Jan Koprowski – pisarz, publicysta, krytyk, tłumacz

0

Przeszłość, która dopiero teraz jawi się w pełni blasku!

Wspomnienie (o twórczości i działalności) Jana Koprowskiego

Dla mnie Jan Koprowski był pisarzem niezwykłym! Wystarczy sięgnąć do Jego opowiadań „Zielone drzewa” (Wydawnictwo Łódzkie, 1972), aby się o tym przekonać. Z żadnego – zawartego w tym zbiorze utworu, sięgając na nowo po tę prozę – nie mogliśmy (z żoną) oderwać się od niej, tak nadal przykuwa uwagę.

(Przypomnę zatem tylko ważniejsze pozycje z przebogatej spuścizny autora: Poezje dla Ciebie, 1946; Pejzaże polskie, 1951 (co za znakomity tomik wierszy); a z prozy: Opowieść o moim Ojcu, 1950; Powrót do kraju, 1964; Teraz i zawsze, 1969. Do tego dochodzą jeszcze Jego świetne szkice literackie, jak m.in. „Z południa i północy”, 1963; czy „Na wschodzie i na zachodzie”, 1969.

Jan Koprowski był także znakomitym felietonistą i tłumaczem literatury niemieckiej. Również przez wiele lat niestrudzonym działaczem ogólnopolskiego środowiska pisarskiego (na co chciałbym zwrócić szczególną uwagę P.T. Czytelnikom „Przeglądu Dziennikarskiego”). Pisał fascynujące reportaże z ziemi dolnośląskiej, na którą Polska wróciła w 1945 roku po wielu wiekach. Zatem Jana Koprowskiego umieszczam – jak najbardziej świadomie – w swojej Kolekcji Wybitnych Osobowości 100-lecia Odzyskania Niepodległości.

Był obrońcą wolności i praw człowieka, o czym niewielu dziś pamięta, albo pamiętać nie chce. Cenię go i za to, że jako pisarz i publicysta walczył o teksty bez skreśleń – krytykując nadmierną ingerencję cenzury, zresztą nie tylko we własne teksty! Zapisuję mu też „na dobro” to, że kiedy był zastępcą red. nacz. „Literatury” – przyjął do pracy m.in. Michała Sprusińskiego – tragicznie zmarłego – znakomicie zapowiadającego się pisarza, krytyka i redaktora, który nie należał do ludzi układnych wobec PRL-owskiego reżimu. Tak jak nie należał do nich Jan Koprowski!

Był niezrównanym znawcą Niemiec! Rzecznikiem współpracy, mimo doznanych od Niemców wielu osobistych krzywd. Przetłumaczył na polski m.in Heinego i Kirsta („A życie toczy się dalej”) w ramach redagowanej przeze mnie na przełomie lat 1999 – 2005 „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”, wydawanych w owym czasie przez Wydawnictwo „Interart”.

Przełożył też wiele aforyzmów Karla Krausa i fragmenty z „Parerga i Paralipomena” Artura Schopenhauera. Jako pierwszy dokonał przekładu na język polski świetnego austriackiego pisarza Roberta Musila, który swego czasu oczarował miliony czytelników i pozostaje nadal KIMŚ bardzo znaczącym w literaturze światowej.

Napisał Jan Koprowski cenną dla lingwistów pracę paranaukową „Z warsztatu tłumacza”, zawierającą jego teorię przekładu, z którą każdy tłumacz literacki powinien się zapoznać.

Ma też nie do przecenienia zasługi w recenzowaniu przez wiele lat, niejako na bieżąco, współczesnej literatury niemieckiego obszaru językowego, m.in. w „Życiu Literackim”, „Literaturze” (nieistniejących już – A SZKODA – pismach społeczno-kulturalnych), a także w „Nowych książkach” i co chciałbym podkreślić – jak mało kto znał się na tej literaturze, a oceniał ją zawsze (co było i jest nadal ważne) z polskiego punktu widzenia!

Zaraz po wojnie Jan Koprowski pisał wiele o Polakach w Niemczech (między innymi słynny reportaż z Meppen pt. „Maczków – miasto nieboraczków”) i sporo innych artykułów, o tzw. problematyce niemieckiej, którą wtedy – w latach czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i późniejszych ub. wieku – zajmowali się tacy znawcy przedmiotu, jak m.in. Edmund Osmańczyk, Wilhelm Szewczyk, czy Edward Kmiecik. Podkreślę, że jego teksty o Niemczech do dziś nie straciły na aktualności i warte są ich wznowienia. Przydałoby się wydać w ogóle „Dzieła zebrane” autora (także innych znakomitych pisarzy powojennych, dziś niesłusznie spychanych w zapomnienie), jak m.in. Broniewskiego, Jastruna, czy Parnickiego, Czeszkę, Kuśniewicza, Jasienicę, Lovella i wielu innych; także krytyków, jak m.in. Andrzeja Kijowskiego, czy Andrzeja Błońskiego.

Jan Koprowski pisał regularnie artykuły do pisma naukowego Uniwersytetu Wrocławskiego „Zbliżenia Polska Niemcy”, które swego czasu (niestety nie ma już dzisiaj i tego pisma) wnosiło istotny wkład do powojennego zbliżenia polsko-niemieckiego z punktu widzenia nauki.

Jako działacz ZLP (mając za granicą autorytet uznanego pisarza) inicjował Jan Koprowski – jako przewodniczący Komisji Zagranicznej ZLP (Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich) – kontakty z pisarzami wielu krajów, a szczególnie niemieckimi, gdyż – jak twierdził – literatura „to najbliższa droga do porozumienia między narodami”. I trudno mu w tym nie przyznać racji. Był rzecznikiem w dążeniu do „normalności” z Niemcami, rozumiejąc pojednanie i współpracę w duchu „Aby to, co było złego między Polakami a Niemcami – już nigdy nie powtórzyło się”. Dzięki niemu miałem możność osobistego poznania m.in. nie tylko Hermanna Kanta (z NRD), ale i Hansa Magnusa Erzensbergera (z RFN), czy Friedricha Dürrematta (ze Szwajcarii) i wielu innych pisarzy niemieckiego obszaru językowego – ludzi wspaniałych, mądrych, prezentujących poglądy dotyczące współpracy i przyjaźni z Polską ponad politycznymi podziałami.

Jan Koprowski uważał, że my musimy równolegle pracować z obydwoma – jeszcze wówczas – państwami niemieckimi. Choć przewidywał nieuchronność ponownego zjednoczenia się Niemców! Był zwolennikiem integracji europejskiej i oczyma wyobraźni widział Polskę w UE i NATO. I wierzył w trwałość zachodniej granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łużyckiej, jako granicy pokoju. Ale nie unikał także przyjaznych kontaktów literackich z innymi krajami ówczesnego RWPG.

Napisał też m.in. świetną monografię pt. „Joseph Roth”, która dała początek „Czytelnikowskiej” serii o najbardziej znanych pisarzach XX wieku, wśród których wg Koprowskiego największymi byli – obok Józefa Rotha – Tomasz Mann, Robert Musil i Anna Seghers. Również Marcel Proust, Sartre i inni! To on tych pisarzy (i dobrze) wprowadził w obieg czytelniczy Polaków. W ogóle dbał o godną dla polskiego czytelnika politykę przekładów z literatury światowej, co stało się faktem. I był czas, gdy wielkie wówczas wydawnictwa wręcz „prześcigały” się w wydawaniu przekładów, dość wymienić m.in. PIW, Czytelnik i Wydawnictwo Literackie. Wydawnictwo Poznańskie nawet specjalizowało się w przekładach z literatury niemieckojęzycznej i skandynawskiej, a „Literackie” w Krakowie dla przykładu – iberoamerykańskiej. Również szczeciński „Glob” czy Wydawnictwo Łódzkie i Lubelskie, także LSW i PAX – uczestniczyły w tym współzawodnictwie.

Dbał też i pomagał Jan Koprowski (bo miał wówczas takie możliwości, będąc członkiem ZG ZLP) wielu pisarzom w trudnych sprawach życiowych i socjalnych.

Zabiegał o pracę dla nich, zwłaszcza w stanie wojennym – o stypendia twórcze i socjalne, o to, aby mieli gdzie publikować i wydawać swoje teksty!
„Walczył” także o dziennikarzy, aby nie wyrzucano ich z pracy za pisanie prawdy niezgodnej z wolą ówczesnych polityków.

W tej pomocy „innym” był Jan Koprowski niestrudzony i „nie wychodził” z gabinetów decydentów, dopóki sprawa, z którą przychodził, nie była załatwiona. I liczono się z Jego zdaniem, bo chciano Go mieć „po swojej stronie”. Ale On do końca swych dni pozostał sobą, osobowością niezależną, jak swego czasu Erazm z Rotterdamu, który krytykował, ale nigdy nie spiskował.

Uważałem za zaszczyt przyjaźnić się z Nim. Tym bardziej, że poznałem Go, gdy byłem jeszcze dzieckiem, a On pracował w jednym pokoju – razem z moim Ojcem – w Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie. I razem postanowili wrócić do Polski! Ani przez moment nie wahali się przed podjęciem takiej decyzji. „Polak jest prawdziwym Polakiem tylko we własnym kraju” – twierdził.

A ja dodam, że m.in. dzięki takim ludziom, jak Jan Koprowski, o takich postawach moralnych i patriotycznych, a przede wszystkim o odpowiedzialności za Polskę, możliwe były przemiany, które się w Polsce, po roku 1989 dokonały. Choć nie wszyscy dzisiaj tak oceniają!

Bo jaka w przeciwnym razie pozostawała alternatywa? – Tylko emigracja, a tego ani On, ani mój Ojciec, albo wspomniani Jan Edmund Osmańczyk czy Wilhelm Szewczyk, nie chcieli. Zatem – korzystając z okazji – upominam się, aby po latach docenić Jana Koprowskiego (i wielu innych), którzy żyli uczciwie, pracowali, tworząc polską literaturę. Za ich wkład w rozwój kultury i w odbudowę kraju. Domagam się uznania ich zasług dla Polski, bo na to zasługują!

Tym boleśniej to odczuwam, gdyż tacy, jak On – hołdowali zasadzie „co dzień Polak Ojczyźnie służy” (to jedna z 5 prawd Związku Polaków w Niemczech), są dziś pomijani w łańcuchu ciągłości kultury za swoją aktywną i twórczą postawę. Dlatego m.in. piszę także to wspomnienie, aby ukazać Jego życie i upomnieć się o książki z Jego spuścizny.

W roku 1945, gdy kończyła się wojna, Jan Koprowski miał 27 lat i przebywał w Familienlager w Niemczech. Razem z żoną oczekiwali wówczas przyjścia na świat syna, któremu dali dwa imiona Jacek – na cześć ich ulubionego malarza Jacka Malczewskiego i Wiktor – na cześć Wiktorii nad Niemcami hitlerowskimi. W tamtych latach 1945-1946 Jan Koprowski ogłosił bardzo znamienną broszurkę pt. „Dlaczego każdy Polak powinien wrócić do kraju”. A wkrótce potem – poprzez Polską Misję Repatriacyjną – Jego powrót do kraju rzeczywiście nastąpił. Szczycił się znajomością z pisarzem Friedrichem Wolfem, który potem był w latach 1950-51, pierwszym ambasadorem NRD w Polsce.

Potem przyszły lata spędzone w Łodzi. Pisał w tym czasie wspaniałe okolicznościowe wiersze: jak np.

„Niektórym trzeba tak wiele, ażeby szczęśliwi byli: majątku, sławy…i własnej willi…
Ja skromne mam wymagania i znacznie mniej mi potrzeba:
…tyle dochodu za wiersze, by nie zabrakło mi chleba…”

W życie polskiego środowiska literackiego (po powrocie z Niemiec do kraju) Jan Koprowski wszedł bardzo szybko (tym bardziej, iż nie gardził „małym” kieliszkiem i był człowiekiem bardzo towarzyskim, umiał znakomicie opowiadać dowcipy). Uwielbiał jeździć na spotkania autorskie, z których wracał zawsze bardzo ożywiony i pełen nowych pomysłów.

Jego „majstersztykiem” literackim są przede wszystkim opowiadania. Niektóre z nich cieszyły się dużym uznaniem krytyki, ale były też takie, które oceniane były bez entuzjazmu, a nawet wręcz surowo. Ale na szczęście nie zrażał się tymi (zwłaszcza krytycznymi) opiniami, gdyż szybko przekonał się, że nie wszystko, co nie podobało się krytykom, nie podobało się też czytelnikom. Miał swoich fanów, do których i ja do dzisiaj należę.

Za młodu chciał zostać aktorem. To marzenie nie spełniło się, ale życie i tak zaprowadziło go do teatru. Przez długie lata był kierownikiem literackim w Teatrze Nowym w Łodzi i to u samego Kazimierza Dejmka!

Potem była „Łódź literacka”, „Kroniki” i inne pisma, które inicjował i redagował.

Był skrupulatnym redaktorem, solidnym, z którym można było jednak dyskutować o tekście, nie decydował nigdy samodzielnie o skreśleniu czegokolwiek z powierzonego mu materiału, zawsze konsultował wszystkie ewentualne poprawki z jego autorem. (Doświadczyłem tego osobiście i byłem ogromnie dumny, że stawiał znak równości pomiędzy sobą, a znacznie młodszym od siebie – wtedy początkującym – autorem i tłumaczem).

Miał ambicje stworzenia wokół pisma, w którym w danej chwili pracował, aktywnego środowiska, odbywania spotkań dyskusyjnych na palące i ważne tematy kulturalne, literackie i społeczne. I nie bał się trudnych rozmów z przełożonymi w obronie tekstów.

Wiele zawdzięcza mu także środowisko naukowo-uniwersyteckie. Zapraszał ludzi nauki, szczególnie germanistów (ale nie tylko) do współpracy i wypowiadania się na „łamach” pism, w których aktualnie pracował.

Pracując m.in. w „Literaturze na Świecie”, „opiekował się” piśmiennictwem obcym, a osobliwie – literaturą Austrii, NRD, RFN i niemieckojęzycznej części Szwajcarii.

Ale tak w ogóle to Jan Koprowski nie był wojowniczego usposobienia, unikał konfliktów, nigdy nie intrygował. Przeciwnie. „Walczył” na argumenty, miał dar przekonywania. Ale podejrzliwość ludzka, jak wiadomo, kieruje się emocjami i szuka wrogów nawet tam, gdzie ich nie ma. Więc i Koprowskiemu przypisywano wiele rzeczy, z którymi on nie miał nic wspólnego. Był to człowiek niezwykle uczciwy, prawy i dobrego serca! Którego cechowała lekkość pisania i poczucie humoru oraz tzw. „dystans do życia”. (…Jeśli się kiedyś zdarzy, że umrę nagle wieczorem, proszę was – młodzi i starzy – napiszcie o mnie z humorem…)

Ogłaszał przez lata cotygodniowe felietony w „Życiu Warszawy”, były to wspaniałe relacje „z życia” zwykłych ludzi.

Lubił też grzebać w historii, a zwłaszcza przypominać młodemu pokoleniu zapomniane zdarzenia, uwielbiał komentować i pisać o tzw. problematyce niemieckiej. Opublikował wiele felietonów i pozytywnych recenzji oraz opinii temat Niemców, próbując pomniejszyć rolę utartych o tym narodzie stereotypów. Najciekawsze książki związane z tą problematyką to m.in. „W miasteczku nad Renem”, „Przeszłość nie umiera”, „Wieczory rodzinne” i „Wieczór w Cafe’ Raimund”.

W swym domu (mieszkaniach, w których mieszkał – skromnych – w Berlinie, na Dolnym Śląsku, w Łodzi, Warszawie) miał zawsze ogromnie dużo książek, wspaniałe księgozbiory i mimo, że część przekazał swego czasu Bibliotece Uniwersyteckiej w Łodzi, a także synom, ciężko było mu się rozstawać z każdą książką. Ja też kilka cennych i potrzebnych mi wówczas rzeczy z klasyki niemieckiej od niego otrzymałem. Uważał, że każda książka jest coś warta i że każda może się przydać. Wspaniała to cecha prawdziwego bibliofila i dlatego o tym wspominam. Ale odnosi się to też do jego twórczości. Wszystko, co napisał – pozostanie w naszym piśmiennictwie. Jest po prostu nadal aktualne i dobre.

W Warszawie Koprowski mieszkał na Osiedlu Szwoleżerów. W miejscu wymarzonym, tuż przy Łazienkach. Tam spotykałem go (w ostatnich latach Jego życia) najczęściej. Na ogół, jeśli nie spacerował, przesiadywał w osiedlowej niewielkiej kawiarence, do której przychodzili też inni mieszkańcy tego osiedla: artyści, dziennikarze, m.in. Tadeusz Hussak, przez wiele lat prezes Stowarzyszenia Księgarzy Polskich. Gawędziliśmy przy flaczkach, kawie, a czasem i koniaku o polityce, książkach, ale najczęściej jednak o sprawach polsko-niemieckich, wspólnie szukaliśmy tytułów z literatury niemieckiej do przekładów. Dzięki niemu zająłem się m.in. przekładami antywojennych i antynazistowskich powieści Hansa Hellmuta Kirsta! („Noc długich noży”, „Noc generałów”, „Rok 1945 – koniec”, „08/15 w partii” i ”08/15 dzisiaj”, „Rozwiedzeni przez śmierć”, „Mane, tekel ’39” i „Pies i jego pan”)

Mieszkali na tym osiedlu swego czasu także (i spotykali się w tej kawiarence) Gustaw Holoubek i Magda Zawadzka, (których Koprowski uwielbiał). Również Ryszard Wojna, Marek Groński i Edward Kmiecik. Dlaczego o tym wspominam? Gdyż tam zrodził się Koprowskiemu pomysł na wspaniałe opowiadania zawarte w książce „Recepta na życie”, w których oddał atmosferę tych spotkań i jeszcze coś więcej: poczucie humoru, mądrość, spostrzegawczość i zakamuflowany krytycyzm współczesności, obyczajów, podwójnej moralności, gdy ludzie oficjalnie głosili co innego, a prywatnie krytykowali wszystko i marzyli o innej Polsce.

Z tamtej atmosfery wyrastały też wiersze Koprowskiego „Na wodzie pisane”, „Własne i cudze” i jeszcze inne książki, które wydawał głównie w „Czytelniku”.

Nim Koprowski zaczął redagować i pisać w „Literaturze”, sporo opublikował jako autor szkiców, przekładów i opowiadań we „Współczesności”. Ubolewał, gdy tam, a później i w innych redakcjach nie dopuszczano młodych „do pisania, a nawet redagowania” ze względu na inne poglądy polityczne.

Był Jan Koprowski marzycielem wolności słowa i miał swoje mocne poglądy na rolę pism literackich i środowiska literackiego, niekoniecznie tożsame z oficjalnymi czynnikami. A w ogóle to był Człowiekiem, kochającym ludzi. Przyjaźnił się z wieloma artystami, uwielbiał aktorów, doceniał malarzy, rzeźbiarzy. Nigdy nie wypowiadał się źle o kolegach po piórze, przeciwnie. Jego wielką cechą było wspieranie młodych talentów! I nie zazdrościł nikomu kariery, a wielu z nich pomógł, aby mogli się rozwijać, w ogóle zaistnieć, gdy wyczuwał w nich talent do pisania. Gardził układami, był Człowiekiem szczerym aż do bólu, nie zwalczał nikogo za poglądy, nie ulegał tak modnej za Jego życia doktrynalnej ciasnocie.

Kiedyś wspomniał przy kawie, że namawiał Wiecha do napisania historii literatury widzianej oczyma Teofila Piecyka, czyli oczyma prostego Polaka na wzór „Heleny w stroju niedbałym”. Podobno Wiechowi pomysł spodobał się, ale go nie zdążył zrealizować. Koprowski snuł też wizję serii literatury niemieckiej (co najmniej 100 książek najwybitniejszych pisarzy). Ci w Polsce z uwagi na brak tłumaczeń pozostają nieznani. Podobnie jak historia hymnu niemieckiego, który powstał w czasach Heinego, a napisany przez Hoffmanna von Fallerslebena w 1841 roku. Muzykę skomponował Josef Haydn, a ideą hymnu były hasła równości, braterstwa i praworządności. My nie znamy po prostu tego Koprowskiego myślącego „germanistycznie”. Przez lata usilnie namawiał mnie do napisania monografii o Danielu Chodowieckim (wielkim artyście – polskim berlińczyku) i zachęcał do tłumaczenia Kirsta i napisania o nim książki, tak jak wcześniej o Annie Seghers. Często odwiedzał mnie w Instytucie Lingwistyki Stosowanej, w którym przez wiele lat pracowałem. „Marudził”, że nagli nas czas, że powinniśmy jeszcze to i tamto. I dlatego oby nie było tak, jak napisał Józef Roth w „Marszu Radetzky’ego” – Jego ulubionej powieści – że:

cechą naszego świata jest szybkie i gruntowne zapominanie o ludziach i ich dokonaniach.

Koprowskiego to – niestety – dotknęło. Choć jestem przekonany, że – mimo wszystko – żyć będą nie tylko jego książki, wiersze, opowiadania, ale i miłość do Polski, którą zarażał innych. Pocieszam się, że przeszłość jednak nie całkiem umiera, a czasami dopiero po śmierci świeci pełnym blaskiem. Tak z pewnością będzie w przypadku Jana Koprowskiego. Jego zasługi dla literatury, kształtowania się właściwych stosunków z Niemcami na bazie wzajemnych przekładów literackich i współpracy pisarzy, a w ślad za tym zbliżenia naszych społeczeństw – są nie do przecenienia. Tak jak i Jego osobista twórczość pisarska, publicystyczna i tłumaczeniowa oraz jako działacza Związku Literatów Polskich. Myślę o nim dziś często – z najwyższą czcią!

Poprzedni artykułBundesliga: Wout Weghorst – wyróżniający piłkarz…
Następny artykułUbranka dla dziecka: na co zwrócić uwagę?
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here