to byłoby dla nas użyteczne, aby nie mieć w sobie poczucia gniewu, złości na innych ludzi; aby żyć w harmonii wewnętrznej, i – na ile to możliwe – w harmonii z ludźmi, ze światem. Tak więc postawy, które mogą temu służyć – jak umiejętność przebaczania – są użyteczne, wartościowe.

 

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną.

Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną.

Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje.

 

Dla mnie to jest wezwanie do gromadzenia „skarbów ducha”, czyli dobra. Czynienia dobra. Oczywiście, możemy długo dyskutować, czym jest dobro. Myślę, że – mniej lub bardziej – zgodzimy się, że pewne rzeczy są dobre, a inne nie. Tutaj poważny problem wypośrodkowania między dobrem naszym, a innych ludzi. Jeżeli będziemy czynić dobro, starać się, aby dobrze było innym ludziom, zapominając o sobie lub krzywdząc samych siebie, to wcześniej czy później, nasza psychika powie nam: „nie tędy droga”. A może się zdarzyć, że postępując długo wbrew naszym potrzebom, doprowadzimy do tego, że przestaniemy mieć chęć, żeby pomagać innym ludziom. Ktoś, kto nastawi się sztywno: „jestem altruistą, będę cały czas robił tylko rzeczy dobre dla innych” w pewnym momencie może zorientować się, że nie ma w nim żadnej ochoty, żeby dalej czynić dobro, a wręcz przeciwnie, odczuwa niechęć czy nawet złość w stosunku do innych ludzi,.. Jest potrzebna równowaga, potrzebujemy dawać i brać. Oczywiście, nie mówię o przypadkach skrajnych, o przypadkach ludzi, którzy nie nauczyli się dawać; ale ludzie, których wychowano w postawie życzliwości dla innych są gotowi dawać – ale potrzebują też brać. Tak więc sytuacja, w której dajemy, a nie bierzemy musi być poddana naszemu osądowi: na ile mam w sobie zapas miłości, może przyjaźni, może innych uczuć – żeby dawać nie biorąc. Możemy też próbować tak zmieniać nasze relacje z innymi ludźmi, początkowo pozbawione równowagi wzajemności, żebyśmy dając również otrzymywali.

 

Na pewno nie jest dobre, abyśmy dawali się wykorzystywać – nie jest to dobre dla nas i nie jest też dobre dla tych, którzy nas wykorzystują, bo się utwierdzają oni w swojej postawie.

 

W sytuacjach, w których chcemy dawać bądź jesteśmy proszeni o to, żeby dawać powinniśmy spytać siebie: „Chcę naprawdę dać? Tak? Temu człowiekowi chcę coś dać?” Jeśli chcę – to w porządku. Nie chcę – to teraz powinienem sprawdzić, na ile moja niechęć jest adekwatna do sytuacji, np. wyczuwam, że dany człowiek chce mnie wykorzystać, a na ile jest to po prostu moja niechęć do dawania akurat temu człowiekowi. Nie znam kogoś, jestem na ulicy, ktoś wyciąga rękę i coś mi mówi: „nie, nie dawaj mu” albo coś mówi: „tak, daj”. Jak postąpić? Można próbować rozszerzać przestrzeń dobra w sobie, czyli np. przyjąć, że żebrakom dajemy zawsze jałmużnę, bez wnikania, czy ci żebracy rzeczywiście są żebrakami czy naciągaczami. Jeżeli mamy wystarczającą ilość pieniędzy czy czegokolwiek innego, żeby się podzielić, to może lepiej nie wchodzić w deliberowanie „dam, nie dam”, tylko po prostu dać i już.

 

Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie?

Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?

Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?

A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą.

A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich.

Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary?

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać?

Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie.

Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.

Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

 

Dla mnie to jest wezwanie, bardzo istotne w naszym świecie, w naszej coraz bardziej kłaniającej się mamonie i rzeczom cywilizacji, abyśmy nie kierowali zbytnio naszej uwagi na sprawy materialne. Wielu z Szanownych Czytelników może się żachnąć – Przecież musimy się troszczyć o nasz byt, o pieniądze, rzeczy itd. Jasne! Kluczem jest słowo „zbytnio” powtórzone na początku i pod koniec powyższego cytatu – Nie troszczcie się więc zbytnio… Czyli zabiegajmy o te wartości na tyle, na ile jest to niezbędne. Nie powinniśmy poświęcać naszej energii, naszych zdolności umysłowych itd. na to, żeby gromadzić rzeczy, które nie są nam naprawdę potrzebne. Nasz świat (z powodów o których można by długo mówić) poszedł w kierunku gromadzenia przedmiotów i pieniędzy, poświęcania im dużej części naszej energii życiowej, traktowania ich jakby to one były najważniejsze naszej egzystencji. W wersji maksymalnej objawia się to potrzebą ciągłej zmiany przedmiotów na ich nowsze, ponoć lepsze wersje (telefon, samochód itp.). Oczywiście, tylko część z nas – ludzi – może sobie na to pozwolić. Miliardy ludzi mają do rozwiązania codziennie problem, żeby w ogóle przeżyć, nakarmić dzieci… Następna wielka grupa naszych bliźnich walczy oto, aby żyć na znośnym poziomie materialnym. Ale jest też duża grupa ludzi (mieszkańcy Polski w dużej części mogą się do tej grupy zaliczyć), których nie gnębi lęk o przetrwanie. Mają oni wystarczająco dużo pieniędzy na to, żeby móc sobie kupić jedzenie i zdołali zapewnić sobie dach nad głową oraz ubranie. Ale i tak ich umysły są zajęte głównie gromadzeniem, myśleniem kategoriami „więcej pieniędzy, wyższej klasy rzeczy”. Jezus wyraźnie mówi: nie tędy droga, nie troszczcie się zbytnio o te sprawy, troszczcie się o sprawy ducha, tzn. o to, żeby być w tym świecie istotami – na ile to możliwe – duchowymi, a nie tylko materialnymi. Mamy w sobie i ciało, i ducha. Mamy psychikę, mamy myśli, uczucia, wrażenia, odczucia… Marzenia, wyobrażenia, idee… Istnieje też sfera duchowości. To nie musi być duchowość chrześcijańska, to nie musi być duchowość przypisana do jakiejkolwiek religii czy systemu. Może to być duchowość oparta na tym, że wierzymy w wartości, wierzymy w pewne idee. Postępujemy według naszych przekonań, idei zakorzenionych w naszych umysłach. Idea dobra jest ideą – nie można powiedzieć „ten przedmiot to jest dobro”. Jeśli postępujemy w myśl tego, co uważamy za dobro, to jest to wiara w ideę, czyli coś co nie istnieje materialnie, ale dopiero przełożone na język materii może zaistnieć w tym świecie. Czyli najpierw jest duch, myśl, idea, coś, co się wytworzyło w naszej kulturze, coś, co pomaga nam myśleć kategoriami odległymi od materii. A dopiero potem rzeczy i to wszystko, co stwarzamy w sensie zjawisk, które możemy poznać dotykiem, wzrokiem, słuchem…

 

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.

Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą.

 

Istnieją od tysięcy lat ludzie zwani sędziami, których my, jako społeczeństwo powołujemy, którzy uczą się długo, aby sądzić zgodnie z prawem. Ale my, zwykli ludzie, na ile to możliwe, nie powinniśmy osądzać. O co tu chodzi? Mamy prawo samodzielnie odróżniać dobro od zła według kryteriów obowiązujących w naszej kulturze i tradycji, odróżniać słowa i działania dobre od złych itd. To jest nasz osąd. Ale nie powinniśmy osądzać innych ludzi, czyli mówić „Postąpiłeś źle i koniec! Nie chcę z tobą rozmawiać, wydałem już swój wyrok”, lecz wysłuchać ich, wziąć pod uwagę to, co maja do powiedzenia. A jeśli nasz bliźni milczy, powinniśmy zwrócić się do niego: „Dlaczego milczysz? Powiedz, co się stało, jaki był powód, że postąpiłeś w taki sposób? Mnie się bardzo nie podoba to co zrobiłeś, ale chciałbym poznać motywy Twojego działania, chciałbym zrozumieć, dlaczego tak postąpiłeś”. A potem wysłuchać go, jeśli ów człowiek zechce mówić i postarać się go zrozumieć…

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam.

 

Dla mnie jest to wezwanie do wytrwałości, żeby się nie poddawać, żeby nawet w sytuacjach bardzo trudnych nie tracić nadziei. Żeby nawet gdy wydaje nam się, że nie mamy szans na osiągnięcie jakiegoś celu czy zdobycie czegoś, czego potrzebujemy, działać nadal. Na ile to jest możliwe – próbować. Zapewne każdy z nas przeżył w swoim życiu sytuacje, które mogą potwierdzić to, co teraz powiem – że czasami mogło nam się wydawać, iż absolutnie nie ma szans, abyśmy uzyskali coś, zdobyli czy osiągnęli, żebyśmy znaleźli rozwiązanie jakiegoś problemu, a okazało się, że rozwiązanie przyszło i to często z zupełnie nieoczekiwanej strony. I na odwrót – możemy być pewni różnych rzeczy, a rzeczywistość przekonuje nas, że wcale tak nie jest … Nie istnieje stuprocentowa pewność typu „ za godzinę będę w tamtym miejscu” – i z kimś umawiam się „tak, na pewno za godzinę będę tam”. Jest mnóstwo powodów, dla których mogę za godzinę nie być w tym miejscu, w którym chcę być.

Warto próbować, będąc świadomymi, że możemy nie osiągnąć tego, czego pragniemy. Możemy szukać i nie znaleźć, możemy pukać, a drzwi z jakiegoś powodu się nie otworzą. Ale Jezus mówi „proście, szukajcie, kołaczcie” – tak jakby w ostatecznym rozrachunku wytrwałość i wiara były zawsze słuszną drogą.

 

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.

 

Tutaj dodałbym do tego jasnego sformułowania propozycję, aby być tym, który zaczyna „wymianę”. Czyli jeśli chcę otrzymywać dobro, to mogę być tym, który daje jako pierwszy, nie oczekując, że ktoś inny najpierw to dobro uczyni. Jeśli chcę np. szacunku od kogoś, to najpierw okazuję mu szacunek, chociażby ten człowiek wydawał mi się niegodny szacunku. Mimo negatywnego osądu tego człowieka próbuję mu ten szacunek okazać. I w ten sposób postępując powoduję, że może jakaś warstwa tych postaw, przekonań itd. które żywią ludzie będący wokół mnie ulega choćby częściowej zmianie.

Pewna moja znajoma opowiedziała mi kiedyś zabawną historyjkę, która potwierdza powyższe słowa. Owa znajoma wynajmowała pokój od pewnej pani, która była bardzo nieprzyjemna (w ocenie mojej znajomej). Moja znajoma trafiła na warsztaty rozwoju osobistego, które wpłynęły na nią bardzo korzystnie. Była po nich nastawiona tak pozytywnie do świata i ludzi, że gdy wróciła do domu w którym wynajmowała pokój, a właścicielka znowu zachowała się złośliwie i nieprzyjemnie, to znajoma wysłała jej w powietrzu całusa – i właścicielka nie wiedziała co z tym począć, odwróciła się i poszła sobie bez słowa. Po prostu to dobro, które wysłała moja znajoma, sprawiło że – nazwijmy to umownie – „zło”, którym chciała ją „poczęstować” właścicielka domu zatrzymało się, straciło siłę.

 

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami.

Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi?

Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce.

Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców.

Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.

A więc: poznacie ich po ich owocach.

 

Bywa tak nieraz, że zaczynamy ufać ludziom z powodu ich „pięknych” słów. Im bardziej ktoś jest świadomy, im więcej wie o świecie i im więcej rozumie z tego, co się dzieje wokół niego, tym bardziej jest odporny na puste czy fałszywe słowa. Ale wielu ludzi daje się zwieść tym, którzy nimi manipulują, którzy mówią różne rzeczy po to, żeby coś uzyskać, którzy świadomie kłamią po to, żeby osiągnąć pewne cele.

Poznacie ich po ich owocach. Czasami owoce działań ludzi, którzy nie są prawdziwymi prorokami mogą się wydawać dobre, i ci fałszywi prorocy są w stanie nieraz mydlić oczy działaniami, które na pozór są dobre, ale na dłuższą metę zawsze wychodzi na jaw prawda. Czasami trzeba wielu lat, ale historia pokazuje, że zło czynione przez tych fałszywych proroków, choćby nawet na krótką metę wielu ludzi było zadowolonych z ich działań, zawsze pokazywało swą prawdziwą twarz. I zło, które było u zarania owych działań sprawiało, że na miejsce tego dobra, które mogło trwać przez jakiś czas, przychodziło zło tak potężne, że niszczyło to dobro. Przychodzi mi na myśl Hitler jako przykład takiego fałszywego proroka, za którym podążyło wielu ludzi – nie tylko w Niemczech, także w innych krajach: w Austrii, Słowenii, Chorwacji, Norwegii… Niemcy w szybkim czasie wyszły gospodarczo na prostą dzięki działaniu Hitlera i jego popleczników – ale jakie potworne zniszczenia to przyniosło krajowi, ile cierpienia ludziom… Jakie były owoce jego działania? Jakie są owoce działania różnych ludzi, którzy dla swoich celów mogą się posługiwać zabiegami, które wydają nam się pozytywne, korzystne?

Im więcej jest błysku, blichtru w tym, co do mnie przychodzi, tym jestem czujniejszy. Jeśli ktoś do mnie mówi w sposób, który nie budzi wielkich emocji, który odnosi się do szarej rzeczywistości, który mówi o faktach, który proponuje niełatwe rozwiązania kojarzące mi się normalnym funkcjonowaniem świata, to temu człowiekowi chętnie daję posłuch. Jeśli ktoś mówi: „Zrobimy to i to, i na pewno zaraz będzie lepiej” – to nastawiam się czujnie, bo wiem, że świat tak nie funkcjonuje. Czasami w pewnych drobnych sprawach jedno działanie jest w stanie coś zmienić na lepsze, ale raczej tylko w małych grupach czy prostych strukturach. Im większa i bardziej skomplikowana struktura, czyli np., wieś, miasto, kraj – tym trudniej o łatwe rozwiązania; powiedziałbym, że nie ma ich. Mogą się pojawić rozwiązania, które będą ogólnie korzystne, ale nie sądzę, by istniały rozwiązania, które byłyby całkowicie, zdecydowanie pozytywne, niemające zupełnie ubocznych, negatywnych skutków. Tak więc nawet dobre pomysły trzeba dokładnie omówić. Uważajmy na ludzi proponujących nazbyt proste rozwiązania. I warto (choć brzmi to banalnie) posłuchać tych, których uważamy za fachowców. Jeśli mamy np. do rozwiązania problemy ekonomiczne, to warto, żebyśmy wysłuchali fachowców, którzy od dziesiątków lat rozgryzają różne zagadnienia ekonomiczne, itd. Strzeżmy się ludzi, którzy wypowiadają się autorytatywnie, zwłaszcza na tematy, z którymi nie mają do czynienia na co dzień od wielu lat. Nie wierzmy ludziom obiecującym łatwe rozwiązania. Strzeżmy się fałszywych proroków. Oby nasz świat obfitował w prawdziwych proroków, w ludzi, którym będziemy mogli zaufać i którzy naszego zaufania nie zawiodą…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here