Degeneracja społecznej funkcji mediów

0

Zainicjowany przez polityków już przed laty i przecież nie przypadkiem, ale załóżmy, że trochę „niechcąco”, proces degenerowania społecznej funkcji mediów, osiąga apogeum. Wolne media w jeden dzień ostrzegawczo przykryte kirem, stały się nieme, zaczernione; przepowiadając nadchodzącą ich agonię, w odruchu sprzeciwu waliły głową o sufit, gdy tymczasem zgromadzeni na wyższych kondygnacjach decydenci wycinali hołupce nie kryjąc, że stać ich na znacznie więcej jeśli chodzi o dławienie wolnej i niezależnej od władzy prasy. Wynika to nie tylko z pokrętnych zapowiedzi jakiejś na poły pozaustawowej repolonizacji, czyli de facto koncentracji polegającej na przejmowaniu prasy przez swoich („Orlen bierze prasę”), z postulowaniem stosowania koniecznej dekoncentracji dla niesłusznie myślących (odmowa kupna „Zetki” przez Agorę). Wpuszczono na rynek fragmentaryczne cząstki projektu ustawy o dodatkowym opodatkowaniu mediów od przychodów z reklamy argumentując, że tak uzyskaną „daninę” rząd przekaże na podniesienie zdrowia Polek i Polaków oraz renowację zabytków, co powinno podratować budżet państwa w okresie i tak zwycięskiej walki z pandemią (nieco ponad siedemset milionów zł w skali roku na pewno nie „uratuje” NFZ, gdy jednocześnie rząd zasila państwowe[1] TVP i PR dwoma miliardami rocznie). Przebąkuje się też o konieczności niezbędnej regulacji rynku nazbyt samodzielnej prasy samorządowej, straszy lepszym nadzorem w internecie i inwigilacją w mediach społecznościowych, a także w prywatnej łączności (telefonia), zapowiadając skuteczniejszą ingerencję władzy i na tym polu. Jednocześnie minister sprawiedliwości wzywa do przyśpieszenia prac nad ustawą o ochronie wolności mediów i wolności słowa w obszarze mediów (sic!), czego autor się więcej, niż obawia. Nadmiar, skomasowanie owych groźnie brzmiących dla porządku demokratycznego państwa sprinterskich legislacyjnych inicjatyw (grudzień – luty), nie wydaje się przypadkowy. Obywatele karmieni wykluczającymi się informacjami, stracili już orientację o co chodzi, zwłaszcza gdy i dziś słyszą (ostatnie dni lutego), że projekt podatku medialnego „jest żywy i ma się dobrze”. Tym gorzej dla wolności słowa i dostępu do wielu różnorodnych treści oraz źródeł obiektywnej, rzetelnej informacji; tym gorzej dla nas, skazywanych na jedynie słuszne wiadomości z narodowych środków przekazu, czego mogliśmy doświadczyć w czarną środę. Podjęta akcja „Media bez wyboru”, nawet jeśli przy okazji napędziła odbiorców tzw. narodowej telewizji, uwypukliła tym bardziej czym jest propaganda na usługach władzy, udająca misyjną, publiczną telewizję. Sprawy to na tyle poważne, że należy porzucić nieco prześmiewczy styl preambuły, bo nie przystoi on podjętej próbie wskazania narastających zagrożeń dla wolnej prasy i jej społecznych funkcji. Jakkolwiek farsowości zapowiedzi niektórych rządowych ustaw trudno nie zauważyć zwłaszcza w kontekście spodziewanej obrony wolności słowa przez policję, prokuraturę i spacyfikowany Trybunał. Byłoby śmiesznie, gdyby nie wiało grozą i nie chodziło o być albo nie być niezależnych od rządu mediów, w chwili, kiedy Polska spada na 62 miejsce w rankingu wolności prasy (w r. 2015 na 18. miejscu) oraz dołuje w rankingu demokracji („The Economist” i Freedom House)[2].

 

Ocena sytuacji

Analizy rynku mediów w kontekście zapowiadanych przez rząd regulacji, dokonane przez znakomitych medioznawców profesorów Stanisława Jędrzejewskiego i Tadeusza Kowalskiego[3], nie pozostawiają złudzeń: rząd i politycy partii rządzącej dążą do ograniczenia, a nawet likwidacji niezależnych od władzy mediów, naruszając konstytucyjne prawa Polaków w zakresie dostępu do pluralistycznych treści i źródeł informacji. Zdaniem prof. Antoniego Dudka „chodzi o faktyczną nacjonalizację mediów”[4], zaś Jacek Frączyk dowodzi, że to dopiero wstęp do likwidacji niezależnych nadawców w sytuacji, gdy „wielu nadawcom kończą się koncesje”[5]. Opinię publiczną wprowadza się w błąd bałamutną cyniczną argumentacją, gdy tymczasem chodzi o to, by (wzorem węgierskim) zakneblować, a nawet zniszczyć te media, które są krytyczne wobec rządzących.

Można by rzecz, że na powyższy temat powiedziano i napisano już wszystko, dokumentując konsekwencje wdrażania przez rząd „orbanowskiej drogi” do zniszczenia niezależnej prasy. Upubliczniane zagraniczne stanowiska z głosami sprzeciwu, płynące z Unii Europejskiej, a także z USA, nie robią na rządzących wrażenia; władza nie reaguje na jakąkolwiek krytykę. Wydaje się śmiertelnie zdeterminowana, by wykonać zadanie, które ma ją uchronić od przegrania wyborów, bo „później – jak słychać z kręgów Zjednoczonej Prawicy – już tylko śmierć”. Uproszczenia zawarte powyżej wynikają jednak z dogłębnej analizy zagrożeń dla wolności słowa w Polsce, dokonywanej przez wielu medioznawców (również zagranicznych), jak i przez autora m.in. na łamach „Przeglądu Dziennikarskiego”[6]; stąd jego niechęć do powtarzania znanych już opisów oraz udowodnionych tez.

 

Prawo i ekonomia

 Z prawno-ekonomicznego punktu widzenia zapowiadana przez rząd ustawa o podatku od reklamy, będącego dodatkową „daniną” i to nie dla wszystkich mediów (i nie w takim samym stopniu nią obciążonych), gdy wszystkie one płacą już przypisane prawem podatki od dochodów, narusza kanoniczny ład konstytucyjny: staje się przykładem podwójnego opodatkowania, co jest bezprawne. Wyraziście problem ten objaśnił na łamach „Rzeczpospolitej” prof. A. Mariański[7]. To równocześnie dążenie do łamania zasadniczego porządku na rynku mediów, który podlega – co autor pragnie uwypuklić – takim samym prawidłom jak i inne podmioty gospodarcze poddane wolnej konkurencji, stanowiącej o rozwoju danej branży czy sektora. Tymczasem zagadnienia z zakresu ekonomii i zarządzania, mieszczące się w kanonach gospodarowania, często umykają uwadze publicystów, zdają się drugoplanowe, mniej ważne. A jest tak, że to zdrowa konkurencyjność na rynku prasy gwarantuje jej niezależność, pluralizm i możliwość wypełniania przypisanych mediom społecznych funkcji. Powolne niszczenie konkurencyjności zaczęło się od deregulacji i psucia rynku; naginania prawa do potrzeb różnej maści uzdrowicieli mediów, a pamiętać musimy, że w okresie ostatnich dwudziestu lat każda ekipa rządowa miała coraz bardziej zdeterminowanych harcowników, jakkolwiek obecną wspomaga już armia partyjno-ekonomicznych kamikadze.

Deregulacja rynku prasowego, będąca zwykle efektem świadomej polityki państwa, osiąga obecnie poziom, na którym niszczona jest jego zdolność do zapobiegania aberracjom, nie tylko monopolistycznym. Organy zobowiązane konstytucyjnie do kontroli tej sfery (UOKiK, KRRiT), stały się wyrazicielami woli rządu, podejmują decyzje naruszające porządek na tym rynku, wspomagają realizowaną „po cichu” akcję przejmowania przez państwo prywatnych podmiotów. W rezultacie tych działań postępuje degeneracja społecznej funkcji mediów. Patrząc od strony ekonomicznej na zachodzący proces widzimy jak nadmierna koncentracja kapitału, osiągana zwłaszcza na drodze polityczno-partyjnego wspomagania, ułatwia „właściwej grupie kapitałowej” właścicielskie przejmowanie coraz liczniejszych podmiotów gospodarczych i monopolizację usług w tym sektorze. Tym samym ogranicza się asortyment produktów, obniża ich jakość, skazując konsumentów na nabywanie substytutów. Produkty (zarówno informacje, jak i utwory publicystyczne, artystyczne); ich treści wywodzące się z tego samego źródła, powielają oczekiwane punkty widzenia oraz poglądy dysponentów. Nie ma już mowy o obiektywizmie w prezentowaniu różnych stanowisk (w tym opozycyjnych), czy rzetelności w sprawdzaniu źródeł. Na tak „zorganizowanym” rynku uprzywilejowane wspomaganiem z kiesy państwowej podmioty, zasilane z bogatych funduszy reklamowych spółek skarbu państwa, mają zapewnioną hegemonię. Zapomniały czym jest rzeczywista konkurencyjność. Czekają na sygnały – owe „przekazy dnia”, konieczne do powielania przez swoich polityków na licznych konferencjach i w podległej rządzącym prasie. Wystarczy sprawdzić, jak pokrywają się informacje zawarte w owych „przekazach” z informacjami kolportowanymi w prorządowych mediach. Wskaźniki słuchalności, oglądalności i czytelnictwa, które zwykle oddziałują na rynek i promują autentycznych liderów, straciły na znaczeniu. Środki na reklamę ze spółek skarbu państwa i tak płyną głównym strumieniem do swoich, co dowodnie wykazał wspomniany już prof. Kowalski. Media prorządowe nie muszą więc zabiegać o słuchalność i oglądalność, bo na polskim rynku ten czynnik prorynkowy zmarginalizowano. Kiepski towar wypiera lepszy i droższy w wytwarzaniu. Monopol państwowy, ingerencja państwa i jego uprawnień właścicielskich w gospodarce, nabiera coraz większej siły i niszczy słabszych (ekonomicznie), choć bez wątpienia wartościowszych dla konsumentów nadawców i wydawców. Na ten aspekt sprawy zwrócił m.in. uwagę Rzecznik praw obywatelskich, który zaskarżył zgodę UOKiK na zakup spółki medialnej przez koncern paliwowy[8], przypominając, że zgodnie z art. 20 Konstytucji „społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów, stanowi podstawę ustroju gospodarczego RP”. Zdaniem rzecznika urząd nie przeprowadził należytej analizy wpływu wspomnianej transakcji na rynek mediów w kontekście skutków dokonywanej koncentracji. Zatem ta politycznie kreowana gra „niby rynkowa” może ostatecznie doprowadzić do ruiny ekonomicznej niezależne od rządu podmioty. To wyłącznie kwestia czasu; na taki finał liczą prawdopodobnie autorzy dodatkowego opodatkowania mediów oraz innych pomysłów na wolność mediów w Polsce.

 

Konkluzje

Przedstawiony wyżej efekt władza osiąga na dokonując łamania („okrężną droga”) fundamentalnych prawideł wolnego konkurencyjnego rynku, podejmując przy tym inicjatywy ustawodawcze bez koniecznych społecznych konsultacji; w zasadzie ukrywa przed obywatelami swoje zamiary. Nie tylko w tej sferze. Okazuje się, że Polska „jest obecnie – zdaniem Sławomira Dudka, ekonomisty FOR – na pierwszym miejscu wśród dużych krajów Unii z najbardziej nieprzejrzystymi finansami”[9], co oznacza, że istotna część procesu budżetowego znajduje się poza kontrolą sejmu, poza kontrolą społeczeństwa (znaczną część wydatków rząd stosując kreatywną rachunkowość, „wypycha poza budżet centralny”). To dodatkowe skutki praktyk naruszających konstytucję, jak i łamiących ekonomiczno-społeczny ład, uznawany w UE.

 

PS.

Przed dwoma laty rządowe zapowiedzi „dekoncentracji mediów”, nie niosły jeszcze obecnych zagrożeń. Analizując je w „Przeglądzie Dziennikarskim”, racjonalizowałem tak przesłanki takich regulacji, jak i ich możliwe skutki. Rozwój wypadków świadczy o mojej naiwności. Nagromadzone w ostatnich tygodniach zagrożenia wskazują, że jeżeli w sprawie niezależności mediów może być jeszcze gorzej, to tak się stanie. Bez względu na to, ile i jakie kanony zostaną przy tym złamane oraz jak głośno będzie o tym w kraju i zagranicą. Jakiś czas temu kolega (w wielu dziedzinach bardzo zasadniczy i stosujący uznane reguły), grając w szachy dostał mata przy czwartym bodaj ruchu. Oburzył się, nie chciał uznać wyniku, „bo to zagrywka niezgodna z zasadami, naruszająca kanony gry”. Jednak wynik się ostał. Taka przegrana pewnie bardziej boli, ale fakt stał się faktem. Niestety…

[1] Określanie tych mediów państwowymi jest w pełni uprawnione, bowiem główne źródło ich finansowania nie pochodzi ze środków publicznych (abonamentu), lecz z budżetu państwa.

[2] Reporterzy bez granic [w:] https://www.onet.pl , pobr. 12.02.21.

[3] Liczne cytaty z prac obu naukowców znajdziemy w prasie z lutego 2021, m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Gazecie Wyborczej”, „Onecie”.

[4] A. Dudek, Podatek od reklam… [w:] https://businessider.com.pl. pobr. 17.02.21.

[5] J. Frączyk, Podatek od reklam… [:w] https://businessider.com.pl. pobr. 20.02.21.

[6] Z. Kosiorowski, Dekoncentracja, repolonizacja(?) mediów… (21.12.18), a także : Pluralizm mediów po węgiersku (5.02.19).

[7] A. Mariański, Drugi podatek od wpływów z reklam, [w:] „Rzeczpospolita” z dn. 11.02.2021 r., s. A 13.

[8] M. Rzemek, Kupno Polska Press przez PKN Orlen oceni sąd, [w:] „Rzeczpospolita” , 8.03.21, s. A9.

[9] D. Szymański, Rząd wysłał do Brukseli… [w:] https://businessinsider.com.pl. pobr. 25.02.21.

Poprzedni artykułSprawozdania w BDO
Następny artykułKonferencja niepoprawna politycznie
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here