Andrzej Fogtt: malarstwo to dla mnie ogromna przyjemność

0
28
Paweł Rogaliński i Andrzej Fogtt

Po czterdziestu kilku latach od tamtego momentu zadzwonił do mnie. Mówił, że wtedy, przechodząc obok studentów, pomyślał, że przecież ma pieniądze, więc pomoże im zarobić trochę grosza i kupi dwa obrazy. Na koniec dodał: „nie sądziłem, że z pana wyrośnie taki znany malarz” – wspomina w rozmowie z Pawłem Rogalińskim Andrzej Fogtt, znany malarz, grafik, rzeźbiarz i teoretyk sztuki.

 

Paweł Rogaliński: – Czym jest dla Pana malarstwo?

Andrzej Fogtt: – Jestem hedonistą, a malarstwo to dla mnie wielka rozkosz. Jest to swego rodzaju wielopoziomowe poznawanie siebie samego. Podczas malowania każdego kolejnego obrazu, odkrywamy coś nowego w sobie. Malarstwo w ogóle ma bardzo ciekawą strukturę poznawczą.

– Kiedy odkrył Pan, że malarstwo jest Pana pasją?

– Kwestia ta miała w moim przypadku podłoże psychologiczne, choćby ze względu na fakt, iż moja matka była ciężko chora. Dotknęło ją stwardnienie rozsiane. Była sparaliżowana i 19 swoich ostatnich lat spędziła w łóżku. Zajmowaliśmy wówczas dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Babcia, ojciec, sparaliżowana matka, ja i moja siostra  – wszyscy na 50 metrach kwadratowych.

– I wówczas zaczął się Pan interesować sztuką.

– Tak. Już jako dziecko interesowałem się sztuką. Myślę, że to była moja skłonność, ale też stworzenie sobie świata, w który mogłem „wejść” i na pewien czas odizolować się od bieżącej tragedii życia młodej, sparaliżowanej matki. Czułem więc wewnętrznie taką silną potrzebę.

– Mówił Pan kiedyś, że został malarzem wbrew woli swojego ojca. Ostatecznie zrezygnował Pan też z początkowych planów rozwoju zawodowego w zakresie chirurgii lub wychowania fizycznego.

– Mój ojciec był przedwojennym oficerem, który w 1939 r. był ranny w obronie Warszawy a następnie został osadzony w obozie jenieckim w Woldenbergu, potem ponownie w  latach 50. siedział w PRL-owskim obozie-więzieniu. Były to ciężkie czasy stalinizmu, socrealizmu i był on przekonany, że wybór takiej ścieżki kariery oznacza dla mnie biedę oraz poniewierkę. I choć ojciec nie miał wiedzy na temat sztuki, znał wiele języków obcych i był bardzo oczytanym człowiekiem. Z pewnością chciał dla mnie dobrze i myślał, że zawód lekarza czy prawnika pozwoli mi zarobić na chleb, założyć rodzinę.

– Był Pan młodym sportowcem, prawda?

– Owszem. Z moją drużyną Budowlani Poznań zdobyliśmy mistrzostwo w województwie wielkopolskim w piłce siatkowej. Grał ze mną Włodek Sadalski, późniejszy mistrz świata. Uprawiałem żeglarstwo w klubie AZS Poznań, narciarstwo, nurkowanie. Ubiegałem się nawet o przyjęcie na AWF. Podczas egzaminu wstępnego okazało się jednak, że mój dobry kumpel nie umiał pływać. Dobrze  pływałem, więc zgodziłem się przepłynąć za niego 200 metrów. Kiedy wręczałem komisji jego dowód osobisty miałem na głowie czepek, więc nikt nawet nie zauważył, że osoba na zdjęciu to nie ja.

– Zdał Pan?

– Oczywiście! Zresztą miałem do tego egzaminu luźny stosunek. Uznałem, że mój kumpel się w końcu nauczy pływać, a poza tym pójście na AWF i tak nie było moim marzeniem.

– W latach młodości był Pan buntowniczy?

– Ma Pan na myśli palenie papierosów? Tak, paliłem…

– Zastanawiam się raczej nad przeciwstawieniem się sugestii Pana rodziców odnośnie kariery.

– Byłem krnąbrny, niecierpliwy, to fakt. Dość łatwo wpadałem w złość, byłem cholerykiem, w nocy lunatykowałem…

– Jak reagowali na to rodzice i babcia?

– Moja babcia bardzo mnie wspierała. Ojciec był zapracowany – wstawał o piątej rano, wracał wieczorem i szedł spać. No i mama… Jednak całą odpowiedzialność wychowania brała na swoje barki moja babcia. Była cudowna, fantastyczna.

– Miała problemy z wychowaniem Pana?

– Nie, ja się nawet nie buntowałem, tylko robiłem swoje. Paliliśmy z kumplami papierosy. Nie było pieniędzy na tytoń, bo nie dostawaliśmy przecież kieszonkowego od rodziców. Suszyliśmy więc liście i robiliśmy z nich „cygara”. Po dwóch zaciągnięciach człowiek się przewracał i to był koniec palenia.

– Miał Pan jakieś hobby?

– Dużo czasu spędzałem przy budowaniu modeli okrętów, miałem warsztat w piwnicy, jeździłem na nartach, na łyżwach, nurkowałem w jeziorach, mieszkałem w lesie opiekowałem się zwierzętami. Łowiłem też ryby w okresie, kiedy mieszkałem nad Wartą, przy moście św. Rocha, miałem wtedy 6-7 lat. Wcześnie rano chodziliśmy z dozorcą wędkować. Wracaliśmy z 10 kilogramami ryb. To były w ogóle niewyobrażalnie inne czasy – czerpaliśmy wodę z rzeki i robiliśmy herbatę.

– To dziś nie do pomyślenia.

– Potem na podwórku bawiłem się z innymi dzieciakami. Latem rodzice wraz z sąsiadami stawiali stoły na podwórku i wszyscy jedli wspólnie. W ogóle to był inny świat niż teraz…

– Kiedy zaczął Pan zarabiać jako malarz? Pamięta Pan moment sprzedaży swojego pierwszego obrazu?

– Pamiętam. Byłem wtedy na studiach. Zorganizowano wówczas Dni Poznania czy coś w tym stylu. Na schodach opery studenci – w tym oczywiście ja – wystawiali swoje prace do sprzedaży. Jeden pan kupił ode mnie dwa obrazy. Zapłacił mi wówczas niemałe pieniądze, bo 400 złotych. To była kupa forsy!

– Zrobił dobry interes.

– Proszę sobie wyobrazić, że on zadzwonił do mnie po czterdziestu kilku latach od tamtego momentu! Okazało się, że jakiś znajomy zwrócił uwagę na te wiszące u niego prace. Potem wspólnie wyszukali moje nazwisko w Internecie.

– Co Panu powiedział?

– Mówił, że wtedy, przechodząc obok studentów, pomyślał, że przecież ma pieniądze, więc pomoże im zarobić trochę grosza. Na koniec dodał: „nie sądziłem, że z pana wyrośnie taki znany malarz”.

– Gdzie Pan poznał miłość swojego życia?

– Miłość swego życia poznałem w 2007 roku podczas mojej wystawy w Green Gallery na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Jesteśmy wspaniałą rodziną, żona maluje obrazy, mamy syna Maksymiliana i psa Bruna.

– Czy rodzina ma wpływ na Pana sztukę?

– W pierwszym małżeństwie, gdy byliśmy młodzi, wspólnie tworzyliśmy w jednej pracowni i oddziaływaliśmy na siebie. Obecnie moja żona tworzy we własnej przestrzeni, ja w mojej pracowni na Pradze północ. Rozmawiamy o obrazach, o sztuce, ale to jest już inny dystans i inna faza życia.

– Często też religia ma duży wpływ na artystów. Jest Pan osobą wierzącą?

– W co?

– W Boga.

– W Boga tak.

– Katolik praktykujący czy niepraktykujący?

– Bóg nie jest katolicki ani niekatolicki. Gdyby katolicy wiedzieli jaki jest Bóg, to by się skończył katolicyzm.

– Dlaczego? Kościół katolicki źle wykonuje swoje zadania?

– Są różni ludzie w Kościele… ale jako instytucja Kościół jest koszmarny. Chociaż z drugiej strony nie może być inaczej, bo tak został stworzony. Instytucja ta została precyzyjnie zaprojektowana w czasach rzymskich i przejęła wzorce znane jeszcze wcześniejszych cywilizacji. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby Kościół w Polsce przestał istnieć? Większego bałaganu nie można by było sobie wyobrazić! Wie Pan, Kościół jest potrzebny wielu ludziom. To jest w pewnym sensie jakiś rodzaj zorganizowania im życia, bo przecież są różni ludzie.

– Ale sympatii Pan do niego nie czuje?

– Nie lubię tej instytucji, szczególnie w Polsce. Uważam ją za bardzo szkodliwą. Pod płaszczykiem patriotyczno-narodowym jest uosobieniem „ciemnoty”, hipokryzji, pazerności. Uważam, że wymagałaby ona poważnych reform. Ale z drugiej strony zreformować tę instytucję to tak samo, jakby wysadzić ją w powietrze. To po prostu nie ma sensu. Co zrobią te zagubione, nieświadome niczego „owieczki”? Historia Kościoła jest obrzydliwa: stosy trupów, tomy kłamstwa, piwnice pełne złota, a wszystko za pomocą Boga, w imię przetrwania. Wszystkie tego typu instytucje są podobne – uczyły się wzajemnie od siebie tych samych metod rządzenia ciemnym ludem. Natomiast moja opinia nigdy nie przeszkadzała mi w tym, żeby być w fantastycznych kontaktach z niektórymi ludźmi Kościoła.

– Jak Matka Teresa?

– Matka Teresa, ks. Prof. Tischner, ks. Twardowski…

– Namalował Pan obraz „Ostatnia Wieczerza”…

– Tak, ale ja go nie namalowałem na zamówienie Kościoła, tylko na własne życzenie. On leżał zrolowany u mnie w pracowni do momentu, w którym biskup olsztyński poprosił o wystawienie go w apartamentach Ojca Świętego w „Hosianum”. Na szczęście ściana była idealna do sporych wymiarów obrazu – 2,5 x 8 metrów. Zrobiono blejtram, przywiozłem obraz i nabiłem go na blejtram. Ale żeby naprężyć płótno, potrzebowałem wody. Poprosiłem więc o kropielnicę z kropidłem i przystąpiłem do pracy. Podeszły wtedy do mnie dwie staruszki. Jedna mnie trąciła i powiedziała: „Proszę Pana, to jest »Ostatnia Wieczerza«?” Odpowiedziałem, że tak. A ona na to: „A kto to namalował?” Odparłem, że ja. Ona zaś odrzekła: „Bądź synu błogosławiony”, uklękła przede mną i pocałowała mnie w rękę. Zrobiłem się wtedy biały jak śnieg. Tak było pięknie! A potem przyjechał papież i podarowałem mu ten obraz. Teraz „Ostatnia Wieczerza” wisi w „Hosianum”.

– Ma Pan jakieś życiowe plany, marzenia, które chciałby Pan urzeczywistnić?

– Nie mam żadnych marzeń oprócz tego, żeby być zdrowym i jeszcze trochę pożyć na tym świecie. Chcę, żeby zdrowie pozwoliło mi na to, żeby móc dalej pracować.

– A realizacja projektu Wieży Jedności?

– Kiedyś miałem marzenie, żeby ta wieża stanęła, ale teraz… Zrobiłem w tej kwestii już wszystko, co mogłem zrobić. Wykonałem projekt, zainwestowałem dużo pieniędzy i – tak jak powiedziała Matka Teresa – „będę się modlić i ta wieża stanie”. I myślę, że właśnie tak będzie – ktoś przyjdzie, kupi ten projekt i tę wieżę zbudujemy.

Andrzej Fogtt – portrety artystów

– Czuje się Pan szczęśliwy?                                                                               

– Czuję się osobą ogromnie szczęśliwą, bo na razie jestem zdrowy. A rozmiary nieszczęścia naokoło są ogromne. Więc co tu więcej chcieć? Mogę pić wino i wódkę, oddychać tym wspaniałym powietrzem, cieszyć się tym pięknym światem i malować obrazy. Cieszę się swoim życiem, moją rodziną. Wie Pan, Bóg i tak mi już dużo dał… (śmiech)

– Życzę więc dużo zdrowia i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Rogaliński

Przeczytaj też: Andrzej Fogtt – artysta wielki, szalony i niezwykły!

Andrzej Fogtt – malarz, grafik, rzeźbiarz, teoretyk sztuki. Mieszka i tworzy w Warszawie. Ukończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu pod kierunkiem Magdaleny Abakanowicz i prof. Zdzisława Kępińskiego. Jest autorem projektu wizji architektonicznej „Wieży Jedności Europejskiej”, która miałaby stanąć w Warszawie (jako symbol wspólnoty ludzkiej i współpracy narodów w służbie pokoju, z wykorzystaniem kultury i sztuki jako porozumienia ponad podziałami), a także „Bramy Świata” dla Chin. Reprezentował Polskę na Biennale w Wenecji w 1984. W 2009 roku odebrał Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Artysta podarował obraz „Ostatnia wieczerza” (1987) papieżowi Janowi Pawłowi II. Dzieło trafiło później do Seminarium Duchownego w Olsztynie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here