Franciszek Hipolit Piątkowski. Lato pachnące miętą

0

Lato pachnące miętą

Lato koloru malin

Lato zielonych lasów

Lato kukułek i czajek…

To refren popularnej piosenki studenckiej z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, której autorem był Franciszek Hipolit Piątkowski. Muzykę skomponował Włodzimierz Marczyk, a śpiewała ją Wiesława Łubiarz. Wszyscy byli studentami UMCS w Lublinie. Piosenka do dziś jest często śpiewana przy różnych okazjach, najczęściej przy ognisku i na rajdach.

Ukazał się teraz kolejny tom dziennikarskiej twórczości autora piosenki, którego zwaliśmy potocznie „Hipek”. Kto jest związany z Lublinem, ten od razu wie o kogo chodzi. Zaczynał swoją dziennikarską przygodę już jako student prawa,
a potem był redaktorem miejscowej i białostockiej prasy oraz aktywnym uczestnikiem życia kulturalnego. Jego domeną była krytyka teatralna i reportaż, ale pisał też wiersze i teksty piosenek. Był wykładowcą w szkołach wyższych, między innymi PWST (w oddziale zamiejscowym w Białymstoku), UMCS, Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. M. Wańkowicza i KUL. Zakładał Wszechnicę Myśli Współczesnej w Białymstoku, Wakacyjną Akademię Kultury Studenckiej w Tykocinie, Wakacyjną Akademię Reportażu im. Ryszarda Kapuścińskiego w Siennicy Różanej oraz organizował w tej miejscowości coroczną imprezę o charakterze artystycznym i naukowym „Z Rejem do Siennicy”.

Piszę o nim w czasie przeszłym , bo odszedł od nas w 2016 roku. I pewnie pozostawiłby po sobie tylko koleżeńskie wspomnienia oraz teksty na pożółkłych stronach gazet, leżących gdzieś tam na bibliotecznych regałach w postaci zszywek. A jednak nie…

Żona Jadwiga, też prawnik, postanowiła zebrać, to co napisał i wydać jako książki. Była to iście benedyktyńska i detektywistyczna praca. Wymagała nie tylko penetracji bibliotek, archiwów i redakcji, ale przeprowadzenia dziesiątek rozmów z ludźmi, których Franek znał i z którymi się spotykał. Najczęściej byli to aktorzy, reżyserzy, piosenkarze, działacze kultury, luminarze życia politycznego i wielu innych – bohaterowie jego recenzji i reportaży. Odnalezione i odkurzone teksty pomieściły się aż w 8 tomach!

Oto tutuły:

„17 lat z PRL” – wybór reportaży

„Spacer Aleją Niepotrzebnych” – Polska w transformacji, reportaże i relacje

„Co jest grane” – 3 tomy recenzji teatralnych 

„Spotkania i rozmowy” – wybór wywiadów

Trochę inaczej” – felietony kulturalne i gawędy kulinarne

„Pamiętajmy. Jesteśmy” – wiersze i piosenki

 

Mogę powiedzieć, że Franek był owocem studenckiej kultury, która wspaniale rozkwitła po październiku 56. Na uczelniach i w akademikach, powstawały jak przysłowiowe grzyby po deszczu kabarety, teatry, zespoły muzyczne, chóry, kółka poetyckie, kluby studenckie – cała plejada różnorodnych form artystycznych i kulturalnych. Była też prasa i radio studenckie, filmy, kluby dyskusyjne. Jak otworzę almanach tej działalności z tamtych lat, to cały czas, tydzień po tygodniu odbywały się jakieś festiwale, konkursy, wieczory poezji, wystawy fotografiki, architektury i malarstwa, przeglądy piosenek, jak: FAMA, Jazz nad Odrą, Konkurs Studenckich Piosenkarzy, festiwal „Pro Musica”. Wszystko to działo się pod auspicjami Zrzeszenia Studentów Polskich i przy wielkim zaangażowaniu studentów-wolontariuszy. Każde miasto akademickie miało swoje imprezy i wydarzenia. Z tych pokoleń wyrośli później animatorzy i twórcy narodowej kultury. Trudno byłoby ich wszystkich spisać na kartach kilku książek, ale wymienię tylko 3 nazwiska wiceprzewodniczących Rady Naczelnej ZSP ds. kultury: Jerzy Kwiatek (później przewodniczący), Włodzimierz Sandecki i Eugeniusz Mielcarek (później przewodniczący), którzy nadawali ton temu szerokiemu ruchowi na cały kraj.

W Lublinie, przy ogromnym wsparciu Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej, którego rektorem był prof. Grzegorz Leopold Seidler, powstało miasteczko studenckie ze wspaniałym obiektem „Chatka Żaka”, gdzie buszowali studenci wszystkich uczelni. Była tam sala na 400 miejsc, której gospodarzem był teatr „Gong 2” do spółki z Zespołem Tańca Ludowego. Miały tam swoje siedziby różnorodne koła zainteresowań i kluby . W tym tyglu Franek czuł się jak ryba w wodzie, a to w Gongu, Radiu Akademickim, pisał do „Konfrontacji” – dodatku popołudniówki „Kurier Lubelski”, był korespondentem „itd.”, utworzył grupę KEKS – Krąg Entuzjastów Kultury Studenckiej.

Po studiach od razu dostał pracę w „Sztandarze Ludu”. Pisał też w „Kurierze Lubelskim”, „Gazecie Białostockiej”, „Gazecie Współczesnej”, „Dzienniku Wschodnim”. Wymyślił i prowadził „Tygodnik Wschodni. Relacje”. Publikował reportaże w miesięczniku „Kontrasty” i recenzje w kwartalniku „Akcent” oraz w wielu tytułach ogólnopolskich. Był laureatem kilku konkursów na reportaż (m.in. Konkursu im. Adama Polewki, Turnieju Reporterów „Miesięcznika Literackiego”) oraz zdobył główną nagrodę w konkursie poetyckim o Laur im. J. Czechowicza.

Po latach z ciekawością czyta się jego reportaże, których akcja najczęściej dzieje się w miastach i miasteczkach Lubelszczyzny i Podlasia. To już historia, wiernie zanotowana, bez literackich ubarwień. Zgodnie z zasadą, którą Franek lapidarnie określił: – W istocie reportaż jest opowiadaniem prawdziwym, koniec kropka. Nie wolno konfabulować, nie wolno zmyślać.

Oryginalną częścią dziennikarskiej twórczości Franka były felietony w „Kurierze Lubelskim” poświęcone przepisom kulinarnym. Podpisywał się pod nimi jako Franciszek Łakomy albo Hipolit Łakomiec. Były one okraszone i podlane sosem różnych zabawnych historyjek i wydarzeń z dworów królewskich i szlacheckich. Jednym słowem: kuchnia prawdę ci powie.

Dla mnie skarbnicą wiedzy są recenzje teatralne spektakli Akademickiego Teatru UMCS „Gong 2”, który był moją studencką przygodą oraz teatrów alternatywnych: Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice, Scena Plastyczna KUL, teatr Provisorium. Sporo miejsca w swoich recenzjach Franek poświęcił twórcom tych teatrów: Andrzejowi Rozhinowi, Leszkowi Mądzikowi, Włodzimierzowi Staniewskiemu i Januszowi Opryńskiemu. Pamiętam rozmowy z Frankiem po premierach na zapleczu teatru. Był wyjątkowym adwersarzem, przekornym, pewnym swej opinii, ale tak wdzięcznym, że chciało się z nim rozmawiać. Nie zaperzał się, mówił spokojnie i uśmiechał się. Nazywał nas Gongołami, ale to nie było przezwisko, tylko raczej wyróżnienie. My z kolei, czekaliśmy na jego recenzje. Było dla nas zadziwiające jak potrafił odbierać nasze spektakle. Czy to była Elżbieta Bam, Trismus, Dialog na Święto Narodzenia Pana, Wielki Testament wg Franciszka Villona, czy Wietnam ukrzyżowany. Nie pisał laurek i prostych ocen, starał się dotrzeć do głębi scenicznego obrazu i wydobyć z niego sens. Krytykował to, co było nietrafione.

Najwięcej recenzji poświęcił spektaklom lubelskiego Teatru im. Juliusza Osterwy. Jednak prawdziwymi perełkami są jego rozmowy z twórcami. Wymienię kilka nazwisk: Adam Natanek, Ignacy Gogolewski, Andrzej Łapicki, Bogusław Linda, Maria Kuncewiczowa, Witold Małcużyński, Jerzy Satanowski, Romuald Lipko. Potrafił sięgnąć do ich artystycznych dusz i serc, by przybliżyć czytelnikom nieprzeciętne osobowości w pełnym, życiowym wymiarze.

Podsumowaniem wspomnień o Franciszku Piątkowskim niech będą jego słowa o dziennikarstwie, zanotowane w „Tygodniku Zamojskim” w 1989 roku, które do tej pory nic nie straciły na aktualności:

„To nie jest ważne, co dziennikarz sobie wyobraża, kiedy pisze o człowieku i jego sprawach. Ważne jest natomiast, jakiego człowieka spotyka, o czym z nim rozmwia i jaki ten człowiek jest”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here