Duchowni wobec wywiadu PRL

0
26
Akta IPN, autor fotografii: Adrian Grycuk, Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Poland license.

Jak wynika z dokumentów, do których dotarli dziennikarze Rzeczpospolitej i Onetu, obecny metropolita gdański bp Sławoj Leszek Głódź, będący w przeszłości polskim wysłannikiem w Watykanie, przez blisko sześć lat traktowany miał być przez agentów komunistycznego wywiadu jako informator. Nadano mu też kryptonim BA-10, zaś relacje pozyskane od niego postrzegać miano jako „cenne i wartościowe”.

Nie jest to jednak przypadek odosobniony i dotychczas ujawniono ich znacznie więcej. Pozwolę sobie w tym miejscu przypomnieć dwie interesujące pozycje książkowe na temat relacji aparatu bezpieczeństwa z duchownymi: „Donos na Wojtyłę” autorstwa Marka Lasoty oraz „Księża wobec bezpieki” ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. W swoim artykule skupię się głównie na tej drugiej pozycji.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Na wstępie pragnę podać kilka najważniejszych, ale istotnych informacji o postaci Ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego. A ciekawa to postać w polskim Kościele katolickim, i to zarówno obrządku łacińskiego, jak i ormiańskiego. Pod koniec lat 70., jeszcze jako seminarzysta, współredagował podziemne pismo „Krzyż Nowohucki”. Działał również w Studenckim Komitecie Solidarności. Od 1980 r. był zaangażowany w działalność NSZZ Solidarność. Za swoją opozycyjną działalność w 1985 r. został dwukrotnie pobity w Krakowie przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Na podstawie jego historii prześladowania przez SB Maciej Gawlikowski w 2006 r. nakręcił film „Zastraszyć księdza”.

Jak sam przyznaje, o tym, że w krakowskim oddziale IPN znajdują się jego akta, w których występuje jako figurant o pseudonimie „Jonasz”, dowiedział się z audycji Radia Kraków. (Figurant to osoba sprawdzana, kontrolowana lub rozpracowywana w ramach sprawy operacyjnej – przyp. AG). Gdy usłyszał też, że w jego aktach znajduje się kaseta wideo nakręcona przez samych funkcjonariuszy bezpieki, zawierająca m.in. jego dwukrotne przesłuchanie, jak sam mówi, „przełamałem się, i – korzystając z otrzymanego wcześniej statusu pokrzywdzonego przez system komunistyczny – wystąpiłem o swoje akta”. 8 października 2005 r. po raz pierwszy przekroczył próg archiwum w Wieliczce. Było to dla niego szokujące doświadczenie. Najgorszym jednak było odkrycie, że wielu gorliwych i wspaniałych kapłanów archidiecezji krakowskiej – których osobiście znał i cenił – w czasach PRL było tajnymi współpracownikami UB i SB. Postanowił zwrócić się z tym bolesnym dla niego problemem do władz kościelnych. Na swój pierwszy list nie otrzymał odpowiedzi, w drugim – polecono go opiece Matki Bożej, a na kolejną prośbę otrzymał odpowiedź, że „są to sprawy, które dzisiaj już nikogo nie interesują, i że najlepiej, abym – jak argumentowano: dla dobra Kościoła – dał sobie z tym spokój”.

Na początku 2006 r. postanowił zaapelować publicznie do swoich współbraci księży o samooczyszczenie. Nie spodziewał się, że te kilka zdań apelu stanie się kamyczkiem, który poruszy istną lawinę. W tym samym czasie rozpoczął też badania historyczne w archiwach IPN. Ta jego działalność spowodowała sporo dyskusji na temat lustracji w polskim Kościele i spotkała się także z niezrozumieniem, a nawet wrogością części środowisk kościelnych. Następnie, pod kierunkiem profesora Andrzeja Zwolińskiego z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, otwarł w IPN projekt badawczy pt. „Działalność antykościelna Wydziału IV Służby Bezpieczeństwa”. Swoje badania prowadził w archiwach IPN w Krakowie i Katowicach, gdzie są zgromadzone akta SB z Krakowa, Nowego Sącza, Katowic i Bielska-Białej. Korzystał też z archiwów Departamentu IV oraz Departamentu I MSW w Warszawie. Tam znalazł wiele cennych dokumentów zachowanych na mikrofilmach.

Zwracał się też wielokrotnie, ale bezskutecznie do Kurii Metropolitalnej, prosząc o zajęcie stanowiska w tej sprawie i pomoc w opracowywaniu dokumentów. Trochę czasu upłynęło nim metropolita krakowski, arcybiskup Stanisław Dziwisz, powołał komisję „Pamięć i Troska”, której zadaniem było zajęcie się problemem inwigilacji krakowskiego duchowieństwa w okresie PRL. Jednak ze względu na bierność zarówno władz kościelnych, jak i nowo powstałej ww. komisji, autor książki zaplanował przedstawić efekty swojej pracy badawczej w oparciu m.in. o dokumentację IPN na konferencji prasowej. Odbyła się ona 31 maja 2006 r. Reakcją na tę konferencję ze strony władz kościelnych był zakaz zajmowania się przez autora publikacji tematem współpracy duchownych z SB. Krakowska kuria zastosowała też wobec niego środki karne z działu sankcje kościelne (kanon 1339 Kodeksu Prawa Kanonicznego). Pod wpływem tych nacisków był zmuszony zrezygnować z zamiaru ujawnienia tajnych współpracowników SB, którzy działali w krakowskim środowisku duchownych. Swoją rezygnację skomentował jednym zdaniem: „Przyjmuję tę decyzję w duchu posłuszeństwa wobec metropolity, do którego zawsze miałem i mam szacunek”. Opublikowanie książki „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej” – 28 lutego 2007 r. – wywołało dużo emocji wśród duchowieństwa. A prymas Józef Glemp nazwał autora publikacji „szukającym sensacji »nadUbowcem«”. Jednak później przeprosił za te słowa. Autor jest zdania, iż w strukturach zarówno władz kościelnych, jak i świeckich „działa wrogie mu lobby antylustracyjne”.

Zgromadziwszy tak obfity materiał, będący efektem studiowania i analiz akt zgromadzonych w IPN, postanowił sporządzić opracowanie w dwóch wersjach. Jedna z nich, opatrzona przypisami, miała być broniona w przyszłości jako praca naukowa. Natomiast wersja przedstawiona w omawianej publikacji, ma charakter popularno-naukowy. Jego zamiarem było przedstawienie panoramy postaw księży, pracujących w archidiecezji krakowskiej w latach 1945-1989. I tutaj, celem systematyzacji różnych grup występujących w publikacji, posłużę się cytatem z przedmowy ks. Zaleskiego. Otóż wyodrębnił on następujące omawiane grupy:
„- duchowni świeccy inkardynowani [przynależni – przyp. AG] do archidiecezji,
– duchowni świeccy z innych diecezji, pracujący na terenie archidiecezji (dotyczy to głównie księży archidiecezji lwowskiej, przybyłych po 1945 roku),
– duchowni świeccy studiujący na terenie archidiecezji (dotyczy to głównie księży z diecezji katowickiej i częstochowskiej, których seminaria znajdowały się w Krakowie),
– zakonnicy studiujący lub pracujący na terenie archidiecezji,
– zakonnicy i duchowni świeccy z innych diecezji, którzy na terenie archidiecezji przebywali wprawdzie czasowo, np. z okazji pielgrzymek papieskich, ale na ich temat zachowały się informacje w archiwach krakowskiej, nowosądeckiej czy bielskiej SB”.

Duchowni – tajni współpracownicy

Według zasady, którą przyjął autor publikacji, ujawnił on wszystkie nazwiska funkcjonariuszy UB i SB, ich agentów – informatorów, a także tajnych współpracowników. Jednak zrobił wyjątek dla takiej sytuacji, gdy nie było możliwości, a właściwie dostatecznej pewności, kto kryje się w występujących dokumentach bezpieki pod podanym pseudonimem. Pominął też sytuacje, kiedy to w dokumentach są opisywane sprawy obyczajowe. Jeśli chodzi o duchownych zarejestrowanych przez SB jako tajni współpracownicy (TW) – do tych wszystkich, których nazwiska i adresy udało mu się ustalić – wysłał listy z informacjami, że w dokumentach służby bezpieczeństwa znajdują się zapisy odnośnie ich rejestracji. Jak podaje autor, tylko połowa adresatów odpowiedziała. Jednocześnie ma taką nadzieję, że w przyszłości pojawią się dokumenty, które pomogą poszerzyć informacje podane w książce, a także rozwiązać tajemnicę pseudonimów, które nie zostały do tej pory rozszyfrowane.

We wprowadzeniu, które znajduje się po przedmowie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, znajdziemy ciekawy rys historyczny ogólnej sytuacji powojennej Polski, ze szczególnym uwzględnieniem etapów i metod walki komunistycznego rządu z Kościołem katolickim. Autorami są ks. Józef Marecki, Filip Musiał i Ewa Zając. Autorzy przedmowy bardzo dokładnie omawiają sposoby i etapy pozyskiwania tajnych współpracowników. W latach 1945-1960 „osobowym środkiem informacyjnym” byli informatorzy i agenci, a później współpracownicy. Interesujące są etapy pozyskiwania kandydatów. Najpierw funkcjonariusz typował kandydata do pozyskania, a po otrzymaniu zgody przełożonego przeprowadzał tzw. opracowanie, co oznaczało dokładną i szczegółową inwigilację, która miała na celu uzyskanie jak najdokładniejszej wiedzy o kandydacie, a konsekwencją tego miało być stworzenie jego portretu psychologicznego. Jeśli funkcjonariusz SB miał pewność, że potrafi przeprowadzić skuteczny werbunek, zwracał się z prośbą do swojego przełożonego o zgodę na podjęcie próby pozyskania kandydata.

Aby uznać kogoś za tajnego współpracownika (TW), to według resortu należało najpierw:
„- dokonać odpowiednich sprawdzeń w ewidencji operacyjnej;
– przeprowadzić opracowanie kandydata;
– przeprowadzić rozmowę pozyskaniową;
– uzyskać pisemne lub słowne zobowiązanie do współpracy z SB, udzielanie jej pomocy
bądź zgodę na systematyczny tajny kontakt z funkcjonariuszami SB”.

A patrząc z perspektywy TW, w zależności od konkretnego przypadku, powinien on mieć świadomość:
„- podpisania/złożenia ustnego zobowiązania do współpracy bądź udzielania pomocy czy
informacji funkcjonariuszowi SB;
– zgody na kontakt (najczęściej tajny) z funkcjonariuszem SB;
– udzielania – ustnie lub pisemnie – informacji funkcjonariuszowi SB;
– wykonywania zadań zleconych przez funkcjonariusza SB;
– pobierania wynagrodzenia – w formie pieniędzy, podarunków bądź przywilejów
( np. paszportu) – od funkcjonariusza SB”.

Jednak każdy przypadek funkcjonariusze bezpieki analizowali osobno, w zależności od roli społecznej TW, jego osobowości czy też roli odgrywanej w społeczności. Na koniec krótkiego omawiania przedmowy ww. autorów zacytuję ciekawą ich konkluzję: „Zupełnie inną kwestią, którą warto zasygnalizować, jest fakt wypierania ze świadomości przez część dawnych TW współpracy. Psychiczne oszukiwanie się co do prawdziwej roli, jaką odegrało się w przeszłości, nie świadczy jednak o braku świadomości podjęcia zobowiązania czy świadomości utrzymywania pozasłużbowego kontaktu z funkcjonariuszami SB”. O prawdziwości takiego wniosku można się przekonać po dokładnej lekturze i analizie odpowiedzi na listy księdza Zaleskiego, wysłanych do duchownych zarejestrowanych przez bezpiekę, znajdujących się w załącznikach omawianej publikacji.

Represyjne działania władzy

Następnie autor – tytułem wstępu do omówienia różnych form inwigilacji – nacisków, szantażowania duchowieństwa, omawia ogólne zarysy zachowań władz komunistycznych wobec Kościoła katolickiego, ale nie tylko. Represyjne działania władzy skierowane były także zarówno przeciwko podziemiu niepodległościowemu, jak i jawnie działającej opozycji. Najdotkliwiej odczuł to Kościół w latach 1944-1956, kiedy to stosowano najsurowsze represje. Zamordowano skrytobójczo kilkudziesięciu kapłanów, a prawie tysiąc skazano na karę wiezienia na podstawie sfingowanych procesów. Osadzonych w aresztach, więzieniach poddawano szczególnej presji. Dzięki temu starano się wymusić na nich zeznania, które nie tylko obciążały innych księży, ale też nakłonić do współpracy z UB. Niektórzy nie wytrzymywali tej presji.

Przykładem może być ksiądz Bolesław Przybyszewski, którego metropolita krakowski Adam Sapieha mianował notariuszem kurialnym i kierownikiem archiwum, a następnie – w 1949 r. – został mianowany kanclerzem kurii. Jego karierę jako świetnie zapowiadającego się naukowca przerwało aresztowanie przez UB w listopadzie 1952 r. Postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz Watykanu i USA. W trakcie śledztwa trwającego od listopada 1952 r. do lutego 1953 r. ksiądz Przybyszewski zgodził się złożyć zeznania. Zostały one wykorzystane przeciwko innym pracownikom kurii metropolitalnej. Aby uzyskać zwolnienie, zgodził się na tajną współpracę z UB. Przytoczę interesującą notatkę funkcjonariusza bezpieki, który tak opisał to wydarzenie: „W czasie przeprowadzonej rozmowy zgodził się na jak najdalej idącą współpracę z rządem i sam wyraził chęć współpracy z organami B.P. w zamian za odzyskanie wolności. Był on tak dalece załamany, iż stwierdził, że pomimo otrzymanego wyroku nie czuje żalu do Władzy Ludowej, wiedząc o tym, że jest to wina jego własna, którą musi odcierpieć. 20 lipca 1953 r. podpisał zobowiązanie do współpracy, a za pseudonim przyjął nazwisko „S. Krzeszowski”.

W swoich informacjach – na polecenie UB – scharakteryzował m.in. wielu proboszczów i pracowników kurii, co stanowiło cenne źródło informacji dla „zleceniodawców”. Te informacje były wykorzystywane w celu dalszych akcji represyjnych wobec krakowskiego duchowieństwa. Przy jego zwolnieniu postarano się o pewnego rodzaju kamuflaż. W tym samym czasie z aresztu wypuszczono kilku innych księży. Po wyjściu na wolność nie mógł wrócić na swoje stanowisko, gdyż pracujący w kurii księża, podobnie jak arcybiskup Baziak nie ufali mu i nie powierzyli żadnych obowiązków. Po swoim uwolnieniu ks. Przybyszewski zerwał współpracę z UB. Mimo że bezpieka starała się go „przewertować”, czyli skłonić pod presją do kontynuowania współpracy, ksiądz odmówił dalszych kontaktów. Pomimo trudnej sytuacji – braku dostatecznego oparcia we własnym środowisku – które miało do niego pretensje o to, że dał się złamać, i o to, że w śledztwie zeznawał przeciw innym księżom, stać go było na bohaterską odmowę.

25 września 1953 r., w ramach represji komunistów wobec Kościoła katolickiego, internowano prymasa Stefana Wyszyńskiego. Dojście do władzy Władysława Gomułki i jego ekipy spowodowało chwilową tzw. polityczną odwilż po październiku ’56, która przyniosła co prawda wolność wielu uwięzionym, ale nie trwała jednak długo. Wkrótce wojna z Kościołem ponownie nasiliła się. Szczególnie narażona na różne formy represji władzy komunistycznej była archidiecezja krakowska, w tym głównie Kuria Metropolitalna w Krakowie, które uważano za wyjątkowo niebezpieczne dla nowego ustroju ośrodki reakcji i klerykalizmu.

„Niepokorni”

W kolejnym rozdziale autor opisuje działania operacyjne bezpieki na przykładzie księży: Kazimierza Jancarza, Adolfa Chojnackiego i Andrzeja Zwolińskiego. Może kilka słów o tym pierwszym duchownym. Ten charyzmatyczny ksiądz należał do grona wielu „niepokornych” w Kościele katolickim. Jak podkreśla autor, był on tym dla Krakowa, a zwłaszcza dla Nowej Huty, kim dla Warszawy był ks. Jerzy Popiełuszko. Był jednym z prekursorów duszpasterstwa robotników. Współpracował z podziemnymi strukturami Solidarności. Był inicjatorem cotygodniowych mszy św. za ojczyznę, które odbywały się w czwartki. Gromadziły one kilka tysięcy osób w nowohuckich Mistrzejowicach. Po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki na te czwartkowe msze św. za ojczyznę przybywało coraz więcej ludzi.

Ta wielostronna działalność ks. Jancarza była uważnie śledzona przez SB, o czym świadczą dziesiątki sprawozdań, raportów Wydziału IV SB. Zwracano uwagę na „negatywny wystrój kościoła”, a także, co bardzo niepokoiło SB, regularne pojawianie się w Mistrzejowicach przedstawicieli środowisk twórczych, „pozostających na emigracji wewnętrznej”. A oto fragmenty dwóch raportów: „Niektóre świątynie, zwłaszcza kościół o. Kolbego stanowiący nadal ostoję nielegalnych działalności, tworzą warunki do gromadzenia się aktywistów tzw. konspiracji i bezkarnego głoszenia wrogich poglądów politycznych. (…) Nie należy się spodziewać, aby działalność grup radykalnych duchownych uległa w najbliższym czasie wyraźnemu osłabieniu, chociaż przed wizytą Jana Pawła II może zostać w pewnym stopniu stonowana”. W drugim raporcie podkreślono rolę duszpasterza jako animatora wszystkich działań: „Szczególne zagrożenie stwarza działalność ks. Jancarza z parafii Mistrzejowice, skupiającego wokół tamtejszego kościoła byłych działaczy Solidarności i osoby związane z nielegalnymi strukturami. Gama działań tego księdza jest bardzo szeroka i nieustannie się rozrasta […]. Podkreślić należy, że parafia ta promieniuje na inne ośrodki duszpasterskie, które czerpią wzory do własnej działalności”.

Zaangażowanie ks. Jancarza w sprawy Solidarności wywoływało wśród duchowieństwa różne emocje i postawy. Wielu popierało jego działalność, ale byli i tacy, którzy uważali, że poprzez swoją aktywność ściąga represje nie tylko na parafię mistrzejowicką, ale i na całą archidiecezję. Także i wyżsi przełożeni reprezentowali diametralnie różne podejścia do jego zaangażowania. Wśród potępiających ks. Jancarza byli i tacy, którzy działali z inspiracji SB, używając do tego dezintegracji, jako jednego ze sposobów walki z Kościołem. W jego otoczeniu działało kilkunastu tajnych współpracowników – ale, jak pisze autor – na obecnym etapie badań nie da się rozszyfrować ich pseudonimów. Jednym z nich był TW „Tadek”, traktowany przez SB jako cenne źródło informacji. Jego doniesienia były wykorzystywane w środowisku księży do działań dezintegracyjnych i do wzmacniania niechęci do księdza Jancarza. Według esbeckich raportów, TW „Tadek” był obdarowywany nie tylko alkoholem. Funkcjonariusz prowadzący napisał: „TW zwrócił się do mnie z prośbą o kupno mu konserw mięsnych albo rybnych, gdyż ma robotników do budowy kościoła. Konserwy takie kupiłem za 2 tys. zł – pokrywając ten zakup z funduszu „O”, co rozliczyłem jako konsumpcję”.

Działania zapobiegawcze i inwigilacja

Kolejny rozdział swojej pracy autor poświęca doniesieniom do bezpieki przez tajnych współpracowników. Oprócz rozpracowywania niepokornych duchownych pion SB do walki z Kościołem prowadził tzw. działania zapobiegawcze. Ich celem było „monitorowanie działalności tych osób, których nie poddano jeszcze intensywnemu rozpracowaniu, ale które z racji tego, że byli duchownymi, znajdowały się w »zainteresowaniu« resortu”. Jak autor podaje, figurantami tego typu sprawy byli m.in.: „Pedagog”, czyli kardynał Karol Wojtyła, „Prefekt”, czyli biskup Jan Pietraszko i „Kondor”, czyli ks. Franciszek Macharski. Akta w sprawie tego ostatniego zostały zniszczone, ale zachowało się jednak wiele dokumentów, dzięki którym można chociaż częściowo odtworzyć historię zdobywania przez SB informacji na temat przyszłego metropolity krakowskiego.

Szczególnie dużo uwagi bezpieka poświęcała ks. prof. Józefowi Tischnerowi – duszpasterzowi, publicyście i filozofowi, cenionemu przez kardynała Karola Wojtyłę. Ks. Tischner stosunkowo często przyjeżdżał do swojej rodzinnej Łopusznej. Przy okazji często też spotykał się z ówczesnym proboszczem – ks. Wacławem Cedrą, z którym początkowo był w przyjaznych, a później poprawnych relacjach. Nie mógł przypuszczać, że ten okaże się tajnym współpracownikiem bezpieki, dla którego jednym z powierzonych mu zadań będzie inwigilowanie jego osoby. Działalność tego TW trwała od XI 1966 r. do XII 1989 r., kiedy to została rozwiązana jego współpraca z SB. Za swoje „usługi” nie przyjmował wynagrodzenia w gotówce, natomiast chętnie przyjmował różnego rodzaju upominki, np. kiełbasę, koniak, kawę czy sportową wiatrówkę z tysiącem naboi.

Autor poświęca następne strony książki różnym grupom duchownych: przyszłym biskupom, Polakom w Watykanie, profesorom i kurialistom (pracownikom kurii), duszpasterzom i klerykom. W tej części publikacji zajmuje się duchownymi, którzy mimo usilnych starań bezpieki oparli się werbunkowi. SB, planując werbunek wśród księży, interesowała się głównie osobami, które uznała za najbardziej wpływowe – wybitnymi pracownikami uczelni, kurii, duszpasterzami, a także przyszłymi biskupami. Jak zaznacza ks. Zaleski, „W archiwach IPN zachowała się dokumentacja m.in. sześciu księży z archidiecezji krakowskiej, którzy obecnie pełnią posługę biskupią, a którzy w przeszłości byli rozpracowywani jako kandydaci na TW i oparli się werbunkowi”. I tutaj wymienia tych duchownych: kardynałów Franciszka Macharskiego i Andrzeja Deskura oraz biskupów Tadeusza Rakoczego, Wacława Świerzawskiego, Jana Szkodonia i Kazimierza Nycza.

Przy sprawie inwigilowania kardynała Macharskiego i próbach jego werbunku warto dodać pewną ciekawostkę. Otóż pod koniec lat 60. nowym i cennym dla SB źródłem informacji stał się przebywający w więzieniu… szwagier księdza Macharskiego – Julian Polan-Haraschin. Zaproponował on, że w zamian za wcześniejsze zwolnienie będzie na niego donosił. O jego przydatności do współpracy z SB możemy dowiedzieć się m.in. z informacji jego prowadzącego: „Potwierdziłem poprzednie ustalenia co do współpracy w zakresie rozpracowania środowiska kleru krakowskiego i współpracowników kard. K. Wojtyły. Uzgodniono również, że starał się będzie poprzez swojego szwagra ks. Macharskiego uzyskać pracę w kurii w charakterze radcy prawnego (…)”.

Autor wymienia też pseudonimy TW, których użyto do inwigilacji ww. duchownych. W stosunku do jednego z nich – ks. Wacława Świerzawskiego – opracowano główne zadania, polegające na „próbach skompromitowania go w jego środowisku, systematycznym izolowaniu aktywu klerykalnego od figuranta i pozbawieniu go wpływu na młodzież”. Te próby kompromitacji miały polegać na wywoływaniu konfliktów między nim, a pozostałymi księżmi w jego parafii, fingowaniu spraw obyczajowych, a także wysyłaniu anonimów zarówno do arcybiskupa Baziaka, jak i Episkopatu Polski. Prowadzono też przez cały okres intensywną obserwację figuranta, jego domu, także odwiedzających go gości, wśród których była i młodzież.

Współpraca ze Służbą Bezpieczeństwa

Kolejny rozdział poświęcony jest pozornej współpracy duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa. Najpierw autor odnosi się do zarzutów pojawiających się w dyskusjach na temat akt przechowywanych w IPN, a odnoszących się do możliwości zakładania fałszywych teczek tajnych współpracowników. A więc takich, które miałyby zawierać wyłącznie spreparowane dokumenty. Autor na podstawie dotychczasowych analiz definitywnie odrzuca taką możliwość. Inną sprawą była „nadgorliwość” niektórych funkcjonariuszy SB, którzy przeprowadzali rejestrację „na wyrost” i odnotowywali daną osobę jako tajnego współpracownika, mimo wyraźnej odmowy ustnej czy też pisemnego zobowiązania do współpracy, czyli odmowy kontaktów czy składania doniesień.

Kolejny rozdział traktuje o współpracy duchownych zarejestrowanych jako informatorzy albo też współpracownicy, którzy później zostali biskupami. Mimo że nie są to duchowni archidiecezji krakowskiej, autor zdecydował się włączyć ich sprawy do swojej publikacji. Pierwsza sprawa dotyczy kontaktu informacyjnego (KI) o pseudonimie „Fermo”. Na podstawie zachowanych dokumentów okazało się, że był to ksiądz Julian Paetz, późniejszy arcybiskup poznański, zarejestrowany w 1978 r. Drugim duchownym, który podjął współpracę, był zarejestrowany pod koniec lat 70. jako tajny współpracownik ksiądz Wiktor Skworc o pseudonimie „Dąbrowski”, ówczesny sekretarz biskupa katowickiego Herberta Bednorza, a później biskup ordynariusz diecezji tarnowskiej.

Następnie ks. Zaleski opisuje działalność kolejnego duchownego, którego w tytule rozdziału nazwał „Delta – przyjaciel Papieża”. W 2006 r. Marek Lasota wydał książkę „Donos na Wojtyłę”. Z tej lektury można się dowiedzieć, że w otoczeniu ówczesnego arcybiskupa, a później kardynała Karola Wojtyły działało wielu tajnych współpracowników, którzy okazali się bardzo przydatni bezpiece. Chociaż autor nie wymienił nazwisk, to po kilku miesiącach okazało się, że jednym z TW o pseudonimie „Delta” był znany krakowski duchowny. W rezultacie badań przeprowadzonych w archiwach Wydziału IV SB w Krakowie i Departamentu I MSW (mikrofilmy) okazało się, że tym TW był ksiądz prałat Mieczysław Maliński, uważany za jednego z najbliższych przyjaciół Karola Wojtyły.

Kolejną formą represji władz PRL w latach 50. w stosunku do Kościoła katolickiego było likwidowanie wydziałów teologicznych na uczelniach państwowych. Ta restrykcyjna działalność władz nie ominęła i wydziału na Uniwersytecie Jagiellońskim, który funkcjonował od 1397 r. Pracę naukową na wydziale teologicznym w obrębie tej Alma Mater Jagellonica kontynuowano bez przeszkód jeszcze w pierwszych latach po II wojnie światowej. Dopiero w sierpniu 1954 r. zlikwidowano ten wydział, a naukowcom zaproponowano pracę w utworzonej w Warszawie Akademii Teologii Katolickiej. Jednak dzięki staraniom arcybiskupa Karola Wojtyły został utworzony w Krakowie Papieski Wydział Teologiczny, przekształcony później w Papieską Akademię Teologiczną.

Należy wspomnieć, że uczelnia ta nie była uznawana przez państwo. Władze starały się utrudniać funkcjonowanie tej uczelni m.in. poprzez stwarzanie problemów z zatwierdzaniem stopni naukowych, a studiujący klerycy nie mieli możliwości odraczania dwuletniej służby wojskowej. Krakowskie środowisko teologiczne stanowiło duże zagrożenie dla władz komunistycznych, chociażby ze względu na swoją instytucjonalną niezależność. Dlatego nie może dziwić fakt wzmożonej aktywności SB w zakresie werbowania tajnych współpracowników. Należy też dodać, że oprócz Papieskiego Wydziału Teologicznego działały w Krakowie trzy seminaria diecezjalne i kilka zakonnych. Tak więc służba bezpieczeństwa miała wiele możliwości pozyskiwania TW. Ich celem było nie tylko zdobywanie ważnych informacji, ale też podejmowanie prób wpływania na funkcjonowanie seminariów duchownych.

W części poświęconej współpracy duchownych z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa autor omawia też przypadki zwerbowanych pracowników Kurii Metropolitalnej, którą w aktach wydziału IV SB w Krakowie nazwano „ośrodkiem dyspozycyjnym”. Autor podkreśla, że „wprawdzie większość duchownych i świeckich zatrudnionych w krakowskiej kurii lub mających z nią częsty kontakt odmówiła tajnej współpracy z SB, ale niektórzy dali się w nią uwikłać”.

Swoim „zainteresowaniem” SB objęła też dziekanów i wicedziekanów, którzy pomagali biskupowi w kierowaniu diecezją. Bezpieka miała po jednym lub dwóch tajnych współpracowników w każdym dekanacie. Wykorzystywała fakt, że kilka razy w roku dziekani i ich zastępcy spotykali się na kongregacjach dziekańskich. Na nich zaś omawiane były najważniejsze problemy i zamierzenia na terenach poszczególnych diecezji.

Grupy inwigilowane przez SB

Trudniejsze zadanie stało przed SB jeśli chodzi o inwigilację i werbowanie TW w środowiskach zakonnych. Powodem tych trudności była wewnętrzna solidarność zakonników i hermetyczność tego środowiska, które z tych właśnie względów było bardzo odporne na działania aparatu bezpieczeństwa. Starano się więc wykorzystać negatywne zjawiska wewnątrz zgromadzeń zakonnych, np. konflikty wewnętrzne, wybujałe czy też urażone ambicje niektórych zakonników, wzajemne animozje. Posługiwano się też sprawdzonym w działaniach operacyjnych szantażem opartym na kompromitujących materiałach.

Służba bezpieczeństwa pozyskiwała swoich informatorów i tajnych współpracowników nie tylko w wyższych kręgach kurialnych, profesorskich czy wśród biskupów, dziekanów. Księża pracujący w poszczególnych parafiach stanowili bardzo dobre źródło informacji – jak pisze ks. Zaleski – „o problemach obyczajowych innych duchownych, o księżach sprzyjających ruchowi oazowemu lub sympatyzujących z opozycją, o nastrojach panujących wśród duchowieństwa”. Jak wspomniałem wcześniej, aparat bezpieczeństwa starał się mieć przynajmniej jednego tajnego współpracownika w każdym dekanacie. Ale nierzadko było ich dwóch czy trzech, którzy – na dodatek – nic nie wiedzieli o sobie. Była to więc doskonała okazja sprawdzania wiarygodności ich informacji i doniesień.

Inną grupą, wśród której działała SB, byli seminarzyści – klerycy seminariów duchownych. Pozyskani tajni współpracownicy z tego środowiska stanowili ważny nabytek dla aparatu bezpieczeństwa. Dostarczali wielu cennych informacji z bardzo hermetycznego środowiska, jakim były seminaria duchowne. Oprócz działalności informacyjnej zwerbowani alumni seminariów duchownych wykorzystywani byli przez SB do działań dezinformacyjnych czy kompromitujących poszczególnych profesorów czy studentów teologii, którzy w ocenie władz komunistycznych byli „niewygodni”. Seminarzyści mieli też dodatkową, cenną dla służby bezpieczeństwa zaletę – pozyskani w trakcie studiów klerycy po ukończeniu seminarium stawali się też często agentami i po święceniach.

Podsumowanie

Na zakończenie swoich informacji na temat omawianej publikacji ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego pragnę podkreślić doskonałe usystematyzowanie informacji, które znajduje swoje odzwierciedlenie w przejrzystości omawianych tematów. Świadczy to o wielkim wkładzie pracy autora, który starał się z dostępnych materiałów znajdujących się w archiwach IPN, Wydziału IV SB czy Departamentu I MSW wydobyć jak najwięcej informacji o postaciach przedstawicieli duchowieństwa Kościoła katolickiego współpracujących z aparatem bezpieczeństwa, ich motywach działania, trudnych niekiedy dylematach wyboru. Jak wiemy, wiele akt zostało całkowicie zniszczonych lub pozostały po nich niewielkie fragmenty. Na podstawie przeprowadzonych przez ks. Zaleskiego badań i analiz dokumentów nie udało się – jak na razie – ustalić wielu faktów, podobnie jak przypisać z całą pewnością pseudonimów tajnych współpracowników do konkretnych przedstawicieli duchowieństwa.

Książka z jednej strony nie należy do najłatwiejszych publikacji, ale z drugiej strony jest bardzo wartościową pozycją na rynku wydawniczym. Pewną barierę dla czytelnika mogą stanowić liczne dokumenty, fragmenty donosów TW, ocena pracy zwerbowanych agentów itp. Ale z drugiej strony, one pomagają czytelnikowi dogłębniej zrozumieć mechanizmy działania aparatu bezpieczeństwa wśród duchownych, motywy podjęcia czy odrzucenia współpracy. O starannej pracy autora publikacji świadczy też dokładny i przejrzysty spis treści. Oprócz tytułów i podtytułów poszczególnych rozdziałów znajdziemy tu posłowie, załączniki, a wśród nich interesujące odpowiedzi na listy, które ks. Zaleski wysłał do duchownych zarejestrowanych przez aparat bezpieczeństwa jako tajni współpracownicy oraz wybrane dokumenty. W bibliografii znajdziemy spis wykorzystanych przez autora źródeł oraz literaturę. Spis treści kończy wykaz skrótów i bardzo pomocny alfabetyczny indeks osób wymienionych w książce z informacją o stronach, na których pojawia się omawiana osoba.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here