Od wieków człowiek dążył do tego, aby poznać jeszcze za życia pełny zapis swojej karty życiowej. Sztuka przewidywania, uważana była niegdyś za przymiot bogów bądź ich ziemskich sług – kapłanów. Umiejętność przewidywania dawała – na przykład w starożytnym Egipcie – faktyczną władzę polityczną. Również i dziś wróżąca Cyganka nie narzeka na brak klientów. Popularność wróżbiarstwa, astrologii, parapsychologii, radiestezji w polskim społeczeństwie w ostatnim dziesięcioleciu wyraźnie wzrosła. Ale prognozowanie obecnie odarte z tajemniczości, boskości, irracjonalizmu, staje się coraz bardziej wynikiem nie intuicyjnych analiz, ale zimnych, ilościowych przeliczeń dokonywanych przy pomocy elektronicznej techniki obliczeniowej.
Tak więc myślenie o tym, co się zdarzyć może oraz o tym, co się zdarzyć powinno, co jest, a co nie jest pożądane ma swoją historię równie długą, jak historia polityki. Polityka jeżeli ma być skuteczna musi być zorientowana na przyszłość. Jest to jeszcze jedna z wielu nici wiążących politykę, polityka a pośrednio również politologię i politologów z koniecznością prognozowania.
Przewidywanie przyszłości tzn. dokładność jej konturów, zależy od jakości prognozowania, od metodologii i od kalibru intelektualnego tych, którzy się daną metodologią posługują. Kształtowanie przyszłości natomiast zależy w znacznym stopniu od polityki. Dlatego banalne, ale głęboko prawdziwe jest stwierdzenie, że futurologia nie może izolować się od polityki ani mądra polityka nie może obejść się bez prognozowania.
Konstruowanie przyszłości jest trudne nie tylko z obiektywnych ale i z subiektywnych względów. I to nie tylko z uwagi na ogólnie przyjęty pogląd, że czynnik ludzki jest tak nieprzewidywalny i tak trudny dla skwantyfikowania. Trudność bierze się także stąd, że człowiek w jego percepcji przyszłości cechuje upodobanie do teraźniejszości. Cechuje go myślenie utorowane przez teraźniejszość, niechęć, podejrzliwość wobec wszystkiego co jakościowo jest inne i co narusza jego wyobraźnię, system przyzwyczajeń, obyczaje, co nie odpowiada jego gustom, przyjętemu modelowi spędzania wolnego czasu itp.
Kilkanaście lat temu zadałem znanemu amerykańskiemu pisarzowi i futurologowi, profesorowi Alvinowi Tofflerowi pytanie na temat metodologii prognozowania. Obruszył się i oświadczył, że on w swych książkach m.in. Trzecia Fala, Szok przyszłości i innych nie posługiwał się żadną metodologią. Dodał przy tym, że jego zdaniem nie istnieje w ogóle żadna ściśle naukowa metoda prognozowania. Jako receptę na wgląd w przyszłość podał dobrą znajomość teraźniejszości oraz intuicję połączoną z logiką rozumowania.
Znając książki Tofflera podejrzewam, że w tej odpowiedzi była pewna doza kokieterii, nonszalancji gwiazdorskiej i niechęci do ujawnienia tajników własnego warsztatu. To prawda, że pisanie „historii przyszłości” jest bardzo trudne, ale nie jest dziś zajęciem wyłącznie dla szarlatanów. Zajmują się nim poważni naukowcy, którzy wyposażeni w nowe narzędzia badawcze prowadzą swego rodzaju analizę procesu historycznego skierowanego na przyszłość (tzw. ewentystyczna koncepcja przyszłości).
Czy można w związku z tym perwersyjnie określić futurologów mianem historyków przyszłości? Sądzę, że to porównanie historyków i futurologów, jako dziejopisarzy przeszłości i przyszłości jest nie fair z punktu widzenia współczynnika trudności, a tym samym ryzyka naukowego i wiarygodności naukowej z tym związanej. Historię, zwłaszcza odległą można uprawiać względnie łatwo i dość bezpiecznie. Dokumenty są na ogół znane i dostępne. Wymiar czasu stwarza nie tylko perspektywę ułatwiającą oceny, ale zaciera również emocje współczesnych. Gorzej jest z teraźniejszością, o czym wie każdy politolog niezależnie od tego, czy zajmuje się sprawami krajowymi, czy międzynarodowymi. Dokumenty z pierwszej ręki są pilnie strzeżone w archiwach i sejfach, a badacz skazany jest na łatwiej dostępne materiały drugo- i trzeciorzędne, przez co wzrasta niebezpieczeństwo błędnych ocen. Szkody wynikłe z konstruowania pierwszych błędnych syntez trzeba odrabiać niekiedy przez całe pokolenia. Ponadto interpretując teraźniejszość badacz musi uwzględnić w o wiele większym stopniu aniżeli historyk wymowę polityczną swej pacy, wziąć pod uwagę czynniki, które czas następnie zróżnicuje i nieubłaganie zweryfikuje. O wiele łatwiej jest pisać o funkcjonowaniu rynku w średniowiecznej Francji aniżeli o funkcjonowaniu Wspólnego Rynku dziś. Ktoś jednak musi wziąć na siebie ryzyko konstruowania pierwszych opisów, syntez, przedstawiania teoretycznych modeli. To niewdzięczne i intelektualnie trudne wyzwanie bierze na siebie politologia i politologowie. Chwała im za to, niezależnie od potknięć, jakie towarzyszyć mogą ich pracy.
Przeczytaj też:












