Wszyscy musimy kiedyś odejść. Ale śmierć śmierci nierówna, zwłaszcza gdy odchodzi Ktoś bardzo nam bliski – jak Jerzy Połomski – kogo słuchało się w radio, oglądało często w telewizji, spotykało na festiwalach w Opolu, Sopocie… Żal serce ściska, że już trzeba o Nim mówić tylko w czasie przeszłym. Jakże trudno będzie się do tego przyzwyczaić.
Spotykałem Go często (choć to było dawno), gdy pracowałem w Ministerstwie Kultury i Sztuki, On czekał na rozmowę z ważniejszymi ode mnie urzędnikami. Zatrzymywałem się każdorazowo przy Nim, pytając czy mogę w czymś pomóc? Skromnie zawsze odpowiadał, że daje sobie radę i serdecznie dziękuje za zainteresowanie.
Był wyjątkowo ciepłym człowiekiem w kontaktach osobistych (nawet z bliżej nieznajomymi).
Nie było w Nim nic z „wielkości”, jaka dość często emanuje od wielu mniej znanych artystów.
Obiecywałem, że w razie czego (będąc Jego fanem), może na mnie liczyć, a On odwdzięczał się koncertami, do udziału w których był zapraszany. Takie też pozostało moje wspomnienie o Nim z czasów, gdy pracowałem jako dyrektor Wydziału Kultury w Urzędzie m. Warszawy.
W ostatnich latach, gdy już zamieszkał w Domu Aktora w Skolimowie i wycofał się z działalności estradowej, zamierzałem zrobić z Nim ROZMOWĘ na łamach „Przeglądu Dziennikarskiego”. Nie zdążyłem, i mam o to pretensje do siebie.
Panie Jerzy, zawsze był Pan KIMŚ WYJĄTKOWYM i WIELKIM i takim pozostanie na zawsze w sercach słuchaczy i wielbicieli Pańskiego talentu. Dobrze, że pozostały nagrania, które będą królowały we wspomnieniach i na koncertach retrospekcyjnych.
I niech „cała sala (dalej) śpiewa z nami…” I oczywiście z Panem!











Miałem przyjemność zaśpiewania z Nim „Cała sala śpiewa z nami „w sali byłego kina COLUSEUM w Szczecinie i stałem się Jego fanem. Ceniłem Go i nadal cenię że nie uległ „anglomani” niszczącej chwytającą za serce polską piosenkę. Niech nadal śpiewa w naszych polskich domach …