Co wynika z polityki zagranicznej prezydenta Donalda Trumpa

0
24

Wiele cech polityki zagranicznej prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa wynika z cech jego osobowości. Dlatego na wstępie przedstawię niektóre z jego cech.

45-ty prezydent Stanów Zjednoczonych wkroczył do Białego Domu nie mając za sobą żadnego doświadczenia politycznego. Był biznesmenem, odziedziczył pokaźny majątek po ojcu i trzeba przyznać – potrafił go pomnożyć, i dlatego zyskał opinię człowieka sukcesu. Czy jednak zyska opinię prezydenta sukcesu, tego dziś nie wiadomo.

Zanim zwycięsko kandydował w wyborach prezydenckich nie zajmował żadnego stanowiska obieralnego. Jego związki z Partią Republikańską z ramienia, której startował w wyborach prezydenckich były dość luźne. Zanim ogłosił się republikaninem był członkiem Partii Demokratycznej a następnie członkiem założonej przez siebie Partii Reform. W prawyborach pokonał 16 rywali, którzy byli ściśle związani z Partią Republikańską i reprezentowali ją w różnych organach władzy m.in. w Senacie, w Izbie Reprezentantów, byli gubernatorami stanów.

Donald Trump jako prezydent jest naczelnym dowódcą wojsk amerykańskich, ale nie ma żadnego doświadczenia wojskowego. Nigdy nie służył w wojsku. Jako głowa państwa i szef władzy wykonawczej reprezentuje Stany Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, ale wcześniej nie miał żadnego obycia międzynarodowego. Miał natomiast duże pieniądze i zanim uzyskał nominację Partii Republikańskiej jako jej kandydat na prezydenta, finansował kampanię wyborczą z własnych środków. Dziś jest najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. Swój majątek ocenia na 10 mld dolarów. Instytucje finansowe wyceniają jego majątek skromniej  – na 3-4 mld dolarów.

Wartość majątku Trumpa jest trudno określić, ponieważ od kilku lat Trump nie ujawniał informacji o swoich zeznaniach podatkowych, chociaż usilnie się od niego domagano, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej. Dopiero po objęciu prezydentury Trump w marcu 2017 r. podał do wiadomości ogólnikową informację, że w 2005 r. miał dochód 150 mln dolarów, od którego zapłacił fiskusowi 38 mln dolarów podatku federalnego. To stosunkowo niewiele, ponieważ Trump skorzystał z wielu odpisów. Opinia publiczna domagała się szczegółowych informacji w zeznaniach podatkowych podejrzewając, że ma on coś do ukrycia. W Stanach Zjednoczonych co pewien czas mają miejsce manifestacje, w czasie których żąda się od prezydenta ujawnienia jego deklaracji podatkowej.

Na podstawie dotychczasowej prezydentury Trumpa, można powiedzieć, że ujawniły się pewne jego cechy. Przede wszystkim jest on nieprzewidywalny w swych poglądach i w podejmowanych decyzjach. Podatny jest on na różne naciski zewnętrzne w zależności od tego, kto ma w danej sprawie dostęp do ucha prezydenta. W związku z tym podejmuje sprzeczne decyzje. Nie ma szczęśliwej ręki do skompletowania swojego sztabu w Białym Domu. Niektórych bliskich doradców zwolnił, np. gen. Jamesa Flynna, doradcę do spraw bezpieczeństwa narodowego, innych odsunął od siebie. W sztabie Białego Domu panuje chaos i pojawiły się konflikty. Blisko prezydenckiego Gabinetu Owalnego są natomiast jego zięć Jared Kushner w randze starszego doradcy i córka prezydenta Ivanka o bliżej nieokreślonych zadaniach. Zrodziło to jednak krytykę pod adresem prezydenta o nepotyzm.

Do Białego Domu Trump ściągnął liczne grono osób, z którymi współpracował wcześniej jako biznesmen w Nowym Jorku. Z reguły nie mają oni żadnego doświadczenia politycznego ale byli lojalni wobec Trumpa jako swojego szefa. Prezydent zatrudnił ich jako doradców asystentów i na różne stanowiska pomocnicze. Biały Dom zapełnił się więc ludźmi, których główną cechą była lojalność wobec Donalda Trumpa. Mimo to wśród personelu Białego Domu nie ma stabilizacji. Na przykład 5 kwietnia Trump usunął z Krajowej Rady Bezpieczeństwa swojego czołowego stratega politycznego Steva Bannona. Dotąd był on blisko ucha prezydenta i znany był ze swych arcykonserwatywnych poglądów.

Wokół obecnych i byłych współpracowników Donalda Trumpa jest dużo zamieszania. Organizacje wywiadu amerykańskiego oraz media publiczne prowadzą dochodzenie w sprawie kontaktów ludzi Trumpa z Rosjanami i Ambasadą Rosji, z biznesmenami rosyjskimi oraz z Rosjanami podejrzanymi, że reprezentują służby wywiadowcze.

Trafna ocenę wystawił Trumpowi prof. Zbigniew Brzeziński mówiąc: „Mamy do czynienia z bardzo dziwnym prezydentem, który właściwie nie jest strategiem i sprawy międzynarodowe go nie interesują. Ameryka reaguje ad hoc na wydarzenia w świecie i oczywiście na inicjatywy osobiste prezydenta, który wypowiada się w sposób nieodpowiedzialny, niezbyt poważny i w sprawach bardzo błahych”.

Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) było wieloznaczne. Mogło oznaczać zarówno priorytet amerykańskich interesów w świecie jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych. Trump jest drugim po Baracku Obamie prezydentem, który zdaje sobie sprawę ze zmniejszającej się roli USA w międzynarodowym układzie sił. Jednym z tych wniosków jest pewne ograniczenie globalnej obecności amerykańskiej w świecie, globalnych ambicji w polityce amerykańskiej.

Trump od początku swojej prezydentury zachowywał się nietypowo jak przystało na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przez kilka pierwszych miesięcy nie przedstawił żadnego projektu ustawy. Rządził natomiast za pomocą dekretów prezydenckich. W ciągu pierwszych miesięcy podpisał kilkadziesiąt dekretów dotyczących zarówno spraw wewnętrznych jak i zagranicznych. Ze społeczeństwem natomiast komunikował się za pomocą tweetów.

Pierwszą decyzją nowego prezydenta w sprawach międzynarodowych było podpisanie 23 stycznia 2017 r. dekretu o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z transpacyficznej umowy o wolnym handlu (Trans –Pacific, Partnership, TPP). Umowę tę podpisało 12 państw w rejonie Pacyfiku, w tym USA. Przypada na nie ok. 40% światowego handlu. Rząd Obamy podpisał tę umowę, ale nie ratyfikował.

Prezydent Trump uznał umowę za niekorzystną dla Stanów Zjednoczonych, grożącą utratą miejsc pracy, sprzyjającą przenoszeniu przedsiębiorstw amerykańskich i produkcji zagranicę. Decyzja prezydenta Trumpa była świadectwem ekonomicznego nacjonalizmu i protekcjonalizmu. Tramp uzasadniając wycofanie się Stanów Zjednoczonych z umowy TPP stwierdził, że wyciąga ona z USA firmy zagranicę i pozbawia Amerykanów stanowiska pracy. Pozostali sygnatariusze umowy o wolnym handlu nie kryli rozczarowania decyzją Trumpa. Premier Japonii Shinzo Abe powiedział, że bez udziału Stanów Zjednoczonych TPP będzie bez znaczenia. Wycofanie się Stanów Zjednoczonych z TPP było sygnałem, że nowa administracja więcej uwagi poświęcać będzie sprawom wewnętrznym [1].

Pojawiły się obawy na początku prezydentury Trumpa, że polityka nowej administracji będzie cechować się ekonomicznym protekcjonizmem i narastaniem tendencji izolacjonistycznych.

Już po pierwszym miesiącu prezydentury Trumpa było oczywiste, że występuje chaos w kształtowaniu polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Co innego mówił Trump, a co innego jego współpracownik w Białym Domu czy w rządzie. Charakterystyczne przy tym, że organ odpowiedzialny za realizację polityki zagranicznej czyli Departament Stanu milczał. Zadawano sobie pytanie w USA i na świecie, kto jest odpowiedzialny w Waszyngtonie za formułowanie amerykańskiej polityki zagranicznej. Nic więc dziwnego, że po paru miesiącach prezydentury Donalda Trumpa prestiż Stanów Zjednoczonych na świecie obniżył się, a polityka USA była nadal w pewnym stopniu nieprzewidywalna.

Coraz więcej znaków zapytania pojawiło się odnośnie stanowiska Trumpa wobec broni nuklearnej i nuklearnego wyścigu zbrojeń. Z jednej strony prezydent mówił, że byłoby dobrze, gdyby żaden kraj nie posiadał broni atomowej, z drugiej zaś podkreślał, że nie dopuści do sytuacji, w której jakikolwiek kraj wszedł w posiadanie arsenału nuklearnego większego od amerykańskiego. „Nigdy nie będziemy w tyle za żadnym państwem, nawet sojuszniczym w kwestii potencjału nuklearnego – powiedział”.

Nowa administracja Trumpa od początku sygnalizowała zamiar zwiększenia wydatków na obronę i obiecała zrealizować hasło wyborcze „Making Our Military Strong Again”. System antyrakietowy miał sprostać zagrożeniom przede atakiem rakietowym ze strony Korei Płn. oraz Iranu [2]. Prezydent zaproponował w lutym 2017 zwiększenie wydatków na obronę o 9,2% czyli ok. 54 mld dolarów.

Nie przysparzało wiarygodności to prezydentowi, że często komunikował się ze społeczeństwem za pomocą Twittera. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie częste przypadki sprzecznych ze sobą poglądów prezydenta. Wszystko prawda – pisała Anne Applebaum – aż do czasu następnego tweetu Trumpa [3]. Sprzeczne były również wypowiedzi prezydenta i członków jego rządu dotyczące różnych aspektów amerykańskiej polityki zagranicznej [4]. Nic więc dziwnego, że pojawiały się w mediach pytania: kto właściwie kształtuje politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Mało aktywną wolę odgrywał Departament Stanu, czyli główny resort odpowiedzialny za politykę zagraniczna kraju. Nie miał on pełnej obsady kierowniczych stanowisk a jego budżet został poważnie okrojony przez prezydenta.

Długą i przyjazną rozmowę Trump przeprowadził 28 stycznia z prezydentem Rosji W. Putinem. Rozmawiano o wzajemnym partnerstwie w wielu obszarach i w wielu regionach. Mówiono o wspólnej walce z Państwem Islamskim i z terroryzmem międzynarodowym. W pewnym momencie Putin wspomniał o możliwości przedłożenia rosyjsko-amerykańskiego układu z 2010 r. o ograniczeniu zbrojeń strategicznych. Ponieważ Trump nie orientował się o co chodzi, poprosił o przerwę w rozmowie by naradzić się ze swoimi doradcami, a po przerwie oświadczył, że nie jest to dobra umowa.

Donald Trump ma opinię prezydenta nieprzewidywalnego zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej. Przykładem tej nieprzewidywalności i zmienności jego poglądów jest jego polityka wobec Rosji. Poglądy Trumpa na stosunki z Rosją przeszły ewolucję od postulatu konieczności ich poprawy do postulatu ich ograniczenia a nawet wrogości.

W kwietniu 2017 r. zaobserwowaliśmy zmianę miejsca Rosji i Chin w polityce Trumpa. Chiny awansowały z głównego przeciwnika do roli kooperatywnego partnera. Rosja zaś z roli kooperatywnego partnera zdegradowana została do roli groźnego przeciwnika. Potwierdził to prezydent Trump mówiąc: „We are not getting along with Russia at all, we may be at an all-time low”. (“Nie jesteśmy w ogóle zgodni z Rosją, jesteśmy w największym niżu”). Natomiast swoje stosunki z prezydentem Chin Xi Jinpingiem Trump określił, jako przykład „bardzo dobrej chemii”.

Trump ze swym wybujałym ego nie ukrywał, że chce przejść do historii Stanów Zjednoczonych jako prezydent, który osiągnął wiele sukcesów. Jego sprzeczne jednak oświadczenia i liczne niezgodne z prawdą wypowiedzi nie ułatwiały mu drogi do tego celu. Brakowało mu długofalowej wizji. Był zdolny tylko do komentowania krótkich bieżących wydarzeń i do tego zdarzało się, że komentarze te były sprzeczne ze sobą.

Przykładem niestabilności i zmienności poglądów Trumpa jest jego opinia na temat NATO. W 2016 r i w 2017 r. kilkakrotnie nazwał NATO „przestarzałym” sojuszem („obsolete”). Dopiero 12 kwietnia 2017r. powiedział, że Sojusz Północnoatlantycki „nie jest już przestarzałym”. Czy NATO zmieniło się w tym czasie? Oczywiście nie. To Trump w tej sprawie podobnie jak i w wielu innych zmienił zdanie np. w sprawie Chin, Syrii czy Export-Import Banku. O tym ostatnim 26 kwietnia 2015 r. mówił, że jest niepotrzebny, a dwa lata później 12 kwietnia 2017 r. powiedział, że jest „dobrą instytucją”. Zarabia pieniądze, duże pieniądze”.

W ciągu pierwszych miesięcy prezydentury, prezydent Trump stopniowo coraz więcej władzy przekazywał z Białego Domu do Pentagonu i dowódcom nadzorującym amerykańskie siły zbrojne w operacjach zagranicznych. Wojskowi otrzymali więcej swobody podejmowania decyzji w walce z ISIS, Al-Kaidą i innymi ugrupowaniami terrorystycznymi. Równocześnie pojawiły się pytania czy prezydent jako naczelny dowódca ponosi odpowiedzialność za decyzje podejmowane przez wojskowych w ramach ich rozszerzonych kompetencji. Trump, który nie służył w wojsku i nie miał doświadczenia w sprawach militarnych, widocznie uznał, że powinien w sprawach obronności polegać na wojsku. W jego otoczeniu znalazło się wielu wojskowych.

Trump coraz wyraźniej demonstrował siłę militarną w polityce zagranicznej. Chcąc nakłonić Koreę Północną do rezygnacji z programu nuklearnego prezydent wielokrotnie groził Korei Płn. użyciem siły a nawet zniszczeniem tego kraju.

Od początku administracji Trumpa w Białym Domu ścierały się dwie odmienne wizje polityki zagranicznej USA. Jedna „America First”, w której „liczy się wyłącznie interes USA, często krótkoterminowy i oparty na kalkulacji ekonomicznej a nie geostrategicznej, w której reguły międzynarodowe, wartości i wieloletnie sojusze są postrzegane jako coś przestarzałego, coś co można łatwo sprzedać. W której instytucje międzynarodowe nie liczą się prawie wcale, a interesy załatwia się z innymi mocarstwami na zasadzie bilateralnej wymiany”.

Druga wizja „dużo bardziej tradycyjna, republikańska polityka zagraniczna, zakładająca szczególną rolę Stanów Zjednoczonych w utrzymaniu ładu światowego, to druga z tych wizji. Jest ona oparta na systemie sojuszy budowanym przez USA przez ostatnie 70 lat, w którym ważniejsze są podstawowe wartości i reguły współpracy międzynarodowej oraz długofalowy interes strategiczny USA, a nie bieżące korzyści. Jest to polityka, którą w administracji Trumpa najlepiej reprezentuje sekretarz obrony gen. James Mattis”. Ten, bardziej twardy kurs w polityce zagranicznej reprezentuje także wiceprezydent Mike Pence, który 17 kwietnia 2017 r., w czasie wizyty w Korei Płd. powiedział: „Era strategicznej cierpliwości skończyła się”.

Którą jednak z tych wizji reprezentuje prezydent Trump trudno byłoby jednoznacznie powiedzieć, ponieważ nie wykazał się on dotąd jakąś spójna koncepcją polityki zagranicznej. Nie ma on doświadczenia w polityce zagranicznej, nie zaprezentował się dotąd jako nawet kandydat na męża stanu polityce międzynarodowej.

29 kwietnia 2017 r. z okazji 100 dni prezydentury Trumpa pojawiło się wiele ocen jego polityki zagranicznej. Trzeba przyznać, że w tym czasie Trump wyróżniał się dużą aktywnością na tym polu. Wprawdzie w przeciwieństwie do swoich poprzedników nie złożył żadnej wizyty zagranicznej, ale przyjął wielu przywódców zagranicznych. W ciągu ponad 100 dni prezydentury Barack Obama odwiedził dziewięć krajów, G.W. Bush dwa kraje. Sztandarowe hasło Trumpa „America First” i akcentowanie priorytetowe stosunków handlowych wzbudziło wiele zastrzeżeń w świecie. Faktem jest, że spotkania Trumpa z prezydentami czy premierami różnych krajów nie kończyły się znaczącymi porozumieniami. Ale miał w rozmowach z nimi „świetną chemię”. Pozwoliły jednak zmniejszyć pewne niepokoje spowodowane niezręcznymi czy wręcz nieodpowiedzialnymi poglądami Trumpa z okresu kampanii wyborczej, choćby na temat NATO, Unii Europejskiej czy stosunków z Chinami i Rosją. Trump rozwiał też wątpliwości jakie pojawiły się wśród sojuszników USA na temat izolacjonizmu jego administracji i ewentualnego unilateralizmu w polityce Stanów Zjednoczonych. Trump akcentował tezę, że bezpieczeństwo Ameryki jest jego priorytetem w realizacji jego sztandarowego hasła „uczynimy Amerykę ponownie wielką”.

Trump wprawdzie nie wyściubił nosa poza granice Stanów Zjednoczonych w ciągu pierwszych 100 dni prezydentury, ale odbył 70 rozmów telefonicznych z 38 przywódcami zagranicznym i przyjął u siebie 17 liderów z innych krajów. Można było odnieść wrażenie, że mimo braku doświadczenia w polityce zagranicznej i obycia międzynarodowego prezydent Trump przejawia więcej aktywności w sprawach międzynarodowych aniżeli w sprawach wewnętrznych.

Dość sceptycznie odnosił się do różnych struktur międzynarodowych m.in. do ONZ, do NASA, do Unii Europejskiej. Znany ekspert od stosunków międzynarodowych prof. Joseph Nye zarzucał Trumpowi „ogromną niekonsekwencję” w polityce zagranicznej i brak szerszej strategii. Jako przykład tej polityki może służyć ewolucja stosunku Trumpa do Rosji i Chin. Początkowo Trump zapowiadał poprawę stosunków z Rosją. Nie wykluczał również wizyty w Rosji. W ciągu 100 dni prezydentury stosunki Waszyngtonu z Moskwą znalazły się w głębokim niżu podczas, gdy stosunki z Pekinem znacznie się poprawiły.

Choć w czasie kampanii wyborczej Trump głosił, że Stanów Zjednoczonych nie stać na to by nadal odgrywać rolę światowego policjanta stosunkowo szybko zademonstrował gotowość posłużenia się siła militarną. Trump zademonstrował gotowość użycia siły militarnej kiedy rozkazał zbombardować bazę wojskową w Syrii, w odpowiedzi na użycie przez Syryjczyków broni chemicznej. Groził również użyciem siły wobec Korei Płn. jeżeli ta będzie rozbudowywała swój potencjał rakietowo-nuklearny, by objąć jego zasięgiem terytorium Stanów Zjednoczonych. W sierpniu 2017 r. kolejny raz ostrzegł Koreę Północną, aby przestała zagrażać Stanom Zjednoczonym, w przeciwnym razie spotka się z ogniem i furią jakiej świat dotąd nie widział [5].

Donald Trump nie służył w wojsku i nie był obyty ze sprawami militarnymi, obejmując urząd prezydenta został automatycznie naczelnym dowódcą. Widocznie nie czuł się wygodnie w tej roli ponieważ otoczył się w Białym Domu wojskowymi i stopniowo przekazywał coraz więcej kompetencji w sprawach wojskowych do Pentagonu na czele, którego postawił generała Jamesa Mattisa. Dotyczyło to zwłaszcza walki z Państwem Islamskim ISIS, Al.-Kaidą i ugrupowaniami terrorystycznymi. Generał Mattis uzyskał prawo wysyłania na front żołnierzy bez pisemnej zgody prezydenta np. do Somalii, Jemenu, Iraku czy Syrii. Przeciwnicy takiej polityki zwracali uwagę, że prezydent Trump nie uniknie odpowiedzialności za ewentualne negatywne skutki takiej polityki.

101-szy dzień swojej prezydentury 1 maja 2017 r. Trump rozpoczął od sensacyjnej wypowiedzi w Białym Domu, że będzie „zaszczycony” spotkaniem z północno-koreańskim przywódcą Kim Jong Un. Wprawdzie dodał, że spotkanie powinno odbyć się „we właściwych okolicznościach”, ale nie sprecyzował co pod tym określeniem rozumie.

19 maja 2017 r. Donald Trump udał się w swą pierwszą prezydencką podroż zagraniczną. Przed jej rozpoczęciem zwierzał się swoim współpracownikom, że nie lubi wizyt zagranicznych. Nic dziwnego, ponieważ Trump nie miał obycia międzynarodowego. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych prezydent USA swą pierwszą wizytę zagraniczna złożył na Bliskim Wschodzie. W ciągu 8 dni odwiedził Arabie Saudyjską, Izrael, Włochy i Belgię.

W czasie spotkania grupy państw G7 na Sycylii Trump zgłosił zastrzeżenia do paryskiego układu o zmianach klimatycznych co doprowadziło do napięcia z pozostałymi uczestnikami spotkania. Angela Merkel wyciągnęła ze spotkania wniosek, że Europa nie może w pełni polegać na Stanach Zjednoczonych. Po powrocie ze spotkania G7 powiedziała w Monachium, 28 maj: „Czasy w których mogliśmy w pełni polega na innych do pewnego stopnia minęły, doświadczyłam tego w ostatnich dniach. My, Europejczycy, musimy naprawdę wziąć nasz los we własne ręce. Oczywiście powinniśmy zachować przyjazne stosunki z USA i Wielką Brytanią, a także z innym sąsiadami, łącznie z Rosją. Ale mimo to musimy walczyć sami o noszą przyszłość”[6].

Już w okresie kampanii wyborczej Donald Trump zgłaszał zastrzeżenia paryskiego układu z grudnia 2015 r. dotyczącego klimatycznego porozumienia, które podpisał jego poprzednik Barack Obama. Uważał, że za tym układem kryją się interesy Chin by osłabić konkurencyjność towarów amerykańskich na rynkach światowych. Kiedy został prezydentem Stanów Zjednoczonych nadal podtrzymywał swe zastrzeżenia i zapowiedział wycofanie USA z tego porozumienia. W przededniu tej decyzji wystąpił do Trumpa przewodniczący Komisji Europejskiej Donald Tusk z apelem”: „Nie zmieniaj politycznego klimatu na gorszy”.

Mimo to 1 czerwca 2017 r. Trump w swoim wystąpieniu uznał, że ustalenia paryskie są niekorzystne dla gospodarki amerykańskiej mimo, że 195 państw przystąpiło do tego układu pozwalającego utrzymanie na ziemi temperatury nie wyższej niż 2 stopnie Celsjusza ponad średnią temperaturę sprzed epoki przemysłowej. W ten sposób Stany Zjednoczone obok Nigerii i Syrii stały się trzecim państwem poza paryskim układem klimatycznym. Trump zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą chciały zawrzeć nową „bardziej sprawiedliwą” umowę, ale nie przedstawił szczegółów „Jako ktoś, kto troszczy się o nasze środowisko nie mogę z czystym sumieniem poprzeć porozumienia, które karze Stany Zjednoczone” – powiedział i dodał, że porozumienie paryskie „w mniejszym stopniu dotyczy klimatu a większym stopniu powala innym krajom zyskać przewagę finansową nad Stanami Zjednoczonymi”. Prezydent wstrzymał również wkład finansowy USA dla ONZ-towskiego programu Green Climate Fund, który to fundusz jego zdaniem kosztuje „ Stany Zjednoczone ogromne pieniądze”. Prof. Roman Kuźniar słusznie zauważył że „ekipie Trumpa generalnie brakuje strategicznego, globalnego zmysłu, jakiekolwiek wizji porządku międzynarodowego” [7].

Proces wystąpienia Stanów Zjednoczonych z paryskiego układu klimatycznego Trump rozłożył na kilka lat. Wychodzimy z układu paryskiego – powiedział i „zaczniemy negocjacje i zobaczymy czy uda się osiągnąć lepsze porozumienie. Jeśli uda się, to dobrze. Jeżeli nie, też dobrze”. Trump powiedział, że występując z układu klimatycznego wypełnia swój święty obowiązek „obrony Ameryki i jej obywateli” – powiedział w swym wystąpieniu w Ogrodzie Różanym Białego Domu. Przy tym kłamliwie twierdzi, że wychodząc z międzynarodowego układu, „będziemy mieć najczystsze powietrze. Będziemy mieć najczystszą wodę” [8].

Opinia międzynarodowa i amerykańska skrytykowała decyzję prezydenta Trumpa. Sondaże wykazały, że 69% Amerykanów popiera paryskie porozumienie klimatyczne. 7 na 10 Amerykanów wyraża opinię, że zmiany klimatyczne są wynikiem działalności człowieka. Przeciw wycofaniu się USA z paryskiego układu był sekretarz stanu Rex Tillerson, córka prezydenta Ivanka, główny ekonomista prezydenta Gary Cohn. Również decyzję Trumpa skrytykował jego poprzednik Barack Obama mówiąc, że porozumienie paryskie „zostawiło bezpieczny świat naszym dzieciom”, Ostro i krytycznie o decyzji amerykańskiego prezydenta wypowiedzieli się przywódcy polityczni wielu państw i obiecali realizować postulaty międzynarodowego porozumienia z Paryża.

Śledztwo jakie prowadzono w Kongresie i w rządzie w Waszyngtonie w sprawie ingerencji Rosji w prezydencką kampanię wyborczą w gruncie rzeczy uderzały w prezydenta Trumpa. Krąg podejrzeń wokół amerykańskiego prezydenta zacieśniał się, a prezydent na swoim Twitterze określił to, jako „największe w historii polowanie na czarownice”. Dochodzenie prowadziły nie tylko dwie komisje Kongresu, ale także Robert Mueller specjalny prokurator badający wpływy rosyjskie na kampanię wyborczą w USA oraz powiązanie osób z otoczenia Trumpa z Rosjanami [9]. Prezydent był bardzo niezadowolony z kierunku śledztwa w sprawie Rosji, ponieważ dużo uwagi poświęcało ono Trumpowi i ludziom z nim związanym[10]. Nic dziwnego, że w tej sytuacji aprobata dla prezydenta w społeczeństwie amerykańskim w połowie czerwca 2017 r. spadła do 36% z 41% w kwietniu.

Przyglądając się prezydenturze Donalda Trumpa, świat wyrobił sobie o nim opinię. Niestety dla niego nie była to korzystna opinia. Była ona w pewnym stopniu zgodna z opinią Amerykanów o swoim prezydencie. Według sondażu Pew Research przeprowadzonego w 37 krajach poparcie dla Trumpa po kilku miesiącach sprawowania władzy wynosiło zaledwie 22%. Dla porównania podam, że jego poprzednik Barack Obama w końcówce swej prezydentury miał aprobatę na poziomie 64%. Szczególnie niskie poparcie miał Trump w krajach europejskich np. w Niemczech 11%, we Francji 14%, w Holandii 17%, we Włoszech 28%. Stosunkowo wysoką aprobatę Trump miał w Izraelu 56% oraz w Rosji 53% [11]. Trumpa musiał zaboleć wynik sondażu przeprowadzonego w 37 krajach, z którego wynikało, że więcej ludzi ma zaufanie do Putina 27% niż do Trumpa 22%.

29 czerwca a więc przed spotkaniem grupy G20 w Hamburgu, kanclerz Merkel wypowiedziała się w Bundestagu krytycznie o polityce Trumpa zarzucając mu m.in. izolacjonizm i protekcjonizm. Wyraziła równocześnie nadzieję, że działając razem uda się znaleźć właściwe rozwiązania problemów „szybciej i efektywniej”. Trump przyjechał na spotkanie G-20 słabszy aniżeli był w momencie obejmowania prezydentury. Prezydent, który zapewniał, że uczyni Amerykę ponownie wielką nie mógł wykazać się żadną inicjatywą ustawodawczą natomiast angażował się osobiście w rozmaite pyskówki na Twitterze. Nie przedłożył również konstruktywnej propozycji na arenie międzynarodowej. Zaszkodził natomiast wizerunkowi Stanów Zjednoczonych wycofując się z paryskiego porozumienia z zmianach klimatycznych.

Prezydent Trump podejrzewając, że nie będzie entuzjastycznie przyjęty na spotkaniu G-20 w Hamburgu, postanowił ocieplić swój wizerunek przed konferencją w Niemczech i przyjechał do Polski, gdzie władze Prawa i Sprawiedliwości zapewniły mu „spontaniczne”, entuzjastyczne przyjęcie.

Obradom grupy G20 towarzyszyły wielotysięczne demonstracje na ulicach Hamburga. Donald Trump wykorzystał szczyt G-20 na spotkania bilateralne m.in. z liderami Rosji, Wielkiej Brytanii, Chin. Najwięcej uwagi przyciągnęło spotkanie Trump-Putin 7 lipca b.r.. Było to ich pierwsze osobiste spotkanie. Obu politykom towarzyszyli szefowie dyplomacji Rex Tillerson i Siergiej Ławrow. Trwało ono ponad 2 godziny, choć zaplanowane na 30 minut. Przebiegało ono w spokojnej, rzeczowej atmosferze, ale bez konkretnych rezultatów.

Na spotkaniu z prezydentem Chin Xi Jinpingiem w Hamburgu Trump publicznie powiedział, że obaj prezydenci „rozwinęli fantastyczne stosunki”. Nalegał jednak, aby Chiny wywarły skuteczniejszą presję na Korę Północną i skłoniły ją do zrezygnowania z rozwoju broni rakietowo-jądrowej.

Prezydent Trump znalazł się na szczycie G-20 w trudnej sytuacji. Bez przesady można powiedzieć, że miał wszystkich uczestników przeciw sobie. Nie zmienił mimo nacisków negatywnego stanowiska wobec międzynarodowego układu z 2015 r. o zmianach klimatycznych, nie ustąpił ze swej protekcjonistycznej polityki handlowej, groził możliwością nałożenia wyższych ceł na import stali.

Mówiąc żartobliwie Donald Trump wprowadził Stany Zjednoczone do jednoosobowego klubu.

27 lipca 2017 r. Kongres uchwalił nowe sankcje wobec Rosji, Iranu i Korei Płn. Trump miał zastrzeżenia wobec sankcji antyrosyjskich. Obawiając się, że w związku z tym może zostać uznany winnym, wyprzedzająco publicznie oświadczył, że gdyby uznany został winnym może ułaskawić siebie i osoby z jego otoczenia. Sankcję wobec Rosji zostały uchwalone taką przytłaczającą większością głosów w obu izbach Kongresu, że ewentualnie weto prezydenta zostałoby obalone. W tej sytuacji Trump podpisał ustawę o sankcjach. Rosjanie odpowiedzieli kontr posunięciami. M.in. zażądali drastycznej redukcji amerykańskiego personelu dyplomatyczno-konsularnego dla tej samej liczby, jaką miał personel rosyjski w swoich placówkach na terenie Stanów Zjednoczonych [12].

Dowcipnie zareagował na decyzje rosyjskie Donald Trump mówiąc: „Dziękuję prezydentowi Putinowi, ponieważ próbujemy obciąć zatrudnienie w placówkach amerykańskich zagranicą”.

Krytycy zarzucają prezydentowi Trumpowi, że brakuje w jego polityce wewnętrznej i zagranicznej długofalowej wizji i strategii. Dlatego 21 sierpnia wystąpił z czymś, co miała być zarysem strategii amerykańskiej w Afganistanie, gdzie Stany Zjednoczone są uwikłane w najdłuższy konflikt zbrojny w swej historii. Przed wystąpieniem Trump odbył naradę 18 sierpnia w Camp David z wojskowymi i swoimi politycznymi doradcami.

Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę w Afganistanie po nalocie terrorystycznym na Nowy York i Waszyngton we wrześniu 2001 r. Trump był początkowo przeciwny tej wojnie. Interwencję zbrojną uznawał za „straszliwy błąd”. Jeszcze 7 października 2011 roku mówił, że Stany Zjednoczone niepotrzebnie tracą pieniądze w Afganistanie zamiast przeznaczać je na rozwój własnego kraju. Ale już 6 października 2015 r. czyli w kampanii wyborczej głosił, że żołnierze amerykańscy w Afganistanie są po to, aby zapobiec upadkowi tamtejszego rządu. Teraz w przemówieniu 21 sierpnia w obecności wojska, w bazie Fort Myer w Wirginii Trump przyznał, że podejmuje się inne decyzje „kiedy siedzi się za biurkiem w Gabinecie Owalnym”.

Trump, który wcześniej opowiadał się za wycofaniem wojsk amerykańskich z Afganistanu teraz zapowiedział zwiększenie liczby wojsk USA ponad 8,5 tysiąca obecnych tam żołnierz amerykańskich. Zaapelował również do sojuszników o zwiększenie swego zaangażowania w Afganistanie, w tym do Indii i Pakistanu. Jesteśmy gotowi bezwarunkowo poprzeć pokojowe rozmowy między rządem Afganistanu a Talibami. Oczekujemy od społeczności międzynarodowej w szczególności do sąsiadów Afganistanu przyłączenia się do nowego poparcia afgańskiego procesu pokojowego. Niestety, po ponad pół roku funkcjonowania Białego Domu Donalda Trumpa, trzeba powiedzieć, że nie był to stabilny ośrodek władzy. Współpracownicy byli skłóceni, rywalizowali ze sobą o dostęp do prezydenta, różnili się poglądami na różne tematy polityki wewnętrznej i zagranicznej Stanów Zjednoczonych, ambicje osobiste brały górę nad interesami państwa. Brakowało wzajemnej lojalności i gotowości do współpracy różnych osób i grup. Na zewnątrz były przecieki z Białego Domu, co podważało autorytet samego prezydenta. Niemały wpływ na opinie o pracownikach mieli córka Ivanka i zięć Jared Kushner zatrudnieni bez uposażenia w Białym Domu i zawsze bliscy ucha prezydenta Trumpa.

Nic więc dziwnego, że prezydent pozbywał się kolejnych współpracowników. Niektórzy nie zagrzali długo miejsca w Białym Domu. Tak np. Anthony Scaramucci pracował tylko 11 dni mimo, że chełpił się tym, że jest przyjacielem prezydenta. Generał James Flynn był doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego przez 23 dni, Michael Dubke dyrektor do spraw łączności przez 86 dni, Katie Walsh, zastępca dyrektora personelu przez 69 dni, Sean Spicer sekretarz prasowy Białego Domu przez 182 dni, Reince Priebus szef personelu Białego Domu przez 189 dni, wreszcie Steve Bannon, główny strateg Białego Domu został zwolniony 18 sierpnia po 210 dnia pełnienia tej ważnej funkcji[13].

Wymieniłam tylko niektóre przykłady zmian personalnych w Białym Domu w krótkim czasie funkcjonowania prezydentury Donalda Trumpa. Towarzyszyły temu również zmiany w rządzie Stanów Zjednoczonych. Zadanie opanowania sytuacji w Białym Domu otrzymał generał John Kelly, powołany na szefa personelu Białego Domu 31 lipca 2017 r.

Po raz pierwszy całokształt polityki zagranicznej USA prezydent Trump przedstawił 19 września 2017 r, w swoim przemówieniu w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Była to wizja kontrowersyjna, która spotkała się z krytyczną oceną ze strony większości delegacji. Aplauz Trump dostał, kiedy powiedział, że państwa powinny bronić swoich interesów narodowych.

Trump mówił o potrzebie poszanowania suwerenności a równocześnie zagroził zniszczeniem i agresywnym działaniem przeciw Korei Płn. Ostro skrytykował politykę takich państw jak Iran, Kuba, Wenezuela. Zapowiedział wytępienie terrorystów na całym świcie. Trump używał sformułowania „radykalny islamski terror”, co przyjęto jako oskarżenie pod adresem religii islamskiej. „Jako prezydent Stanów Zjednoczonych zawsze będę stawiał Amerykę na pierwszym miejscu, podobnie jak wy przywódcy waszych krajów zawsze stawiacie wasze kraje na pierwszym miejscu”.

Przemówienie Donald Trump o ONZ było typowym przykładem tego, co w USA określa się mianem „Trumpizmu”.

—-

[1] „International New York Times”, 25.01.2017 r.

[2] D. Wasserely, Missile defences a top priority for Trump, „Jane’s Defence Weekly”, 01.02.2017

[3] „New York Times”, 23.02.2017.

[4] „New York Times”, 23.02.2017.

[5] „New York Times”, 08.08.2017

[6] J. Bielecki, Merkel już nie polega na USA, „Rzeczpospolita”, 1.06.2017.

[7] R. Kuźniar, Czy Chiny biorą Eurazję, „Gazeta Wyborcza”, 3-4.06.2017.

[8] T. Ulanowski, Trump kontra fakty, „Gazeta Wyborcza”, 3-4.06.2017.

[9] B.T. Wieliński, M. Leszczyńska, Donald Trump na celowniku, „Gazeta Wyborcza”, 16.06.2017 R.

[10] A. Słabisz, Depczą Trumpowi po piętach, „Rzeczpospolita”, 19.06.2017 r.

[11] J. Bielecki, Świat nie lubi Trumpa”, Rzeczpospolita”, 27.06.2017.

[12] W. Radziwinowicz, Rosja odpowiada na sankcje USA, „Gazeta wyborcza”, 29-30.07.2017 r.

[13] M. Haberman, M.D. Shear, G. Thrush, Stephen Bannon Out at the White House After Turbulent Run, “NYT”, 18.08.2017.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGraj w gry i wygrywaj nagrody
Następny artykułMamy nowy świat, ale nie mamy nowego ładu światowego
Longin Pastusiak
Prof. dr hab. Longin Pastusiak - politolog, amerykanista. Ukończył studia na Wydziale Dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Spraw Międzynarodowych University of Virginia w Stanach Zjednoczonych. W latach 1963-1993 pracował w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Od 1978 r. profesor nadzwyczajny, a od 1986 r. profesor zwyczajny. W latach 1994-2005 Profesor Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1985 -1988 Prezes Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Poseł Ziemi Gdańskiej w Sejmie I, II, III kadencji (1991-2001). Wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP oraz przewodniczący stałych delegacji Sejmu i Senatu do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO oraz do Zgromadzenia Parlamentarnego Unii zachodnioeuropejskiej W latach 2002-2004 wiceprezydent Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. W latach 2001-2005 marszałek Senatu V kadencji. Profesor w Akademii Finansów oraz w Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie. Obecnie jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, gdzie jest Dyrektorem Instytutu Spraw Społecznych i Stosunków Międzynarodowych. Prof. Longin Pastusiak wykładał na uczelniach polskich i zagranicznych. Doctor honoris causa uczelni polskich i zagranicznych. Prof. dr hab. Longin Pastusiak jest autorem ponad 700 publikacji naukowych w tym ponad 90 książek. W 2015 r ukazały się następujące książki prof. L. Pastusiaka: * Polacy w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, Bellona, Warszawa 2015. * Prezydenci USA w anegdocie. Od Trumana do Obamy, Bellona, Warszawa 2015. * Prezydent dobrych intencji. Polityka zagraniczna Baracka Obamy, Oficyna Wydawnicza “Adam”, Warszawa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here