Dr Paweł Rogaliński: „Moja rozprawa może być wykorzystana w kampaniach przez polityków i spin doktorów”

0

Karol Czejarek (KC): – Panie Doktorze, Panie Pawle szanowny – proszę przyjąć serdeczne gratulacje z okazji obrony pracy doktorskiej!

Paweł Rogaliński (PR): – Dziękuję bardzo, Panie Profesorze! Bardzo dziękuję też za ogromne wsparcie, bo wiem, że wszyscy w redakcji trzymaliście kciuki za moje powodzenie.

KC: – Dlatego dumni jesteśmy, że naszym naczelnym jest politolog, filolog i medioznawca z tytułem doktora, zdobytym na renomowanym i znanym w świecie Uniwersytecie Jagiellońskim!

PR: Raz jeszcze dziękuję za Wasze wsparcie; czułem je w czasie całego procesu, zarówno pisania, jak i obrony rozprawy.

KC: – Panie Doktorze, a teraz do rzeczy. Proszę powiedzieć, na czym polega nowatorski charakter Pańskiej pracy.

PR: Moja rozprawa skupiała się na wykreowaniu modelu polityka popularnego w komunikacji politycznej w państwach anglosaskich.

KC: – Skąd pomysł na taki temat rozprawy?

PR: To głównie efekt moich poprzednich badań i obserwacji. Społeczeństwa państw anglosaskich, a więc np. Wielkiej Brytanii, Irlandii, USA, Kanady, Australii czy Nowej Zelandii, stały się prawdziwą areną wzrostu wyrafinowania rywalizacji liderów politycznych o sympatie wyborców. Poza tym nastąpił też gwałtowny rozwój marketingu politycznego, komunikowania politycznego i psychologii. Ciągłe starania polityków o zgromadzenie jak największej liczby swoich zwolenników przyciągają też uwagę rzeszy badaczy, dziennikarzy oraz publicystów, co owocuje licznymi badaniami i opracowaniami.

KC: – W tym Pańskim.

PR: Owszem. Ale w znacznej większości przypadków koncentrują oni swoją uwagę na samym procesie pozyskania popularności politycznej, pomijając zagadnienie konieczności utrzymania pozytywnego wizerunku przez pewien czas. Nie wspominają też często o kreowaniu się swoistej listy pożądanych cech, tworzących niejako spójny model polityka popularnego. Do takiego właśnie modelu, czy też wzoru, dążą liczni kandydaci na liderów politycznych.

KC: – Rozumiem. Zastanawia mnie jednak dlaczego zdecydował się Pan opisać akurat państwa anglosaskie, a nie np. Europę Środkową?

PR: Szeroko pojęty anglojęzyczny marketing polityczny może być postrzegany jako przodujący w świecie. Nie da się bowiem ukryć, że jest bardzo innowacyjny i silnie powiązany m.in. z psychologią społeczną czy nowymi technologiami.

KC: – To interesujące. Czy może Pan podać jakieś przykłady takich innowacji?

PR: Oczywiście. Proszę zauważyć, że John F. Kennedy był pierwszym prezydentem, dla którego telewizja stała się skutecznym narzędziem do osiągnięcia przewagi w wyborach. Ciekawym przykładem jest też Margaret Thatcher, która z pomocą agencji Saatchi & Saatchi zrewolucjonizowała dziedziny kreowania wizerunku i zarządzania wrażeniem. A Barack Obama jako pierwszy wykorzystał na dużą skalę media społecznościowe, w czym również odniósł sukces. Przykładów można by mnożyć i dowodzą one głównie jednego – kampanie wyborcze i komunikacja polityczna w wykonaniu anglosaskich liderów są często stawiane za wzór i naśladowane w innych krajach.

KC: – Dziękuję. Wspomniał Pan, że kandydaci dążą do pewnego modelu. Skąd wiedza, jak ten model wygląda i jak go należy badać?

PR: Sztaby wyborcze zawsze mają pewien wizerunkowy cel, który chcą osiągnąć i do którego powinni dążyć kandydaci. Model taki pokazuje, że istnieje lista cech, które polityk powinien posiadać, bądź – jeśli to tylko możliwe – nabyć, aby pozwoliły mu na sprawne zarządzanie wrażeniem i tym samym utrzymanie popularności na stabilnym poziomie. Postanowiłem zatem zbadać, dlaczego i w jaki sposób niektórzy politycy zachowują wysoką popularność nawet po kilku latach rządzenia lub sprawowania urzędu. Często są w stanie wygrać wybory tuż po zakończeniu pierwszej, drugiej czy kolejnej kadencji. Wydają się też być wiarygodni i charyzmatyczni.

KC: – Zatem w jaki sposób zbadał Pan taki model? Czy to w ogóle możliwe?

PR: Budowa takiego modelu rzeczywiście jest dość pracochłonna i skomplikowana, stąd też jego analiza zajęła blisko 500 stron rozprawy i pochłonęła wiele lat badań. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę decyzje i działania polityczne. Trzeba też było przeanalizować sposoby, za pomocą których politycy przekonują swoich wyborców do oddania głosu. Konieczne więc było znalezienie wspólnych „schematów” strategii i podobieństw, które mogą być wykorzystywane przez polityków w różnych państwach anglosaskich, aby utrzymać popularność.

KC: – To rzeczywiście wiele.

PR: To dopiero początek. Oczywiście model taki musi składać się z wielu elementów. Badałem więc pochodzenie i wygląd zewnętrzny polityków, a więc kwestie m.in. ich wieku, partnerów życiowych oraz dzieci, budowę ciała, wygląd twarzy, fryzurę, zarost, makijaż, noszoną biżuterię, czy też ubiór i jego kolorystykę. Oczywiście szczegółowo badałem też przemowy polityczne – nie tylko kwestie merytoryczne, ale też gestykulację, atrybuty głosu, akcent i dialekt mówcy, a nawet widownię i charakterystykę pomieszczeń, w tym zastosowanie aromarketingu, odpowiedniej kolorystyki tła, podkładu muzycznego… Ale niezwykle istotny jest też sam język, tak zwane słowa-klucze, metody perswazyjnego budowania zdań, techniki wykorzystania pamięci i potęgi umysłu, psychologii wywierania wpływu. Obecnie dużą rolę odgrywają też nowoczesne formy kontaktu z wyborcami, czyli na przykład portale społecznościowe, blogi, mikroblogi i dziennikarstwo obywatelskie. Wszystkie te elementy składają się na model polityka popularnego, który zdecydowałem się stworzyć.

KC: – Proszę mi powiedzieć, jak Pana rozprawę oceniła Komisja? Dowiedziałem się, że bardzo dobrze; proszę jednak zdradzić, co powiedziano o obronie i pracy konkretnie?

PR: Oczywiście nie wszystko było w rozprawie idealne i były elementy, które przed planowaną publikacją w formie książkowej zostaną poprawione. Jednak usłyszałem przy tym, że moja dysertacja jest bardzo oryginalna, „posiada walor interdyscyplinarności”, ma „nowatorski charakter”, prezentuje „innowacyjne ujęcie omawianego zagadnienia”, „wychodzi poza schematy tzw. pracy awansowej”, jest oparta na „imponującym materiale źródłowym stanowiącym jej podstawę teoretyczną i faktograficzną”, „zawiera liczne, często nieznane szerzej w Polsce przykłady z życia politycznego analizowanych anglosaskich prezydentów i premierów”, a po jej przeczytaniu „wręcz chciałoby się z autorem porozmawiać”. I ten ostatni komentarz traktuję jako największy komplement.

KC: – Myśli Pan, że ta dysertacja może zainteresować osoby spoza kręgu uniwersyteckiego?

PR: Sądzę, że tak. Nawet w jednej z recenzji rozprawy napisano, że „przeprowadzone badania znakomicie uzupełniają lukę w literaturze przedmiotu, a ponadto stanowią kompendium wiedzy, która może zostać wykorzystana w sposób praktyczny przez aktorów politycznych, doradców, spin doktorów”.

KC: – Panie Doktorze, dziękuję za wszystkie dotychczasowe odpowiedzi! Dają wiele do myślenia, a Pańskie propozycje są interesujące. Jako germanista chciałbym jednak zapytać, czy na „rynku” polsko-niemieckim też są do zastosowania?

PR: Zadawano mi to pytanie wielokrotnie i myślę, że w znacznym stopniu tak, choć niecałkowicie – ze względu na różnice kulturowe, historyczne, wyznanie itp. Wystarczy jednak porównać uzyskany model polityczki z chociażby Ursulą von der Leyen czy Angelą Merkel. Podobieństwo jest widoczne. W Polsce nieco trudniej byłoby wyłonić polityczkę spełniającą wskazane kryteria lidera silnego, niezależnego. Nigdy bowiem nie mieliśmy prezydentki, z kolei premierki były zawsze nieco „zepchnięte” z głównego nurtu polskiej polityki. Ale mam nadzieję, że czas kobiet w rodzimej polityce wreszcie nadejdzie.

KC: – A co w przypadku mężczyzn?

PR: Podawanie nazwisk zawsze będzie wzbudzało emocje, prowokowało komentarze, że nieobiektywnie oceniam polityków, więc zazwyczaj skupiam się na komentowaniu zagranicznej sceny politycznej.

KC: – Proszę zaryzykować!

PR: Dobrze. Podkreślę jednak, że nad Wisłą widoczne są jedynie pewne elementy, które można by było zakwalifikować jako modelowe. Nie widzę niestety żadnych prezydentów ani premierów (bo badałem wyłącznie przypadki polityków najwyższego szczebla) którzy zbliżaliby się do wykreowanego modelu. Sądzę, że w pewnym momencie swojej kariery całkiem dobrze radził sobie Aleksander Kwaśniewski. Podobnie zresztą Donald Tusk, choć podkreślam, że nie mam na myśli całej kariery, a jedynie pewne aspekty w określonym przedziale czasu. Wychodząc poza grono liderów, udane konwencje wyborcze zorganizował kiedyś kandydat na prezydenta Robert Biedroń i swego czasu miał poparcie sięgające bodajże 18%, znacznie powyżej poparcia ugrupowań lewicowych. Jednak nieumiejętnie kreowany image, liczne pomyłki, nietrafione wypowiedzi i decyzje spowodowały, że tak, jak szybko „rozbłysnął”, tak szybko też „zgasł”. Odnośnie polskiej prawicy ciężko się wypowiadać, gdyż w ogóle nie przystaje ona do określenia „modelowej” wg standardów anglosaskich. W tych państwach polskie partie, które określilibyśmy jako prawicowe, postrzegane są jako siermiężne, populistyczne i o przestarzałych poglądach.

KC: – Pozostając w kontekście Polski i Niemiec – co należy zrobić, aby minęło pewne napięcie wyczuwalne w aktualnych stosunkach z Niemcami i Rosją, a także innymi państwami, z którymi Polska bezpośrednio graniczy. Jakoś „nie dogadujemy się” z nimi na przyzwoitym poziomie. Co tego jest powodem? Co należałoby zmienić „od razu”, a co „w dalszej perspektywie”? Te pytania kieruję do Pana jako badacza, ale też redaktora naczelnego naszego „Przeglądu Dziennikarskiego”.

PR: Myślę, że podwyższenie standardów polskiej dyplomacji byłoby krokiem naprzód. W tej kwestii cieszy mnie ostatni, słuszny wybór Szefa Służby Zagranicznej – to odpowiednia osoba na odpowiednim stanowisku. Ale obawiam się, że to nie wystarczy. Bowiem generalnie polska polityka jest prowadzona nie tylko w sposób chaotyczny, radykalny, nieskoordynowany i amatorski, ale razi cywilizowany świat niskimi standardami praworządności, brakiem rozdziału państwa od Kościoła, a także prymitywną ksenofobią i homofobią. Na co dzień żyję w międzynarodowym środowisku i często słyszę, jak postrzega się nasz kraj. Proszę zwrócić uwagę, iż relacje z Niemcami i Rosją to nie jedyny nasz problem. Nie lepsze są stosunki z innymi sąsiadami. Czy stosunki polsko-litewskie, albo polsko-czeskie można uznać za satysfakcjonujące? Obawiam się, że nie. A co z dalszymi państwami – USA, Francją, Izraelem? Myślę, że obecna sytuacja nie zmieni się to dopóty, dopóki nie zaczniemy prowadzić polityki w sposób rozsądny, przewidywalny i umiarkowany.

KC: – Jaka zatem powinna być ta, jak Pan to określił – „polityka ROZSĄDNA, PRZEWIDYWALNA i UMIARKOWANA”?

PR: Tak, jak wspomniałem, mam przede wszystkim na myśli politykę budowania dobrosąsiedzkich relacji, a nie rujnowania ich. Kreowania wspólnej Europy, nie zaś odgradzania się murem od innych. I wreszcie – wspierania procesu tworzenia się społeczeństwa obywatelskiego, otwartego. Obecnie mamy niestety do czynienia z podkopywaniem demokratycznych standardów, pomysłami na ograniczenie wolności mediów, wolności słowa, kneblowaniem mniejszości w imię jedynie słusznej ideologii i wiary. Tego typu działania nie zbudują pozytywnego wizerunku i pozycji Polski w świecie. A wizerunek to więcej niż samo dobre imię – to również tzw. soft power, które pomaga osiągać cele państwa przy pomocy atrakcyjności własnej kultury, polityki i po prostu perswazji. Obecnie nam tego bardzo brakuje.

KC: – I zapytam jeszcze o Pana aktualne stanowisko o UE? Co powinniśmy zmienić w tym zakresie?

PR:  – Niektórzy politycy coraz śmielej nawołują do ignorowania nie tylko rekomendacji Komisji Europejskiej, ale i decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. To musi się zmienić, jeśli chcemy być częścią wspólnej Europy i nadal czerpać z niej wielomilionowe korzyści. Dzięki Unii Europejskiej dokonaliśmy ogromnego skoku cywilizacyjnego. W ciągu ostatnich kilku lat jednak widać pewną zmianę kierunku, powolne sprowadzanie pozycji Polski na margines Europy. Ten sam margines, na którym obecnie znajdują się Węgry. Chcieliśmy mieć drugi Budapeszt, więc go mamy. Ale chyba to nie jest to, co sobie wymarzyliśmy?

KC: – Zgadzam się z Panem! Zatem propagujmy takie stanowisko dalej PT Czytelnikom naszego „Przeglądu Dziennikarskiego”, dopuszczając jednak i inne stanowiska, gdyby w tej sprawie Ktoś chciał zabrać głos.

PR: Oczywiście, „Przegląd Dziennikarski” – jak zawsze – dba o wolność słowa i jest otwarty na różnorodność. I tak samo, jak w prawdziwej demokracji każdy może mieć inne zdanie, tak i w naszej redakcji są osoby sympatyzujące zarówno z partiami po lewej, jak i prawej stronie sceny politycznej. I cenię sobie współpracę z nimi na równi. To też wyróżnia nas spośród innych redakcji, które zazwyczaj trzymają się pewnych linii programowych wydawców.

KC: – A na zakończenie serdecznie dziękuję panu Doktorowi za tę rozmowę, życząc dalszej – obok dziennikarskiej – kariery naukowej, nie tyle akademickiej, co wykorzystania swoich badań w szeroko rozumianej publicystyce. I to nie tylko wyrażanej na łamach „Przeglądu Dziennikarskiego”, ale i w książkach na temat interesującej Pana problematyki. Niech pierwszą książką „z tej serii” będzie Pański bardzo ciekawy Doktorat, by mogli z nim zapoznać się nie tylko nasi Czytelnicy, ale i odbiorcy za granicą.

PR: Dziękuję serdecznie, Panie Profesorze. Bardzo możliwe, że taka publikacja będzie miała miejsce już niebawem, o czym niezwłocznie poinformuję na łamach „Przeglądu Dziennikarskiego”.

Poprzedni artykułStosunki polsko-czechosłowackie po konferencji w Monachium. Współpraca wywiadowcza i utworzenie Legionów Czeskiego i Słowackiego w Polsce
Następny artykułBenjamin Appl – „Heimat” – Tęsknota za ojczyzną…
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here