Rozmowa z p. Bernardem Mack, Mazurem z krwi i kości

2

Karol Czejarek (Karol); Szanowny Panie, nie znamy się osobiście, ale spotkałem Pańskie siostry na cmentarzu w Nidzicy, gdy z żoną porządkowaliśmy grób Jej rodziców (BARTOSIAKÓW), a w pobliżu – tym samym zajmowały się pańskie Siostry. Zainteresowało mnie nazwisko MACK na pomniku nagrobnym, a One skierowały mnie po odpowiedź do Pana, zajmującego się kroniką rodziny! A zatem (jeśli to nie jest tajemnicą): kto spoczywa w tym grobie? Jak powinno się wymawiać nazwisko Mack, „MAK”(czytając je z „niemiecka”), czy w/g polskiej pisowni „MACK”? I czy cała Wasza rodzina pozostała w Nidzicy po roku 1945, nie dając się przesiedlić, ani nie uciekając przed radzieckim frontem „wyzwolicieli”?

Bernard Mack (Bernard): W tym grobie spoczywają szczątki naszych Rodziców: Erny Mack (z domu Stach) i Wilhelma Karola Mack. Z poprawną wymową naszego nazwiska mieliśmy zawsze, a ja osobiście mam ciągle jeszcze, ten sam problem. Jak Pan słusznie zauważył, z „niemiecka” należałoby wymawiać moje nazwisko MAK. Podoba mi się ten polny kwiat i nie miałbym nic przeciwko takiemu brzmieniu tej pisowni, ale byłoby to niezgodne z historyczną pisownią tego nazwiska całej mojej rodziny ze strony Ojca. Był zresztą taki okres w moim życiu, że pisownia mojego nazwiska bez tej literki ”c”, była zarejestrowana w urzędowych dokumentach. Stało się tak, gdyż po moich narodzinach, Tato mój zgłaszając fakt mojego narodzenia w polskim USC, podał brzmienie znane mu z języka niemieckiego. Urzędnik zarejestrował tak, jak słyszał – a więc Mak. Praktycznie aż do ukończenia szkoły średniej pisownia mojego nazwiska różniła się od pisowni pozostałych członków rodziny, gdyż mój Ojciec nauczony doświadczeniem przy zgłaszaniu narodzin moich młodszych sióstr w USC, wyraźnie podkreślał prawidłową pisownię: Mack. Rodzice, chcąc uniknąć późniejszych kłopotów natury administracyjnej w moim dorosłym życiu, zdecydowali się na korektę pisowni. I tak pozostało do dzisiaj. Siostry nie mają takiego problemu, bo po wyjściu za mąż przyjęły nazwiska swoich mężów. Teraz wymowa ich nazwisk brzmi zgodnie z pisownią. A ja w dalszym ciągu muszę podkreślać, iż nazywam się Mak, ale w sytuacjach, gdy to ma być gdzieś zapisane, dodatkowo podkreślam, że przez „ck”. Przedstawiając się po nazwisku w Niemczech – nie mam takiego problemu. Za to moja małżonka, pozostawiając swoje panieńskie nazwisko Kwiatek, dodała drugi człon, zmieniając swoje nazwisko na Kwiatek-Mack. Często tłumaczy swoim niemieckim przyjaciołom w sposób humorystyczny, iż nazywa się „Mohnblümchen”, a więc „kwiatkiem maku”. Nawiązując jednak do Pańskiego pytania o niemieckojęzyczną pisownię mojego nazwiska, to musiałbym zrobić prawdziwy wykład historyczny na temat, kim byli i skąd przybyli osadnicy na tereny obecnej północno-wschodniej części Polski.

Karol: I właśnie o to mi chodzi, ale wróćmy do pierwszego pytania: Czy cała Wasza rodzina została po roku 1945 w Nidzicy?

Bernard: Jeśli chodzi o tak postawione pytanie, to moja odpowiedź będzie przecząca, gdyż moja rodzina ani nie pozostała w Nidzicy, nie dając się przesiedlić, ani też powodem nie był fakt braku możliwości czy chęci ucieczki przed sowieckim frontem wyzwolicieli. I moja rodzina nie mieszkała wówczas w Nidzicy, a w niewielkiej wsi powiatu nidzickiego o nazwie Omulefofen.

Karol: Jak dzisiaj nazywa się ta wieś? Ale proszę opowiadać dalej!

Bernard: Prawdą jest to, iż moja Mama (będąca akurat w zawansowanej ciąży) i Jej opiekunka, czyli moja Babcia, zostały w ostatniej chwili bezpiecznie ewakuowane przez wojsko, poprzez Zalew Wiślany do północnych Niemiec. W trakcie tej ewakuacji (w lutym 1945 roku) na świat przyszła moja starsza siostra. Wart podkreślenia jest fakt, iż mimo zbliżającego się frontu i krytycznej sytuacji wojskowej armii niemieckiej, cała ewakuacja odbyła się z zachowaniem ustalonych reguł. Kobiety w ciąży i ich opiekunki miały bezwzględne pierwszeństwo. Moja siostra przyszła więc na świat w funkcjonującym jeszcze szpitalu, w miejscowości Heiligenbeil (obecnie Mamonowo w Federacji Rosyjskiej). W swojej rodzinnej wsi pozostał mój Dziadek Michał Stach, który będąc przekonany o tym, iż mając mazurski rodowód, bezpiecznie doczeka „wyzwolicieli”. Jest faktem, iż znajomość języka mazurskiego (dla niewtajemniczonych podpowiadam, iż ten język to pewna forma gwary polskiej) pozwoliła mu przeżyć „wyzwalanie” Mazur przez wojska sowieckie, które ustanowiły Go nawet pierwszym sołtysem wsi na zajętym terenie. Moja Mama wraz z Babcią w okolicach Lübecki, w przydzielonym im pokoiku u jakiegoś Bauera przetrwały pierwsze 3 lata okresu powojennego. W tym czasie wrócił mój Ojciec z niewoli amerykańskiej, odnalazł przez Czerwony Krzyż moją Mamę i wprowadził się do Niej. Babcia wiedząc, że Mama ma już swojego opiekuna, postanowiła wrócić do swojego męża i rodzinnego domu na Mazurach. Nie miał dla Niej absolutnie żadnego znaczenia fakt, iż na terenie, gdzie stoi Jej rodzinny dom, jest teraz Polska. Wracała do swojego domu.

Karol: No, to odważna była!

Bernard: Nie sądzę. Podejrzewam, że raczej na taką decyzję miał wpływ fakt, że była w sporze prawnym z władzami Rzeszy, o czym dobrze wiedziała nowa polska Administracja. Poza tym sytuacja, iż znała język mazurski, dodawała Jej na pewno odwagi w powzięciu takiej decyzji. Wróciła do swojego rodzinnego domu na początku roku 1947. Kilka miesięcy później zmarł Jej mąż. Babcia pozostała sama wraz z młodocianym synem na swoim rodzinnym gospodarstwie. Dzięki pomocy UNRRY, mając swoje gospodarstwo rolne, nie musieli głodować. W przeciwieństwie do moich Rodziców, którzy gnieżdżąc się w malutkim pokoiku w Niemczech mieli ogromne problemy z wyżywieniem. Przydzielane im racje żywnościowe nie zaspokajały potrzeb rodziny z malutkim dzieckiem. Kiedy ja miałem przyjść na świat, Rodzice moi postanowili w 1948 roku wrócić również do swojej „Małej” pierwotnej Ojczyzny.

Karol: Może pamięta Pan powody tej decyzji?

Bernard: Ja osobiście nie, ale Rodzice tak mi to przekazali: Ojciec mój pochodził z tej samej wsi i też miał mazurskich przodków, dlatego nie miał żadnych problemów z powrotem. Miał szczęście, gdyż służbę wojskową podczas całej wojny odbywał w Kriegsmarine (Marynarka Wojenna) na Morzu Śródziemnym, więc nie miał obaw, iż z tego powodu może spotkać Go jakieś nieszczęście w Polsce. Po „prześwietleniu” całej jego służby wojskowej i sprawdzeniu życiorysu, Rodzice dostali pozwolenie od polskich władz na repatriację (tak to się wtedy nazywało). Egzystencja materialna rodziny była wtedy dla Nich najważniejsza.

Karol: A dokładnie, kiedy to było?

Bernard: Wrócili w sierpniu lub wrześniu w 1948 roku na swoją ojcowiznę! Przy czym nie miało wtedy dla Nich większego znaczenia to, w jakim kraju będą żyli. Wracali „do siebie” i to był wystarczający argument, by taką decyzję powziąć. Trzy miesiące później, w rodzinnej wsi moich Rodziców i Dziadków, przyszedłem na świat ja. Po kilku latach, również w naszych rodzinnych stronach, przyszły na świat moje dwie młodsze siostry, które miał Pan okazję poznać na nidzickim cmentarzu.

Karol: Od Pańskich Sióstr dowiedziałem się, że dziś mieszka Pan w Berlinie, więc chciałbym zapytać o powód wyjazdu z Polski? Z naszej dotychczasowej korespondencji wiem też, że ma Pan podwójne obywatelstwo: niemieckie i polskie. Czy może w którymś momencie, mieszkając w Polsce, nie czuł się Pan u siebie? Proszę o szczerość, bo Pański przypadek nie jest chyba odosobniony? A w podręcznikach historii, zarówno polskich, jak i niemieckich w ogóle nie wspomina się o tym! I jeszcze raz zapytam, jak Omulefofen – nazywa się dziś po polsku, gdyż nie odpowiedział mi Pan na to pytanie wcześniej ?

Bernard: Omulefofen to dzisiejsza wieś Kot, obecnie należąca do gminy Jedwabno w powiecie szczycieńskim.

Karol: Ciekawa nazwa? Jak Pan sądzi, skąd ona się wzięła?

Bernard: Większość osób, która po raz pierwszy spotyka się z tą nazwą wsi, automatycznie kojarzy ją z domowym kotem. Jednak w rzeczywistości nazwa ta nie ma z nic wspólnego z tym skądinąd milutkim zwierzątkiem. Aby rozwikłać zagadkę powstania tej nazwy przewertowałem mnóstwo dokumentów archiwalnych i dostępnych mi opracowań historycznych. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do najważniejszego źródła, jakim jest Komisja Ustalania Nazw Miejscowości przy Ministerstwie Administracji Publicznej działającej na terenach tzw. Ziem Odzyskanych. Komisja ta, w oparciu o stare polskie i pruskie nazwy lub o tłumaczenia niemieckojęzycznych, ustalała nowe, polskie nazwy. Problem w tym, że od momentu założenia tej wsi (ok.1700 roku) wszystkie źródła podają tylko niemieckojęzyczną nazwę Omulefofen, co w tłumaczeniu na język polski oznacza „Omulewski Piec”. Nazwa Kot nie koresponduje w żaden sposób z tą nazwą. Postanowiłem więc sam, w oparciu o dostępne mi materiały historyczne i przekazy rodzinne znaleźć rozwiązanie nurtującego mnie pytania.

Karol: No, i…?

Bernard: Otóż ta nowa powojenna nazwa wsi ma ścisły związek z historią regionu i okolicznościami jej założenia. Szczegółów możecie się Państwo dowiedzieć na naszej prywatnej stronie internetowej http://kot-mazury.cemak.de/html/02.historia-d_pl.htm lub z wywiadu, jakiego udzieliłem „ROCZNIKOM MAZURSKIM” w tym roku.

Karol: OK, zostawmy to PT Czytelnikom naszej rozmowy, aby poszperali trochę we wskazanych przez Pana źródłach! A my wróćmy do pierwszej części mojego pytania.

Bernard: Jeśli chodzi o pierwszą część Pańskiego pytania, to moja odpowiedź będzie raczej nietypowa, gdyż ja nigdy z Polski nie wyjechałem, w sensie szeroko rozumianego słowa emigracja. Po prostu w Berlinie odnalazłem brakującą cząstkę mojego „ja”. Mentalnie dalej jestem w Polsce i przeżywam obecną sytuację polityczną tak samo, jak wszyscy mieszkający w Berlinie na stałe. A poza tym, ja nie mieszkam tylko w Berlinie. Moim miejscem na Ziemi jest również rodzinna wieś Kot, z której pochodzą moi przodkowie od kilku generacji. Mamy obecnie tam swój drugi dom i dzielimy nasz pobyt na tu albo tam, w zależności od potrzeb „materialnych” lub „duchowych”.

Karol: To proszę powiedzieć, jak to się stało, że któregoś dnia pozostał Pan w Berlinie?

Bernard: Zdecydowały o tym warunki materialne, które mimo wszystko – były wtedy główną siłą napędową, skłaniającą nas do poszukiwania naszego miejsca na Ziemi.

Karol: Proszę to opisać bardziej szczegółowo.

Bernard: Wspólne z żoną i małoletnimi dziećmi, podczas kolejnego pobytu u rodziny w Berlinie, postanowiliśmy spróbować „przemeblować” nasze życie. Celowo podkreślam współudział naszych małoletnich wówczas dzieci w podjęciu decyzji, bo zależało nam bardzo na tym, aby nie musiały one zbyt mocno przeżywać radykalnej zmiany otoczenia. Na wprost postawione im pytanie: „Zostajemy w Berlinie, czy wracamy do Olsztyna?” (bo tam wtedy mieszkaliśmy), nasza młodsza, wówczas ośmioletnia córka, odpowiedziała: „Albo wracamy za tydzień, albo wcale!”. Na nasze pytanie, skąd się wzięło takie ultimatum, odpowiedziała pytaniem: „Jak ja się usprawiedliwię księdzu z tego, że nie byłam dwa razy na religii?”. Wtedy uzmysłowiliśmy sobie, jaki stres muszą przechodzić nasze dzieci na lekcjach religii (szkoła nie stanowiła w Jej rozumieniu żadnego problemu). Gdy po pierwszym dniu pobytu w niemieckiej szkole dzieci wróciły do domu szczęśliwe i uśmiechnięte, mimo że kompletnie nie znały języka, wtedy to my – rodzice, powiedzieliśmy sobie: my też DAMY RADĘ. Z urządzeniem sobie na nowo życia w Berlinie nie mieliśmy kompletnie żadnych problemów; przyjazny dla różnorodności Berlin przyjął nas życzliwie. A odpowiadając wprost na pytanie, czy w Polsce nie czułem się „jak u siebie?” – odpowiem zdecydowanie: nie, nigdy nie miałem takiego odczucia. Wprost przeciwnie, tam w mojej wsi i w moim regionie byłem zawsze u siebie. I tak pozostało do dzisiaj. Może przez krótki okres, gdy rozpoczynałem studia w Bydgoszczy, poczułem się w nowym, obcym mi otoczeniu trochę nieswojo. Szybko się jednak zasymilowałem i stosunkowo szybko znalazłem grono nowych przyjaciół, z którymi do dzisiaj utrzymuję bliskie przyjacielskie stosunki (a to już ponad 50 lat).

Karol: Wspomniał Pan wcześniej o powodach „duchowych”, które istnieją obok potrzeb materialnych, więc zapytam: jakie są te „potrzeby duchowe”: język, religia, pochodzenie, tradycja, kultura, polskość, ustrój społeczno-polityczny? Czy jeszcze jakieś inne? Bo ja osobiście, mimo iż moja matka była Niemką i urodziłem się w Berlinie, wybrałem (za przykładem mojego śp. Ojca) Polskę jako swoją Ojczyznę, a nie Niemcy. Jak Pan się odniesie, do tak postawionego zagadnienia? I nigdy nie żałowałem swej decyzji.

Bernard: Mam problem z rozszyfrowaniem określenia „polskość”, którego użył Pan w przedstawionym mi pytaniu. Co takiego jest, za czym miałbym tęsknić, a czego nie mogę znaleźć w innym kraju poza Polską? Niewątpliwie: tradycje, rytuały, piosenki, bajki, zabawy, które dziecko „koduje” w pierwszych latach swojego życia, odgrywa bardzo dużą (jeśli nie najważniejszą) rolę w dorosłym życiu człowieka. Moi Rodzice, żyjąc w ówczesnej Rzeszy Niemieckiej, siłą rzeczy nie znali na tyle języka polskiego i polskich zwyczajów, by przekazywać je swoim dzieciom. Język mazurski, którym swobodnie posługiwali się jeszcze moi Dziadkowie, nie odgrywał już w okresie powojennym zbyt dużej roli. To raczej my – dzieci, uczyliśmy Rodziców poprawnej polszczyzny. Fakt, iż mój Ojciec zaraz po wojnie został Naczelnikiem Poczty w Kocie (pełnił tę funkcję przez ponad 30 lat) mobilizował Go do ciągłego doskonalenia języka polskiego. Tę konieczność nieustannego korygowania prawidłowej wymowy języka polskiego przez moich Rodziców, odbierałem w kategoriach „odwartościowujących moją Rodzinę”, tym bardziej, że akcent językowy Rodziców wyraźnie wskazywał na jego pochodzenie. Nie było to łatwe w tamtych czasach być „innym” wśród swoich rówieśników. Ta „inność” dotyczyła także religii, gdyż moja Rodzina była wyznania protestanckiego (ja pozostałem do dziś). W szkole średniej też nie mogłem się uczyć języka niemieckiego (takie były wytyczne ówczesnych władz i dotyczyły „ wyzwolonych” byłych terenów niemieckich). To właśnie tolerancja (poszanowanie inności), szanowanie indywiduum każdego człowieka, możliwość swobodnego wyboru miejsca zamieszkania i podróżowania (kiedyś to nie było takie oczywiste), a poza tym odpowiedzialność, sumienność i obowiązkowość – to były te pozamaterialne czynniki, które dodatkowo motywowały mnie w dokonaniu mojego wyboru. Niebagatelną (a może nawet wiodącą) rolę w powzięciu naszej decyzji miała moja żona, która nie ma żadnych niemieckich korzeni, a gdy Panu powiem, iż Jej Ojciec zdobywał Berlin, będąc żołnierzem Armii Żukowa, to już całkowicie zburzę oficjalną narrację historyczną.

Karol: Proszę kontynuować swoją wypowiedź, bo to piękna lekcja historii, jakiej nie znamy. Pan to wszystko przeżył i po latach opowiada, jak to naprawdę było z tą „polskością”, albo też „niemieckością” Mazurów!?

Bernard: Moje uzasadnienie wyboru w żaden sposób nie dyskredytuje zalet Polaków, a wprost przeciwnie: istnieje wiele obszarów, w których cechy osobowościowe Polaków cenię wyżej niż moich niemieckich współobywateli. Na szczęście nie muszę dokonywać żadnych wyborów. Mieszkając na styku tych dwóch bardzo podobnych, a jednak różnych kultur, mogę tylko czerpać korzyści z tego wynikające, z czego jestem dumny i usatysfakcjonowany.

Karol: Jak Pan to uzasadni?

Bernard: Stało się to możliwe dzięki powstaniu Unii Europejskiej. Niewielu z nas ma świadomość, że dokładnie to wymarzyli sobie niemieccy „wypędzeni”, uchwalając w roku 1950 tzw. „Kartę Wypędzonych ze stron Ojczystych”, w której jako pierwsi po wojnie, wyrzekli się zemsty i odwetu i zobowiązując się do budowy Zjednoczonej Europy. Brak obiektywnej oceny wydarzeń historycznych i manipulacja faktami, to w moich oczach największy mankament polskich elit politycznych.

Karol: Na czym Pana zdaniem polegała ta MANIPULACJA? Że w fałszywym świetle przedstawiano nam – Polakom np. wspomnianą przez Pana „Kartę Wypędzonych ze stron ojczystych”? Raczej jej nam nie przedstawiano. Proszę podać, kiedy i kto ją ogłosił i zatwierdził?

Bernard­: Zgadzam się z Panem. Fakty, które nie pasowały (lub nadal nie pasują) do oficjalnej narracji historycznej rządzących, będących akurat u władzy, są pomijane lub przedstawiane w sposób daleko odbiegający od faktów historycznych. Nie spotkałem nigdzie w polskojęzycznej literaturze oryginalnej treści tej „Karty”, a deklaracja ta sprowadzała się do trzech punktów. W żadnym z nich nie ma mowy o rewizji granic. Treść oryginału można znaleźć tu:( https://www.bund-der-vertriebenen.de/charta-auf-deutsch). Odpowiadając jednak na pytanie o szczegóły dotyczące „Karty”, uzupełnię tę lukę podając, iż podpisana ona została w roku 1950 w Stuttgarcie przez wybranych przedstawicieli spośród tych, którzy zmuszeni zostali do opuszczenia swych rodzinnych stron. „Karta” ta nie była przez nikogo zatwierdzona, gdyż nie był to rządowy dokument mający jakąś moc prawną. Deklaracja ta opierała się na ustaleniach Konferencji Poczdamskiej, definiującej granice jako prowizoryczne do czasu traktatu pokojowego. (Który nota bene – nigdy nie doszedł do skutku).

Karol: No dobrze, więc na czym polegała ta „manipulacja”, jeżeli to nie był żaden oficjalny dokument rządowy?

Bernard: Manipulacja, o której wspomniałem wcześniej, dotyczy praktycznie całej historii stosunków polsko-niemieckich. Nie czuję się kompetentny do „prostowania” historii. Przedstawiam tu jedynie mój punkt widzenia oparty na wiedzy, którą zdobyłem mieszkając najpierw w Polsce a później w Niemczech. Potwierdzeniem mojej tezy może być fakt, że Polska – jako jedyny kraj w UE – nie wyraża chęci na napisanie wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika historii z podkreśleniem rozbieżności interpretacyjnych.

Karol: To nie jest prawda, gdyż od wielu lat istnieje polsko-niemiecka Komisja Historyczna, której zadaniem jest napisanie wspólnego podręcznika. Pierwsza część takiego opracowania nawet powstała, ale dotyczy ŚREDNIOWIECZA, wtedy wszystko pomiędzy nami było jeszcze – można powiedzieć – OK; część, która jest nadal bardzo potrzebna, to „rozprawienie się” z XX wiekiem, szczególnie z okresem przed i po napaści III Rzeszy na Polskę w 1939r., ale zostawmy tę sprawę, wierząc, że kiedyś taki PODRĘCZNIK, uzgodniony między obiema stronami powstanie. Teraz chciałbym zadać Panu jeszcze jedno ważne pytanie. W Berlinie ponownie „ruszyło” Centrum Dokumentacji: Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie, które 23 czerwca tego roku udostępniło zwiedzającym Muzeum Wypędzonych. Czy już odwiedził je Pan, a jeśli tak, to jakie są Pańskie wrażenia?

Bernard: Zgoda. Wyraziłem się nieprecyzyjnie. Podręcznik taki istnieje. Sam zresztą jestem w posiadaniu takowego (poniżej zdjęcie jego okładki).

Problem polega na tym, kto o tym podręczniku wie (oprócz wąskiego grona specjalistów), i w jaki sposób przedstawiona w nim interpretacja historyczna przebija się do opinii publicznej. O otwarciu Muzeum Wypędzonych w Berlinie słyszałem tuż przed moim wyjazdem na Mazury i w związku z tym nie miałem jeszcze możliwości jego zwiedzenia. Z tego co wiem, to zakres wystawy szeroko wykracza poza problematykę „wypędzenia”, a ten temat jest tylko elementem większego projektu – jak Pan to zauważył, podając pełną nazwę całego przedsięwzięcia. Chętnie podzielę się moją opinią o niej po jej zwiedzeniu. Moje spostrzeżenia na jej temat mogą raczej odbiegać od standardowej opinii, a to z powodu mojego życiorysu, który pozwala mi na widzenie problematyki z „innego punktu widzenia”.

Karol: Co znaczy – „widzenie problematyki Z INNEGO PUNKTU WIDZENIA”? Jakiego? Proszę o komentarz do tego sformułowania, gdyż do końca go nie rozumiem! Tym bardziej, że całą edukację (jak się dowiedziałem) – do inżyniera włącznie – zdobył Pan w Polsce. I teraz często przyjeżdża Pan do Polski, spędza u nas swoje urlopy, spotyka się z rodziną, zaprasza do Kota przyjaciół, wybudował tu swój dom?!

A żeby było jeszcze „śmieszniej”, kilka dni temu, opowiadając swojej szwagierce – Elżbiecie (mieszkającej dziś z mężem w Szczecinie), że piszę rozmowę z Panem, spontanicznie wykrzyknęła do słuchawki, „co to był za wspaniały kolega! Chodziłam z Nim do jednej szkoły w Nidzicy, a nawet do jednej klasy. Mieszkaliśmy też w tym samym internacie!”.

Sam Pan widzi, jaki świat jest mały? A wspominam o tym dlatego, że teraz twierdzi Pan, iż ma INNY PUNKT WIDZENIA? Jak to się stało, że ma Pan teraz dwa obywatelstwa: polskie i niemieckie, a na pytanie, jakiej jest narodowości? – odpowiada: JESTEM MAZUREM! Co to znaczy być Mazurem? Choć na początku naszej rozmowy, już trochę się Pan na ten temat wypowiedział.

A wracając do „Muzeum Wypędzonych”, proponuję napisać dla nas (to znaczy dla Przeglądu Dziennikarskiego) artykuł, o jego obecnym kształcie i znajdującej się w nim wystawie!

Bernard: Jedna z sentencjii Johana Wolfganga Goethego brzmi :„Wie viele Sprachen du sprichst sooft bist du Mensch”. Nie odważę się na przetłumaczenie na język polski sensu tej myśli, może Pan, jako specjalista-tłumacz z tego zakresu, wyręczy mnie z tej powinności?
Trawestując jednak tę maksymę na „inny punkt widzenia”, miałem na myśli spojrzenie na zagadnienie z pozycji obserwatora, który widzi problematykę również tych, którzy tego „wypędzenia” osobiście doświadczyli. Różnice interpretacyjne tych samych wydarzeń nie zawsze są ze sobą zgodne, a konfrontacja tych narracji zmienia pozycję „obserwatora”. Co do mojego obywatelstwa; faktem jest, że teraz mam je dwa. I nie wynika to z mojej tożsamości ani z mojego wyboru, gdyż obywatelstwo jest tylko aktem administracyjnym wynikającym z prawa danego państwa. Mnie osobiście obywatelstwa ani niemieckiego, ani polskiego nikt nie nadawał. Posiadam je z mocy prawa obowiązującego zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Mam je od urodzenia w konsekwencji sytuacji geopolitycznej po drugiej wojnie światowej. W posiadaniu dwóch obywatelstw nie widzę żadnej sprzeczności; tak było z Mazurami od zawsze. (Wspólne obywatelstwo niemieckie zostało wprowadzone dopiero 30.01.1934 roku). Zachowując swoją odrębność kulturową i językową, Mazurzy „dopasowywali” się do warunków zewnętrznych, w których przyszło im żyć. Granice państw – to jest płynnie definiowane pojęcie, różnie rozumiane na przestrzeni wieków.

Karol: Najpierw o tym, co Goethe w swej słynnej sentencji wyraził: „Ile nowych poznajesz języków, tyle razy stajesz się człowiekiem” (poznajesz inną kulturę, ludzi, a Twoje życie jest bogatsze). Dlatego wdzięczny jestem Panu za tę rozmowę, chociaż chciałbym usłyszeć odpowiedź w stylu: „jestem polskim i jednocześnie niemieckim Mazurem, to znaczy EUROPEJCZYKIEM!

Oby tylko Unia Europejska dalej się umacniała i rozwijała, dając swym obywatelom radość i szczęście, i pozwalając im być dumnymi z regionu, z którego pochodzą. To z nich zrodziły się ongiś państwa, w tym i Polska, i Niemcy, żyjące dziś w zgodzie, która wynika z dobrosąsiedzkiej współpracy!

Bernard: „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”- śpiewa Maryla Rodowicz w znanym przeboju. Mazurów też już nie ma, ani polskich, ani niemieckich. Wszyscy staliśmy się Europejczykami, by żyć ze sobą w zgodzie, bez granic i z możliwością swobodnego wyboru swojego miejsca na Ziemi, a jednocześnie z możliwością zachowania swojej tożsamości. To jest element procesu ewolucyjnego i świadectwo postępu. Możemy żyć od kilkudziesięciu lat bezpiecznie i w pokoju, co niestety nie było dane wszystkim naszym przodkom (Mazurom też). Wczoraj, w okolicy rocznicy Urodzin moich Rodziców, mieliśmy spotkanie rodzinne przy ognisku. Spotkaliśmy się, jak co roku: dzieci, wnuki i prawnuki „inspiratorów” tego wywiadu, a nasza „gromadka” liczy już 26 osób. Trudno byłoby się pokusić się o znalezienie u nas wszystkich takich wspólnych cech, które Heß von Wirchdorff w książce z roku 1915 pod tytułem „Masuren-Skizze von Land und Leuten” (Szkice mazurskie o regionie i ludziach) scharakteryzował Mazurów. Niewątpliwie wszyscy mamy jedną wspólną cechę – kochamy nasze piaszczyste pagórki, lasy, jeziora i rzeki. W tym właśnie sensie jesteśmy kontynuacją naszych przodków. „DZIELI NAS TYLKO CZAS”.

Karol: BARDZO DZIĘKUJĘ Panu za tę rozmowę. Była dla mnie WIELKĄ, PRAWDZIWĄ I FASCYNUJĄCĄ lekcją historii!

Poprzedni artykułFałszywe wiadomości i ich poważne konsekwencje w świetle moralności człowieka
Następny artykułFranciszek Hipolit Piątkowski. Lato pachnące miętą
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

2 KOMENTARZE

  1. Osiemdziesiąty rok mija a ja nadal tęsknie za moim Lwowem i często oglądam fotografie , które zrobiła moja mama na Cmentarzu Łyczakowskim i pod pomnikami w mieście Historia rodzina pana Macka i mojej to poklosie minionej wojny i tym co póżniej się wydarzylo.

  2. Osiemdziesiąty rok mija a ja nadal tęsknie za moim Lwowem i często oglądam fotografie , które zrobiła moja mama na Cmentarzu Łyczakowskim i pod pomnikami w mieście Historia rodzina pana Macka i mojej to poklosie minionej wojny i tym co póżniej się wydarzylo. To nie jest żaden duplikat szanowny cenzorze.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here